FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy
RejestracjaRejestracja  Galeria AvatarówGaleria Avatarów  IRC (qchat mibbit)  ZalogujZaloguj

Poprzedni temat :: Następny temat
Idź do strony Poprzedni  1, 2, 3 ... 10, 11, 12 ... 22, 23, 24  Następny
  Opowiadania, fragmenty, diariusze...
Wersja do druku
Irian Płeć:Kobieta


Dołączyła: 30 Lip 2002
Status: offline

Grupy:
WIP
PostWysłany: 09-09-2003, 15:32   

Okejka... moje opowiadanko - z pewną taką nieśmiałością ^^" I serdeczne dzięki Avellanie za to, że mnie ośmieliła.

Co do pytania: skąd masz takie pokopane pomysły: to mi się śniło. Ta treść, tylko odwrotnie: najpierw zakończenie. To mój jedyny koszmar, odkąd skończyłam podstawówkę ^_^.

Tyle komentarza, oto danie główne (oby nie okazało się nieświeże...):


Została sama. Innych pochłonął ciemny las, daleko z tyłu; leżeli, porozrzucani jak niepotrzebne zabawki: tu zapomniana lalka, tam ołowiany żołnierzyk z zabawnie powykręcanymi nogami i śmiesznie odstającą głową, gdzie indziej rozpruty wilk - przytulanka... Droga była ciężka; lśniąca ciemność spływała na nich, kusząc, zwodząc światłami, mamiąc wizjami, podsuwając fałszywe ścieżki. Walczyli w milczeniu z napierającym mrokiem, trzymając się z dala od smolistych drzew, drących niebo powykręcanymi szponami. W gąszczu czuło się 'jego' obecność.

Po pewnym czasie wątła ścieżka zniknęła zupełnie i drzewa sięgnęły ku nim, mącąc zmysły, powodując, że chciała krzyczeć, krzyczeć, aby tylko zakłócić duszącą ciszę tego lasu, przyprawiającą ich o szaleństwo... Lecz żaden dźwięk nie wydostał się z jej rozdartych, niemych ust.

Nie pamiętała - nie chciała pamiętać, jak znalazła się tutaj. Strzępy obrazów, odłamki koszmaru - fragmenty ich twarzy, gdy po kolei poddawali się 'jemu'... Zamknęła oczy, potrząsnęła głową. Pustka. Tak lepiej.

Spojrzała przed siebie. Czarna skała sterczała ze wzgórza jak przegniły kieł, wgryziony w niebo. Nie było gwiazd ani księżyca; nie tutaj. Wkoło przyczaił się las. Dwa kroki w tył, jedna nieprzyjemna chwila i dołączy do towarzyszy... Drzewa wołały, nęciły; zacisnęła pięści. *Musiała* iść dalej. Wiedziała, dlaczego tu jest. Wyjęła nóż, który zalśnił czerwonawym blaskiem, spojrzała za siebie ostatni raz. Musi jej się udać: zacisnęła kciuki. Jeśli będzie miała szczęście, znów będzie razem z przyjaciółmi. Ostrożnie postąpiła krok naprzód po wąskiej ścieżce. Potem drugi. W tym miejscu szczęście nie istnieje - pomyślała.

Była już prawie u celu; spojrzała na horyzont. Tak, słońce niedługo wzejdzie. Już zapomniała, czym jest dzień. I już sobie nie przypomni. Wiedziała o tym.

Ścisnęła broń mocniej. Może nie będzie potrzebna, może światło wystarczy... 'On' musiał czekać z drugiej strony skały, sycąc się jej przerażeniem. Bo była przerażona. Modliła się o powodzenie, lecz czuła, że jej modlitwy opadają ku ziemi i rozpływają się, nim jeszcze ją dosięgną. Jeszcze dwa kroki i zobaczy, co czai się za zakrętem...

I wtedy dopiero poczuła prawdziwe przerażenie, tak wielkie, że sztylet wypadł z brzdękiem z jej sparaliżowanej strachem dłoni. Odwróciła się powoli i nierówno, jak marionetka szarpana nieumiejętnie za sznurek. 'On' tam był. Stał przed nią gibki, smukły, ociekający czernią, a w oczach miał obietnicę wiecznego cierpienia. Nie osłoniła się nawet, gdy uderzył, upadła, niezdolna do ruchu; eksplodował w niej palący ból. Słońce już wzeszło; jeszcze trochę, pomyślała - jej ciało wygięte było w łuk, jej dłonie drgały spazmatycznie, jak umierające ptaki - za chwilę wszystko się skończy, za chwilę będzie wśród przyjaciół. Światło sięgnęło skały, która ich osłaniała, ochraniając 'go' coraz mniejszym strzępem cienia. 'On', jakby się tym nie przejmując, sięgnął ku niej ponownie, znów wywołując falę bólu, która posłała ją w nieświadomość - ale 'on' chwycił ją i przytrzymał, nie pozwalając nawet na chwilę ulgi. Cień kurczył się dookoła nich; już ostatnie chwile bólu, jeszcze moment...

'On' spojrzał na promienie słońca, bliskie już na palec i odwrócił się do niej, tchnąc złośliwością. Pociągnął ją, bezwładną jak szmacianą lalkę. Nie była w stanie stawiać oporu, gdy chronił się wśród cieni i chłodu, w wielkiej, milczącej pustce; rozpacz była jedynym pozostałym w niej uczuciem. Zawiedli, pomyślała. Ona zawiodła; nie dołączy do przyjaciół. A potem był już tylko ból, jak obietnica płonąca w 'jego' oczach. Zatapiające wszystko, wieczne cierpienie.

_________________
Every little girl flies.
Przejdź na dół Zobacz profil autora
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość
Ryuu_Davis Płeć:Kobieta


Dołączyła: 12 Kwi 2003
Skąd: A bo ja tam wiem O.o?
Status: offline
PostWysłany: 09-09-2003, 20:36   

Ojej... *__* to piękne jest, Irian... Ojeeeeeej *^______^* cudo...
Ale to nie koniec? Powiedz, ze nie koniec? Puuuriiiizzuuuu... *^_^*
ja sama mam kilka takich z deka nawiedzonych... w sumie... jeden cyberpunkowy nawiedzony itp. A niech stracę ^^ Wrzuce tu kawałeczek, od tego ten temat jest ^^

Oczywiście fanfik jest bardzo luźno związany ze Slayers, ale nie bójta grzyba, żadnej Liny i Gourry'ego etc tam nie znajdziecie ^^.
--
Ten świat... To zupełnie coś innego. Z upływem lat zapomnieli. Zapomnieli o nas. Zagubili siebie. Zniszczyli go, zbezcześcili całe piękno przyrody, zasnuli niebo szarością, tak jak niewprawiony malarz nakłada na płótno farbę. Miast drzew, ku niebu zaczęły wyrastać szklane, szare wieże, zanikła muzyka lasu... Zastąpiona plugawymi namiastkami śpiewu ptaków. Tak naprawdę, świat umarł wieki temu, narodziło się nowe, złe życie. I dlatego...
Zacznijmy wszystko od początku.

Hiyuki!
(to sen, malutka)
Ale... Boję się, Hi...
(wszystko będzie dobrze)

Myliła się. Nie było Hi. Cholerne wspomnienia. I cholerna ja.
Przymknęła oczy. Prawie czuła, jak palił ją ten żar. Sen... Stała w płomieniach ognia, szkarłatno-złotych, liżących ciało. Złudnie ogrzewały jej ciało, otaczały ze wszystkich stron... Jak przetykana złotem suknia. Ale sukni nie było. Podobnie jak płomieni.
Kolejny głupi sen.
Mruknęła z niezadowoleniem i podźwignęła się z łóżka. Mięśnie wciąż były przeszyte bolesnym wspomnieniem wczorajszej ucieczki. Dzisiejszej nocnej ucieczki. Przeklęła w duchu, dlaczego nie zgodziła się na ten implant.
Nie miałaby snu. Nie obudziłaby się. A noga nie bolałaby, przynajmniej nie czułaby tego. Rachunek był prosty.
Zrobiła pierwszy, ostrożny krok, licząc, że oszuka głód. Był przebiegły. Obudził tę maleńką część mózgu, by jej ciało odmówiło zwyczajnego posłuszeństwa.
I jak zawsze, usłuchało go.
Upadła na lodowatą podłogę. Oddychała ciężko, z rozchylonych, suchych ust popłynęła ślina.
Dwa dni.
[jak na razie rekord]
Z wysiłkiem uśmiechnęła się do swoich myśli i chwyciła blat nocnego stolika. Natężyła mięśnie, pomodliła się do nich, by jej usłuchały. Głód był silniejszy, nie pozwolił jej na to. Oparła się o ścianę i załkała bezgłośnie, burza kruczych włosów przykryła płonące oczy.
Drżącą ręką pobłądziła po gładkiej ścianie. Natrafiła na klamkę i chwyciła ją kurczowo. Powoli, co rusz potykając się, powędrowała do łazienki. Jej stopy ostrożnie dotknęły lodowatych płytek.
Ból. Wszystko, czego dotknęła, zadawało jej ból.
Zacisnęła zęby i spojrzała w lustro. Splątane, zmatowiałe czarne włosy, wychudzona, ziemista twarz. I oczy, jedyny żywy element tej potwornej kompozycji, wyzierający z zapadłych oczodołów.
Szkarłatne oczy. Jedyne, co w sobie kochała. Czego nienawidziła.
- Plugastwo. - szepnęła, dotykając opuszkami powierzchnię lustra. Odgarnęła ciemną grzywę i uśmiechnęła się prowokacyjnie. - Jesteś plugastwem, niczym innym.
Ciało ponownie odmówiło posłuszeństwa.

Po co ja to robięęęę ^^'
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość Odwiedź stronę autora
 
Numer Gadu-Gadu
4607619
Avellana Płeć:Kobieta
Lady of Autumn


Dołączyła: 22 Kwi 2003
Status: offline
PostWysłany: 11-09-2003, 08:34   

Czyżby udało mi się zmobilizować parę osób do pisania? Ryuu, jak widzę też mroczne klimaty... Nastrojowe, tylko może kontekstu trochę nie łapię. Irian chwaliłam już w mailu, to teraz jeszcze tu pochwalę... Mroczne jak smoła, jak na koszmar przystało.

A teraz ja na odmianę: Irian, to mała polemika z Tobą, a raczej z Twoim widzeniem lasu. A przy okazji oczywiście fragment historii Warowni.

9 IX 2003

- No to co? Ruszamy? – niecierpliwiłam się. – Ile ja mam czekać?
Coronaria nie odzywał się, stał spokojnie, z lekko zwieszonymi uszami. Kallos nie lubił być poganiany, więc chwilę zabrało, zanim się pojawił. Oprócz niego zdecydowałam się zabrać Ven i Niar, a także oba jednorożce i Anemona na dokładkę. Koni nie braliśmy – Coronaria stwierdził, że nie będą potrzebne.
Poprowadził nas jedną z wydeptanych przez zwierzęta ścieżek, z której często korzystaliśmy. Nie mogliśmy odejść daleko od Warowni, a jednak las wokoło zaczął się gwałtownie zmieniać i niebawem wędrowaliśmy przez całkiem nieznajomą okolicę.
- Skracają nam drogę – szepnęła Ven. Bała się, ale mimo to nalegała, byśmy ją zabrali.
Zwykłe leśne runo zmieniło się w dywan wilgotnego mchu, w którym zapadaliśmy się po kostki. W powietrzu było coraz więcej wilgoci, białe strzępy mgieł pełzały wokół nas, by w końcu otoczyć nas, zasłaniając słońce. Potężne, stare drzewa, gęsto obrośnięte porostami, stały zupełnie nieruchomo. Zaczynałam naprawdę lubić to miejsce. Ta puszcza nie była baśniowym lasem driad i jednorożców – przepełniała ją prastara siła, nieświadoma i nieprzejęta obecnością człowieka, kreująca swoje własne stworzenia. Wędrując przez mgłę zaczynaliśmy powoli je dostrzegać – najpierw tylko przemykające cienie, potem majaczące kształty, a w końcu ich prawdziwe postacie. Nie powstały jako wyobrażenie ludzi o duchach puszczy – tak właśnie puszcza wyobrażała sobie samą siebie. Piękne lub przerażające, najczęściej były całkowicie poza kategoriami ludzkiego nazewnictwa. Niektóre z nich odlegle przypominały zwierzęta lub drzewa, czasem może kamienie? Nie trudziły się uprawdopodobnieniem swego wyglądu – były przecież duchami. W każdym innym miejscu byłyby absurdalne – tu stanowiły harmonijną część tego miejsca.
Teren zrobił się bardziej pofalowany. Brnęliśmy po kostki w wodzie przez mszary, by po chwili wspinać się na suche, porośnięte sosnami pagórki. W końcu, niemal jak ucięta nożem, skończyła się kraina mgły. Nad nami zaświeciło słońce, a las stał się normalny… Czyżby? To miejsce było tak przesiąknięte magią, że aż nieprzeniknione dla leśnych duchów. Wszystko tu wyglądało realnie… Aż za realnie. Z niemożliwą ostrością rysowała się faktura kory drzew, źdźbła trawy, łodyżki mchu… Każdy najmniejszy drobiazg był głęboko wyryty w rzeczywistości, prawdziwy aż do granic wytrzymałości.
Nie wiem, czy naprawdę dotarliśmy do serca lasu, czy też do miejsca, które zdecydowano się nam pokazać. Był tam kamień, omszony i zwyczajny, a jednocześnie zdający się być źródłem wszystkiego, co nas tu otaczało. Ven i Niar, leśne istoty, przyklękły przed nim jak przed bóstwem.
Podeszłam i dotknęłam go – jedyna forma kontaktu, jaką mogłam nawiązać. Czułam pod palcami chropowatą, nagrzaną powierzchnię i suchy mech. I nagle czułam – nie ma innego słowa – cały las, z jego barwami, zapachami i kształtami: ptasie pióra, liście, suchy piasek, sierść, igliwie, szorstkość kory, śpiew ptaków, zapach malin w upalny dzień, ryk niedźwiedzia, krew jelenia na śniegu... Cały las, jego czas i przestrzeń, skurczyły się w jedno doznanie i przelały we mnie w jednej chwili.

Kiedy otworzyłam oczy, leżałam na moim łóżku w Warowni. Nie zawołałam nikogo – wolałam pobyć sama.

_________________
Hey, maybe I'll dye my hair, maybe I move somewhere...
Powrót do góry Zobacz profil autora
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość Wyślij email Odwiedź stronę autora Odwiedź galerię autora Odwiedź listę obejrzanych anime / przeczytanych mang
Ryuu_Davis Płeć:Kobieta


Dołączyła: 12 Kwi 2003
Skąd: A bo ja tam wiem O.o?
Status: offline
PostWysłany: 11-09-2003, 13:22   

Avellana - no akurat w moim przypadku nie-łapanie kontekstu jest bardzo na miejscu :) mroczne klimaty... hmm... niekoniecznie, ale mam strasznego doła i w ostatnich czasach tworzę wyłącznie cyberpunk. Ale żeby cokolwiek zrozumieć, trzeba czytać dalej... akle moja nieśmiałość z zamierzchłych czasów się odzywa i nie ośmielę się wrzucić dalszej części tego 'dzieła' -_-""""


Ostatnio zmieniony przez Ryuu_Davis dnia 11-09-2003, 13:25, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość Odwiedź stronę autora
 
Numer Gadu-Gadu
4607619
Avellana Płeć:Kobieta
Lady of Autumn


Dołączyła: 22 Kwi 2003
Status: offline
PostWysłany: 11-09-2003, 13:24   

Albo mam wrażenie, albo ktoś tu się okropnie kryguje. A podobno mu Dominant na testach wyszło... Wrzucaj.

_________________
Hey, maybe I'll dye my hair, maybe I move somewhere...
Powrót do góry Zobacz profil autora
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość Wyślij email Odwiedź stronę autora Odwiedź galerię autora Odwiedź listę obejrzanych anime / przeczytanych mang
Ryuu_Davis Płeć:Kobieta


Dołączyła: 12 Kwi 2003
Skąd: A bo ja tam wiem O.o?
Status: offline
PostWysłany: 11-09-2003, 13:32   

Avellana - nie chodzi o oszukiwania. W zamierzchłych xczasach, kiedy to dinozaury po ziemi chodziły a ja byłam we wczesnej podstawówce zmieniłam otoczenie i tym samym mój neiśmiały charakter na pyskatość itd. Co mi szkodzi, wrzucę, ale nie komentujcie zbyt ostro bo mnie w dołek refleksyjny odwiedziny u Aguchy na cmentarzu wkopały. Tia.

--
- Carolyn?
Niepewny głos. Znajomy. Ciepła dłoń, dotykająca szyi.
Powoli otworzyła oczy. Nad jej głową rozlało się gwałtownie ostre, niemiłe światło. Bo chwili białą jasność przesłoniła twarz. Czyjaś twarz.
Płomiennie czerwone włosy. I srebrne, zaniepokojone spojrzenie. Hiyuki.
- Hi... - wyszeptała. Gardło miała wysuszone jak wiór, usta poklejone czymś obrzydliwym.
Zmarszczył brwi. Nagle wydało się jej to zabawne. Hiyuki, Yuki. Hi. Nigdy nie gniewał się na nią. I teraz pewnie też nie.
Próbowała się podnieść, ale głowa momentalnie eksplodowała niewyobrażalnym bólem.
- Ostrożnie! - zaniepokoił się i wziął zwiotczałe ciało dziewczyny na ręce. Nie był zakłopotany. A ona, jak zawsze, zastanawiała się, jak on to robi.
- Hi... - zaczęła cicho, nie patrząc na niego.
Stuk. Stuk. Stuk. Kroki po posadzce korytarza.
- Hm? - mruknął.
- Jak to jest, że nosisz mnie bez zmęczenia?
Zaśmiał się cicho.
- Nie wyglądam na takiego? - mrugnął do niej, a ta z wahaniem przymknęła oczy. Na kiwnięcie głową nie była jeszcze dość silna. Nachylił swoją twarz do jej i wyszczerzył się. - Czary.
Roześmiali się oboje. Carolyn zakaszlała sucho, a chłopak położył ją na niepościelonym łóżku. Wpatrywała się z fascynacją w jego zwinne, szybkie ruchy, jak sprawnie porusza się po ciasnym, ciemnym pokoju. Musnął czarną powierzchnię na ścianie a ta bezgłośnie rozsunęła się, wpuszczając do pokoju blade światło.
Wyjrzał przez okno, przesłaniając oczy przed słońcem.
- Ładny dzień - odwrócił się do niej i uśmiechnął się. - Świeci słońce.
Nie była pewna, co ma mu powiedzieć.
- Słońce zawsze świeci - burknęła, podnosząc się na łokcie. Ból ustał. Rozchmurzyła się i potarła kościstą dłonią zmarszczone czoło. - Dobrze, że przyszedłeś.
Zastygł, pochylony nad zagraconą, metaliczną komodą.
- Właśnie - mruknął, przysiadając koło niej. Usiadła, opierając się o ścianę. - Chciałem o tym pogadać.
Jego ton nie wróżył niczego dobrego. Nie dała po sobie tego poznać. Spojrzała na Hiyukiego z umiarkowaną ciekawością. Chociaż doskonale wiedziała, co jej powie.
Zapadła cisza.
- Przesadzasz - mruknął, patrząc jej w oczy. - Naprawdę, przesadzasz, Carolyn...
- Z czym? - zapytała beznamiętnie.
Pokręcił głową.
- Wiesz, o czym mówię. Rozmawialiśmy o tym kilka dni temu.
Tym razem ona pokręciła głową.
- Posłuchałam cię - wyszeptała. - Nie brałam nic od tej rozmowy... ale... - jej głos załamał się. - To takie trudne, Hi...
- Wierzę - powiedział cicho i pogładził palcami czarny, suchy kosmyk. - Ale zaniedbałaś się... Nie wyglądasz najlepiej.
- A nawet całkiem paskudnie. - mruknęła, pochylając głowę. Hiyuki westchnął i wstał, strzepując z ubrania niewidoczne pyłki.
Jakby chciał zetrzeć dotyk jej palców.
- Więc... Czujesz się już dobrze? - zapytał ostrożnie, nie patrząc w jej stronę.
- Tak - skłamała. - Całkiem dobrze.
- Przyjdę po południu. - narzucił na ramiona czarną kurtkę, pochylił się i pocałował ją w czoło. - Trzymaj się, dzieciaku. - Posłał uśmiech na pożegnanie i zniknął w wyjściu.
Wpatrywała się tępo w drzwi. Jej usta poruszały się bezgłośnie, jak u schizofrenika. Szkarłatne oczy straciły blask, były puste, jak okna opuszczonego domu.
Sama nie miała pojęcia, co mówi... Otaczała ją cisza, głucha cisza. Ale czuła, czuła, że z jej ust wydobywa się jednostajny, niezrozumiały szept... Jakiś inny język...
Uniosła dłonie i spojrzała na nie w zdumieniu. Wąskie, długie palce odruchowo zaciskające się i rozluźniające.
'Tyś, który ciemniejszy, niźli mrok...'


--
Co ja robię??? Arghhhh ==" a jeśli ktoś dostrzega podobieństwo do 'mirai densetsu' kyoshiro to się nie myli :)
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość Odwiedź stronę autora
 
Numer Gadu-Gadu
4607619
Sore Płeć:Kobieta


Dołączyła: 05 Mar 2003
Skąd: też zarąbista żółta planetka^^
Status: offline
PostWysłany: 11-09-2003, 17:37   

hmm... nie bardzo kapuje o co chodzi z "niepowiązanymi ze sobą tekstami" ( czytaj ze srozumieniem Sore^^) ale napisałam coś takiego, wysłałam do wszechbibli i sie w fanfikach nie pokazało, więc daje tu pierwszą część, jak się wam podoba dam drugą, jak nie- zaniecham tego^^.

OTO ON:W POSZUKIWANIU PORĘCZY OD TRONU BHAALA, part 1- by Sore

Anomen: Czy przysięgasz być zawsze rycerzem naszego Zakonu?
Zel: TAK, PRZYSIĘGAM!
Anomen: Od teraz zwać cię będą Sir Zelgadissem z zamku Greywords!
Zelgadiss wyszedł z budynku w ciężkiej zbroi i udał się do karczmy^^. Tam wynajął sobie pokoik, zdjął żelastwo i poszedł napić się piwa. Podeszła do niego staruszka.
Staruszka: ho, ho, ja poczytam co z ręki, daaaaaaaaj!
Zel : e, he, he, spokojnie^^ '' ... … …
Staruszka: OOOO!!!! Widzę… widzę miecz, piwo i kobiety widzę...
Zel: o, robi się ciekawie, co jeszcze widzisz?
Staruszka: O, pardon, czytałam na odwrót^^. Widzę... musisz iść odnaleźć dziedzictwo Bhaala aby osiągnąć moc!
Zel: CO? Przecież go nie ma!
Staruszka: PSS! Ale był, a może jest? Znam osoby, które o nim wiedzą! Są oni nie są w stanie już iść po dziedzictwo, ale ty..
Zel: tacy są starzy?
Staruszka: ... powiedzmy są w średnim wieku. Ale ty jesteś młody, ty jesteś w stanie to zrobić!!! Co ci szkodzi?
Zel: no niby nic... a co dostane w zamian?
Staruszka: Po drodze możesz odnaleźć lek na twoją klątwę chimery!
Zel: Hmm... to się robi ciekawe...
Następnego dnia wyruszył ! Ale zbroję zostawił^^. Miał na sobie tylko skórzaną no i wyglądał jak taki typowy najemnik, z mieczem, torbą, wysokimi butami itp. Musiał uzbroić się, więc nakupował buteleczek z płynami uzdrawiającymi, jakieś jeszcze uzbrojenie i poszedł do świątyni kupić wody na wampiry.
Zel: O, czemu te drzwi się nie otwierają...?
Rozglądnął się i kiedy nikogo nie było szarpnął je i rozwalił !. Szybko wszedł do środka, póki go nie zauważyli... i nagle poczuł, że ktoś mu się na szyi wiesza!
Zel: Co jest, ktoś ty ?!
Dziewczyna zeszła z niego, wzięła kartkę i zaczęła coś pisać. Miała na sobie krótką sukienkę do 2/3 uda, z krótkim rękawem, z skórzanym pasem w talii, miała wysokie buty i jakiś wisiorek. Podała mu kartkę.
Zel: " Od tygodnia jestem pod wpływem klątwy przez co nie mówię, żebym nie mogła czarować, bo jestem miką tej świątyni, ale ja i tak czaruje, tyle, że nie mówię. Ma mnie odczarować pierwszy, który mnie uwolni- CZYLI TY!!!" ... jakim cudem ty czarujesz nie mówiąc?
Dziewczyna wzruszyła ramionami.
Zel: Dobra, a jak ty się nazywasz?
Podała mu drugą kartkę.
Zel: " Jestem Amelia, mógłbyś mnie odczarować?" .. no dobra, ale jak?
Amelia podała mu jeszcze jedną kartkę.
Zel: " Musisz mnie pocałować" COOOOOOOO??? Przecież znam cię dopiero dwie minuty!!!
Amelia podała mu kolejną kartkę.
Zel: " ale to ty mnie uwolniłeś, i tylko ty możesz mnie uwolnić! Będę za tobą tak długo szła, aż mnie uwolnisz, ja nie chcę być do końca życia niemową!! " ... ale ja jeszcze nie jestem g- gotowy do takich rzeczy...
Kolejna kartka^^.
Zel: " nie podobam ci się? W takim razie zostaw mnie i spadaj!!!" Nie, nie, ty mnie źle zrozumiałaś, jesteś bardzo ładna, tylko, że musimy się poznać, zaprzyjaźnić i tak dalej... w końcu jeden całus to nie ślub od razu... może chodź ze mną, a jak się bardziej poznamy to cię odczaruję, albo coś... przecież ty też wolałabyś najpierw poznać faceta, który cię uratował, przecież to mógłby być jakiś dziadyga, albo nie wiadomo kto!
Kolejna kartka^^.
Zel : " Tak na prawdę to masz rację, ale tylko ty możesz mnie odczarować... weź to, a jak będziesz gotowy to mi to zwrócisz ,a na razie idę z tobą!" No, teraz to brzmi jakoś po ludzku!
Dostał wisiorek dziewczyny.
Zel: Dobra, uciekajmy stąd! Ekhm, jeszcze jedno...
Amelia zadarła pytająco głowę.
Zel: Ty te karteczki wcześniej przygotowałaś, czy tak szybko piszesz?
Amelia uśmiechnęła się i wzięła swoją torbę, gdzie między innymi było pełno karteczek!!!
Zel: miała tydzień, żeby je powypisywać- - ...
Zabrał wodę i wyszli ze świątyni.
Zel: Ale wiesz, ja idę w bardzo niebezpieczną podróż...
Amelia uśmiechnęła się.
Zel: Po poręcz Tronu Bhaala...
Amelia stanęła.
Zel: Ech, tak myślałem, nie bój się, to tylko poręcz, nie cały fotel...
Jakaś dziewczyna popchnęła Amelię, która upadła.
Zel: Hej, co robisz...?
Poczuł miecz na gardle.
Dziewczyna: Gourry trzymaj go, ja przeszukam tę drugą!
Gourry stał za Zelem i przykładał mu miecz do szyi.
Gourry: nie radzę się ruszać!
Zel: ... nie zauważyłeś, że zwykłym mieczem mnie nie draśniesz?
Zel odskoczył i wyciągnął swój miecz.
Dziewczyna: dawaj!
Amelia trzymała mocno swoją torbę, którą próbowała odebrać jej rudowłosa.
Gourry: a niech cię!
Zel: ... Hikaru no ken... TO MOŻE BYĆ TO!
Gourry: ?
Dziewczyna: ?
Amelia :?
Zel: Tym mieczem można pokonać wielu osobników...
Zel schował swój miecz.
Gourry: Lino co ja mam robić, on schował miecz!
Lina: może chce się ugadać?
Zel: Dokładnie! Poszukuje właśnie towarzyszy podróży po poręcz tronu Bhaala- jest to ponoć jakiś artefakt czy coś w tym stylu. Widzę, że jesteście silni, wiec może się przyłączycie?
Lina: Jesteśmy złodziejami!
Zel: Wątpię, raczej łowcą i złodziejką.
Lina: magiem - złodziejką.
Zel: Wylali was z pracy?
Lina: Nie twój biznes- - .
Zel: ja jestem świeżym członkiem Zakonu Promiennego Serca, Sir Zelgadiss Greywords. A to Amelia, kapłanka, która jest pod dzianiem klątwy.
Lina: Czyli?
Zel: nie mówi.
Lina; To jakim cudem czaruje?
Zel: Też chciałbym wiedzieć- - . A ja jak widzisz jestem chimerą, też szukam lekarstwa na tę klątwę.
Lina: a ona? Też szuka lekarstwa?
Zel: ja jestem lekarstwem- - .
Gourry: nie rozumiem...
Zel: Uratowałem ją i żeby ją odczarować muszę... ekhm, pocałować ją.
Lina: No to dalej, na co czekasz?
Zel: NO CO TY! Ekhm, tak od razu, bez jakiejkolwiek dłuższej znajomości? Poznamy się trochę i ja odczaruję ( kiedyś...).
Lina: dziwne to wszystko, ale skoro nie mamy nic do stracenia... jak po drodze będzie bitka, to zarobiona kasa dzielona na cztery?
Zel: tak jest.
Lina: ... dobra!
Zel: Bez kradzenia w grupie!
Lina: zgoda, zgoda! Lina jestem!
Gourry: a ja Gourry!
Zel: No to mamy drużynę Amelio.
Lina: Wybacz, że cię potrąciłam^^''...
Amelia podała jej karteczkę.
Lina: " Nie martw się, kiedyś się odgryzę^^"... fajnie- - .
Nagle usłyszeli w tle delikatny, acz przeszywający śmiech.
Agata: Yo, niebieski. Przypominasz mi Haer Dalisa, wiesz?
Zel: Czego chcesz?
Agata: Jestem Agata Delryn. Chciałam zobaczyć tego upieczonego paladyna.
Zel: ???
Agata: I już sir, co? Ech Anomen... By być kimś naprawdę ważnym, musisz przejść próbę. Ciao!
Zel: Ciao...
Amelia: !!!!
Zel: " NIE PATRZ TAK NA NIĄ" dobra!!!! Nie chciałem!!!
Amelia odwróciła obrażona głowę.
Zel: Ja na prawdę nie chciałem!!!
Lina: No to co zakochane gołąbki, idziemy^^?
Zel: NIE JESTEM GOŁĄBKIEM!
Gourry: o jakiej próbie ona mówiła? I gdzie znikła, tu coś śmierdzi!
Lina: Właśnie...
Zel: Kiedyś mnie straszyli, ze żeby być paladynem trzeba przechodzić próby czy coś takiego...
Karteczka^^.
Zel: " Trzeba." Hmm, skąd wiesz?
Karteczka^^.
Zel: " Zostawiła ci wiadomość, tam leży." O faktycznie... zobaczmy...
Lina: co to?
Zel: Mam się udać do promenady Waukken aby otrzymać specjalne zadanie od mistrza Minsca... kim jest mistrz Minsc?
Lina: nie dowiemy się stojąc tutaj. Ta facetka była dziwna.
Zel: Chodźmy więc.

Koniec części pierwszej.

_________________
sore wa himitsu desu^^

Wiecej fanfików z Zelem i Amelią!^^
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość
Satsuki Płeć:Kobieta
Fioletowy Płomyczek


Dołączyła: 13 Lip 2002
Skąd: Aaxen, zamek Elieth ves Aeriei nad Morzem Płaczu
Status: offline

Grupy:
WIP
PostWysłany: 13-09-2003, 18:37   

W sumie naszło mnie dzisiaj i wystukałam jedną z legend Aaxen.
A raczej kawałek historii.
Ah, jeszcze jedno, on już jest zakończony...


- Jak to dlaczego? A kto uciekł śmierci z jego gołębnika? Kto nie chciał zostać kolejną duszą w jego kolekcji? Ja też się boję Latien... O ciebie się boję...

Przez kilka minut maszerowały w ciszy. Jedynie ich kroki odbijały się echem po korytarzu, jedynie skapujące krople wody mąciły tą ciszę. Pulsującą gniewem, jakby wyczekująco...

- Powiedz mi Alanaire - przerwała milczenie - powiedz mi kim tak dokładnie jest Śmierć?
- mmm... nie wiem Latien jak mogłaś nigdy o tym nie słyszeć. Znasz historię stwórcy?
- Stwórcy? Syna Światło?
- Niee... Stwórca, syn Światło owszem ma władzę nad Aaxen ale nie on ją stworzył
- Bo zrobiły to ziarenka piasku tak? - wtrąciła
- Mhmm.. Ale ziarenka piasku też ktoś musiał stworzyć. Znasz jego historię?
- Więc ziarenka piasku stworzył jakiś mężczyzna? Nie, nie znam jego historii...
- A to dziwne... Nie slyszałaś nigdy o Nicu, zwanym Ciemnością?
- Nie.. - potrząsnęła przecząco głową - Kim on jest?
- Powinnaś powiedzieć był, jego już nie ma.
- Aha... Dlaczego dziwne, że o nim nie słyszałam?
- Bo on jest praojcem. Nie będę Ci tu opowiadać wszystkiego bo brakuje nam czasu jednakże... - zamyślila się - jednakże...
- Jednakże...?
- Najpierw był Nic - wyrecytowała jakby znany jej dobrze wiersz - Ale Nic czuł się samotny i stworzył ziarenko piasku, później jeszcze jedno, i następne... Stworzył ich nieskończenie wiele aby to pierwsze też nie czuło się samotne... aby było ich wszystkich wielu... I aby wszyscy, aby wszyscy bawili się z Niczym...
- Jakie łaaadne.... Co było dalej?
- Dalej nie pamietam... - uśmiechnęła się przepraszająco - jednakże po jakimś czasie Nic stworzył Światło dorównujacą mu w sile. Powiedz mi, czy znasz imiona wszystkich dziesięciu kulek stworzonych przez ziarenka piasku?
- Owszem, - wyciągnęła przed siebie rękę i zaczęła wyliczać - najpierw była Iilijen
- Jest - poprawiłą ją mimowolnie - Iilijen nadal istnieje. Tylko Eenion umarł...
- Właśnie, dlaczego Eenion umarł?
- Jeśli chodzi o ścisłość to się rozpadł, zaraz do niego dojdziemy. Wyliczaj dalej
- Potem powstały kolejno: Tetras, Kqetriana, Aaxen, Geeriad, Petra, Natielian, Ulien, Yrius i Eenion
- Właśnie. Wszystkie dziesięć. - głeboko wciągnęła powietrze - Nica nic nie obchodziło, chciał mieć przyjaciół ale skoro nikt nie chciał się z nimi przyjaźnić... Pozostawał bierny, że tak powiem. Chciał nawet zniszczyc dziewieć kulek bo go nie lubiły.
- Dziewięć?
- Tak, Eenion był jego przyjacielem. Eenion przekonał Nica by ten nie niszczył kulek, zaproponował mu za to odwiedzenie ich i obejrzenie wszystkiego znajdującego się tam.
- I co zrobił Nic?
- Co zrobił? Mówi się, że oglądał każdą kulkę po kolei. Mówi się też, że skończył oglądanie na Aaxen.
- Dlaczego?
- Co dlaczego?
- Dlaczego skończył na Aaxen?
- Bo spotkał tam dziewczynę
- Jak się nazywała?
- tego nie wiem nikt... była i tyle
- No, ale co w związku z tą dziewczyną?
- Zakochali się i właśnie przez to Nic zginął, właśnie dlatego Eenion rozpadł się... Z rozpaczy...
- Piękna bajka ale dlaczego mi ją opowiadasz?
- COOOO?!!!!! - wydarła się wściekle - UWAŻASZ TO ZA BAJKĘ?!!!!!!
- No! A za co innego? - wzruszyłą ramionami - Nic i Światło to przecież bójda
- BÓJDA?!!! A ŚMIERĆ KIM JEST?!!! TEŻ BÓJDĄ?!!
- Iluzją? Nocną marą? Nie mam pojęcia!
- Kłamiesz, wcale tak nie myślisz. Inaczej nie szłabyś na Górę Kryształową do Atien
- Dare'aen odleciał - szepnęła cicho
- Odleciał? Więc to nie on.. może widziałaś coś innego?
- Więc jak wygląda Dare'aen?
- Tego nie wie nikt... po prostu się wie, że to on.
- Ja nie wiedziałam...
- Bo też i nie znasz legend Aaxen...
- Wypraszam sobie! Znam!
- Ile? Zapewne tylko tą o Atien. Zna ją przecież każdy z waszego rodu.
- Czy legenda o Atien nie jest warta więcej niż połowa wszystkich legend Aaxen?
- Nie, bo tą legendę zna każdy bez wyjątku

Więcej powiedzieć nie zdołała, dróżką przemknął czarny cień i przestraszył nie na żarty obie dziewczyny

- Dare'aen. Uśmiechnął się do mnie...
- To był on?!! kobiecina lekkich obyczajów kobiecina lekkich obyczajów kobiecina lekkich obyczajów...
- O co chodzi?
- O ten tramwaj co nie chodzi! Teraz i ja go zauważyłam!!! Niech Atien ma nas w swojej opiece!
- Przecież nic nam jeszcze nie zrobił więc czemu się boisz?
- Głupia! - syknęła wściekle i pomaszerowała przed siebie
- Alanaire! Nie złość się na mnie... Ja na prawde nie znam legend Aaxen.
- Boś głupia!
- Przecież to tylko ba.. - przerwała
- To wcale nie są bajki!!
- Dobrze, dobrze... - mruknęła przepraszająco - Możesz mi powiedzieć kim tak dokładnie jest Śmierć? Nie miałam nawet szansy dokładnie go obejrzeć...
- Śmierć? Prosisz mnie o zbyt wiele. Nikt tak na prawdę nie wie kim on jest. Jedni mówią, że powstał kiedy to Światło zabiła Nica. Inni powiadają, że jest owocem przelotnej miłostki tych dwojga. Jeszcze inni szepczą, że urodził się kiedyś chłopak, który uwielbiał zabijać. Nadano mu przydomek Śmierć.
- No okej... ale takie zwykłe dziecko musiało przecież kiedyś umrzeć...
- Właśnie po to zabija - to daje mu wieczne życie, wieczną młodość
- A..ha. Co jeszcze o nim wiesz?
- Za sługów ma smoki. Chyba tylko tyle... O gołębniku Śmierci chyba już slyszałaś...?
- Mhmm.. Zbiera tam najpiękniejsze dusze zamienione w gołębie, tak?
- Owszem... Mówi się też, że jest uosobieniem nocy. Ciemnoskóry i czarnowłosy z oczami tak jasnymi jakby to była para gwiazd. Ale ja w to nie wierzę, inaczej nie pojawiałby się w dzień...
- W sumie to racja...
- Właśnie... - potknęła się o wystający korzeń i prawie upadła - nie no! Nigdy nie dotrzemy na Górę Kryształową!
- Ale ja muszę! A kto inny mnie tam zaprowadzi? Alanaire, proszę...
- Latien, gdybyś tu mieszkałą. Gdybyś żyła na Aaxen umiałabyś tam trafić!
- Gdzie mieszka Śmierć? - przerwała nie chcąc wracać po raz enty do tego samego tematu jej wyjazdu
- Co? Co Ty za pytania zadajesz! Nikt tego nie wie.
- A... Aha. Tak tylko pytałam
- A dlaczego Ty uciekłaś Śmierci? Czy nie od zawsze chciałaś go poznać?
- Czym było ta moja chęć poznania go, skoro wiedziałąm tylko, że jest Śmiercią i zabija? To tylklo i wyłacznie zauroczenie imieniem...

Więcej już nie rozmawiały. Z jednej strony nie miały już o czym a z drugiej musiały skupić się na wchodzeniu. Dróżka zanikła wprowadzając dziewczyny w teren nagich, białych skał piętrzących się jedna na drugiej. Musiały jakoś się na nie wspinać i iść dalej.

- Wiesz... chciałabym zobaczyć dom Śmierci, chciałabym zajrzeć w jego oczy i zobaczyć czy na prawdę przypominają gwiazdy...
- CO?! - straciła równowagę i upadła na kamienie - chyba zwariowałaś!!
- Nieee... Dlaczego nie?
- Powiedz mi, do cholery, dlaczego Ty tak chcesz na Górę Kryształową do Atien?!
- Bo Atien zna przyszłość, przeszłość i teraźniejszość
- No i...?
- I mogłaby powiedzieć mi, dlaczego Śmierć chce mnie do jego gołębnika
- Tylko tyle?! Nie no! Ja zawracam! Nie idę tam!!
- Ależ Alanaire!
- NIE! NIE! NIE! Nie potrzebuję wizyty u legendarnej Atien, której pewnie już nie ma! Umarła tak jak każdy człowiek!
- Legenda mówi co innego..
- Powiedziała ta, która nie wierzy w legendy! NIE MA MOWY!! NIE IDĘ!
- Alanaire - szepnęła płaczliwie - ja sama nie trafię
- I tak nie doszłybyśmy do końca. Dare'aen nad Tobą stoi i czeka aby Cię zabić! Nie doszłabyś do końca!
- Jak możesz?! - pisnęła - myślałam, że jesteśmy przyjaciółkami
- Bo jesteśmy.. - umilkła - ja przepraszam Latien...
- Tak... przepraszam. Jednakże słowa zostały powiedziane


Dare'aen zatrzepotał dwoma parami skrzydeł i wzbił się w powietrze.
Jego pan się niecierpliwi, musi przynieść mu tą dziewczynę. Ale jak to zrobić skoro cały czas obie trzymają się obok siebie?
Czarna niczym noc łuska lśniła od zachodzącego słońca.
Ale zaraz będzie ciemno, będzie silniejszy i po prostu zabierze je obie! Zdecydowanie nie nadawał się do tej roli. Powinien być w zupełnie innym miejscu! Tam gdzie właśnie jest noc. Przecież to jego domena! Powinni wysłać Tara'ine. On - smok z ciemności nie może szlajać się w dzień! W dodatku tak blisko Góry Kryształowej! Niee, Śmierć zdecydowanie powinien wysłać Tara'ine. Temu smokowi nie sprawia różnicy czy jest słońce czy nie. Ba! On uwielbia Słońce! Jak można uwielbiać Iilijen?
Nie rozumiał tego ani trochę...

A Iilijen znikała za horyzontem. Dare'aen nie zauważył nawet, że już zrobiło się ciemno. Nie zauważył, że ognista kulka zniknęła za horyzontem. Nie zauważył dostatecznie szybko...
Na tyle jednak by móc złapać dwie dziewczyny zanim zdąrzyły rozbić obóz.

Właśnie! Złapie je i dostarczy Śmierci! W końcu czyż nie takie było jego zadanie?
Wzbił się jeszcze wyżej i zanurkował. Złapał w szpony dwie niczego nie spodziewające się ofiary. I odleciał... Z niesamowitą prędkością mijał rzeki i doliny, wielkim łukiem okrążył Górę Kryształową i pomknął ku północnemu, ramieniowi na sam jego kraniec.
Trwało to tak krótki ułamek sekundy, że Atien i Alanaire nie zdawały sobie sprawy, że przeleciały wzdłuż ponad połowę kontynentu. Jeśli chodzi o ścisłość to one wogóle nic nie zauważyły.

Jak powinien zareagować człowiek gdy widzi zieloną trawę a po chwili stoi już na posadzce z czarnego marmuru?
Co powinien zrobić gdy po podniesieniu w górę głowy nie zobaczy ciemnego nieba upstrzonymi gwiazdami a marmurowy sufit?
Co poczuje gdy przed sobą zobaczy samego Śmierć?

One tego nie wiedziały...

- Nie.. - szepnęła cichutko Latien i ukryła twarz w dłoniach - jeszcze nie teraz, muszę porozmawiać z Atien. Muszę.
- Co... co jest do diabła? - Alanaire rozglądała się dookoła - Czyżby sam Śmierć chciał mnie do swego gołębnika?
- A czy Ty sama tego chcesz? - odparł Śmierć melodyjnym głosem. Alanaire przekonana była, że twarz niewidoczna pod kapturem uśmiecha się drwiąco - Niestety muszę Cię zasmucić. Twój czas jeszcze nie nadszedł piękna Alanaire
- Więc co tu robię u diabła?! Wróć nas tam gdzie wcześniej byłyśmy!
- A po co? Prędzej czy później i tak byście tu zawitały. No... Twoja przyjaciółka prędzej.
- Czego ode mnie chcesz? - Latien spojrzała się wgłąb próżni pod kapturem smutnymi oczami - dlaczego chcesz mnie zabrać teraz? Dlaczego?
- A dlaczego nie dziewczyno? Chcę Cię teraz więc wezmę Cię teraz
- Ona nie jest przedmiotem! - syknęła Alanaire
- Pozwól mi chociaż porozmawiać z Atien... z samą legendą, właśnie po to szłam na Górę Kryształową
- Wiem...
- Tylko wiem?! Nie powiesz jeszcze czegoś?! Oh! Jak mogłam nie pomyśleć. Przecież szanowny pan Śmierć jest dużo powyżej nas! Nie zaszczyci nas swoim głosem! - rozzłoszczone istoty nie zawsze do końca wiedzą co mówią, w szczególności gdy są takie jak Alanaire
- Oh zamknij się! Jak Ci tak zależy mogę Cię odesłać z powrotem! Prędzej czy później i tak tu zawitasz. Fakt, że tu zawitałaś zawdzięczasz tylko mojemu smokowi!
- Świetnie! Więc niech nas odwiezie z powrotem! - złapała zapłakaną Latien za rękę i pociągnęła w kierunku czarnego smoka
- Nienie... powiedziałem, że CIEBIE mogę odesłać z powrotem. Nie wspominałem tam żadnego WAS. Rozumiesz?
- Nie rozumiem! Nie będziesz zabierał Latien!
- Śmiesz mi rozkazywać? Została mi przyobiecana zanim jeszcze się narodziła!
- CO?!!!! PRZYOBIECANA?!! - wrzasnęła wściekle Latien - JAK TO PRZYOBIECANA?!!
- Uh... Czyżbyś nie wiedziała? Teraz już wiadomo dlaczego tak Ci do mnie nieśpieszno...
- O co chodzi?! Domagamy się wyjaśnień! - wrzasnęła wściekle Alanaire biegnąc w stronę Śmierci
- Odsuń się - mruknął a dziewczyna stanęła jak wryta, jak przyśrubowana do marmuru - ATIEN ZWANA LEGENDARNĄ! - wrzasnął jakby do sufitu

Zamigotało i przed istotą w czerni pojawiła się szarooka dziewczyna. Brązowe, proste włosy związane w luźny warkocz sięgały jej do ud. Ubrana w zwiewne szaty podeszła do Śmierci i zajrzała wgłąb kapturu.

- Słucham Cię Śmierć? - szepnęła cicho i melodyjnie głosem dumnym lecz cichym, przypominającym powiew wiatru
- Nie do mnie przychodzisz Atien lecz do niej. Masz szansę wytłumaczyć Latien czego od niej wymagają.
- Wypraszam sobie! Nie macie prawa nic od niej wymagać! - krzyk Alanaire wyszedł jakoś blado w porównaniu do tych poprzednich
- Oh zamknij się głupia dziewczyno! Mogę jeszcze zmienić zdanie i wziąść Cię do swego gołębnika!
- Phe! Przynajmniej Latien nie będzie sama - mruknęła udając nieprzejętą, jednakże głos jej drżał
- Latien nie będzie w gołębniku - powiedziała cicho Atien i podeszła do stojącej nieruchomo dziewczyny. Nieruchomo nie tyle dlatego co Alanaire, ile z szoku. Za dużo wrażeń jak na jeden raz
- A.. a gdzie? Czy nie po to Śmierć goni za mną?
- Skąd przyszło Ci to do głowy? Czy kiedykolwiek powiedziałem, że chcę Cię do gołębnika?
- Nie wprost ale powiedziałeś
- Zamknij się! Bo zaraz Ciebie tam poślę
- Sam się zamknij stary dziadu! Nosisz ten kaptur tylko po to by nie pokazywać swojej trupiej twarzy? - nie odpowiedział, wogóle przestał zwracać na nią uwagę
- Ale... Ale dlaczego miałby próbować mnie złapać?
- Bo zostałaś przyrzeczona, przyrzeczona samemu Śmierci
- Znaczy...
- Czy nie od małego to imię napawało Cię zachwytem? Czy nie od małego chciałaś coś więcej o nim usłyszeć?
- Tak, ale... Ale jeśli kocham kogoś innego?
- A kochasz? - wtrącił Śmierć
- N.. Nie, ale... Dlaczego właśnie ja?
- Cóż... - wzruszył ramionami - sam nie wiem. Atien przyrzekła?

Atien i Śmierć spojrzeli po sobie znacząco

- Przyrzekłam i nie żałuję...
- Ale... ale ja chyba mam coś do powiedzenia? - szepnęła cichutko
- Owszem... Możesz umrzeć albo być ze mną
- Ale dlaczego?
- Bo już od samego początku miałaś nie żyć. Gdy ktoś ratuje Ci życie musisz być mu posłuszna
- To Śmierć mnie uratował?
- Jak umarła Twoja matka?
- Aha... Mogę tylko o coś prosić?
- Tak?
- Pokaż mi swoją twarz...

_________________
Uciekaj skoro świt, bo potem będzie wstyd
i nie wybaczy nikt chłodu ust twych
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość Wyślij email
Serika Płeć:Kobieta


Dołączyła: 22 Sie 2002
Skąd: Warszawa
Status: offline

Grupy:
Tajna Loża Knujów
WIP
PostWysłany: 15-09-2003, 11:08   

Takie dziwne coś. Tylko nie pytajcie, o co w tym chodzi.


Znowu siedziałam w domu. I znowu uparcie gapiłam się w trzaskający w kominku ogień. Własciwie powinnam napisać "trzaskający wesoło", byłoby tradycyjnie - ale jakoś zupełnie nie potrafię zrozumieć, dlaczego. Co jest takiego wesołego w ogniu? Jest miły, ciepły i spokojny. Przynajmniej ten w kominku, bo z żadnym innym nie zawierałam bliższej znajomości. Spokojny i monotonny, jak ostatnio wszystko. Ale wesoły?

Ostatnio zdecydowanie zbyt dużo czasu zajmuje mi wpatrywanie się w płomienie. A to "ostatnio" jest pojęciem wyjątkowo względnym. Krótko mówiąc przesypiam życie i aż do dziś mi to zupełnie nie przeszkadzało. No, prawie zupełnie. Z jednej strony tęsknię za czasami, w ktorych szwendałam się to tu, to tam, z drugiej - już dawno nie udało mi się wyruszyć gdzieś dalej, choćby na parę dni. Utknęłam tu, w niedużym dworku na przedmieściach miasta. Nie, żebym narzekała. Uwielbiam ten dom. Nie wiem, czy za oplatajacy go bluszcz, czy za wielki, zdziczały ogród - z tych, w których natknąć się można na kilkumetrową dziką różę albo pień drzewa, które wiele lat temu powaliła burza. A może za to, że nikt mi tu nie przeszkadza? To miejsce, w którym mozna zaszyć się na całe życie - nieważne, jak długie.

Było dobrze. Prawie idealnie. Mogłabym tak egzystować, wpatrując sie w płomień - ale gdzieś na granicy mojej świadomości pałętały sie obrazy, które mnie niepokoiły. Coraz bardziej i bardziej. Inne opowieści, inne światy, inne życia... W pewnym momencie doszłam do bardzo budującego wniosku - jestem zazdrosna! Co za odkrycie, prawda? Mam wyjątkowo bogate życie wewnętrzne.

Wstałam z dywanika umieszonego w strategicznym punkcie salonu - przed kominkiem właśnie. Szczyt mojej aktywności od paru miesięcy... Brawa dla tej pani! Tak. Jestem rozleniwiona ponad wszelkie granice. I chce to zmienić, ale nie wiem, czy mam siłę. To już nie te czasy, kiedy łaziłam z Rudym po różnych dziwnych miejscach i nieodmiennie pakowałam się w jakieś kłopoty. Czy raczej - pakowałam w nie innych.

Krótki spacerek wokół pokoju. Zerknięcie w lustro. Jak zwykle nieduża, rozmazana plama. Chciałabym wiedzieć, jak wyglądam - ale najwyraźniej coś lub ktoś postanowił mi to uniemożliwić. Trudno, jakoś to przeżyję. Wystarczy, że jestem w stanie kontrolowac swój wyglad, gdy o nim myślę. A jeśłi jeszcze nikt nie uciekł z wrzaskiem na mój widok - najwyraźniej wersja podstawowa nie jest tragiczna. Po prostu mała dziewczynka... Ciekawe, czy pasowałam kolorystycznie do Rudego?

Cholera! Uświadomiłam sobie, że chyba za nim tęsknię. Proszę państwa, mamy postęp! Coś się dzieje! Kiedy właściwie ostatnio go widziałam? Nawet nie zauważyłam, jak zniknął. Czy raczej - rozpłynął się. To nigdy nie jest szybkie "pyk - i nie ma". Odszedł, bo przestał być potrzebny? A może to ja zabarykadowałam się tu tak, że nie potrafił do mnie dołączyć? jak miło - produkuję niewidzialną batrierę, przez która nie dopuszczam do siebie nikogo i niczego, a potem rozpaczam, jaka to ja jestem biedna, samotna i nieszczęśliwa. Szczyt logiki.

Właśnie od tego muszę zacząć! To jest TO! Nie ma porządnej wyprawy bez Rudego. Kto niby miałby mnie bronić? Pomińmy fakt, że jeszcze nie zdarzyło mi się spotkać niczego, co byłoby w stanie mi zagrozić. Po prostu miło jest mieć przy sobie kogoś, kto się o mnie troszczy. Nawet, jeśli tak naprawdę jest słabszy. Kolejny szczyt logiki, prawda?

Koniec marudzenia.

- Rudy! - zacznijmy od wersji podstawowej. Może wystarczy zawołać? Swoją drogą, na jego miejscu wymyśliłabym sobie jakieś imię. Bo to, którym go nazywam, jest wyjątkowo kreatywne. - Rudy! - i co? Nic, oczywiście. Naprawdę łudziłam się, że po tylu latach uda mi się złamać cholerną barierę zapomnienia jednym słowem? Głupie dziecko. To nie miało prawa podziałać. Nawet jeśli tym zbitkiem głosek jest imię.

Wersja numer dwa. Gdzie ja miałam świece? Muszą być gdzieś pod ręką... Imię to za mało, ale rytuał przyzwania powinien wystarczyć. Nie dlatego, że pomaga skupić moc czy coś w tym stylu - to brednie, które ładnie wyglądają w książkach. Ważne, że pomoże skupić się MI. No i efektownie wygląda. A to sugeruje, że jest skuteczne. Wiara podobno czyni cuda.

Wygrzebałam skądś kawałek kredy i odsunęłam leżący na środku salonu duży dywan. Pentagram wpisany w koło, pięć świec - taki standardzik. Do czego to dochodzi... Żebym musiała przyzywac kogoś, kto kiedys był moim nieodłącznym cieniem!? Zamknęłam oczy i spróbowałam się skupić.
- Rudy! Chodź tu, do cholery!
Siedział na środku kręgu i przyglądał mi się. Tak po prostu. Był lekko przezroczysty, ale uznałam, że to nie ma w tym momencie większego znaczenia. Liczy się fakt, że dał się wyściskać. Nawet sobie nie wyobrażacie, jak miło było znowu poczochrać go po tej jedwabistej sierści... No i jak zwykle był cieplutki - jak to pies. Przezroczysty i ciepły - dochodzę do wniosku, że przyciągam do siebie absurdy niczym magnes.

Nie próbowałam zaczynać rozmowy. Po co? Ważne, że znowu miałam go przy sobie. Musiałam wyglądać dość idiotycznie - tuląc się do leżącego na środku pentagramu przerośniętego, rudego setera. Ale tak właśnie miało być...
- Zostawiłaś mnie - mruknął.
- Ja?
- A kto? Nie pozwalasz mi do siebie trafić...
- Niby co właśnie zrobiłam?
Nie odpowiedział. W gruncie rzeczy miałam gdzieś, na co pozwalam, a na co nie. Mogłabym zatrzymać czas i leżeć tak w nieskończoność, czując pod sobą twarde deski podłogi i grzbiet Rudego. Powieki jakoś same opadły - nie zamierzałam zmuszać ich do posłuszeństwa...

Kiedy się obudziłam, w kominku dopalały się resztki drewna. Było chłodno i trochę zdrętwiałam - jednak spanie na podłodze to nie jest najlepszy pomysł. Zwłaszcza, jeśli mój podręczny kaloryfer gdzieś się ulotnił.
- Rudy? - rozejrzałam sie po pokoju. Wiedziałam, że go tu nie ma - ale mogłam jeszcze przez chwilę łudzić się, że się mylę. Oczywiście to nie wchodziło w grę. Zdawałam sobie sprawę, że to moja wina - istnieją rzeczy, które raz zburzone, nie dają się odbudować. Ale dlaczego do takich rzeczy nagle postanowiła należeć wieloletnia przyjaźń? To nie było w porządku! Nawet, jeśli kiedyś sama pozwoliłam jej umrzeć.

Użalam się nad sobą, chociaż nie powinnam. Już wcześniej sama odpowiedziałam sobie na to pytanie. Dlaczego? Bo on istnieje po to, aby się mną opiekować. A jak można opiekować sie kimś, czyje problemy ograniczają się do wpatrywania w płomień?...
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość Wyślij email Odwiedź blog autora
 
Numer Gadu-Gadu
1051667
Miya-chan Płeć:Kobieta
Aoi Tabibito


Dołączyła: 08 Lip 2002
Skąd: ze światów
Status: offline

Grupy:
Tajna Loża Knujów
WIP
PostWysłany: 15-09-2003, 19:16   

Odnoszę ostatnio wrażenie, że wszyscy dokoła postanowili paiętnikować ;) Ja też postanowiłam, jeśli ktoś jest na tyle zdesperowany by to czytać, adresik jest w moim podpisie, jeśli nie, to pognębię Was tu ;> Oto dzień dzisiejszy...

15 IX
- Ale fe! Ale fe! Ale fenomenalnie! - wołała Mezz'Lil, ze śmiechem wirując w kółko - Dlaczego nie wiedziałam, że są takie widoki w światach?
- Niech zgadnę... Bo siedziałaś ciągle w tym samym? - odparowałam nieco złośliwie. Zachwycała się tak od samego rana i miała rację. Z premedytacją wybrałam na zejście z gór miejsce, z którego wpada się od razu do Rzeki Klejnotów. Co prawda rzeka wyschła już wiele lat temu, ale jej dawne koryto ciągle jest wysadzane migoczącymi kamieniami. Na pytanie czemu nikt ich jeszcze stąd nie wydobył, odpowiedziałam, że nie ma takiej siły, która ruszyłaby je z miejsca.
- Szkoda - westchnęła Lilly - Zrobiłabym sobie naszyjnik, w którym wyglądałabym jak kapłanka z Tysiąca Szmaragdów - zamiłowanie do tych klejnotów odziedziczyła chyba po matce, która sama była taką kapłanką.
- Lecz nie roń łez, na pewno jest gdzieś klejnot przeznaczony ci - zanuciłam jej fragment pieśni jednego ze sławniejszych bardów. Uśmiechnęła się szeroko.
- To możesz już zaczynać to oprowadzanie - zadecydowała. Parsknęłam śmiechem.
- Tam, proszę wycieczki, jest las - zaczęłam, ruszając przed siebie - A w lesie jednorożce, wilki i druidzi.
- Druidzi zaliczają się do zwierząt? - droczyła się ze mną.
- Tego nie powiedziałam. Cicho mi tu, bo teraz jestem natchniona - burknęłam z udaną złością - Druidzi należą do Zachodniego Kręgu, jednego z czterech, opiekujących się przyrodą tego świata. A tam - wskazałam w dal, ku południu - jest słynna wieża w Solen, którą widać prawie z każdego miejsca.
- Wysoka musi być - oceniła Lilly - A co w niej takiego słynnego?
- Szkoła magii, złotko - odpowiedziałam - Wielu największych czarodziejów kształciło się właśnie w Solen, które jest siostrzanym krajem Althenos, leżącego dokładnie po drugiej stronie świata.
- Dlaczego siostrzanym?
- A, to już nie moja historia. Powinien ją opowiedzieć Clayd, bo narodził się razem z Althenos - mimowolnie się uśmiechnęłam - Może pewnego dnia ją poznasz...
Wydawała się zaintrygowana. Kusił ją ten świat, tak jak niegdyś skusił mnie. I dotąd nie przestał.

- Głos tracę - oznajmiłam znacząco, gdy usiadłyśmy przy wieczornym ognisku.
- Bo powinnaś go trenować - odparła niewzruszona Mezz'Lil - Śpiewaniem najlepiej. Takim głośnym i operowym. Albo hardrockowym, jak wolisz.
W odpowiedzi pokazałam jej język i zaczęłam parzyć herbatę.
Dość szybko zaczęło się ściemniać, bo jesień zbliżała się coraz bardziej. Tutaj czas płynął tak samo jak w poprzednim miejscu zamieszkania Lilly i cieszyła się, że w tym roku też będziemy mogły pożegnać go razem.
Oddaliłyśmy się już trochę od Rzeki Klejnotów, która kończyła się przepaścią - jedną z wielu jakie pozostawiło po sobie wielkie trzęsienie ziemi wywołane dawno temu niszczycielską magią. Ciągle widziałyśmy z daleka jej blask, niebo też powoli rozbłyskiwało, więc całkowita ciemność nam nie groziła. Pewnie znowu spędzę całą noc na patrzeniu w gwiazdy.
- Mad - odezwała się Lilly - Co to za sylwetki tam w oddali?
Uśmiechnęłam się - jej głód wiedzy dorównywał mojemu, ale dotąd nie wiedziałam, że również pod względem poznawania opowieści. Łyknęłam herbatę, żeby całkiem nie zachrypnąć.
- Rozróżniasz sylwetki? - to jasne, gdy chciała dobrze widziała w ciemności - To trójka bogów oddzielona przepaścią od reszty świata. Oni właśnie wywołali tu katastrofę. Zrobili to, bo... mieli odmienne zdania w pewnej sprawie i wszczęli kłótnię. Ale teraz stoją nieruchomo jako kamienne posągi i nawet gdyby ktoś wiedział jak przywrócić ich do życia, wątpię, żeby to zrobił - pokręciłam głową.
- Odmienne zdanie co do czego? - spytała moja przyjaciółka.
- Nikt już nie pamięta - wzruszyłam ramionami - Ale legenda jest legendą.
- To dlaczego tam są tylko dwa posągi, co?
- Czy ja wiem... Może jednemu się znudziło i sobie poszedł?
- Wymyśliłaś to wszystko na poczekaniu! - zarzuciła mi Lilly.
- Opowieści się nie wymyśla - powiedziałam cicho, spoglądając w dal - One same przychodzą.


Ostatnio zmieniony przez Miya-chan dnia 16-09-2003, 10:05, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry Zobacz profil autora
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość Odwiedź blog autora Odwiedź galerię autora Odwiedź listę obejrzanych anime / przeczytanych mang
Satsuki Płeć:Kobieta
Fioletowy Płomyczek


Dołączyła: 13 Lip 2002
Skąd: Aaxen, zamek Elieth ves Aeriei nad Morzem Płaczu
Status: offline

Grupy:
WIP
PostWysłany: 15-09-2003, 19:34   

ŁIIII!!!!

Wszystko wszystko qlik ^-^

Seriś - ja sobie zapamiętam toto, ktoś niedawno mówił, że już nic więcej nie napisze bo nie ma talentu bo to bo tamto. Ooooj, zapamiętam sobie! NYAHAHAHAHAHAHAHA.

Ja moze dam legendę o Atien jak ją tlyko przepiszę z zeszytu...
no cóż, chyba trzeba w końcu pokazać światłu dziennemu swój świat no nie? =)

ps. czekam na dalszą twórczość :D

_________________
Uciekaj skoro świt, bo potem będzie wstyd
i nie wybaczy nikt chłodu ust twych
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość Wyślij email
Ryuu_Davis Płeć:Kobieta


Dołączyła: 12 Kwi 2003
Skąd: A bo ja tam wiem O.o?
Status: offline
PostWysłany: 16-09-2003, 18:15   

Stwierdzam że nie ma co wrzucać tu bezsensownych patetycznych tekstów (bynajmniej mojego autorstwa...) więc wrzucę fragment pewnego pokręconego na maksa 'tekstu' (bo nie umiem zdefiniowac gatunku ^^"), który pisałam jakiś rok temu. Od razu uprzedzam że to pomysł własny, nie podpierałam się "Krzyżakami" ani niczym takim, bo tego nie czytałam ^^" Mam nadzieję że nie urażę nikogo moimi wypowiedziami w opowiadaniu :P
--

DZIEŃ PIERWSZY

Na początku była ciemność. Zaraz, może nie ciemność. Może jasność. I litery, składające się w słowa, zdania i kilobajty. A co jasnością jest ciemnością się stanie. Tako i stało się.
I zbudziła się Pani Ryuu ze snu zasłużonego. A Pani Ryuu mieszkać przyszło w zadupiu Swiecie City zwanem, ziemi urodzajnej w świrów wszelakich, co ich Pani Ryuu potemczas opisać łaskawa będzie.
Wstała, okna rozwarła i nie bacząc na smrody fabryki w powietrzu unoszące się wzięła głęboki oddech, płuca powietrzem świeżym ucieszyła a tako rzekła:
- O, niech błogosławieni będą po wsze czasy mężowie w pocie czoła zarabiający na chleb! O, jacy z nich kretyni, i jacy mędrcy jednocześnie! Pracując - wiedzą, że zostaną wycyckani przez pracodawcę niecnego z Wiedeńskiej krainy przybyłego! Pracując - wierzą, że czynią dobro. I przytakuję im, tak!
Bo czy nie dobrem jest dla nas ten smród? Ty, o cudzoziemcze, pewno zaprzeczysz. Jak bardzo mylisz się w swej opinii! Bo dla wszytkich durni, zamieszkujących gród Swiecie City zwany, smrody te są legendarne. Zapytaj tubylczego człeka, miły cudzoziemcze, z czego li słynie jego miasto. Zaprawdę, zważ przeto, jakim kluczem do człowieczego wnętrza jest słowo. Tedy zapytaj - a on odpowie. I nie rzeknie ci "zamek pokrzyżacki z XIII wieku" ni "zakład dla psychicznie i umysłowo chorych". Nie! On powie ci jeno "smród celulozy", bo tako się onegdaj źródło smrodu ozwało. Każdy, co tak prawi, jest kretynem prawdziwym, nie kryje się ze swym kretynizmem. I uszanuj człeków tych poczciwych, albowiem one wskażą ci drogę do Kretyna wcielonego.
I mówić tako Pani Ryuu mogłaby godzinami gdyby li z okna sąsiedniego nie popłynął baryton męski a zamazany, świadczący iżby Pani Ryuu mordę przymknąć raczyła.

I kiedy Pani Ryuu powdziała szaty swe zgrzebne wyruszyła z domostwa na poznawanie świata ją otaczającego. Nie trudziła się zagadnieniem tak błahym jakem przygotowanie strawy śniadannej się jawiło, nie. Porywszy jeno jabłko z sadu trudem rąk siostrzycy młodszej zerwane ruszyła ku sklepowi monopolowemu "Kasią" przez gawiedź zwanemu. I stu stóp nie zaszła a spotkała adwersarza, podług jej konstatacyj, godnego jej naukom.
- Witaj, o człeku chędogi! Widzę, żeś jako i ja powstał wczesną porą ze swych barłogów, i chwała ci za to. Atoli, czyże godzisz się ze mną, przyjacielu, że kto rano wstaje, temu Bóg daje? Pewnam iż odpowiedź twa brzmi nie! Bo Biblija jest kłamstwem, kłamstwem była i kłamstwem się ostanie na wieki wieków! Tyleż oszustw plugawych nie doszukałam w żadnej innej książce, przyjacielu miły. Zaiste szerzą się człeki zawierzające w te bezeceństwa, co frasuje mnie niepomiernie. Ale, po cóż nam rozmowa o Bibliji, kiedy nadchodzi rady dzień! To nieboskłon, to słońce i naturę przedsię trza nam chwalić nie bogów fałszywych, co pomarły już dawnemi czasy!
I urwała Pani Ryuu popatrując z wysokości swych sześciu stóp na mieniące się co rusz konterfekta człeka. Tedy oponent wyciągł ku jej obliczu piędź zaciśniętą na szyji naczynia napisem wdzięcznym "Byx" opatrzonego. Pani Ryuu jeno uśmiechła się pomiernie, skłoniła i ruszyła przed się, a konkretnie - ku ulicy "Kochanowskiego" ozwanej.

--
oczywiście wzorowałam się na formie twórczości Kyo-sama
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość Odwiedź stronę autora
 
Numer Gadu-Gadu
4607619
coyote Płeć:Kobieta
prof. zombie killer


Dołączyła: 16 Kwi 2003
Skąd: the milky way
Status: offline

Grupy:
WIP
PostWysłany: 16-09-2003, 20:42   

To może i ja coś niezwykle krótkiego wrzucę? Wszyscy tu tak pięknie piszą, to ja znowu obniżę poziom ;D

Trzymał się kurczowo za policzek. Oczy chłopca były zupełnie puste, jakby juz teraz wróżyły mu przyszłość. Nie wymówił ani słowa do swojego ojca, który wciąż przeklinał.
- Wasza matka, ta suka, ma na sobie to przekleństwo! Bogowie jedni wiedzą, co to będzie teraz zonaczać!!! Żona kochanka twojej matki - pochylił się nad własnym synem i brutalnie ujął go za brodę - była najprawdziwsza czarownicą! I przeklęła ją! Przeklęła NASZE dzieci! Yuriko i ciebie, mały sukinsynu! - wykonał jeszcze jeden cios.
Kirai wciąż wpatrywał się beznamiętnie w jakikolwiek punkt na ścianie.
- Niech Latrelia ma mnie w opiecie i strzeże przed dziećmi złej bogini Cirleedaire! - prychnął, patrząc na dziecko.
Dopiero teraz chłopczyk spojrzał na swojego ojca. Oczyma koloru mętnej otchłani oceanu, takimi samymi, jak ojca. Może wyczuł, ile prawdy jest w ostatnich słowach mężczyzny...?

********

- Yuriko, ucieknijmy gdzieś - powiedział 12-letni Kirai. Jego siostra, już zupełnie dorosła, spojrzała na niego z uśmiechem.
- Mówiłam ci, że Góra uznała, że mam niewykorzystany potencjał magiczny... to będzie nasza szansa, aniki! - zawołała, przytulając do siebie chłopczyka.
- H...hej! Nie jestem już dzieckiem, żebyś tak mnie traktowała! - udał oburzenie, śmiejąc się wesoło i puścił do siostry oko.
Siedzieli sobie w lesnym zaciszu, z dala od domu, w którym byli nie chciani. I bylo im dobrze na tyle, że nawet nie mieli ochoty wrócić po jakieś rzeczy - chcieli ruszyć, nawet jak szaleńcy na piechotę, ruszyć gdzieś daleko i wyrwać się ze świata mroku!
- Tak... kto wie, może ty też jesteś wyjątkowo uzdolniony magicznie? - zamyśliła się, patrząc mu w oczy. Oboje byli granatowoocy, co zachwycało nieznajomych, a ich osobiście śmieszyło. Tak niespotykany kolor trafił się akurat im...! Nie mieli pojęcia, że to jeden ze skutków przekleństw tamtej czarownicy.
- Ja? - wybuchnął śmiechem - chyba za 200 lat! Ja wolę TO! - wyciągnął miecz, leżący za konarem drzewa.
- Zabawa dla prawdziwych mężczyzn, co? - zachichotała Yuriko - ale myślę, że nadajesz się w sam raz na summonera...
- Na co...?

********

Nauczyciel przyglądał się przez bardzo długi czas tworowi Kiraia. Właściwie ciężko było określić jego wygląd - było wysokości mniej więcej 20 centymetrów, mały, okrągły łepek z dziwnym uśmiechem, dwa różki, ogonek diabełka, dwie macki, odwłok mrówki powiększony dziesięć razy i pazury. Mistrz patrzył to na radosnego twórcę, to na "potwora".
- Kirai. - odezwał się groźnie. - Chcesz powiedzieć, że ZNOWU spałeś na lekcjach?
W tym momencie chłopak wyraźnie się zmieszał.
- Ależ nie - zaprzeczył z głupim wyszczerzem - sensei, ależ nie!
- Ale sensei - odezwała się nagle Yuriko - to coś jest niesamowicie kawaii! - zachwyciła się szczerze.
- ... Zaraz polecę wam obu po ocenach...co dla ciebie, Kirai, oznacza wyrzucenie ze szkoły - dodał, marszcząc kosmate brwi i ruszył w stronę Sali Mistrzów.
- ... następnym razem - dokończył trzpiot, pokazując swojemu 'sensei' język.

********

- Kirai... - Sakari wygięła się seksownie na łożu - ... a powiedz mi, co zamierzasz teraz zrobić? Żyjesz takim fajnym życiem, żadnych obowiązków, żadnych nakazów, sama swoboda, robisz co chcesz, pijesz co chcesz, ćpasz co...
- ...chce - dokończył zniecierpliwiony, odrzucając roztrzepane, dość krótkie włosy do tyłu. - Powtarzasz się, Sakari. Próbujesz zrobić na mnie jakieś specjalne wrażenie czy chuj?
- Nieeee... wiesz, że mamuśka mnie wzywa? Znowu ma dla mnie jakąś kretyńską misję - przysunęła się bliżej chłopaka, objęła go za szyję i ustami zaczęła błądzić po jego klatce piersiowej.
- Misję? Raczej chce zrobić z ciebie wafla, żeby nie upierdolić pięknych, aksamitnych dłoni i żeby przypadkiem uśmiech jej z ust nie zlazł, co, kotku? - parsknął ironicznym śmiechem, zapalając papierosa.
- A co różnica, daje mi to satysfakcję - spojrzała na niego diablymi oczyma i uśmiechnęła się w sposób, który zapewne miał udawać kobietę-manipulatorkę. Próbowała naśladować własną matkę... z miernym skutkiem, czego nie omieszkał złośliwie skomentować. Po czym jej usta zjechały niżej, i niżej...

*******

Szatynka patrzyła na niego szyderczo. Trochę się zirytował, że wystarczyło parę kopniaków w jej wykonaniu, żeby stracił kontrolę nad tym, co się działo. Fakt, że był na chwilowym haju po narkotyku podobnym do amfetaminy, wcale nie uznał za wytłumaczenie. Oczy, zaczerwienione jak u królika, nie potrafiły skoncentrować się na jednym punkcie. Gdy zaś spróbował dźwignąć się, przyszło mu to z trudem, a uderzenie głową w ściane gospody najwyraźniej tylko pogorszyło jego stan. Co w ogóle na początku próbował zrobić?
- Wszystko w porządku? - zatroskała się nieznajoma.
- Jasssssne. Nigdy nie czczcułem sssię lepiej - wyjąkał. I dokładnie w tym momencie urwał mu się film.
Obudził się w nieznanym sobie pokoju. Był ładnie, schludnie urządzony, ale bez ekstrawagancji. Spróbował wstać, lecz próba sie niekoniecznie powiodła. Jęknął i usłyszał szybkie kroki.
Pochylała się nad nim dziewczyna, której, jak zwykle, nie rozpoznawał z poprzedniego dnia. Między brązowymi, lśniącymi włosy, ułożonymi w misterną fryzurę tworzącą "artystyczny nieład", była cała masa koralików - niektóre zdawały się być umieszczone zupełnie chaotycznie, inne sznurkami okalały głowe lub część fryzury. Błękit jej oczu zdawał się przewiercać Kiraia na wylot.
- Kim... - zaczął, ale w głowie orkiestra zaczęła mu przygrywac melodię "Walkiria", a wielgachny młot stukał trochę nie do rytmu.
- Nie powinieneś się ruszać - powiedziała melodyjnym głosem. Coś w jej mowie było nie tak. Nie było tak dobrze znanego mu wulgaryzmu, prostackiego akcentu, głos nie drażnił ucha.
Była inna. Inna niż te wszystkie kobiety, jakie się w przeciągu ostatnich lat spotykał.
- Kim... - powtórzył. Nawet Walikira w jego głowie nie powstrzymała go przed kolejną próbą powstania.
- Leslie - odpowiedziała z pewnym wahaniem. Jej melodyjny głos był muzyką dla jego obolałej mózgownicy, więc spytał:
- Co ja tu robię? - i w tym samym momencie złapał się za głowę.
- Pomyliłam cię z kimś i skopałam ci dupę - roześmiała się - a gdy już zrozumiałam, że jesteś tak naprawdę w potrzebie, zabrałam cię tu - spojrzała na niego przenikliwie.
- Nie jestem w potrzebie - syknął - daj mi tylko fajkę, a zaraz...
- Tak, tak - uśmiechnęła się, podając mu trochę wymiętą paczkę papierosów.

******

_________________
I used to rule the world
Seas would rise when I gave the word
Now in the morning I sweep alone
Sweep the streets I used to own
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość Wyślij email Odwiedź stronę autora
 
Numer Gadu-Gadu
1918937
Dośka Płeć:Kobieta
Lon's Priestess


Dołączyła: 31 Lip 2002
Skąd: Wolf Pack Island
Status: offline
PostWysłany: 16-09-2003, 21:41   

Idąc ulicą i widząc ściany bloków na którym wypisane są hasła w stylu „Życie to śmiertelna choroba przenoszoną drogą płciową”, „Śmierć samobójcom” i inne bzdety, oglądam zmęczone, szare, ludzkie twarze przepływające obok mnie. Patrząc na chodnik wcale go nie widzą, podążają utartym szlakiem: szkoła-dom, praca-dom, lub - czasami dla odmiany praca - sklep - dom. Każdy dzień taki sam: szary, pusty, nudny. Każdy człowiek zmęczony życiem, chcący choć przez chwilę odpocząć. Śmiać się. Ale kiedy patrzę na te bezuczuciowe oblicza, zaczynają mnie zajmować myśli, których się wręcz boję: a może oni po prostu już nie potrafią się śmiać? Może zapomnieli, czym jest radość, strach, współczucie, miłość, nienawiść?
Może są jak moja mama? Wchodząc do domu słyszę tylko „Marzena, wytrzyj buty, podłoga wypastowana.”, „Podgrzej sobie obiad, jest w lodówce.”, „Wychodzę, odbierz Łukasza ze świetlicy”. Dyktuje mi polecenia, jakbym wcale nie znała ich treści.
Już nie pamiętam czasu, kiedy spytała się mnie „Jesteś głodna?”, „Jak było w szkole?”. Wydaje mi się, że zaczęła mnie uważać za dorosłą, odkąd skończyłam podstawówkę. To było jakoś wtedy, kiedy odszedł od nas tata. Czuję, że kiedy pójdę do liceum, zacznie mi wyrzucać, że nie jeżdżę po nią do pracy.
Dobrze, okay, ja świetnie rozumiem, że ona zapewnia nam byt i te inne pierdoły, ale mogłaby poświęcić nam chwilę czasu, prawda? Na przykład ojciec Aleksa też zostawił jego, siostrę i mamę, a ich dom nie stracił tego rodzinnego ciepła. Owszem, mama Aleksa ma więcej obowiązków, on, rzecz jasna, także. Ale nie umiem patrzeć Łukaszowi w twarz, kiedy on mówi, że Patrysia była z mamą i bratem na basenie i pyta, kiedy pojedziemy my, razem z naszą mamą. Serce mi się kraje, kiedy musze mu powiedzieć, że mama ma dużo pracy,jest zajęta, ale postaram się ją namówić i może niedługo gdzieś się wybierzemy. Nigdy nie czuję się tak podle, jak wtedy, kiedy mu to muszę mówić.
I nagle odzywa się we mnie inny głos: „Musisz? Ależ nie, ty chcesz. Brak ci odwagi, żeby powiedzieć mu prawdę. Że jego matka została wciągnięta w ten kierat, jakim jest życie i przestała ją obchodzić własna rodzina.”
I coraz bardziej się boję. Bo ten dziwny głos ma rację. Ale jak powiedzieć prawdę ośmioletniemu dzieciakowi? No jak? Kiedy patrzą na ciebie te niewinne, orzechowe oczy, jak u psiaka? Przecież to dziecko ma tylko mnie. Bo nasza mama umiera na chorobę potocznie zwaną kieratem życia. Umrzeć na życie - to brzmi śmiesznie. Ale to okrutna prawda. Życie to śmiertelna choroba. Ale można umrzeć także, kiedy się żyje, przynajmniej ja tak twierdzę.
Ale już sobie postanowiłam: będę to życie ratować. Muszę. Bo przecież, bądź co bądź, czasami, wieczorem, kiedy już zasypiam, czuję na swej głowie delikatne muśnięcie dłoni.
I wtedy właśnie wiem, że moje postanowienie jest najważniejsze.
Życie to najwyższa wartość, a nie opowieść idioty. A prawdziwy uśmiech na twarzy Łukasza i ukochany, perlisty śmiech mamy są warte jeszcze więcej.

_________________
From where has that darkness come...?
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość Wyślij email
Irian Płeć:Kobieta


Dołączyła: 30 Lip 2002
Status: offline

Grupy:
WIP
PostWysłany: 19-09-2003, 15:13   

Ojć... jestem chora, nie mam co robić, więc przeczytałam całe archiwum - wszystkie poprzednie opowieści. I bardzo cieszę się, że nie zrobiłam tego wcześniej - bo w życiu nie odważyłabym się dołożyć mojej! Jeju jej, jak wy pięknie piszecie *_* Aww...

Miya - zrobisz mi ten zaszczyt i podrzucisz jakieś swoje opowieści na pocztę? Są CUDNE.

Avellana - zamierzasz gdzieś publikować swoje? Znaczy, w formie papierowej?

A. I jeszcze jedno. Alira:

W zeszłym roku, w grudniu, moja dobra koleżanka (nie była moją przyjaciółką... ale mogłaby być, gdybyśmy się częściej spotykały. Mieszkała w Sobótce) popełniła samobójstwo. Powiesiła sie, bo była dręczona przez koleżanki w szkole.

Nie była kujonem, chadzała niekiedy na dyskoteki, zawsze umiała się świetnie bawić. Pamiętam ją jako wesołą, życzliwą dziewczynę... Może i była trochę nieśmiała, ale wystarczyło do niej odpowiednio zagadać...

Nie wiem, dlaczego ktoś miałby ochotę robić jej krzywdę.

...

Tak mi się przypomniało...

_________________
Every little girl flies.
Powrót do góry Zobacz profil autora
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość
Wyświetl posty z ostatnich:   
Strona 11 z 24 Idź do strony Poprzedni  1, 2, 3 ... 10, 11, 12 ... 22, 23, 24  Następny
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików
Możesz ściągać załączniki
Dodaj temat do Ulubionych


Skocz do:  

Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group