FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy
RejestracjaRejestracja  Galeria AvatarówGaleria Avatarów  IRC (qchat mibbit)  ZalogujZaloguj

Poprzedni temat :: Następny temat
Idź do strony Poprzedni  1, 2, 3, 4, 5, 6, 7  Następny
  PBEM - Zapiski ze starożytnej księgi
Wersja do druku
Martin Płeć:Mężczyzna
Wszechbiblia.Net Admin


Dołączył: 07 Lip 2002
Skąd: Warszawa
Status: offline
PostWysłany: 11-06-2003, 00:06   

[BG]

Klęczałam nad nią. Na jej ustach nadal malował się ten przyjemny uśmiech. Westchnęłam, uśmiechnęłam się również, sama do siebie... a może do niej? Wypełniało mnie szczęście jakiego dawno nie zaznałam. Wróciły dawne czasy... zapomniałam o niebezpieczeństwie, o świecie... o płynącym czasie. Oparłam się o ścianę korytarza. Nie zwracałam uwagi na ranę jaką mi zadała, siadłam wygodnie "Niedługo zagoi się". Nie zamierzałam zasypiać tylko odpocząć. Poczekać aż ona się ocknie. Wpatrywałam się w korytarz próbując dotrzeć coś więcej jak tylko czerń niekończącego się tunelu, ale nic z tego nie wychodziło. Raz po raz spoglądałam na Yenny. Siedziałam tak parę godzin, może dłużej - straciłam rachubę czasu - w tych ciemnościach nie można było nic ustalić, a poza tym czasem zatapiałam się w myślach tak głęboko, że czas rzeczywistości dla mnie nie istniał. W końcu ocknęła się powoli otwierając swe niebieskie oczy.
- Witaj z powrotem wśród żywych... Yenny - uśmiechnęłam się; "no, może nie zupełnie" dodałam do siebie - posłuchaj mnie, proszę. Hmmm... nie jesteś niebezpieczna, nie dla mnie. Przynajmniej ja tak uważam. Myśl co chcesz, ale ja wiem, że nie zabiłabyś mnie, potrafisz to opanować, tak jak wtedy. Wierzę w to. Chcę, żebyś i ty uwierzyła. Mnie też nie było łatwo. Powiesz, że nie wiem co przeżywasz, że nigdy nie musiałam walczyć ze sobą w ten sposób... Musiałam. I udało mi się. Co prawda zajęło mi to duuużo czasu, ale udało się. Nie wiem co to jest, to z czym walczysz, ale nie może być gorsze od 'głodu'... Nie można uciekać.
Przerwałam na moment, spojrzałam na nią.
- Nie rozumiesz?... - zapytałam - Śmierć niczego nie rozwiązuje, już próbowałam. Tyle, że o mnie nikt nie myślał, byłam sama, od tego czasu zawsze sama. Masz Afreetę, mówiłaś, że kogoś szukasz... Nie zastanawiałaś się co będą czuli gdy 'odejdziesz'? Nie myślałaś, co ja będę czuła? Myślisz, że śmierć coś rozwiąże. Tego samego dnia kiedy wbiłam sobie nóż w pierś, obudziłam się... tego samego dnia, tyle, że wieczorem. Byłam wściekła, wtedy każdy dzień był dla mnie koszmarem, pasmem cierpień, rozczarowań, żalu... i do tego ten głód. Ale udało mi się go opanować, udało mi się zaakceptować siebie jaką jestem i jakoś żyję, właściwie powinnam powiedzieć egzystuję. - westchnęłam cicho - Nie zostawię cię. Pomogę jak tylko będę potrafiła. Ale musisz mi pozwolić. Nie martw się o mnie, nie tak prosto mnie zabić. Jak widzę ciebie także. Jak się czujesz? Pewnie już lepiej.
Uśmiechnęłam się, odpowiedziała mi uśmiechem.
- To jak? Hmm? Pozwolisz mi? ...tylko proszę cię, nie tnij się więcej, bo robi mi się niedobrze, jeszcze cię pogryzę. - Taki radosny ton, dawno nie słyszałam siebie mówiącą tak swobodnie i lekko, do tego uśmiechając się. Lecz wróciłam do tego bardziej poważnego tonu, chciałam, żeby to co mówię brzmiało szczerze, naturalnie - Zacznijmy jeszcze raz: nazywam się Deedlit, ale mów mi Deed... zdaję się, że mam coś co należy do ciebie - wygrzebałam z kieszeni płaszcza bransoletkę, tą, którą wtedy wcisnęła mi do ręki, i podałam ją dziewczynie - zdaje się, że jest twoja... proszę, opowiedz mi o sobie... i o tym co nie daje ci spokoju. Chciałabym ci pomóc. Nie wiesz jak wiele dla mnie znaczysz, ty jedyna od tamtej pory jesteś dla mnie tak dobra, że przypomina mi się dom... mój dom sprzed prawie 100 lat... Proszę, opowiedz mi o sobie...

_________________
http://www.wszechbiblia.net
Przejdź na dół
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość Odwiedź stronę autora
Martin Płeć:Mężczyzna
Wszechbiblia.Net Admin


Dołączył: 07 Lip 2002
Skąd: Warszawa
Status: offline
PostWysłany: 11-06-2003, 00:07   

[MG]

- Dom powiadasz, ja niestety w przeciwieństwie do ciebie swojego rodzinnego domu nie pamiętam... pozostały mi tylko mgliste wspomnienia i przebłyski.
Kiedy miałam osiem lat coś się wydarzyło... nie wiem dokładnie co, ale od tej chwili całe moje życie się zmieniło... straciłam wtedy całą rodzinę... matkę, ojca i młodszego brata... wszystkich co do jednego. Przeżyłam tylko cudem... los sprawił że miałam tego dnia dużo szczęścia... jeśli w ogóle można to nazwać szczęściem. – jej oczy zaszły mgłą - Dostałam wtedy prezent... tak bardzo chciałam go... i wreszcie ojciec mi go dał... pięknego białego konia... nazwałam go VenaAi. Pogoda zapowiadała się wyśmienicie, świeciło słońce, a niebo było bez ani jednej chmurki... postanowiłam więc przejechać się na nim do lasu... tam miałam wypadek i spadłam z konia... obudziłam się dopiero po paru godzinach... kiedy wracałam ujrzałam dym i pomarańczową łunę bijącą za koron drzew... z miejsca gdzie stał mój dom... przyśpieszyłam... koń pędził teraz jak oszalały przez las... gałęzie uderzały mnie boleśnie po twarzy... szybciej, szybciej... mimo to chciałam jechać jeszcze szybciej... wystrzeliłam jak błyskawica z lasu przecinając strumień... dopiero po momencie zorientowałam się że ma inny kolor... był lekko czerwony... chwilę później dostrzegłam coś płynącego na powierzchni wody w moją stronę... podbiegłam do tego i odwróciłam – dziewczyna drgnęła – to... to było ciało mojego braciszka... dostał strzałami prosto w serce i w głowę... ten kolor... kolor rzece nadała jego krew... krew mojego brata... nagle poczułam przeszywający ból... otoczyła mnie ciemność, ogarnął mnie straszny ból paraliżujący całe moje ciało... było mi zimno, okropnie zimno – zacisnęła obie dłonie... na jedną z nich spadły łzy, zamilkła na chwilę – Zostałam sama. – spuściła głowę - Nie wiem nawet kim dokładnie jestem, skąd pochodzę, gdzie mieszkałam... nie mogę sobie przypomnieć przyjaciół, znajomych... nikogo i to nawet po upływie piętnastu lat od tej chwili. Nadal nie wiem jak wyglądało moje życie... momentem który najbardziej utkwił mi pamięci była śmierć rodziców. Widziałam ich śmierć... –wzrok spuściła w kierunku ziemi - ...zresztą wiesz kto ich zabił... tylko że był tam ktoś jeszcze, nie widziałam jego twarzy, ale na pewno nie był elfem... – urwała i milczała przez dłuższą chwilę – Nie... nie mogę dalej opowiadać... to zbyt boli i nic nie daje... czuję się tak jakbym to ponownie przeżywała... jakbym tam była i nic nie mogła zrobić... chyba rozumiesz... proszę nie pytaj mnie więcej o przeszłość... dawno z nikim o tym nie rozmawiałam, myślałam że po tych latach mogę o tym mówić swobodnie jednak tak nie jest... to nadal boli... i to bardzo.
I jeszcze jedno. Wcale nie jestem pewna czy nie stanowię zagrożenia zarówno dla ciebie, jak i innych czy też wreszcie siebie samej. Problem w tym że nie znam wszystkich swoich możliwości. To że jesteś... kim jesteś nie oznacza że nie jestem wstanie cię zranić śmiertelnie... wtedy gdy cię zaatakowałam nie wiesz ile trudu mnie kosztowało zapanowanie nad sobą czy chociażby spowolnienie swoich ruchów... dosięgłam cię na szczęście tylko raz. Pozatym przepraszam... już więcej się nie będę kaleczyć... jeśli już będę miała zamiar skończyć ze sobą odbędzie się to bez rozlewu krwi. – zakończyła już weselej – a teraz pozwól że się trochę prześpię... bo trochę przesadziłam i kompletnie opadłam z sił. – po czym przymknęła oczy i natychmiast zasnęła.

_________________
http://www.wszechbiblia.net
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość Odwiedź stronę autora
Martin Płeć:Mężczyzna
Wszechbiblia.Net Admin


Dołączył: 07 Lip 2002
Skąd: Warszawa
Status: offline
PostWysłany: 11-06-2003, 00:07   

[BG]

Wpatrywałam się w nią przez chwilę. Cisza. Wszędzie dookoła mrok, nagle poczułam się tak bardzo sama, jej opowieść uwolniła moje wspomnienia, te które kryłam głęboko pod osłonką z tych miłych chwil. Przez głowę przetoczyły się obrazy, tak szybko, ze nie byłam w stanie przyjrzeć się szczegółom... a jednocześnie tak wyraźne, ze nawet bez patrzenia wiedziałam czym są. Mój zrujnowany dom. Ta szarość dookoła. Zmasakrowane ciało mego ojca...
Otrząsnęłam się nagle. "Wiec przeżyła coś tak strasznego jak ja..." Wymacałam dłońmi ścianę korytarza, wiedziałam gdzie jest, ale nie chciałam narobić niepotrzebnego hałasu, nie widziałam jej dokładnie, bo do oczu napłynęły mi łzy. Powoli wstałam i przeszłam parę metrów wzdłuż ściany, wodząc po niej ręka. Moje kroki choć delikatne i stawiane z jak największą ostrożnością wydawały się odbijając gigantycznym echem. Przynajmniej w pustce jaka powstała w moim umyśle. Zatrzymałam się. Oparłam o ścianę i powoli opadłam na ziemie. Wbiłam wzrok w sufit. "Nie tego chciałam... nie wiedziałam, że to tak bolesne. Powinnam się domyśleć. Wybacz mi, proszę." Obróciłam głowę w stronę dziewczyny, spala oparta o ścianę parę metrów dalej. "Nadal nie wiem kim jesteś... pewnie sama tego nie wiesz... jak długo błąkasz się szukając tej odpowiedzi?"
Ogarnęła mnie senność. Przypomniało mi się jak dawno nie spałam. Przymknęłam oczy, wyciszyłam wszystkie gnębiące mnie myśli. "Nie teraz" I zasnęłam.
Nie miałam żadnych snów, głucha ciemność. Gdy się obudziłam, czułam się znacznie lepiej. Rozejrzałam się, ona nadal leżała tam gdzie przedtem. Nie widziałam jej twarzy, nie wiedziałam czy jeszcze śpi. "No tak... przecież była wycieńczona." Wstałam pomagając sobie rękoma. Ruszyłam w stronę Yenny. Ta drgnęła, a później odwróciła głowę w moją stronę. "Wiec jednak nie śpi" Uśmiechnęłam się lekko, już mnie to nie zdziwiło, i podeszłam bliżej.
- Wybacz moje pytanie... nie powinnam była wtedy... - urwałam, lepiej było dalej nie kontynuować - Jak się czujesz? Myślę, że powinnyśmy wreszcie stad wyjść. Chce zaczerpnąć znów świeżego powietrza, może to wyda się dziwne, ale chce znów zobaczyć światło dnia.
Uśmiechnęłam się ciepło. Odwróciłam się w stronę, gdzie powinno znajdować się wyjście - Ach... i nie martw się o mnie, sama zdecydowałam, nie chcę cię zostawić nawet jakby było to dla mnie niebezpieczne. To co? Idziemy?

_________________
http://www.wszechbiblia.net
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość Odwiedź stronę autora
Martin Płeć:Mężczyzna
Wszechbiblia.Net Admin


Dołączył: 07 Lip 2002
Skąd: Warszawa
Status: offline
PostWysłany: 12-06-2003, 23:11   

[MG]

W odpowiedzi kiwnęła głową po czym szybkim i pełnym gracji ruchem stanęła na nogi... ale po chwili na jej twarzy pojawił się lekki grymas zachwiała się lekko a lewą ręką złapała się za swój prawy bok, drugą ręką natychmiast zasygnalizowała że to nic takiego.
- Na pewno wszystko w porządku? - spytałaś się dla pewności.
- Tak, w porządku, to nic... zaraz przejdzie. - przymknęła oczy, obiema rękoma zatoczyła okrąg łącząc zaraz dłonie za plecami po czym stanęła na palcach u stóp wypinając przy tym klatkę piersiową do przodu. Zaciągnęła głęboko powietrza i wydychając je rzekła - Nooo! Już znacznie lepiej... możemy iść tylko że... - spojrzała na ciebie i zamyśliła się na chwilkę - ... zresztą nie ważne. No to chodźmy.
Ruszyłyście przed siebie. Yenny szła pierwsza nadając dość szybkie tempo marszu. Po paru minutach odezwała się ponownie.
- Wiesz co... wcale nie mogę przestać się martwić o ciebie... nie chodzi mi już o zagrożenie z mojej strony... teraz kiedy jesteś zemną muszę uważać nie tylko na siebie ale i ciebie... czuję się odpowiedzialna za twoją osobę i nic tego nie zmieni. Jeśli coś ci zrobię... szanuję twoją decyzję ale nie jestem chyba jeszcze w stanie udźwignąć takiej odpowiedzialności... - urwała na moment - ... może lepiej by było jednak gdybym została sama. Tak chyba będzie lepiej dla naszego wspólnego dobra... sama już nie wiem co robić. Uważam jeszcze tą kwestię za nie rozstrzygniętą... na razie wydostańmy się stąd, a dopiero wtedy zastanowimy się co zrobić dalej.
- Dobrze... jak wolisz – odpowiedziałaś krótko i rzeczowo, ciągle zastanawiając się nad treścią zdań które powiedziała.
- A więc ustalone. – oparła.
W korytarzu z czasem zaczęło robić się coraz cieplej, a po upływie około pół godziny od wyruszenia dziewczyna się zatrzymała, po czym odwróciła się w twoją stronę.
- Afreeta... będzie tu za moment. Sprawdzi zaraz nam ile jeszcze drogi przed nami. – I rzeczywiście po chwili z kierunku z którego przyszłyście wyskoczyła jak wystrzelona z łuku strzała Afreeta. Zatoczyła okrąg wokół swej pani i pomknęła dalej do przodu. Po momencie wróciła.
- To niesamowite... – powiedziała do siebie Yenny – Chodź już niedaleko jest wyjście... zresztą musisz to zobaczyć – te słowa już były skierowane do ciebie, po czym pobiegła do przodu... bez zwłoki ruszyłaś za nią. Okazała się jednak znacznie szybsza od ciebie i zgubiłaś ją... niedługo twoim oczom ukazało się zalane światłem wyjście z tunelu. Zbliżając się do wyjścia dotarła do ciebie przyjemna woń... „Kwiaty...? Tutaj w zimę?” Przeszłaś przez ścianę światła i twoim oczom ukazał się przepiękny widok polany całej ‘zalanej morzem’ kwiatów... pośród którego znajdowało się duże źródło z którego biło ciepło i para... a zasilał je także dodatkowo niewielki wodospad spadający z góry tworząc tęczę. Cała polana była otoczona ze wszystkich stron, stromymi i wysokimi ścianami skalnymi na których wierzchołkach było widać leżący śnieg błyszczący w promieniach zachodzącego słońca. Yenny dostrzegłaś dopiero po chwili, stała niedaleko i wpatrywała się w wodospad. Odwróciła się do ciebie.
- Niesamowite, no nie? Takie piękne... wręcz nierealne jak na miejsce w którym się znajdujemy.
- Tak naprawdę tu ładnie.
Dziewczyna odpowiedziała szerokim uśmiechem, zakręciła piruet po czym miękko opadła plecami na kwiecisty ‘dywan’. Przeturlała się parę razy po czym zatrzymała się, leżąc teraz na brzuchu podniosła głowę podpierając ją po chwili dłońmi. Wpatrywałaś się w nią zaskoczona jej tak swobodnym, lecz pełnym wdzięku i gracji zachowaniem... wyglądała teraz niezwykłe pięknie ze swymi rozpuszczonymi sięgającymi do pasa złoto-jasnymi włosami i tym uśmiechem na twarzy... zresztą i bez tego wyglądała ślicznie.

_________________
http://www.wszechbiblia.net
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość Odwiedź stronę autora
Martin Płeć:Mężczyzna
Wszechbiblia.Net Admin


Dołączył: 07 Lip 2002
Skąd: Warszawa
Status: offline
PostWysłany: 12-06-2003, 23:12   

[BG]

Westchnęłam cicho. "Taa... nierealnie." Powoli podążyłam ku środkowi polany, za każdym krokiem czując delikatność dywanu, po którym stąpałam. Przystanęłam parę kroków przed sadzawką. Klęknęłam na ziemi. Dłonią musnęłam płatki kwiatów. Przymknęłam oczy, które dotąd wodziły za ruchem dłoni. Nabrałam powietrza pełnego tej niecodziennej woni i jednocześnie otworzyłam oczy, które teraz zatrzymały się na Yenny. "Jak dziecko... dlaczego ja już tak nie potrafię, dlaczego zapomniałam?... czy te wszystkie lata, kiedy musiałam trzymać się surowych zasad, gdy emocje były 'zakazane' aż tak mnie zniszczyły? ... zakazane... przez kogo? Sama to sobie narzuciłam, a teraz nie potrafię już żyć jak kiedyś, gdy całe dnie spędzałam na łące, koło domu, gdzie prawie zawsze kwitły kwiaty... kwiaty mojej matki. Zapomniałam co znaczy beztroska." Spuściłam nieprzytomne oczy, odwróciłam głowę w stronę sadzawki, nie chciałam, żeby widziała. Choć pewnie i tak zauważyła.
Cisza, zakłócona tylko szumem wodospadu. Położyłam się na plecach, spoglądałam w niebo, które powoli stawało się coraz ciemniejsze. Milczałam dłuższą chwilę wpatrując się w głębie granatu, bezchmurnego nieba.
- Jak chcesz odejdę. Muszę tylko wiedzieć, w którą stronę mam się udać, by odnaleźć Eponę. - przerwałam na moment, ciągle patrząc w nieokreślony punkt nieba - Ale nie wierzę, że naprawdę tego chcesz. Myślę, że któraś część ciebie nie chce, żebym odeszła, zastanawia mnie tylko dlaczego tłumisz ten głos. Wiesz to bardzo ludzkie... Tę odpowiedzialność dzielimy razem, ty boisz się o mnie, ja o ciebie. Tak mi się przynajmniej wydaje. Nie chcę cię opuścić z dwóch względów: nie chcę zostać sama i nie wybaczyłabym sobie jakbyś kiedyś to zrobiła, jakbyś się zabiła. Już wolałabym zginąć z twojej ręki. Choć nie posiadając magicznej broni nie jesteś w stanie mnie zgładzić.

Przewróciłam się na bok, tak, że gdybym była elfem, zobaczyłabym swoje odbicie w przejrzystej tafli. Zatopiłam prawą rękę w wodzie, kręgi powoli zaczęły się rozchodzić po gładkiej przedtem powierzchni.
- Ale jeśli naprawdę tego chcesz to odejdę, nie chcę sprawiać kłopotu.

_________________
http://www.wszechbiblia.net
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość Odwiedź stronę autora
Martin Płeć:Mężczyzna
Wszechbiblia.Net Admin


Dołączył: 07 Lip 2002
Skąd: Warszawa
Status: offline
PostWysłany: 12-06-2003, 23:13   

[MG]

Hymm... muszę to przemyśleć. Wielkiego kłopotu to mi nie sprawiasz, choć prawdę mówiąc... –zawahała się, jednak dokończyła – to trochę mi przeszkadzasz. Chodzi tu o to że ja jestem znacznie sprawniejsza od ciebie co pewnie już zauważyłaś. W przypadku niebezpieczeństwa na ogół sobie radzę bez większego problemu... jednak kiedy jesteś zemną musze też zwracać uwagę na ciebie, przez co nie mogę skoncentrować się na sobie samej... i jak widać trochę mi się przez to dostało. Tak czy siak to nie twoja wina lecz moja... nigdy tego nie trenowałam... zresztą co ja tam ćwiczyłam, półtora roku treningu to prawie nic, przez co wielu rzeczy jeszcze się nie nauczyłam... choćby władania mieczem. Aż ciarki mnie przechodzą na myśl że gdybym znała fechtunek... nie miała byś wtedy żadnych szans... masz racje nie zabiła bym ciebie, nie zwykłym mieczem, ale mogłam cię poważnie zranić... – potrząsnęła głową – ... i o to właśnie chodzi ... twierdzisz że jeśli już wolisz zginąć to z mojej ręki... a co ja mam o tym mam myśleć... czuć się zaszczycona czy co... jeszcze jak dotąd nikogo nie zabiłam i nie chcę byś to ty była moją pierwszą ofiarą... i pewnie już ostatnią... Jestem zbyt spokojna... za spokojna i nie zniosłabym takiego ciężaru... odpowiedzialności za śmierć kogoś takiego jak ty... a czuję że prędzej czy później dojdzie do takiej sytuacji . Skąd takie wnioski, jeśli sądzisz że dam radę to opanować to się raczej mylisz... zresztą nawet sama zaczynam w to wątpić. Nie zaważyłaś tego, ale od tamtej walki aż trzy razy straciłam na krótką chwilę nad sobą kontrolę... co i tak już o te cztery razy za dużo. Czas działa przeciwko mnie... jestem coraz słabsza, chyba nie wytrzymam tak dłużej... choć jestem pewna że to coś jest teraz słabsze... tak jakby jego część zniknęła.
Magiczna broń powiadasz... obawiam się że coś takiego posiadam, jest przy moim koniu, nigdy dotąd tego nie używałam więc nie wiem jaką dysponuje mocą, ale na pewno nie należy to do zwykłych rzeczy... i tu jest problem, jeśli są to magiczne przedmioty to... to mogę cię zabić... czego najbardziej się obawiam... zagrożenia jakim się stanę wobec innych. –
Stanęła za tobą a jej odbicie ukazało się na tafli wody... na jej twarzy widniał smutek i zmartwienie.
- Widzę że bardzo ci na mnie zależy... tak jakbyś mi coś zawdzięczała, coś więcej niż uratowanie życia, a ja przecież nic więcej nie zrobiłam... kompletnie nic... trochę tego nie rozumiem. Na razie możesz zostać... pomogę ci odnaleźć Eponę, ale pod jednym warunkiem. Musisz mi obiecać że jeśli nie zapanuję nad tym ty odejdziesz albo... najlepiej jak mnie wyeliminujesz... obiecaj mi to, proszę. Chcę mieć przynajmniej tą pewność... pewność co do tego że nikogo więcej nie skrzywdzę.

_________________
http://www.wszechbiblia.net
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość Odwiedź stronę autora
Martin Płeć:Mężczyzna
Wszechbiblia.Net Admin


Dołączył: 07 Lip 2002
Skąd: Warszawa
Status: offline
PostWysłany: 12-06-2003, 23:14   

[BG]

Leżałam nadal na boku podpierając się na łokciu i wpatrując w jej odbicie w gładkiej tafli sadzawki. Milczałam. Wolną dłoń znów zanurzyłam w wodzie nabierając w nią wody. Po czym uniosłam rękę i między palcami przepuściłam jej zawartość. Spadające krople zmąciły jeszcze bardziej obraz odbijający się w wodzie.
- Skoro taka jest twoja wola... - przerwałam ciszę, barwa głosu bezwiednie wróciła do tej zimnej, pozbawionej emocji i uczuć, której używałam od lat, słowa odbijały mi się pustką w głowie; znów zanurzyłam dłoń w sadzawce - więc niech tak będzie.
"I gdy odnajdę już Eponę to odejdę, rzucę się w pustkę dzikim galopem, naprzód, przed siebie, byle dalej... nie wiem dlaczego, ale mam teraz straszną ochotę na ten szalony bieg. Dreszcz przebiega po mej dłoni i przez ręce dociera do reszty mego ciała... nigdy tego nie pragnęłam, zawsze bałam się, choć już kiedyś przemierzałam świat w postaci wilka. Ten bieg, pęd powietrza... zapomnienie. To niesamowite jak bardzo teraz tego pragnę... ucieczki, jako wilk, daleko stąd. Cicho i szybko, szybciej nawet od Epony, bo choć Ona jest najszybszym koniem jakiego znam, to żaden koń nie jest szybszy od wilka..." - dokończyłam w myśli, przerażało mnie, że teraz pragnę zmiany, tego czego zawsze się bałam, bo zbliżało mnie do mojej mrocznej natury, czułam ją wtedy silniej niż zwykle i przerażało mnie, że mogę się zapomnieć i zrobić coś złego... poczuć ten zew krwi i nie zapanować nad sobą. To było dziwne - "Swoim pojawieniem się w moim życiu ona skierowała je na inny tor, zmieniła je, przypomniała mi o prawdziwym życiu, o tej radości jaką już od dawna nie żyłam. Pokazała mi wspomnienia z młodości odrodzone na nowo, przebudziła mnie z dziwnej śpiączki, swoją obecnością wyrwała mnie z tej choroby zwanej obojętnością. Pokazała mi na nowo świat taki jakim jest, a teraz mówi 'ruszaj dalej sama'. Czy dam radę? Czy potrafię sama kroczyć tą wskazaną mi drogą? Czuję się taka słaba. Znów taka samotna, odtrącona... Nie potrafię żyć samotnie, nie jestem samotnikiem, wychowałam się wśród ludzi i trudno żyć mi z dala od nich. W głębi duszy czuję tę wspólnotę i jednocześnie wiem, że jestem poza nią, czuję tę niechęć jaką oni pałają do mnie, ten strach i nienawiść do mojej drugiej osobowości. Yenny... ona jest inna, od początku czułam co innego, jakąś dziwną aurę od niej, ta inność polega na tym, że nie czuje do mnie tej niechęci jaka cechuje zwykłych ludzi i inne istoty. Uwierzyłam, że nie muszę dalej żyć samotnie, sama przemierzać tego świata, wierzyłam, że nareszcie znalazłam kogoś, kto stanie się moim towarzyszem, kogoś z kim będę mogła porozmawiać, kogoś kto odpowie mi w mojej własnej mowie, nie tylko spojrzeniem i cichym rżeniem... Stanowiłybyśmy świetny tandem, obie jesteśmy niezwykłe pod pewnymi względami, a nasze umiejętności nawzajem się uzupełniają. Myślałam, że możemy sobie nawzajem pomóc... Ale powinnam od razu to przewidzieć, zauważyć... Osoby wyjątkowe, ponadprzeciętne skazane są na samotność i żyją w niej, przyzwyczaiły się do niej i inne osoby tylko utrudniają wtedy życie. Nigdy nie znajdę towarzysza doli, gdyż jestem jedyną, która nie potrafi żyć samotnie. Wszyscy inni jakoś sobie z tym radzą, a wręcz cieszą się, że nie muszą się o nikogo martwić, z nikim dzielić, za nikogo odpowiadać... bo to przecież przeszkadza, utrudnia życie. Powinnam była wcześniej na to wpaść. Nie wiem tylko, co teraz mam ze sobą zrobić... bo chyba nie będę potrafiła żyć dalej tak jak dotąd, coś się we mnie zmieniło. Nie wiem tylko czy na lepsze czy na gorsze... czas pokaże. Choć boję się, boję się, że sobie nie poradzę, boję się, bo nie wiem co mam dalej robić. Może łatwiej byłoby umrzeć? Nie. Sama nie potrafiłabym odebrać sobie tego 'nie-życia', a ona tym bardziej nie mogłaby mi pomóc, nie chcę, by miała wyrzuty z mojego powodu. Nie mam prawa zrzucać tego ciężaru na innych, przecież oni mają już własny... Dlaczego ten świat urządzony jest w ten sposób? Dlaczego wszyscy tylko utrudniają sobie nawzajem życie, zamiast się wspierać? Nie rozumiem... nic nie rozumiem..." - wargi bezgłośnie poruszały się analizując myśli. Zamknęłam oczy jeszcze raz próbując to sobie poukładać, ale nie mogłam. Nie potrafiłam znaleźć odpowiednich odpowiedzi, rozwiązań... Zagubiłam się znowu, a w tej nieskończenie ciemnej, czarnej, prawie pochłaniającej światło otchłani rozpaczy nie widziałam żadnej pomocnej dłoni, po raz kolejny musiałam liczyć sama na siebie.
- Wiem, że nie rozumiesz... sama tego nie rozumiem... - ocknęłam się z zamyślenia, znów usłyszałam własny, prawie metaliczny, pozbawiony emocji głos - nie potrafię zrozumieć tego świata, nie potrafię zrozumieć ciebie, Yenny... już nic nie wiem, wszystko czym dotąd żyłam wydaje się takie odległe.
- To... - zaczęłam znów, zawahałam się - to twoja obecność przynosi mi radość, pewnie nigdy tego nie zrozumiesz. Zawdzięczam ci więcej niż to sobie możesz wyobrazić, nie musisz nic robić, wystarcza mi twoja obecność. Sama tego nie rozumiem do końca, albo nie potrafię ci tego wytłumaczyć, ale to czuję.
Zacisnęłam dłoń w pięść, nadal trzymając ją w wodzie, lekkie kręgi zatoczyły się na powierzchni, srebrzyste gwiazdy utkane na granatowym niebie zafalowały lekko wraz z kręgami na wodzie. Powoli rozluźniłam pięść i wyciągnęłam rękę z wody. Spojrzałam w niebo, to prawdziwe, a nie odbite w sadzawce, było piękne, bezchmurne.
- Teraz odpoczniemy, jutro musimy ruszyć w drogę. Wrócimy do twojego obozowiska i poszukamy jaskini gdzie zostawiłam moje rzeczy i Epony. A potem odejdę.

_________________
http://www.wszechbiblia.net
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość Odwiedź stronę autora
Martin Płeć:Mężczyzna
Wszechbiblia.Net Admin


Dołączył: 07 Lip 2002
Skąd: Warszawa
Status: offline
PostWysłany: 12-06-2003, 23:15   

[MG]

Stała przez krótką chwile w milczeniu... z odbicia jej postaci w wodzie nie można było nic odczytać. Jej obraz w wodzie zamazał się pod wpływem rzuconego kamienia przez nią we własne odbicie.
- Głupia... znów to zrobiłaś...- szepnęła cicho do samej siebie
- Przepraszam. - tym razem powiedziała na głos - To co ci powiedziałam to nie cała prawda... bardziej chodzi o to... o to... że zawsze byłam sama... sama, samotna od tego dnia... dnia kiedy straciłam wszystko, dom, rodzinę... matkę, ojca, młodszego brata... wszystkich. Przygarnął mnie pewien człowiek... nazywałam go dziadkiem bo tak sobie tego życzył... powiedział mi to samo co ty... że sama moja obecność sprawia mu ogromną radość. Był bardzo mądrym i uczonym człowiekiem... dwa lata temu powiedział mi że jego czas jest już policzony... uświadomiłam sobie że znów zostanę sama... przyzwyczaiłam się do tego, ale bardziej chodziło mi o to że znów kogoś stracę... wtedy nauczył mnie obrony i walki... pół roku temu mimo nie ukończonej nauki powiedział że musze wyruszyć w Czarne Góry... znajdę tam kogoś z moich stron, skąd pochodziła moja rodzina... dało mi to pewną nadzieję że się dowiem kim jestem i skąd pochodzę... teraz spotkałam ciebie, pomogłam i uratowałam ciebie, bo nie mogłam inaczej postąpić taka już jestem... zresztą już raz o tym ci mówiłam. Boję się... boję się z kimś związać by znów ponownie tego nie przeżywać... tego dnia... dnia kiedy... - jej oczy straciły blask... przeszły mgłą, a jej ciało lekko drgnęło po czym przeszyło je dreszcze. Zrozumiałaś co się dzieję... znów to przeżywa... przed jej oczami na nowo odgrywa się przeszłość. Wstałaś i chwyciłaś ją...
- Yenny, Yenny to ja Deed... słyszysz mnie!? - Nie odpowiadała, wogóle nie reagowała na twoje działania... potrząsnęłaś nią lecz nie odniosło to widocznego efektu. Ułożyłaś ją na kwiecistym posłaniu cały czas ją trzymając.
- Niee!!! - krzyknęła Yenny - Mamo! - po czym złapała się za głowę, a jej twarz wykrzywił grymas spowodowany bólem... oddychała ciężko... po twarzy spływały krople potu... poczułaś że jej dłoń chwyciła twoją i zacisnęła się na niej... odwzajemniłaś uścisk.
- Deed...? Jesteś tu? - spytała szeptem.
- Tak... jestem.
- To jeszcze nie koniec - mówiła dalej z trudem wypowiadając każde słowo. - To nie pierwszy raz... dopadają mnie wspomnienia... jednak nigdy nie były tak intensywne, tak szczegółowe... nie zaszły tak daleko... ale to jeszcze nie koniec... więcej wydarzeń... ah!!! - Znów przeszła przez nią fala dreszczy połączona z bólem.
- Niee! Nieee!!! - znów krzyknęła, a z jej oczu popłynęły łzy. Po paru chwilach znów się odezwała do ciebie.
- Możesz zostać... nie musisz odchodzić... chcę żebyś to teraz wiedziała... - ponownie zadrżała. - wiedziała to jak mi się nie uda... - popatrzyłaś na nią zdumiona jej słowami - ... muszę to zrobić teraz... to chyba jedyna sz... szansa że będę z powrotem sobą... nie, ma już czasu... muszę... to... zrobić póki... jeszcze mogę wygrać... uświadomiłam to sobie... albo ja albo to coś... lub oboje... Zaufaj mi...
- Co chcesz zrobić?!? Yenny!!! - jednak nie uzyskałaś odpowiedzi, była już nieprzytomna... na moment otworzyła usta a ich wargi poruszyły się... jednak nic nie usłyszałaś... zaraz po czym z jej ust popłynęła strużka krwi. Jej uścisk twojej dłoni na chwilę osłabł, lecz zaraz ścisnęła ją bardzo mocno i nagle przez twe ciało przeszła ogromna energia rozpływając się po nim dostarczając każdej komórce świeżej siły... nigdy dotąd nie czułaś w sobie tyle mocy "Ta siła, energia... to... znów to zrobiła" uświadomiłaś sobie z przerażeniem, szarpnęłaś swoją dłoń... chciałaś wyrwać ja z jej uścisku, ale trzymała zbyt mocno.
- Zaufaj mi... proszę... - powiedziała ledwo co słyszalnym szeptem.
- Niee. Nie rób tego... możesz zginąć!!!
- Wiem... ale nie mam wyjścia... nie puszczaj mojej dłoni... to jeszcze nie wszystko... - ponownie wniknęła w ciebie energia... jeszcze większą i bardziej skoncentrowana niź poprzednia... siła jej przepływu była tak duża że aż odrzuciło cię do tyłu. Upadek zamortyzowały kwiecisty 'dywan' jednak organizm nie był wstanie przyswoić takiej ilości energii i straciłaś przytomność...
Kiedy już ją odzyskałaś, najpierw do twych uszu dotarł żałosny pisk... otworzyłaś oczy, to była Afreeta która latała nerwowo bez żadnego ładu nad Yenny.. "Yenny" przemknęło ci przez myśl i błyskawicznie znalazłaś się koło niej. Oczy miała zamknięte... nie oddychała, szybko sprawdziłaś puls... "Brak" ... nie wyczułaś też żadnej energii życiowej od niej... nawet odrobiny, kompletnie nic. Dopiero teraz dostrzegłaś że koło niej unosi się malutka jaskrawo biła, świecąca kulka... z której to powoli wypromieniowywała energia...

_________________
http://www.wszechbiblia.net
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość Odwiedź stronę autora
Martin Płeć:Mężczyzna
Wszechbiblia.Net Admin


Dołączył: 07 Lip 2002
Skąd: Warszawa
Status: offline
PostWysłany: 12-06-2003, 23:16   

[BG]

- Yenny... - szept przedarł się przez moje usta. Nadal trzymałam jej dłoń jednocześnie wpatrując się w świetlistą kulę. Nie mogłam oderwać od niej wzroku, nie zwracałam nawet uwagi na Afreetę latającą wokół.
"Coś ty zrobiła... co ja mam teraz zrobić?..." - Zacisnęłam powieki, lecz łzy dalej toczyły się po policzkach, rzeźbiąc mokre smugi na mojej twarzy. Nie rozumiałam tego co zrobiła, nie wiedziałam co mam uczynić, w głowie miałam kompletną pustkę, w której niosło się echo moich myśli. Powoli, prawie bezwiednie wyciągnęłam dłoń w stronę tego skupiska energii, przez szeroko otwarte oczy widziałam jak moja ręka się zbliża, czułam ciepło, emanowało ze świetlistej kuli. Jeszcze tylko trochę i...

_________________
http://www.wszechbiblia.net
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość Odwiedź stronę autora
Martin Płeć:Mężczyzna
Wszechbiblia.Net Admin


Dołączył: 07 Lip 2002
Skąd: Warszawa
Status: offline
PostWysłany: 12-06-2003, 23:17   

[MG]

... dotknęłaś jej, po czym przez ciało przeszedł cię dreszcz... przyjemny dreszcz. Dłoń pod wpływem energii zawartej w kuli zrobiła się ciepła, ale nie parzyło. Czułaś się silna jak nigdy dzięki energii którą ci przekazała, jednak mimo tego w zaistniałej sytuacji byłaś bezradna... nie wiedziałaś co robić, a czas niemiłosiernie upływał. Yenny zrobiła się cała blada, biała jak... „Nie... to nie możliwe... nie może być!!!” Wypuściłaś z dłoni kulkę, która zawisła w powietrzu i chwyciłaś Yenny mocno za ramiona po czym potrząsnęłaś nią z całej siły...
– Obudź się... wstawaj! ... Proszę... obudź się!!! Nie zostawiaj mnie samej! – uderzyłaś ją jeszcze sparę razy na przemian w policzki jednak twoje zabiegi nadal nie przynosiły skutku... bo ciągle trzymałaś bezwładne i wiotkie ciało dziewczyny. Załamana opadłaś na kolana... łzy ze zmożoną siłą napłynęły do oczu.... „Zaufaj mi...” w głowie odezwał ci się jej głos... głos przywołany z pamięci...
- Zaufaj... muuf... nawet nie wiem co zrobiłaś... muuuf... muuf – mówiłaś pociągając nosem -...co mam robić... nie wiem nic... a nie mogę temu tak bezczynnie się przyglądać... – przerwałaś bo nagle zrobiło ci się słabo, po czym niemal jednocześnie zrobiło ci się gorąco... obraz zafalował przed oczami, rozmył się po czym zatoczyłaś się na nogach i upadłaś.... leżałaś na wprost niej... ale nie mogłaś się ruszyć... uczucie ciepła przeszło chyba już na każdy fragment twego ciała... stawało się wręcz nieznośne, parzyło niczym ogień. Poczułaś jak „odpływasz” i zaraz głowa opadła ci na „pachnące posłanie”.
Przytomność odzyskałaś po jakimś czasie... z trudem otworzyłaś powieki... leżała nadal przed tobą w tej samej pozycji. Wstałaś... chodzenie okazało się jednak bolesne, co w tej chwili nie miało znaczenia, chciałaś jak najszybciej znaleźć się przy niej... sprawdzić jej stan... pomóc... Wykonanie tego zadania kosztowało sporo wysiłku, ale po momencie znalazłaś się u celu. Dotknęłaś jej... i nic... kompletnie nic, żadnego śladu życia... „To koniec...???” – Nieee!!! – krzyknęłaś z całych sił... a echo zwielokrotniło jego siłę odbijając się od wszystkich otaczających ścian skalnych...
- Nieee!!! – krzyknęłaś i poderwałaś się gwałtownie z ziemi czemu towarzyszył ból odczuwalny w całym ciele... „To tylko sen... tylko sen, zły sen” odetchnęłaś z ulgą... nie wiedziałaś jak długo byłaś nieprzytomna ale niebo nadal było spowite milionami migoczących gwiazd. Przymknęłaś oczy i powoli odwróciłaś głowę obawiając się widoku jaki przyjdzie ci zobaczyć.... kiedy głowa była zwrócona we właściwym kierunku czyli skierowanym ku dziewczynie z wahaniem otwarłaś oczy... leżała gdzie indziej i w innej pozycji... tylko że to miejsce nie było tym jakie ostatnio widziałaś... wokół nadal rosły miliony kolorowych kwiatów... lecz tutaj ziemia była usłana wieloma wyrwami i niewielkimi kraterami... a większość z nich było wypełnione błotem. Skoczyłaś w jej stronę nie zważając na to że każdy twój ruch był męczący i po momencie byłaś przy niej... jednak nie zareagowała na twoje przybycie. Leżała w jednej z takich dziur, miała zamknięte oczy i oddychała nierównomiernie wciągając krótkimi wdechami powietrze... wyglądała tragicznie... „Przez ten czas kiedy byłam nieprzytomna coś się tu musiało wydarzyć, o czym bez zaprzeczalnie świadczyło to pobojowisko... jednak to nie czas na rozważania nad tym...” i wzięłaś się do oglądania stanu dziewczyny. Była podrapana i upaćkana błotem, jej ubranie było w strzępach... a faliste i błyszczące dotąd włosy całe były poplątane i polepione błotem... ze skroni na policzek ciągnęła się zaschnięta już strużka krwi... wyciągnęłaś ją delikatnie z mazi na suchą powierzchnię. Dopiero teraz zobaczyłaś że cały prawy bok miała rozszarpany i nadal znacznymi ilościami ciekła z niego krew... podobnie wyglądała lewa noga tylko że tam upływ krwi był mniejszy.
- Kto tu jest...? – Yenny powiedziała ledwo co słyszalnym głosem.
- To ja... Deed... – odparłaś błyskawicznie.
- Ah... to ty... czyli nie trafił cię... – przerwała krztusząc się krwią - ... zimno mi... bardzo zimno... chce mi się spać... – powoli otworzyła oczy - ... zabawne... tak ciemno że nawet nic nie widzę... – zaraz po czym zamknęła je – cieszę się że jesteś cała... – poczułaś jak jej ręka drży zaraz po czym przestała oddychać...
- Yenny! Yenny!!! Nie teraz... wszystko będzie dobrze... – chciałaś nią potrząsnąć ale powstrzymałaś się bo mogło to spowodować jakieś dodatkowe obrażenia.... „Co robić...?”
Niespodziewanie odezwała się znowu, a jej klatka piersiowa ponownie zaczęła się unosić...
– Deed... chyba nie dam dłużej rady... tak bardzo chce mi się spać – głowa zaczęła jej lekko opadać w dół jednak zaraz ją poderwała – już nie mogę... chciałam dobrze i chyba mi się nie udało... chyba... chyba jednak cię opuszczę... przepraszam – przez jej ciało przeszły dreszcze.
- Nie, nie mów tak... jesteś silna... wyjdziesz z tego. – próbowałaś dodać jej otuchy, ale chyba bardziej pocieszyć samą siebie.
- Może i masz rację... tylko że teraz jestem bardzo słaba... słaba jak nigdy dotąd... miałam szczęście że jeszcze żyje. Próbuję zostać na tym świecie... ale nie wiem jak długo dam radę... wiesz co, mam prośbę... mów do mnie... cokolwiek, byle co... nie mogę zasnąć bo póki jestem przytomna powinnam się chyba utrzymać przy życiu... ale to strasznie boli.... i poza tym zimno mi.

_________________
http://www.wszechbiblia.net
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość Odwiedź stronę autora
Martin Płeć:Mężczyzna
Wszechbiblia.Net Admin


Dołączył: 07 Lip 2002
Skąd: Warszawa
Status: offline
PostWysłany: 12-06-2003, 23:18   

[BG]

Uśmiechnęłam się lekko, te kilka słów dodało mi nadziei, zalały umysł jak ciepła, przyjemna fala.
-Nie martw się, będzie dobrze. - ściągnęłam mój płaszcz i przykryłam nim Yenny - Będzie, bo sama tego pragniesz.
Uspokoiłam się trochę, prawie wróciło mi trzeźwe rozumowanie. Przeciągnęłam dłonią tuż nad jej bokiem i lewą nogą, mrucząc pod nosem cichą formułkę zaklęcia. Wiedziałam, że samo na nic się nie zda, wszystko zależało od Yenny.
- A teraz walcz - zaczęłam po krótkiej chwili, jaką zajęło mi rzucenie czaru - Hmmm... jakbym miała moją lutnię, zagrałabym ci najpiękniejsze melodie jakie znam. Właściwie powinnam potrafić opowiadać, mówić nie uzyskawszy odpowiedzi. Ale z Eponą rozumiemy się bez słów, częściej dla niej śpiewam niż mówię. Wiem, opowiem ci o tych dniach, tych, które przez ostatnie lata były tak odległe, a które ostatnio stały się dla mnie dziwnie bliskie. Urodziłam się daleko stąd, nieopodal małego miasteczka, którego nazwy nie ma na mapach Starego Świata. To było dawno temu, ponad stopiędziesiąt lat temu... prawie straciłam rachubę. Nie przyszłam na świat tak jak wszyscy moi rodacy - wysokie elfy, na wyspach. To dlatego, że ojca stamtąd wygnano, nawet nie wiem za co... w Imperium poznał moją matkę, czarodziejkę, to ona nauczyła nie większości tego co teraz potrafię, również czaru, który powinien uśmierzyć twój ból i zatamować krew. Miałam wspaniałe dzieciństwo. Nasz dom, piękna, zbudowana z białego kamienia wieża, stał na niewielkim wzniesieniu, porośniętym kwiecistą łąką. Była piękna, kwiaty kwitły tam prawie przez cały rok za sprawą mojej matki, słuchały jej, a ona potrafiła z nimi rozmawiać. Poniżej, w dolinie rósł las, stary i zdradliwy, bardzo łatwo było zgubić w nim drogę gdy podróżowało się samemu. Matka wiele razy wyprowadzała stamtąd wędrowców, a nawet czasem miejscowych. Jakoś gdy była ze mną wszystko wydawało się proste, a droga widoczna, tak, że zawsze zastanawiałam się dlaczego sama tyle razy się gubiłam... Gdy byłam starsza, nauczyła mnie tej sztuczki - drzewa same wskazywały mi drogę, były mi przyjazne. Całe dnie spędzałam na samotnych wycieczkach, zawsze wiedziałam, że mam do kogo wrócić, gdzie się schronić. Czasami matka zabierała mnie do miasteczka. Pomagała tam ludziom, żyła z nimi w przyjaźni, wszyscy ją znali i kochali za jej dobroć, pomoc i nie tylko... była piękna, nawet jak na elfa, a uśmiech nie schodził z jej twarzy.
Ojciec był małomówny. Inny od matki, byli prawie swoimi przeciwieństwami - ona cicha, radosna, zawsze pomocna i ufna..., on skryty gwałtowny, nie lubił ludzi, nigdy nie schodził do miasteczka, czasami przepadał w lesie na parę dni. Gdy byłam na tyle duża, by móc utrzymać miecz w dłoni, zaczął mnie uczyć nim władać. Zbliżyliśmy się do siebie, opadła bariera jaka zawsze nas dzieliła, bo byłam jak matka. Zaczął się uśmiechać, pozwalał mi towarzyszyć mu w jego tajemniczych wędrówkach, matka była temu przeciwna, ale zgadzała się. Trenował mnie, był wspaniałym nauczycielem.
Któregoś dnia miałam wypadek. Poślizgnęłam się na mokrym pniu, spadłam. Tam było wysoko, bardzo wysoko, to cud, że to przeżyłam. Ojciec zaniósł mnie do domu. Dzięki ziołom i czarom matki udało mi się wrócić do zdrowia i w końcu znów stanąć na nogi. Zabroniła mi więcej chodzić z ojcem. Wbrew mojej woli zadecydowała, że zostanę czarodziejką jak ona, bo to bezpieczniejsze. Była stanowcza, nie rozumiałam jej wtedy. Czasem potajemnie wymykałam się z ojcem i dalej trenowałam, gdy ona szła do miasteczka, lub po zioła do lasu. Byłam w tym dobra, buntowałam się przez przyszłością jaką ona mi narzuciła, wolałam jak ojciec zostać wojownikiem. Choć te treningi nie były takie jak kiedyś. Ojciec bał się o mnie, nie wystawiał mnie na najmniejsze ryzyko. Czasami zamykał się w sobie, był gdzieś nieobecny. Wiele razy pytała się o co chodzi. Mówił, że to daleka przeszłość, i że może kiedyś mi o tym opowie, bo teraz nie wie jak. Przyglądałam mu się wtedy, wyczuwałam, że chodzi o coś co wydarzyło się na wyspach. Pewnego dnia zabrał mnie od lasu. Długo patrzył na mnie. W końcu spuścił wzrok i powiedział, że matka ma rację, że powinnam zostać czarodziejką jak ona. Ze łzami w oczach pytałam 'dlaczego?'. Nic mi nie odpowiedział. Pobiegłam w las, nie patrząc nawet dokąd biegnę, chciałam uciec, poczułam się zdradzona. Słyszałam za sobą jak woła mnie po imieniu, słyszałam żal w jego głosie, ale nie zatrzymałam się. Nie wracałam do domu przez wiele dni, błąkałam się samotnie po lesie. Wmawiałam sobie, że ich nienawidzę, że już nigdy do nich nie wrócę, że mnie nie rozumieją, nie chcą zrozumieć, że mnie nie kochają...
Byłam w lesie przez ponad tydzień. Szłam właśnie wydeptaną przez zwierzęta ścieżką, gdy ją zobaczyłam. Stała nieruchomo na ścieżce kilkanaście metrów przede mną, wpatrywała się we mnie... Moja matka. Chciałam odwrócić się i uciec, ale coś trzymało mnie w miejscu, jakiś wewnętrzny głos. Bałam się podnieść wzrok, spojrzeć w oczy. Stałyśmy we dwie nieruchomo, żadna się nie odezwała, trwało to minutę, dwie, a może całą wieczność. W końcu podniosłam głowę, ona nadal patrzyła na mnie, wtedy wyczytałam to w jej oczach. Zrozumiałam, że się myliłam, że nie potrafię ich opuścić, że ich kocham, jak oni mnie. Rzuciłam się w jej kierunku biegiem, a ona przyjęła mnie z otwartymi ramionami. W domu powiedziała, że wiedziała, że zrozumiem tylko potrzebuję czasu. Zdałam sobie sprawę jak dobrze mnie zna.
Z chęcią słuchałam jej wykładów, nauka przychodziła mi z łatwością. Mówiła, że mam talent, ale to była także jej zasługa, bo to co mówiła było ciekawe, a to co mnie nużyło przy czytaniu nudnych ksiąg potrafiła przełożyć tak, że znów nabierałam nowych chęci. Zabierała mnie w różne miejsca - do lasu, do biblioteki w miasteczku, pokazała mi magiczne miejsca, o których nie miałam pojęcia, a które znajdowały się tak blisko domu, zaprowadziła mnie do świętego gaju, gdzie zapoznała mnie z druidami.
Czas mijał szybko, potrafiłam już trochę, a wizja tego wszystkiego czego jeszcze miałam się nauczyć nie przerażała mnie, wręcz przeciwnie, przyciągała mnie jak magnez. Były dni, podczas których uczyłam się z ojcem, ćwiczyłam, by nie zapomnieć to czego wcześniej mnie nauczył. Matka patrzała na nas z uśmiechem, gdy walczyliśmy "na niby" na kwiecistej polanie przed domem. Teraz nie bała się o mnie, wiedziała, że serce poświęciłam jej naukom, i że sztuka władania mieczem także mi się przyda. Byłam szczęśliwa, każdy dzień, mimo tych przeciwności losu był dla mnie radosnym.
Wiesz, ty przywróciłaś mi teraz tę radość, którą zgubiłam gdzieś dawno temu nawet tego nie zauważając. Dlatego jestem ci wdzięczna bardziej niż sądzisz. Nie pytaj jak to zrobiłaś, bo ja sama tego nie wiem, swoją osobą, tym, że jesteś, że okazałaś mi zaufanie, zrozumienie... Więc teraz nie możesz odejść. Nie teraz, gdy usłyszałam, że chcesz żyć.

_________________
http://www.wszechbiblia.net
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość Odwiedź stronę autora
Martin Płeć:Mężczyzna
Wszechbiblia.Net Admin


Dołączył: 07 Lip 2002
Skąd: Warszawa
Status: offline
PostWysłany: 12-06-2003, 23:19   

[MG]

Poruszyła się nieznacznie. Oddychała teraz miarowo bez żadnego kłopotu, a krew z ran przestała już się dawno sączyć.
-... piękna historia... prosiłam o byle co... a ty opowiedziałaś mi coś tak ładnego... dziękuję... może też kiedyś będę mieć tak miłe wspomnienia z dzieciństwa... przynajmniej mam taką nadzieję... może kiedyś to pragnienie się ziszczy. Dziękuję za opiekę już mi... – nie dokończyła bo na jej twarzy pojawił się grymas spowodowany bólem... zaraz poczym skuliła się. Napięły się u niej wszystkie mięśnie i zaczęła się trząść... zaciskając przy tym mocno zęby w między które zaraz wsunęła kawałek twojego płaszcza by sobie ich nie połamać. Drgawki przybrały na sile...
- Trzymaj się... walcz... dasz radę.
- Ale... po... – z trudem wycedziła przez zęby... jednak nie dokończyła. Poczułaś jak słabnie jej aura, zanika... nagle zobaczyłaś jakiś cień obok was. Odwróciłaś błyskawicznie głowę... ale niczego tam nie było... oprócz mnóstwa kwiatów i gładkiej tafli wody w której odbijało się migoczące milionami iskier nocne niebo. Odwróciłaś się z powrotem... nic się w jej stanie nie zmieniło bo nadal cała się trzęsła... poruszyła prawą dłonią... na twarzy pojawił się wyraz zacięcia... uporu... i z trudem mimo ciągłych dreszczy rozprostowała na niej palce... zaraz poczym zacisnęła je mocno w pięść jednocześnie otwierając oczy... swoje błękitne oczy w których pojawiła się dawna siła, jednak były jakieś inne... mętne. Niespodziewanie poderwała się na nogi zrzucając z siebie twój płaszcz wywołując u ciebie niemałe zaskoczenie bo przecież przed momentem jej stan był fatalny, ba nawet krytyczny... stała trochę się jeszcze chwiejąc... ale przecież stała o własnych siłach co sprawiło ci ogromną radość i podbudowało nadzieję że z nią będzie dobrze i wyjdzie z tego... nadal wyglądała okropnie... choć to tylko kosmetyka i porządna kąpiel doprowadzi ją do normalnego stanu. Zachwiała się lekko i upadła, ale tylko na kolana bo podparła się ręką...
Wstałaś i podbiegłaś do niej... jednak Yenny ręką pokazała byś nie podchodziła...
- Muszę sama wstać... poradzić sobie samodzielnie... nie mogę tak dłużej leżeć i zwijać się z bólu... muszę się ruszać, być aktywna. – W odpowiedzi na to kiwnęłaś głową „Trzymaj się, i tylko tak dalej...”.
- Nauczyła byś mnie może władanie mieczem... – spytała trochę nieśmiało - ... i jeśli jeszcze byś mogła to też i magii... która prawdę mówiąc zawsze mnie fascynowała, ale nie było nikogo kto mógłby mnie uczyć, czy chociażby sprawdzić czy się do tego nadaję... – mówiąc to spuściła głowę w dół. – ...oczywiście jeśli nie sprawi ci to kłopotu. Tak poza tym... – zakaszlała - ... to musisz teraz intensywnie trenować... chodzi o to że możesz stać się jeszcze sprawniejsza i silniejsza za sprawą energii którą ci z siebie wtedy przekazałam... jedyne co musisz zrobić to przyswoić ją, nauczyć się ją wykorzystać i utrzymać jej obecny poziom. Masz jeszcze duże możliwości tylko musisz je w sobie odkryć i umiejętnie wykorzystać, później pomogę ci w tym... – drugą wolną ręką złapała się za skroń... – he, jak tylko dojdę do siebie. – skończyła weselszym tonem. – I zacznę... nie, nieważne... nie chcę cię na razie martwić... to niedługo przejdzie. Więc jak się tylko pozbieram to potrenujemy wspólnie... dobrze? ....bo przecież musimy poznać się nawzajem skoro mamy dalej podróżować razem... i znaleźć Eponę. Aha... Afreetę wysłałam po konie i niedługo będzie z nimi z powrotem... teraz muszę się trochę umyć... i w ogóle doprowadzić do jakiegoś przyzwoitego wyglądu. – zacisnęła dłoń którą się podpierała w pięść... wstała i wybiła się z jednej nogi w powietrze wykonując podwójne salto w tył... po czym miękko wylądowała na ziemi...
- Noo... świetnie... – powiedziała do siebie zadowolona, odwróciła głowę w twoją stronę - ... głowa do góry... nie martw się już o mnie już nie wyzionę ducha. – po czym uśmiechnęła się ślicznie. Odwzajemniłaś uśmiech – Nawet nie wiesz jak się cieszę... „tak bardzo się cieszę że zostaniesz ze mną. Wreszcie nie będę sama.” Yenny zerwała podartą część swojej górnej garderoby zostając w króciutkiej bluzce bez ramiączek, poczym także zdjęła buty oraz spodnie i wolnym krokiem skierowała się ku jeziorku... – Idę się teraz wykąpać... Przemyśl to co ci powiedziałam. – po czym przeszła parę kolejnych metrów... i wskoczyła z gracją do wody... wywołując przy tym niewielką falę... która szerokimi łukami rozeszła się po powierzchni.

_________________
http://www.wszechbiblia.net
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość Odwiedź stronę autora
Martin Płeć:Mężczyzna
Wszechbiblia.Net Admin


Dołączył: 07 Lip 2002
Skąd: Warszawa
Status: offline
PostWysłany: 12-06-2003, 23:22   

[BG]

Odprowadziłam ją wzrokiem, a gdy już znalazła się w wodzie rozejrzałam się wokół. Jeziorko pobłyskiwało w świetle gwiazd i księżyca... tego pierwszego, bo ten drugi - mniejszy jest nieprzewidywalny i podporządkowany chaosowi. Przypomniały mi się opowieści mówiące iż cały zbudowany jest ze spaczenia - materiału tak czarnego, że aż pochłania światło. Podobno ma wielką moc... złą moc, dlatego gdy widać go na niebie, ludzie się niepokoją, jest złym znakiem. Raz jest, raz go nie ma, nie da się przewidzieć, gdzie i kiedy się znów pojawi. Czasami na jego lekko zielonkawej powierzchni można zobaczyć złowrogi uśmiech - zwiastun kłopotów... Patrząc na bezchmurne niebo uśmiechnęłam się do siebie - nie było go "To dobrze, może choć na pewien czas będziemy miały spokój". Opuściłam głowę i omiotłam wzrokiem okolicę, łąka nie była już tak piękna, jak wtedy, gdy tu przybyłyśmy, ale nadal oświetlone przez blade światło księżyca i gwiazd kwiaty nadawały temu miejscu ten niesamowity nastrój. Spojrzałam w górę, tam, gdzie biały śnieg zaglądał do tej "krainy snów", szukałam miejsca, gdzie można by się wspiąć na górę. Podeszłam do ściany, która wydawała się najbardziej obiecująca. Dotknęłam jej i przesunęłam dłoń lekko w bok, gdzie znajdował się uchwyt dla ręki. Jeszcze raz spojrzałam w górę. "To nie będzie proste, ale nie powinno sprawiać, tak dużych problemów, by było niebezpieczne." Obróciłam się na Yenny, ta nadal taplała się w jeziorku. Podeszłam do mojego płaszcza, podniosłam go z ziemi i otrzepałam z wyschniętego już prawie błota. Spojrzałam na siebie, sama byłam nie mniej upaćkana jak mój płaszcz. "No tak, mnie też przydałaby się kąpiel... szkoda, że nie widzę swojego odbicia w wodzie, pewnie jestem cała umorusana. Cóż, kolejna wada bycia Stworzeniem Mroku." Odpięłam pas, zaraz za nim na ziemię zsunęła się zielona tunika. Weszłam po kostki do wody. Była ciepła, więc nie czekając już na nic wbiegłam głębiej zanurzając się w całości. Wynurzyłam się po chwili odrzucając do tyłu długie włosy, które zakryły mi twarz, śmiejąc się przy tym radośnie.
- Czekaj, Yenny! Już do ciebie płynę!

_________________
http://www.wszechbiblia.net
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość Odwiedź stronę autora
Martin Płeć:Mężczyzna
Wszechbiblia.Net Admin


Dołączył: 07 Lip 2002
Skąd: Warszawa
Status: offline
PostWysłany: 12-06-2003, 23:24   

[MG]

Ta obejrzała się w twoją stronę uśmiechnęła i znikła pod wodą. Po chwili wynurzyła się za tobą.. - Niespodzianka! - wykrzyknęła i zostałaś zalana wodą wyrzuconą przez nią w górę... odwróciłaś się błyskawicznie i w rewanżu skontrowałaś podobną ilością wody... po momencie obie byłyście całe mokre... – Pew... –urwała – wyglądasz teraz śmiesznie.
- Ty też... – odparłaś... i ponowiłaś „atak” wodą... Yenny nie była dłużna zalewając cię jeszcze mocniej...
- Wiesz co... zachowujemy się jak małe dzieci...
- W sumie to tak...
- No to co... mam to gdzieś czuję się szczęśliwa, a to jest najważniejsze... – chlapnęła cię jeszcze raz i nim zdążyłaś oddać dała zanurkowała.
- A niech cię... zaraz cię złapię... – wymruczałaś wesoło i podążyłaś za nią. Otworzyłaś oczy ale nigdzie jej nie było widać chociaż woda była bardzo czysta, a co za tym idzie przejrzysta z widocznością na parę metrów. Poczułaś jakiś ruch za sobą i odwróciłaś się w tę stronę... i nic niczego tam nie było... „Gdzie ona jest?” ... kiedy zupełnie niespodziewanie dwie dłonie zasłoniły ci oczy... „A niech to... jak ona to zrobiła? Coraz bardziej mnie zadziwiasz Yenny...” odwróciłaś się... a ta na powitanie triumfująco uśmiechnęła się oraz zalotnie pomachała dłonią na powitanie po czym pokręciła głową dając ci do zrozumienia że coś ci nie wyszło i pokazała byś została na miejscu... po czym popłynęła do powierzchni... wynurzyła się na moment i... znikła... zaraz po czym ukazała się chmurka bąbelków powietrza w miejscu w którym przed chwilą była prowadząc swą smugą w dół... podążyłaś za nią wzrokiem... bąbelki zatoczyły koło i skierowały się w twoją stronę... „No nie znowu...” odwróciłaś się... i tak jak przypuszczałaś była za tobą. Przybrała taki wyraz twarzy jakby czekała tu na ciebie bardzo długo i nudziło się jej... zaraz uśmiechnęła się i wynurzyła na powierzchnię, a ty chwilę za nią.
- Niezłe no nie? – spytała się zadziornie.
- Nooo... – odpowiedziałaś przeciągle by dać jej satysfakcję że zrobiło to na tobie niemałe wrażenie... bo zresztą tak było. „Jeśli to jest niezłe to ciekawe co jeszcze umie...” naszła cię taka myśl.
- Przepraszam... chyba trochę przesadziłam. Dawno nie miałam gdzie popływać... a szybkość i zwinność to mój atut, a odkąd znów jestem w pełni sobą i nie muszę dzielić swych sił z tym czymś... po prostu nie mogłam się powstrzymać by się wyszaleć. No starczy tej zabawy zaraz coś złapię do jedzenia... a jakbyś mogła to rozpal ognisko. – i zaraz zanurkowała... zapewne po coś na ząb.
Pokręciłaś głową... po czym dopłynęłaś do brzegu. Chwilkę zajęło ci znalezienie materiału na ognisko bo oprócz nieprzydatnych na opał kwiatów było też parę suchych krzewów porastających zbocza. Z rozpaleniem ognia uporałaś się błyskawicznie dzięki wykorzystaniu magii... nie długo po tym Yenny wyszła na ląd z dwoma dużymi rybami w rękach.
- Świeża dostawa rybek dla kucharza! – wykrzyknęła na powitanie... i od razu było wiadomo że tym kucharzem zostałaś ty. Podeszła bliżej i wręczyła ci swą zdobycz.
- Wiesz co... jak mówiłam że niedługo mi przejdzie... to miałam rację... bo już prawie nic mnie nie boli poza tym znów zaczynam widzieć... tylko nadal dość słabo... ale to też przejdzie... no ale bieżmy się do kolacji... w czymś mogę pomóc? Bo prawdę mówiąc nie znam się za bardzo na gotowaniu... chyba że mnie nauczysz...

_________________
http://www.wszechbiblia.net
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość Odwiedź stronę autora
Martin Płeć:Mężczyzna
Wszechbiblia.Net Admin


Dołączył: 07 Lip 2002
Skąd: Warszawa
Status: offline
PostWysłany: 17-06-2003, 13:17   

[BG]

Spojrzałam na nią, potem na te dwie ryby, które przyniosła, i znów na nią. Wybuchnę łam śmiechem.
- Tośmy się dobrały, uważaj, bo kucharza to pewnie będziemy musiały jakiegoś zatrudnić... - powiedziałam z ironią i znów wybuchnę łam śmiechem - Cóż, sprawić by to było jadalne to potrafię, tyle, że nie wiem czy będzie smaczne... zawsze robiłam jedzenia tylko dla siebie i nie robiło mi zbytniej różnicy jak to smakowało. Zresztą przedtem byłam jak głaz, twarda skała, która nic nie czuje, prawie nic... - przerwałam na moment, ale już po chwili podniosłam głowę, z lekkim uśmiechem - Ale zawsze można spróbować... - urwałam szukając wzrokiem płaszcza, gdy tylko go spostrzegłam natychmiast po niego podeszłam i zaczęłam go przeszukiwać - Mam! - prawie krzyknęłam z radości, poczym wyciągnęłam małe zawiniątko z jednej z kieszeni. Grzebiąc w nim powoli wróciłam na swoje miejsce i usiadłam 'po turecku'.
- Może i kucharką nie jestem, ale znam się na tym - wskazałam na zawiniątko, które trzymałam w dłoniach, a z którego nagle wypłynęła woń ziół, zagłuszając nawet zapach kwiatów z polany - W tej dziedzinie nie mam sobie równych, to była pierwsza rzecz jakiej nauczyła mnie matka, zielarstwa. Znam prawie wszystkie rośliny, które mogą się na coś nadać, mam przy sobie sporą kolekcję, niestety zostały z resztą moich rzeczy przy koniach albo w skalnym szałasie, gdzie zostawiłam większe rzeczy... ale mam tu trochę. Większość pokazała mi matka, reszty nauczyłam się ze starych tomów. Wcześniej tego nie próbowałam, ale czemu nie zacząć, skoro danie nie może obejść się bez przypraw. Hmmm?
Odłożyłam na bok woreczek, którego zawartość dokładnie przed chwilą sprawdziłam i rzuciłam spojrzenie na ryby, które Yenny odłożyła już na ziemię.
- Najpierw trzeba je chyba obrać... - zamyśliłam się, trwało to może chwilkę - Masz jakiś nóż? Mój został gdzieś w lesie, mój nóż... A ten zabrany od tego rozbójnika zostawiłam chyba z końmi.
Po paru minutach ryby były już obrane, przekrojone wzdłuż i obsypane ziołami smażyły się na gorących kamieniach, które wcześniej umieściłam w ognisku. Czekając siedziałyśmy wokół ognia i wpatrywałyśmy się w kolację. Pachniała nęcąco, przez co czas czekania wydłużał się niemiłosiernie, a w żołądku czuć było głód. No ale, po dłuższej chwili posiłek był już gotowy. Podniosłam ostrożnie jeden kawałek nożem i podałam Yenny:
- Proszę, nie martw się nie jest zatrute. - zaśmiałam się - Zresztą mówiłam ci jakie zioła się tu znalazły.
Kolacja była nadwyraz smaczna, właściwie nawet mnie to zaskoczyło. Sama nie wiedziałam, że parę ziół i rybka może tak dobrze smakować. Lecz już po chwili przypomniało mi się, że matka zawsze używała ziół przy gotowaniu. Uśmiechnęłam się sama do siebie i nadal siedząc po turecku położyłam się na ziemi roś ciągając przy tym ręce nad głową.
- Zwinna jesteś... Wątpię, żeby mi udało się złapać rybę gołymi rękami. To imponujące. Zwykle ludzie są ociężali i powolni, przynajmniej w porównaniu z elfami. Zastanawia mnie, czy to u ciebie wrodzone, czy to sprawa tej mocy, którą masz w sobie... - przerwałam na moment - Właściwie, to skąd masz tą moc?

_________________
http://www.wszechbiblia.net
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość Odwiedź stronę autora
Wyświetl posty z ostatnich:   
Strona 3 z 7 Idź do strony Poprzedni  1, 2, 3, 4, 5, 6, 7  Następny
Ten temat jest zablokowany bez możliwości zmiany postów lub pisania odpowiedzi
Nie możesz pisać nowych tematów
Możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików
Możesz ściągać załączniki
Dodaj temat do Ulubionych


Skocz do:  

Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group