FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy
RejestracjaRejestracja  Galeria AvatarówGaleria Avatarów  IRC (qchat mibbit)  ZalogujZaloguj

Poprzedni temat :: Następny temat
Idź do strony 1, 2, 3  Następny
  Non Omnis Moriar
Wersja do druku
Szaman Fetyszy Płeć:Mężczyzna
Epic One


Dołączył: 07 Maj 2003
Skąd: Z emigracji wewnątrzkrajowej
Status: offline
PostWysłany: 19-06-2003, 18:20   Non Omnis Moriar

Jako, iż Bambosh ma wakacje, zero poprawek na karku i nic do roboty, postanawia założyć forumowe stowarzyszenie twórców literackich i nieliterackich Non Omnis Moriar. Nazwa, jak pewnie się domyślacie pochodzi z księgi drugiej ód Horacego (oda bodajże dwudziesta), a znaczy tyle, co "nie wszystek umrę". Możecie wrzucać tutaj wszelkie płody literackie (do nieliterackich, jak filmy, rysunki komiksy lepiej dawać odnośniki ^^), które nie pasują do "opowiadań" Avellany (spokojnie, nie chcę robić konkurencji ^^). Dozwolonym jest komentowanie utworów. Stowarzyszenie jest apolityczne, zatem WiP, ZC, Anty-WiP i Konron są tutaj mile widziane.

No to na dobry początek wrzucę fragment mojego większego utworu, "Z archiwum P" opisujący Zochę, dwa wiersze o Slayersach, oraz twórczośc Martina przeniesioną z innego topica.

"Z archiwum P- Zocha"

(...)Więc ruszyłem żwawo do Bazia pokoju.
Nie zastałem go tam, lecz czuję zapach gnoju.
Smród pewnie przyleciał przez wielkie oknisko.
Zerknąłem i ujrzałem brzydoty zjawisko:
Miało parę kamaszy rozmiarów gigantycznych,
W nich się kryje dwójka platfusów komicznych
Zapewne, co sądzę po ogromnych buciorach.
Nieco wyżej ujrzałem ja nogi potwora.
Przeszczepy te były nad wyraz owłosione.
To nie wszystko - do tego wykoślawione.
Wyżej ujrzałem bebech przeolbrzymi,
Elipsoidalny, podobny do dyni.
Włosami pokryta jest klatka piersiowa,
Jaskiniowca tors niech się przy niej schowa.
Do niej przytwierdzone są doje obwisłe,
Mleko jest w nich pewnie już niezwykle skisłe.
Łapska jak mych dziesięć, strasznie umięśnione,
Nawet bydło na ich widok wrzeszczy przerażone.
Na karku miał ten potwór wielką łepetynę,
A na niej zawszoną, paskudną czuprynę.
Jej kolor? No nie wiem, czy sjena palona?
Czy sepia, czy karmin, czy zieleń zgaszona?
Lecz na pewno jest siedliskiem wszelkiego robactwa:
Wszy, pcheł, pająków i innego plugastwa.
Facjatę miała brzydszą chyba niż u trolla,
Oczy wyłupiaste, niczym u żabola.
Na niej kopa brodawek, ogromnych, plugawych,
Ozór długi, obleśny, zielony, chropawy.
Nie nosiła na sobie żadnego odzienia,
Bo wszystko przykrywała... KUPA OWŁOSIENIA :-)
Tak można opisać ten przykład turpizmu
Lub Stwórcy naszego przejaw komizmu.
Gdy się do tego paskudztwa porównałem,
Wnet przystojniakiem, ba, MISTEREM się uznałem!!!
Patrzyłem przez okno, jak ptactwo dusiła,
I dzieciaki swą facjatą wystraszyła.
Z żalem spoglądałem na kury poduszone
I koguty, które przerobiła na kapłony.
Wtem obróciła czerep i mnie zobaczyła
Jednym wielkim susem na okno wskoczyła.
Włosy dęba stanęły, bo się przestraszyłem,
Nie zwlekając długo z pokoju się zmyłem.
Przede mną jak przed dżumą wieją-li dziewczyny
Wprawdzie, lecz ja mam adrenaliny
Dużo teraz, więc jak rakieta wiałem
Przed siebie, po drodze Baziaka spotkałem.
"Na pomoc, kamracie! Goni mnie jakaś locha!".
"Nie bój żaby, Peter! To na pewno ZOCHA!
Przed laty Yeti ją mi dał na wychowanie.
Jej specjalizacja: drobiu mordowanie.".
Jednym gestem bohater oddalił potwora
I na chrzest Bamsego poszliśmy do kościoła. (...)

Wielkanocny wiersz o Slayersach

W zamku w Seyrunie są Linka, chimerka,
Gourry, Filia, Phil, oraz Amelka,
Zangulus, Martina, vrumugun, Naga,
Valgaav oraz Sylphiel Nels Rada
Przybyli tu na swięta Wielkiej Nocy
Nie szczędzili na podróż dnia ani nocy
Chcą zacząc lecz Xellos nie wiadomo skąd
Sią zjawił i rzekł: wesołych świąt ^^
Co? on jest tutaj? demonoidalna wsza?
Wyjęla maczugę, a Xellos? ijaa.. ^^"
Chciałem tylko z wami spędzic te święta
Wiem, żem mazoku, bestia przeklęta
Dzisiaj nasze kłótnie włożymy między bajki
Rzekła filia, siadaj Xel poczęstuj sie jajkiem
Dzisiaj twoje zbrodnie wybaczyć jestem w mocy
I wszyscy rzekli wspólnie "wesołej Wielkiej Nocy"

Bożonarodzeniowy wiersz o Slayersach

Szafa, biurko herbata gorąca ^^
Amelia na Zela czeka bez końca
Czeka na chimerke-przyjaciela
Lecz się niecierpliwi, ciągle nie ma Zela
Mija dzień kolejny, wyraz twarzy smutny
Pewnie go zabił jakiś Mazoku okrutny
Biegnie do Xellosa, łzy ma na swych licach
Lecz ten swoim zwyczajem "to tajemnica ^^"
Udaje się do Liny, Sylphiel i Gorry'ego
Nie ma nigdzie Zelcia ukochanego.
A co to jest Zel? Gorry nagle wypala.
I cała ekipa się na glebę zwala.
Później wszyscy do Martiny się udali
U Filii transport powietrzny wybłagali
Lecą, różdzka Syl ciągle północ wskazuje
Biegun coraz blizej, Lina soplami pluje
Docierają w końcu do domku Mikołaja
Otwierają drzwi i patrzą , ale jaja
Wielka choina, pod nią prezenty
Siedzi przed nią Mikolaj i jakieś dwie przybłędy
Jeden spokojniutko herbatkę sobie pije
Drugi rzekl "Amelcia, nie martw się, ja zyję"
A Mikołaj? HO HO oni mi pomagają
Ponieważ skrzaty sie podwyżki domagają
Tak w ogóle jest to pomysł Xellosa
I wszyscy wytrzeszczają oczy pod niebiosa
Nawet Mazoku może zrobić coś dobrego
I nie mam w tym interesu niecnego
Aha, zachorowały jego renifery
No wiec Filia do sań na trzy cztery ^^
Filia nie znosi Xela lecz nie oponowała
Tylko w try miga do sań się udała
Pojazd Mikolaja ze smokiem a to heca
Zelgadiss coś niecoś Amelci obiecał ^^
No i happy end, ciesza sie dzieci
Bo Mikolaj z Slayersami z prezentami leci.


A oto wiersze Martina

A teraz mała improwizacja... ^^

„Przez góry wniesione, przez fale wzburzone..
Wędrowałem szukając drogowskazu szczęścia...
Tyś zaś błysnęłaś na moment ulotnym promykiem nadziei..
Jaśniejącym wśród czarnej otchłani mrocznego chaosu.
Podążyłem za tym świetlistym znakiem, ku Tobie,
Tak długo Cię szukałem wszędzie... i nareszcie znalazłem.
Więc świeć dla mnie, ma gwiazdo, ma Jedyna.
Ogrzej mnie, ogrzej me serce i dusze”



Wszystkiego najlepszego Wam - Dziewczynom i Kobietom.
~.~.~.~.~.~.~.~.~.~.~.~.~.~.~.~.~.~.~.~.~.~.~.~.~.~.~.~.~.~.

Wszystkiego Najlepszego, duzo szczesia, radosci..
kazdej z Was.. Wszystkim... bez wyjatku...
dni wesolych i rozpromienionych.
Niech wiatr przewieje Wam z horyzontu...
kazda chmurke na niebie, ktora nalezne
Wam szczescie i radosc czesciwo zawbiera dla siebie,
przechwytujac jak promienie...
rozgrzanego, rozpalonego slonca..
dajacego cieplo i zycie ot tak bez konca.
Ten wietrzyk.. taki lekki, delikatny.. jak bryza o poranku
.. niech zwieje nia hen, hen daleko...te smutki.. zmartwienia
.. jakby tak machnac na to reka, od tak od niechcenia.
Poza gory wzniesione, poza morze wzborzone..
niech niesie ku gwiazdom, ku swietlistej nadzieji.
Nadzieji ktora milionami iskier lsni sie wsrod..
... przepasnej czerni.. promyczkom swiatla, przyszlosci.
Niech blysnie i zajasnieje.. ta jedna jedyna..

~.~.~.~.~.~.~.~.~.~.~.~.~.~.~.~.~.~.~.~.~.~.~.~.~.~.~.~.~.~.

Z dedykacja dla Agit-chan. =^.^=
Przejdź na dół Zobacz profil autora
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość Wyślij email Odwiedź stronę autora
 
Numer Gadu-Gadu
2277120
ka_tka Płeć:Kobieta


Dołączyła: 12 Lip 2002
Skąd: Warszawa
Status: offline
PostWysłany: 19-06-2003, 19:21   

Łał, to o Slayersach jest świetne! To ja tu w takim razie wrzucę to, co kiedyś musiałam skasowac z jakiegos tematu, ten twój wiersz Bambosh (hiehie, o mnie oczywiscie ^^)

Ka_tka - minister sprawiedliwości
Agit'owych i martinowych włości
Zawsze do pracy bierze się z zapałem
Gdy ktoś na forum przegina se pałę
Wpada w gniew wielki, wszyscy się jej boją
Lecz prócz adminów jest ładu ostoją
Więc wznieśmy toast za jej modową pracę
Znowu miałem wenę, obudzę się z kacem :D


Tak to nic nie mam raczej, ale będę wierną czytelniczką :P
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość Wyślij email Odwiedź stronę autora
 
Numer Gadu-Gadu
2203707
Szaman Fetyszy Płeć:Mężczyzna
Epic One


Dołączył: 07 Maj 2003
Skąd: Z emigracji wewnątrzkrajowej
Status: offline
PostWysłany: 22-06-2003, 17:20   

No, to ja teraz wrzucę tekst, od którego się zaczęła moja kariera grafomana :P. Zwie się on "Discipulomachia" i jest autorstwa zbiorowego. Potem powstały następne części, a później przeewoluowało toto w "Ja noszę bambosze". Napisanie tekstu o walce uczniów zadała nam nasza polonistka, więc można powiedzieć, że wszystko się od niej zaczęło. Było to w pierwszej klasie LO.

Myśl przewodnia:

Nie wszystko piwo, co zrobione z chmielu,
Przekonało się o tym uczniów bardzo wielu.

Pieśń I

Jadę na zieloną szkołę, nudzę się śmiertelnie.
Piszę discipulomachię, niech Krasicki zblednie.
Opisuję to starcie, bo stałem na warcie.
Nie zapomnę tego, bo byłem z kolegą.
A teraz opowiem, jak to wszystko było,
Jak się zaczęło i jak się skończyło.
Wyjechaliśmy z domu, było całkiem wcześnie,
Rolnicy blokowali drogi w naszym mieście.
Bierzemy więc pały i inne akcesoria,
By roznieść blokadę, tłukąc ich po mordach.
Rozpoczęło się wszystko bójką całkiem skromną,
Lecz potem przerodziło w batalię ogromną.
Rozjuszony rolnik wziął nawóz w dwie ręce,
Po trafieniu w Pigwę ucieszył się wielce.
Trafienie gnojem było bezbłędne,
Niszczyciel Pigwa oberwał w gębę.
Ten wielki wojownik rażony w głowę
Upadł na ulicę i rozpoczął mowę:
„Ty głupi rolniku, cóżem ci uczynił,
Krwią zapłacisz za to, co żeś mi zawinił”
A czy to Superman, czy też inne zwierzę,
Nie, to Twiggi bronę w ręce bierze.
Nagle twardą jego głowę przenika
Duża siekiera małego rolnika.
Lecz dzielny Paweł się tym nie zniechęca,
I z wielkim Powerem głowy ukręca.
To dzięki jego męstwu podróż dokańczamy,
I na Kłodzku Głównym w pociąg wsiadamy.

Pieśń II

Lecz to nie koniec naszej Odysei:
Jedziemy pociągiem polskich kolei
Do Świnoujścia, co miastem nadziei.
Dziwne rzeczy dzieją się w przedziale,
Gryzoń gra na gitarze, my drzemy się nieopamiętale.
Nagle wpada konduktor: „Bilety do kontroli”,
My go zaś tłuczemy w gębę mimo woli.
Pewny osobnik okrutnie dał w banię,
I przez okno w pociągu uskuteczniał rzyganie.
Trzeźwa część klasy
Zaczęła zapasy.
Bamsego goni wygłodniały Boni,
Daj mi kanapkę, bo mam na nią chrapkę.
Wtem patrzymy: Kolejna blokada.
Chyba znowu pała się nada.
Po krótkim postoju, o ja cię (...) chromolę :-)
Na blokujących rolników ruszyli kibole.
Wśród tych kiboli były znane twarze,
Jednak ich nie ujawnię, bo się im narażę.
Machali pałami, walili po worach,
Pszenica leciała sobie po torach.
Wtem Leper wyleciał, krzyknął „Chłopy razem”
I „c” z pałami wyskoczyła gazem.
Rolnicy ustąpili, żal im tyłki ściska,
Powrócili więc ospale na swoje pastwiska.
Od Wrocławia podróż nudna była,
Staliśmy jak koły, wódka się skończyła.
Po paru godzinach następna stacja,
Walka o kieliszki, kolejna libacja.
Mijają kilometry razem z promilami,
Wreszcie Świnoujście, ale kaca mamy.
Wysiada Paweł z pociągu, wkłada gębę w morze,
Pije jak smoczysko, więcej już nie może.

Pieśń III

Leżymy w hotelu w radosnym humorze,
Wszyscy trzeźwiejemy, lepiej być nie może.
Hotel to rudera, wszystko tu się wali,
Będziemy pewnie jutro na ulicy spali.
Wylegliśmy na plażę, słońce mocno praży,
Będziemy chyba mieli rumieńce na twarzy.
Gdy w domu handlowym robiliśmy zakupy,
Czyjś głos usłyszeliśmy: „Bułkomat zepsuty!”
Uderza w maszynerię, bułka nie wychodzi,
Rozwścieczony właściciel już z siekierą chodzi.
Zamierzył się na niego, świsnął mu nad uchem,
Lecz padł nagle na ziemię rażony obuchem.
Przypadkowo Tobi łupnął też Wiktora,
Wywiązała się z tego bójka całkiem spora.
Gdy okrutny Piotrek do walki ruszył z szałem,
Od wielkiego Bamsego oberwał regałem.
Cóż to za wojownik, ten człek przewspaniały,
Że bez wielkiego wysiłku podnosi regały.
Osobnik z włosami w pionie krzyknął „Tora, tora”
I ruszył dobijać rannego Wiktora.
I już miał dopełnić swój cel zamierzony,
Lecz został nagle sedesem trafiony.
Po tym strasznym ciosie od jakiejś gadziny,
Po paru fikołkach poleciał w trociny.
Marta z naszej klasy w Agnieszkę rzucała
Całym jedzeniem, co pod ręką miała.
Walka przeniosła się na dział chemiczny,
Potem na sportowy, w końcu na muzyczny.
Tam Przemysław z gitarą biegał sobie srodze,
Demolował wszystko, co spotkał na drodze.

Mydło Lux latało niczym grad straszliwy,
Uciekał przed nim każdy, czy martwy, czy żywy.
Krzychu w dziale sportowym, nartę w ręku trzymając,
Walił po łbach wszystkich, skrupułów nie mając.
Nauczyciele zostali też pobici ciężko,
Za co ów mocarz oberwał nielekko.
Stojąc na warcie rozłożyłem konary,
Wypatrywałem policji, nastawiając radary.
Ta straszliwa bitwa skończyła się wreszcie,
Kiedy wszyscy osiedli chwilowo w areszcie.
Straty moralne i finansowe
Wyniosły po dziesięć zeta na głowę.
Potem wróciliśmy żwawo do hotelu,
Gdzie każdy z nas wysączył litr wyciągu z chmielu.

Pieśń IV

Rano do Niemiec ruszyliśmy śmiało,
Na statku długo nic się nie działo.
Dopiero gdy zeszliśmy na ziemię,
Obskoczyło nas germańskie plemię.
Jeden krzyknął „Guten Morgen!”
Za co dostał mocno w mordę.
Reszta już zdążyła zwiać,
Nie udało się ich zlać.
Promenadą idziem sobie,
Cicho tutaj jest jak w grobie.
Domy czyste i zadbane,
Pięknym tynkiem oblepiane.
Dużo drzew tutaj i trawy,
Za to mało jest zabawy.
Do roboty nic nie mają,
Ciągle tutaj zamiatają.
Potem molo, w końcu las,
Tam komary gryzą nas.
Przez las szliśmy do granicy,
Wtem dorwali nas celnicy.
Tomek w pychol, Boni w brzuch,
Powalili obydwóch.
Jeszcze trochę nas zostało,
Lecz wojskowych jest niemało.
Karabiny wyciągnęli,
I seriami pruć zaczęli.
Uciekamy do okopów,
Kamieniami pierzem w szkopów.
Pchamy linię frontu mocno ku granicy,
Długo nie pożyją nasi przeciwnicy.

Kul im już brakuje, po minach deptają,
Z naszą ferajną szans wielkich nie mają.
Mało ich zostało, bronią się jak mogą,
Posiłki z Berlina już ich nie wspomogą.
Ostatni oficer leży nieprzytomny,
Nie zdał egzaminu ich system obronny.
Wracamy do meliny, którą zwą hotelem,
Pokoje wywietrzone, już nie śmierdzi chmielem.

Pieśń V

W środę Międzyzdroje, wstajemy o świcie,
Nikt z nas się nie wyspał dzisiaj należycie.
Po szybkim śniadaniu wsiadamy w autobus,
Wszyscy się modlimy, aby nas tam dowiózł.
Wchodzimy na molo, widzimy piękne laski,
Są to doprawdy wspaniałe obrazki.
Morze też jest piękne, piętrzą się nań fale,
Słońce dziś przygrzewa, jest tu wprost wspaniale.
Na plaży zadyma, nic nas to nie rusza,
Idziemy na pizzę, do tego głód zmusza.
Po krótkiej przekąsce głodu nie czujemy,
I pełni energii kogoś pobić chcemy.
Pięści idą w ruch, pierzemy ich równo,
Walimy butami, wcale nie jest nudno.
Długo będą pamiętać naszą tu wizytę,
Kto dorosły-nieprzytomny, dzieci też pobite.

Pieśń VI

Na tym nasz wspaniały poemat skończyliśmy,
Porwali nas kosmici, na Marsie byliśmy,
Ciąg dalszy nastąpi, nie martwcie się jeszcze,
Następny odcinek wywoła u was dreszcze.
Przestraszycie się bardzo, niczym zając wilka,
Co gonił go przez las kilometrów kilka,
Bez żadnych skrupułów łapie go w swe łapy,
Rozrywa go, pożera, zostawia ochłapy.
Prawa autorskie sobie zastrzegamy,
Choć już dwa tygodnie na Marsie mieszkamy.
Kiedy powrócimy, następna część się zjawi,
Jak to I „c” w kosmosie się bawi.

A oto mój ironiczny wiersz "Tó żondzi XIONC"

Podczas lekcji z panią X dokładam do pieca.
Na wychowawczej ze mną kolejna heca.
Jaka? Wstałem z krzesła z miną wymowną
I rzekłem: "obiorę drogę duchowną"
Szyderczą minę zrobiła profesorka,
Gapi się jak na zmutowanego potworka:
"Chybaś eunuch, skoro żadnych ciągotek nie czujesz
I na kobiety posiadanie z góry na dół plujesz?"
A z mych ust grzmiało "Jakaż dziewczyna
Zechce takiego dziwnego kretyna."
Według prawa doboru naturalnego,
Nic nie ma we mnie pociągającego.
Jestem realistą, nadziei nie robię,
Bowiem w ten sposób szkodzę tylko sobie.
Jestem słaby, nie obroniłbym swojej kobiety,
Silniejsze sępy miałyby z niej duzo podniety.
Niscy mężczyźni nigdy nie byli w modzie,
Chyba, że pływali w forsie jak w wodzie.
A co już w poprzednich utworach wspominałem,
Nigdy wypchanego portfela nie miałem.
Macho ze mnie żaden, jestem słodziutki,
Romantyczny, z wyobraźnią, dżentelmen, milutki.
Obchodzę się uprzejmie z wszystkimi pannami,
A jak one nazywają takich? CIOTAMI.
Więc poddam się przeznaczeniu i pójdę na księdza
Bo tam nigdy mnie nie ubodzie nędza.
Tylko trzeba za to celibatem zapłacić.
Taka dziewica jak ja nie może na tym stracić.
Nauczycielka i uczniowie zgodnie przytaknęli
I się do codziennej roboty wzięli.

Napisałem go w 3 LO. Wbrew pozorom nie jest to wiersz o krytyce siebie samego, tylko z gorzką ironią portretujący WIĘKSZOŚĆ współczesnych osóbek płci przeciwnej (no i współczesnego "ideału" faceta). Cytując Metallicę "Sad but true".
Powrót do góry Zobacz profil autora
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość Wyślij email Odwiedź stronę autora
 
Numer Gadu-Gadu
2277120
Satsuki Płeć:Kobieta
Fioletowy Płomyczek


Dołączyła: 13 Lip 2002
Skąd: Aaxen, zamek Elieth ves Aeriei nad Morzem Płaczu
Status: offline

Grupy:
WIP
PostWysłany: 22-06-2003, 21:33   

O w morde O_O Wszęęęędzie rymy O_o Ale zajefajne :D Podoba mi się :D:D:D:D

_________________
Uciekaj skoro świt, bo potem będzie wstyd
i nie wybaczy nikt chłodu ust twych
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość Wyślij email
Szaman Fetyszy Płeć:Mężczyzna
Epic One


Dołączył: 07 Maj 2003
Skąd: Z emigracji wewnątrzkrajowej
Status: offline
PostWysłany: 23-06-2003, 13:33   

Sat --> dzięki za komplement ^^ mam tego z półtorej brulionu ^^'. Dziecko zauważyło w liceum, że umie rymować i się zaczęło... zamiast się uczyć np. bioli to rymowałem ^^''. Teraz wrzucę coś z innej beczki, mianowicie skecz będący luźną interpretacją pewnej scenki z "Kartoteki" Różewicza. Wystawiłem go dwa razy, w tym raz przed rodzicami wszystkich osób z klasy i dyrkiem ^^'' (dokładniej podczas "Kuźni talentów IVc, ale to temat na inną bajkę). Zgadnijcie kogo zagrałem ^^'''.
Gwoli ścisłości, pan z przedziałkiem zachowuje się jak pies, a kelnerkę w skeczu gra facet.

UKRYTA KAMERA
Miejsce akcji: psiarnia
Persony: Bohater (B)
Pan z przedziałkiem (alias Bobik) (P)
Kelnerka (K)
Gruby (G)
Pan X (ofiara ukrytej kamery) (X)

Do psiarni wchodzi pan X. Zastaje Bohatera.
X: Czy mógłbym obejrzeć wasze najlepsze psy?
B: Jak najbardziej, szanowny Kliencie! Najpierw pokażę naprawdę wyjątkowy okaz... PANIE GRUBY!!!
Wchodzi Gruby z Bobikiem.
G: Proszę bardzo! Oto chluba naszej psiarni. Jest dobrze ułożony, wierny, wytresowany...
X: Co mi tu pan farmazony plecie! Przecież to nie pies!
Gruby troszkę zdenerwowany
G: Jak nie pies jak pies! A wiecie, za co kochamy tego psa? Bo wielkim psem był!... Znaczy ten tego jest! Kup pan tego psa, no bo jest de best! Jeśli Pan go kupi w ciągu 10 minut dostanie pan smycz GRATIS!
X: No... Ale to facet z wariatkowa!
Pan z przedziałkiem wyjmuje zza pazuchy pistolet, przykłada do głowy facetowi i mówi:
P: Słuchaj facet! Ja tu z takim uczuciem gram psa, a ty śmiesz mówić, że jestem z wariatkowa! Słuchaj no! Reżyser płaci mi za tę rolę grubą forsę, rozumiesz? Więc zamknij się PIIP i nie psuj mi tu PIIP ujęcia. Po tych PIIP rolach w PIIP „Psach” chciałem PIIP dostać rolę, w której mógłbym się PIIP wczuć w rolę tego wspaniałego zwierzęcia. Więc się dogadajmy, albo jestem pies, albo kulka w łeb i powiem: oh yess! Rozumiesz facet?
X: Trudno się oprzeć takim argumentom.
P: A więc it’s a deal! No więc jazda z tym koksem!
G: A więc teraz pokażę talenta tego czworonoga.
Do nogi!
Leżeć!
Zdechł pies!
Wyjmuje patyk
Aport!
Służyć!
Podaj łapę!
Bobik wyciąga lewą łapę, Gruby bije go w nią.
PRAWA!
Bobik podaje prawą łapę.
G: Widzi pan? Wspaniały pies! Powie mu pan cierp – cierpi, powie mu pan skacz – skacze. Dostał nawet medal na wystawie psów w Paryżu! Poza tym jest dobrze ułożony, ma chody i czuje wiatr. Czasem tylko bredzi, że jest Petroniuszem czy jakimś tam księdzem Robakiem. Lubi też popić, postrzelać, czasami przeklnie, ale to nieliczne minusy... Bierze go pan?
X: Nie wiem... a nie gryzie?
G: Nie ma zębów odkąd zjadł poprzedniego klienta! Ma tylko język. Liże. Ułożony, ma chody, czuje wiatr i liże. Czego chcieć więcej?
X: Zastanowię się...
B: Dobrze. Damy mu czas do namysłu. Gruby! Dobra robota!
G: Jestem profesjonalistą!
Wychodzi
Bohater głaska Bobika
B: Napijesz się!
P: Pół czarnej i koniak.
B: Piłeś czarną kawę na poprzednim etapie i co? Lepiej napij się wody.

Wyciąga spod łóżka miednicę z wodą
B: W tej wodzie moczył nogi uczciwy, prosty człowiek. Pij. To lekarstwo dla takich, jak ty! Jak my...
Bobik zamierza pić z miednicy
Bohater śmieje się
B: Dość! Naprawdę jesteś uprzejmy. Nie wygłupiaj się. Siadaj. Zaraz zrobimy kawę. Wprawdzie nie mam kawy, filiżanek i pieniędzy, ale od czego jest nadrealizm, metafizyka, poetyka snów. Dwie duże kawy!
Wchodzi kelnerka, pyta się Bohatera:
K: Czy mam się rozebrać?
B: Nie trzeba. Nie znoszę kabaretu.
Bohater i Pan z Przedziałkiem popijają w skupieniu kawę. Przerywają picie i oglądają uważnie swoje ręce. Potem pokazują sobie ręce. Prawą i lewą. Oglądają uważnie.
Bohater trzyma lewą rękę Pana z Przedziałkiem
B: O! Jaka plamka! Czarna.
P: To atrament.
B: Atrament! To można zmyć śliną.
P: O! I u pana plamka! Dwie plamki! Dwie czerwone plamki!
B: To krew.
P: Prawdziwa krew?
B: Krew wroga.
P: Znam tylko smak wódy, wody, śliny i atramentu, jaki smak ma krew?
Bohater wyjmuje szpilkę i kłuje palec Pana z Przedziałkiem, ten ssie palec
B: Kropla krwi! Jak przeżyłeś wojnę? Okupację? Nie miałeś w ręku broni?
P: Dzięki żonie! Żona, żonie, w żonie, z żoną, o żono... na żonie... pod żoną.
B: WON!
Pan z Przedziałkiem opada na cztery łapy, sięga łapą po filiżankę i na czworakach wypija resztę kawy..
Pies ryczy i rży, śmieje się
X: DOSYĆ!
X: Co to ma być? Przyszedłem tu do psiarni, chciałem kupić normalnego psa, a widziałem tylko tego dziwaka, namolnego akwizytora i kelnerkę - pożal się Boże – striptizerkę! Toż to zaprzecza wszelkim normom! To wszystko jest absurdalne, dziwne, awangardowe, nieprawdopodobne i chaotyczne! Jedna wielka groteska! Zupełnie jakbym grał w „Kartotece” Różewicza! A może kręcicie tu jakąś adaptację?...
Bobik wstaje
P: Kręcimy owszem, ale niezupełnie adaptację. Widzisz facet tego sztucznego psa?
X: No... Widzę.
P: A co on PIIP trzyma w pysku? Obiektyw, co nie?
X: No tak, ale...
Olśnienie
X: Aaaaa. TAKIE BUTY! Nie spodziewałem się...
P: No to uśmiechnij się! Jesteś w ukrytej kamerze!
Wchodzą Gruby i Kelnerka
B: Pomachaj widzom!

No i co ja wam mógłbym powiedzieć...
Uważajcie, bo i wy możecie się znaleźć w UKRYTEJ KAMERZE!
Dobranoc wszystkim!

No i jeszcze piosenka "Hymn po matematyce" z dedykacją dla wszystkich humanistów i humanistek ^^. Autorstwo zbiorowe, tuż po sprawdzianie z ciągów ^^'''.

Hymn po matematyce

Znowu z matmy mi nie wyszło
Chciałem uciec, ale nie
I dostałem drugą pałę
Jutro trzecia będzie też
Możesz wszystko, jeśli chcesz

Znowu gwiazdki te srebrzyste
Gdy zbieram od ojca w łeb
To za matmę, to za fizę
Jutro z chemii będzie też
To na pewno zdarzy się

Późno (6x) późno jest
Sam wiem, że zbyt późno jest
By poprawić wszystkie je

Za niedługo zew matury
Wiem, na pewno nie zdam jej
Już nie wyrwę się z tej dziury
Którą Nowa Ruda jest
Klęska, pogrom, zdarza się

Perspektywa jest zabójcza
Cienia szansy nie mam nie
Muszę wziąć się do roboty
Żeby zdać cholerę tę
Choć na pewno wiem już że...

Późno (6x) późno jest
Sam wiem, że zbyt późno jest
By poprawić wszystkie je
Powrót do góry Zobacz profil autora
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość Wyślij email Odwiedź stronę autora
 
Numer Gadu-Gadu
2277120
Szaman Fetyszy Płeć:Mężczyzna
Epic One


Dołączył: 07 Maj 2003
Skąd: Z emigracji wewnątrzkrajowej
Status: offline
PostWysłany: 24-06-2003, 16:29   

Teraz wrzucę coś, dzięki czemu przestałem być w swojej klasie powietrzem (i do końca liceum kojarzono mnie z tym utworem, no i z moimi show ^^). Napisany w większości przeze mnie (Tylko pieśń IV i V i pół przez moich qmpli, Astrala-samę dzięki któremu odkryłem swój talent i Kałboja). Jest to "Discipulomachia 1.5, czyli apokalipsa obcej cywilizacji lub ostatni ufol na Marsie". Widać tu zalążek bohaterów "Ja noszę bambosze". ^^

PROLOG

Wsiedliśmy w pociąg w radosnym humorze,
Wszyscy są już trzeźwi, lepiej być nie może.
Lecz znów dziwne rzeczy dzieją się w przedziale
Agnieszka śpi na Peterze, my ziewamy ospale.
Nagle wpada Boni: „O ja cię chromolę!
Na naszą ciuchcię napadli ufole!”.
Blond-włosa Monika nawet nie pisnęła,
Bo na mięciutkim Bamsem spokojnie usnęła.
Kasia, co w tej chwili piła Absolwenta,
Nagle zaczęła krzyczeć jak najęta.
Bo do przedziału sobie nagle wpadła
Obca istota z dużym łbem, null sadła.
Na czerepie miała dwa bolszoje głazy,
Wzięła etanol Kasi, łyknęła dwa razy,
I zaczęła śpiewać: „To kraina taka,
W której można spokojnie zalewać robaka!”.
Lecz pozostali to byli abstynenci
Podróżni zostali do niewoli wzięci.
My wzięliśmy pałki, dzielnie się bronimy,
Lecz ufoki mają plazmowe karabiny.
Więc my, Ziemianie, w końcu się poddaliśmy,
I z kosmitami pertraktowaliśmy.
Lecz oni o pokoju nawet nie myśleli,
Bo przecie nas, ludzisków, do niewoli wzięli.
I rzekli: „Każdy homo zostanie zabity,
Chłopcy i dziewczęta, mężczyźni, kobity...”.
Lecz nagle wśród Obcych wybuchła afera,
Bo za swojaka uznali Petera.
Krwawą egzekucję nam anulowali,
I w try mig na Marsa zabrali.

Pieśń I
LOT NA MARSA

Lecimy na Marsa
W wagonach Warsa
I tu się zaczyna ta kosmiczna farsa.
Jak wiecie, czytelnicy, żyjemy dlatego,
Że Obcy Petera uznali za swego,
Bo był niewysoki i był karateką,
Lubił też popijać sobie kozie mleko,
Był również harcerzem, no i wielkim zuchem,
Był także prawiczkiem, zwali go eunuchem,
Miał chude kończyny, ogromniaste oczy,
No i szpetne ryło, nie był więc uroczy.
Lecz może też dlatego Obcy nas porwali,
Bo serka z Podlaski sobie posmakowali.
Wprawdzie nas mieli zabić, lecz za radą Petera
Postanowili uzupełnić swe zapasy sera.
Jest też pewna legenda znana karatekom,
Że napojem Obcych jest-li ludzkie mleko,
I wybierają dziewczynę, co wielkie ma wymiona,
Jak głosi podanie, jest ona więziona
W komnacie zwanej przez Obcych salą mlekodoju.
I tam oddaje mleko, pozbawiona stroju.
A jak się nie daj Boże jej zapas mleka skończy,
To taką ród marsjański w try-miga wykończy.
I potem następną samicę porywają,
I ją na poprzedniej miejsce dawają.
Lecz wróćmy znowu do nas, siedzimy w ciemnicy,
Skończyły się już dawno zapasy czarownicy.
Taniego węgrzyna, czerwonego byka,
Tomek, co wypił połowę po pociągu brykał,
I wpadł sobie jak Batman do naszego przedziału,
My myślim, że to jeden z kosmicznych pedałów.
Z pałami się na niego razem rzuciliśmy,
Lecz po bułce nagle go rozpoznaliśmy.
Odetchnęliśmy z ulgą, broń odłożyliśmy.
Nieostrożna Frania spijając kakało
Otworzyła okno - w kosmos ją wessało.
Lecz kosmici ją teleportowali,
I za próbę ucieczki surowo ukarali.
Lecimy sobie dalej, już połowa drogi,
Każdy z nas, biedaków, nie ukrywał trwogi.
Po przedziałach sobie latali Ufole,
Zamknęli przedziały, w których są kibole.
Lecz nami po ojcowsku się opiekowali,
Bo wszak oni Petera za swego uznali.
Więc sobie spokojnie odpoczywaliśmy,
W karty graliśmy, rocka słuchaliśmy,
My wszyscy na trzeźwo się świetnie bawiliśmy.
Zaś w innych przedziałach ostro sobie pili,
Nie marnowali oni ani jednej chwili.
Pigwę po pociągu uporczywie goni
Tobi lekko wcięty, z scyzorykiem w dłoni.
I wpadł Pigwuś jak bomba do Kasi W. przedziału,
Odsapnął chwilunię no i rzekł pomału:
„O jasnowłosa Kasiu, o wielkie me kochanie,
Daj mi alkoholu, bo wciąż czuję ssanie,
Bo po jednym głębszym ze mnie człowiek nowy,
Jeśli nie masz wódy, to jak men jaskiniowy
Chwycę cię za rękę, wypchnę cię z przedziału,
I będę cię pożerał pomału, pomału,
A potem Katarzyno w stanie nieważkości
Łamał sobie będę wszystkie twoje kości”.
Lecz dała mu etanol, on zaś se dał w banię,
I w kosmos nieskończony oddawał rzyganie.
Było tego tyle, że stworzył galaktykę,
Nazwaną na jego cześć „Pigwy Wybrykiem”.
Lecz już nasza podróż dobiegała końca,
Byliśmy coraz dalej od naszego Słońca
A zbliżała się Czerwona Planeta.
Na pewno tam na Marsjan już czekała feta.
W końcu do Cydonii dolecieliśmy,
I na czerwonej glebie sobie osiedliśmy.

Pieśń II
KARY I WYROKI

Jak wiecie, na Cydonii wylądowaliśmy.
Kontynuujmy naszą Odyseję.
Pod bronią do obcej bazy weszliśmy,
Tracąc na powrót zupełnie nadzieję.
Weszliśmy do sali o zapachu siary,
Tu Obcy dawali hominidom kary.
Pytali się Ufola, imieniem Stary Baca,
Dla jakiego homo jaka będzie praca.
Najpierw wzięli w obroty swojaka Petera,
Dali mu chyba z furgon podlaskiego sera,
No i z dwie cysterny człowieczego mleka,
A potem krzyknęli: „Idź już, władca czeka”.
Pigwa został Obcych nadwornym fizolofem,
Wiktor zaś w kopalni wymachiwał kilofem.
Podobnie również skończył jego kumpel Twiggy
I Przemek, co podkładał Obcym sztuczne rzygi.
Długowłosa Kasia też skończyła marnie,
Z niej okrutni Obcy zrobili mleczarnię.
Uczynili to szybko, no i bez moresu,
Bo miała airbagi, lecz brak ABSu.
I tak się legenda urzeczywistniła.
Kasia ich błagała, a także prosiła.
Oni rzekli: „Poprzedniej mleko się skończyło,
Daliśmy ją na stryczek. (Skopaliśmy ryło)
I do krematorium dziewkę się wrzuciło,
I tak się jej mleczarskie życie zakończyło.”
Zaprowadzili Kasię do sali mlekodoju,
Tam bez żadnych skrupułów ją pozbawili stroju.
Do robótek mlecznych dali nie tylko Kasicę.
Głównym mleczarzem został człek natury chomiczej.
Bo myśleli, że on jest z rodziny gryzoni,
Więc do niego rzekł pewien Obcy bez broni:
„Leć Arturze mleko rozprowadzając,
Musisz być tak szybki, jak ścigany zając”.
Na pytanie: „Czy mogę doglądać Mlekodajki?”
Odpowiedział: „Marzenie, włóż je między bajki”.
Do ciupy zaś dali biednego Tobiasza,
Pytani o powód rzekli: „Taka wola nasza”.
Do Agnieszki, Martyny, wielkiego Bamsego,
Pawła i Moniki rzekli: „No, ten tego,
Byliście wy wszyscy wraz z naszym Peterem,
Więc idźcie do niego, ugości was serem
Jak tylko się skończy u władcy audiencja,
Po niej będzie miał tytuł: „Jego ekscelencja”.
Wy naprawdę jesteście wielkimi szczęśliwcami,
Peter was może uczynić swoimi doradcami.
Nie miał wpływu na los producentki mleka,
Jedziemy na rezerwie, no a czas ucieka.
Nie miał także wpływu na los mister Chomika,
Bo któż od gryzonia szybciej będzie pomykał.
A nie mieliście w drużynie ni jednego strusia,
Ani karalucha, więc gryzoń być musiał.
Więc idźcie w pokoju, opuśćcie tę salę
I zmieńcie ubranie, bo czuć od was siarę”.
Tak Ufole wszystkich w końcu osądzili,
Salę cuchnącą siarą migiem opuścili.
I oto się skończyły „Kary i Wyroki”,
W następnej pieśni powiem, jak żyją Ufoki.

Pieśń III
TYDZIEŃ Z ŻYCIA UFOLI

Ufole, jak wiadomo, żyją na Cydonii,
Fauna i flora Marsa zginęła w agonii,
Bo Obcy robili nuklearne próby,
Co doprowadziło przyrodę do zguby.
I tak skończyła planeta czerwona,
Przez bezmyślnych Obcych okrutnie skażona.
I z tego powodu szare obce plemię,
Z powierzchni planety przeniosło się pod ziemię.
I tak sobie żyją marsjańskie ufoki,
Z milion trzy, a może cztery roki.
I promieniowanie wybiło im samice,
Więc na męską płeć mają teraz chcicę.
Gdy Obcy się *cenzura*, czuli się jak w bajce.
Z czasem ewolucja zabrała im jajce.
No i tak powstały marsjańskie eunuchy,
I także pedały, co mają małe brzuchy.
Rozmnażają oni się poprzez klonowanie.
Innym ich zajęciem jest leniuchowanie.
Obcy uwielbiają sobie bąki zbijać,
I Kasine mleko spokojnie popijać.
Lubią też kosztować podlaskiego sera,
Dla nich to rarytas, co smakuje jak cholera.
Ich władcą jest król Stara Rybitwa,
Zasłużony woj w wielu gwiezdnych bitwach.
On jest doświadczonym wojownikiem wielkim,
Jak legenda głosi, ma na sobie szelki.
Chwali się wielkim i cudownym tronem,
Na głowie ma ogromną serową koronę.
Mamy także strzegącego zbrojowni Ufola,
Wiecznie-li na kacu Starego Ramola.
Lecz pozostali to byli abstynenci.
Wiedzą oni wszyscy, że kiedy są wcięci,
Są fajtłapowaci i w boju niesprawni,
Właśnie w takim stanie są bardzo zabawni.
Mamy także cel więziennych strażnika,
Powiem tylko tyle, że połknął on chomika,
I widzi to, co nie zobaczą inni ufole,
On to właśnie widzi Agnieszkę-pacholę.
Piją także dużo Kasinego mleka,
Przy tej ceremonii mile czas ucieka.
Kasi nie na rękę mleczarni kariera.
Pewnego dnia karteczkę wysłała do Petera.
Dowiedział się on z treści co ona zawierała,
Że Kasia go do siebie mile zapraszała.
Peter przyjął wiadomość, a odpowiedź brzmiała,
By na niego Kasia cierpliwie czekała.

Pieśń IV
NARADA

W niedługim czasie po Obcych najeździe
I krótkim pobycie na czerwonej gwieździe
Odbyło się zebranie, na którym radzono
Jak wybić, otruć lub zgładzić porywaczy grono.
Propozycji było wiele. Jedna z nich głosiła,
By wykorzystać Kasię, co Obcych żywiła.
Ten wspaniały pomysł miał tylko jedną wadę.
Nie było wśród nas człowieka tak wprawnego w boju,
By wszystkim przeszkodom dał radę,
I zdobył salę mlekodoju.
Było też wiele innych tam pomysłów,
Bo każdy z nas odchodził od zmysłów
By znaleźć sposób pokonania
Tych, co się dopuścili porwania.
W końcu do głosu doszła myśl taka,
Żeby na pomoc zawezwać Baziaka.
Jak legenda głosi, ten chłopak bojowy
Niszczy swoich wrogów, dosiadając krowy.
Wysłanie sygnału to Petera zadanie,
Bo mają o nim kosmici wysokie mniemanie.
Do tego stopnia mają go za swojaka,
Że mu co dzień rano dają łyk mleczaka.
Naszej wesołej gromadce, przez wzgląd na Petera,
Żyje się wśród kosmitów dobrze jak cholera.
Nie chcemy odjeżdżać, dobrze nam tu z nimi,
Lecz reszcie w ucieczce dopomóc musimy.
Wpadliśmy na pomysł, by wysłać do domu
Maleńką kapsułę, nie mówiąc nikomu.
W przesyłce tej miała być wiadomość,
By pewien lubiący bydło jegomość
Ruszył na pomoc w tarapatach klasie,
Co musi przymusowo pracować na Marsie.
Tak też zrobiliśmy, lecz akcji następstwa
Nie nagradzały naszego sprytu i męstwa.
Po odpaleniu kapsuły czekało na nas następne zadanie:
Trzeba kosmiczne urządzić powstanie.
Za pośrednictwem Artura udało się urobić
Kasię, by spróbowała kosmitów zagłodzić.
Gdy im z pustych brzuchów opadną już spodnie,
My bez problemów opanujemy zbrojownię.
Plan nasz bardzo prosty, zdaje się banalny,
Będzie dla Ufoli miał skutek fatalny.
Gdy ruszy na nich pułk w miotacze uzbrojony,
Śmierć zbierze okrutnie bardzo wielkie plony.

Pieśń V i ½
IMIGRACJA-BAZIAK

Idąc na spacer z mućką w pole,
Patrzę na niebo – lecą Ufole.
Wieję z mućką do naszego schronu,
Ale Ufol i tak nas dogonił.
Po wylądowaniu się okazało,
Że to była butelka kakao,
Którą pewnie z kosmosu przywiało.
Idę dalej z krową w pole,
Uzbroiłem w dwa jabole,
Gdyż bałem się zdrowo o moją towarzyszkę boju,
Ponieważ nadchodzi pora codziennego udoju.
Mijają rów głęboki,
Patrzę w lasek, znowu Ufoki.
Wkurzyło mnie to wielce,
Więc wsiadłem na mą krowę z jabolem w ręce,
Podjechałem ostrożnie,
Patrzę – krater na dwa sążnie,
Myślę sobie – pewnie się zabili,
Lecz słyszę po chwili
Na drzewie coś kwili.
Podnoszę głowę w górę,
I widzę wymierzoną we mnie rurę.
Zasłoniłem twarz,
A tu masz wiadomość:
O nasz wybawco,
porwało nas bractwo
Na czerwoną gwiazdę
Zdezelowanym pojazdem.
Traktują nas tu marnie,
A z twojej ukochanej zrobili mleczarnię.
Gdy się o tym dowiedziałem,
Wnet z mućką do domu pognałem.
Wsiadłem w traktor odrzutowy,
Poleciałem na ląd marsowy
Nie zapominając ulubionej krowy.

Pieśń VI
APOKALIPSA

O wschodzie Słońca nadszedł czas wielkiego boju,
Bo już nadchodził czas rannego udoju.
Ale trzeba ostrzec dziewczyny i chłopaków,
Że dziś będziemy tłukli szarych ufosiaków.
Do tego zadania daliśmy Artura,
On jeden mógł łazić po kopalniach i rurach,
Bo rozwożąc mleko i furgony sera,
Mógł wielki Arturo robić za kuriera.
Miał on w sali kapsuł czekać na Baziaka,
Bo toć on musiał wiedzieć, gdzie jest droga taka,
Którą będzie mógł ten chłopak sprawny w boju
Dostać się najszybciej do sali mlekodoju.
Zaś Krasna Lodówa, wzrostem bardzo mała
Do więzionych osób dostać się musiała,
Spytała – „Czemu ja???” – Jesteś mały ludek,
Nie zauważy ciebie żaden ufoludek.
Przemkniesz się do cel, nie marnując czasu,
Nikt cię nie zauważy, nie zrobisz ambarasu.
Zaś Pigwa, fizolof wielki zagadać ma Ufola,
Co pilnował broń – Starego Ramola.
I wtedy wejdziemy do salonu broni
Każdy z nas wyjdzie z karabinem w dłoni.
Więc dogadaliśmy szczegóły powstania,
Ruszyliśmy na misję cicho, bez gadania.
No i się zaczęło poranne dojenie.
Obcy są zmęczeni całonocnym jeżdżeniem,
Pot z nich ocieka,
Spragnieni mleka.
Wołają Artura, co podstępnie ucieka.
W tej oto chwili wybuchło powstanie,
Gdy gryzoń Marsjanom zmarnował śniadanie.
Peter luzem przeszedł przez sali kapsuł wejście,
I czekał spokojnie na Bazia nadejście.
W końcu przybył ten wojownik w całym majestacie,
Wyszedł i pozdrowił – Witaj Piotrze, bracie.
Peter dał Baziowi bazy pełną mapę.
Rzekł mu dla otuchy – Baziak, daj im w czapę.
No, ale niestety Obcy nie są wały,
Wyczuły pismo nosem, alarm powłączały.
Baziak zdołał uciec, to biegacz doskonały,
Lecz Petera dopadł patrol ciałek małych.
Rzekli wszyscy razem: „Tu jest Peter zdrajca!
Ruszmy więc na niego! Urwijmy mu jajca!”.
Tu szczęście Petera zadziałało niezawodnie.
Ci obcy byli głodni, opadły im... spodnie.
A że wielki Peter miał dużo fantazji,
Uciekł aż zakurzył, skorzystał z okazji.
A teraz, czytelnicy, o misji Agniesi.,
Ona, niewidzialna dla obcych obwiesi,
Znalazła persony, co są uwięzione,
Lecz niestety kraty, plazmą zasilone,
Nie dały się wysadzić, ani przepiłować,
Więc mała myślała, jak ich uratować.
Zauważyła nagle więźniów strażnika.
Jak legenda głosi, połknął on chomika
I widzi to, czego inni Obcy nie widzieli,
Zobaczył Agnieszkę przy Tobiasza celi.
Gunów on nie lubi, wyjął dwa bejsbole,
I ruszył z wielkim krzykiem na małe pacholę.
Lecz ona, mała wzrostem, ale wielka duchem,
Strażnika cel więziennych zdzieliła obuchem.
Miał on klucz do cel, więc więźniów uwolniła,
I do arsenału z nimi pogoniła.
Zaś Artur-mleczarz-kurier po kanałach gonił,
Mówił, iż mają się zebrać wszyscy w sali broni,
Bo Peter z doradcami wszczęli powstanie,
I małym szaraczkom spuszczą wielkie lanie.
Zaś w kopalni krzyknął: „Opuśćcie to szambo!”.
Na to Wiktor kilofem zdzielił mocno w czambo
Ufola, który zapłakał, no bo go bolało,
Zaś z rany na czerepie płynęło... kakało.
Strażnikowi wyjścia Twiggy miał ochotę
Walnąć niżej pasa, zrobić mu Gołotę.
Lecz Ufol był eunuchem, więc go nie bolało.
Rzucili w niego Obcym, co w ranie miał kakało.
Uciekli z kopalni, ruszyli pomału,
Szczęśliwie dotarli do wrót arsenału,
Gdzie Pigwa, jeden z fizolofów nadwornych,
Opowiadał jedną z zagadek potwornych
Strażnikowi, i kiedy on swój móżdżek włączył,
Zdzielili go w czerep, tak życie zakończył.
Zaraz potem do nas doszły i dziewczyny.
Weszliśmy w arsenał, wzięliśmy karabiny.
Agnieszkę z więźniami też napotkaliśmy,
I im karabiny te darowaliśmy.
Wróćmy do Bazia, co do sali się przedziera,
Już rzesza Obcych krzyczy: „Umieram, umieram”.
I po wielu perypetiach Baziak wprawny w boju
Dotarł cali zdrów do sali mlekodoju.
Po mistrzowsku z dojarki uwolnił Katarzynę
I alkoholu chlapnął w mlekową machinę.
A potem już z ćwierć Obcych była wstawiona.
Lecz nagle Katarzyna wrzasła przerażona,
Bo nagle Baziak padł jak gromem rażony
Pod ciosem, który został mu zadany łomem.
Gdy zobaczyła, że Baziak jest raniony w głowę,
Zebrała w sobie siły, rozpoczęła mowę:
„Ty głupi Ufolu, cóżeś mu uczynił,
Krwią zapłacisz za to, co żeś mu zawinił”.
Kasia tak okrutnie Obcego pobiła,
Że biedak padł bez życia, chyba go zabiła.
Spod szarego ciała wydobyła spluwę,
I strzeliła w wielką, szaruchną makówę.
Wtedy Baziak wstał i rzekł: „Gratuluję!
Załatwiłaś drugą już kosmiczną szuję”.
Opuścili razem salę mlekodoju,
Ucieczka była trudna, no i pełna znoju.
Peter, jak przystało na ogromną ciapę,
Ratując swoją skórę zapodział gdzieś mapę.
I zamiast trafić do arsenału,
Napotkał króla kosmicznych pedałów.
„Oto ekscelencja, znaczy wielki zdrajca,
Ja ci osobiście odgryzę twe jajca”.
I rozpoczęła się wielka bitwa:
Peter kontra Stara Rybitwa.
Peter się dzielnie przed ciosami bronił,
Lecz okrutny władca w jaja mu przydzwonił.
I gdy chciał zdrajcę dobić zadając cios wielki,
Peter zręcznym ruchem odpiął władcy... szelki.
Opadły mu spodnie, później kalesony
A na końcu gacie i został ogłuszony
Przez Petera król kosmicznych pedałów.
Zdrajca wziął go na bary – i do arsenału
Ruszył, ale nie zobaczył nikogo,
Bo wszyscy jego przyjaciele mili
Wojnę totalną na Marsie prowadzili.
I wróćmy właśnie do nich, czekali na Petera,
Lecz na nich dywizjon Obcych napierał.
Udało im się przebić na powierzchnię Marsa,
Przedarli się również do wagonów Warsa,
Bo większość Obcych w bazie już pomarła z głodu,
I z przepicia, lecz są inne bazy obcego rodu.
Szarzy napierają, dzielnie się bronimy,
Miast pałek mamy w łapach plazmowe karabiny.
Lecz kolejna fala Obcych już ruszyła,
Jest ich za dużo i kopią nam ryła.
Ciągle atakują, powoli przegrywamy,
Testamenty piszemy, pacierz odmawiamy.
Wtem wielki wojownik, Baziak co się zowie,
Znanym sobie sposobem szarżuje na krowie.
Narobił zgiełku, rwetesu, hałasu i krzyku,
Bo za nim wpadło stado rozjuszonych byków.
Ruszył na kosmitów, stratował ich równo,
Z małych szarych ciałek pozostało... BŁOTO
Kasia ze spluwą Obcych zaczęła wyrzynać,
Z mafią jej miasta nie warto zaczynać.
Z nią przyszło karciane i kwarcowe wojsko,
Na ziemi boga wojny poczuło się swojsko.
I krzemionkowi woje zaczęli rzucać asy,
Biedni Ufole stracili wojska masy.
Armie Ufoków w końcu się wycofały,
Bo nasze dwa herosy tyłki im skopały.
Takim to sposobem wojnę wygraliśmy
I armiom marsjańskim odbyt spłaszczyliśmy.
Lecz jeszcze nie mogliśmy wracać na Ziemię.
Nie wiemy, gdzie spodki trzyma obce plemię
Nikt także nie widział wielkiego Petera,
Ponieważ został w bazie, może tam umiera?
Wszystkim zrzedły miny, lecz smutek im rozwiało
Jego nadejście, a w rękach trzymał szare ciało.
Król niestety nie żył, lecz on miał nadajnik.
Sprzęcisko wyglądało tak jak mały czajnik.
Ustrojstwo żeśmy włączyli i statek wezwali,
I z baziakowym bydłem migiem myśmy zwiali.

Pieśń VII
ZAKOŃCZENIE

No i w końcu z Marsa fuxem uciekliśmy,
I na stare śmieci sobie polecieliśmy.
Chociaż w wielkim kosmosie
Planet jest gdzieś z trylion osiem,
Wybraliśmy Ziemię,
Bo tam jest ludzkie plemię.
Na kosmicznym spodku wszyscy ucztowali,
W karty sobie grali, no i równo chlali.
Zaś Baziak doglądał ukochane bydło,
Palmus miast trotylu wykreował mydło.
Zaś Peter, heros potężny i wielki,
Pokazywał wszystkim władcy Obcych szelki.
O Kasi trza powiedzieć – była heroiną,
Bardzo bojową, odważną dziewczyną,
Stawianą na równi z Baziakiem i Peterem,
Co pokonał władcę cuchnącego serem,
Wielką duchem Agnieszką, strategiem Palmusem
I Arturem, co zabawiał wszystkich Horror Bluesem.
Podziękowania były dla Baziaka krowy,
Na jej właśnie cześć złożyli hołd klasowy.
Jesteśmy bliżej Ziemi, no i ogólniaka.
I znowu nauka! Smutna dola taka!
Lecz niedługo będą wakacje nowe,
Opiszemy je także, dajemy na to głowę.
Nagle klasa wiwat wzniosła morowy:
Wiwat Peter i Baziak! Wiwat wszystkie krowy!
Wiwat dla Agnieszki! Wiwat dla Palmusa!
Wiwat dla Artura, co gra Horror Bluesa!
Wiwat i dla naszej odważnej dziewczyny!
Bojowej kobity! Wielkiej heroiny!
Weszliśmy na orbitę, potem w atmosferę,
W naszym małym mieście wywołamy aferę.
Przy naszym ogólniaku wybuchła panika,
Bo tam nasz pojazd atmosferę przenikał.
Statek niedaleko LO rozbiliśmy,
Jakiś dom zmiażdżyło, my wszyscy wyszliśmy,
I tutaj Odyseja dobiegła końca.
Oglądaliśmy sobie piękny zachód słońca,
Zaś Kamil odjechał na swojej krasuli,
Wraz z Kasią, co go namiętnie całuje i tuli,
Bo choć wcześniej Petera perfidnie kusiła,
Teraz swą miłość na wybawcę przerzuciła.
Powrót do góry Zobacz profil autora
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość Wyślij email Odwiedź stronę autora
 
Numer Gadu-Gadu
2277120
Noire Płeć:Kobieta
Pomniejszy Inżynier


Dołączyła: 14 Maj 2003
Skąd: From down below
Status: offline
PostWysłany: 24-06-2003, 17:40   

cudne ^^ i strasznie długie ^^,szkoda że ja jestem beztalenciem :P nawet prostej rymowanki nie napisze T_T

_________________
Powrót do góry Zobacz profil autora
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość Wyślij email Odwiedź stronę autora
 
Numer Gadu-Gadu
2120255
Szaman Fetyszy Płeć:Mężczyzna
Epic One


Dołączył: 07 Maj 2003
Skąd: Z emigracji wewnątrzkrajowej
Status: offline
PostWysłany: 29-06-2003, 00:17   

Od rymowanek na razie odpoczniemy (ale nie na długo ^^). Wrzucę teraz skecz zbiorowego autorstwa (m.in. mojego i Astrala). Jest to pierwszy skecz naszego niedoszłego kabaretu "Zakiepanka".

"Wizyta"

Na scenę wchodzi lekarz,siada przy biurku

Lekarz:
Następny wariat proszę!

Wchodzą cztery osoby, w tym jedna kobieta

Zakiepanka:
Nazywamy się zakiepanka.
Lekarz:
Ile członków liczy sobie wasza grupa?
Zakiepanka:
Ile?..., No,... Trzech!
Lekarz:
Jaja sobie robicie czy co? Przecież widzę cztery osoby!
Zakiepanka:
A..., Osoby są cztery, ale nie o to pan pytał!

Lekarz notuje cos i mruczy pod nosem

Lekarz:
Ach!!! Niedobrze z wami, niedobrze.
Co wam dolega?
Błazen pierwszy:
Potrzebny nam czwarty członek!
Dostaje w łeb od drugiego
Błazen drugi:
Cicho teraz ja mówię!
Lekarz:
Chyba piąty?
Błazen drugi:
Nie!!! Czwarty!
Ktoś puka
Lekarz:
Wejść!

Wchodzi Eros

Lekarz:
Kim jesteś?
Peter:
Jestem Eros, syn Napoleona i szwagier Juliusza Cezara, w wolnych chwilach kochanek Kleopatryi Henryka Walezego.
Lekarz:
Jakiej jesteś pci?
Peter:
Myślę, że męskiej! A co, nie widać?
Lekarz:
No..., Chyba tylko pod prysznicem. HA, HA, HA!?
Czego chcesz?
Peter:
Niosę wam prawdy moralne!

Lekarz:
Jakież to prawdy chcesz nam wygłaszać?
Peter:
Żyj i daj żyć innym!!!
Zakiepanka:
Hura!!! Jest czwarty członek!!!
Lekarz:
Niedobrze, niedobrze, źle z wami.
Zakiepanka:
A czemu?
Lekarz:
Wykazujecie skrajnie niskie przystosowanie do życia w normalnym społeczeństwie!
Zakiepanka:
Achaaa, a czemu?
Lekarz:
Bo was rodzice nie kochali!
Zakiepanka:
Achaaa, a czemu?
Lekarz:
Bo mieli trudną sytuację materialną!
Zakiepanka:
Achaaa, a czemu?
Lekarz:
Co czemu, co czemu?!!
Wychodzicie na scenę z jakimś nie wiadomo co wyobrażającym sobie transwestytą,
Robicie z siebie idiotów, deprawujecie moich pacjentów

Wskazuje na publiczność

I przyjmujecie faceta do swojej palniętej organizacji tylko dlatego, że jest zorientowany w obie strony. Jesteście normalnymi wariatami!!!
Zakiepanka:
Z czego Pan to wywnioskował?
Lekarz:
No skoro jesteście zdrowi,to, co tu robicie?
Zakiepanka:
Jak to co? Szukamy członka!!!
Powrót do góry Zobacz profil autora
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość Wyślij email Odwiedź stronę autora
 
Numer Gadu-Gadu
2277120
Szaman Fetyszy Płeć:Mężczyzna
Epic One


Dołączył: 07 Maj 2003
Skąd: Z emigracji wewnątrzkrajowej
Status: offline
PostWysłany: 01-07-2003, 21:04   

No to teraz kolejny skeczyk niedoszłego kabaretu "Zakiepanka".

"Sensacje młodzieńczego wieku"

OSOBY: Narrator,Wołoszański,Jaś,Ojciec,Widz.


Narrator:

W pewnej ubogiej rodzinie,w miejscowości Zamordeje urodził się Jaś. Od najmłodszych lat przejawiał niesamowite zainteresowanie militariami, co udzielało się także w jego skromnym wyglądzie.

Wpada Jaś. Fikołek, skrada sie, podrzyna gardło misiowi, siada i ogląda blachy po swoich towarzyszach broni.

Jaś:
-Bamse... to był wojak, 4 miny przeszedł dopiero na piątej się zatrzymał, machnął ręką na jakieś 200 m.
Wiktor-maszyna wojenna... Urodził się gdzieś na Ukrainie, jakiś Czarnolas, czy coś. Jak przyjechał na front to wrogowie sami uciekali. Coś krzyczeli: "devil ,devil", nie znam ruskiego, dla mnie był normalny. Pigwa-jak go w Kenii tubylcy zobaczyli, to im się kanibalizm znudził. Jaroszami zostali.

Jas czyści bron, wchodzi ojciec

Ojciec:
Przestań się obijać, weź się za robotę!!!

Zabiera nóż i wyrzuca za kurtynę; zabija matkę; matka wychodzi z nożem w brzuchu, wyciąga rękę do ojca i kona

Widzisz, co zrobiłeś! Kto nam będzie teraz gotował!

Narrator:
Jasio rósł chodził do szkoły i uczył się przeciętnie. Miał same pały,za wyjątkiem:
- matematyki-nieomylnie obliczał liczbę pokonanych wrogów i ofiar śmiertelnych,
-fizyki-bezbłędnie obliczał tor lotu kuli przy wietrze południowo-wschodnim
-z chemii miał 6, za niebywałą wprost znajomość materiałów wybuchowych i gazów bojowych.
Pierwszą ofiarą Jasia była pielęgniarka odbierająca poród-zmarła ze strachu.
Z czasem zapomniał o matce, a rodzinie żyło się, coraz gorzej. Brakowało na opał, wodę też im odcięli.

Wołoszański:
W tym oto pokoju stał piec, komu i na co potrzebny pozostało tajemnicą, zabraną przez matkę do grobu. Domyślać można się jedynie, iż strategiczne położenie tego urządzenia, niewątpliwie wpływać miało na i tak już niską temperaturę w domu. Z czasem niepotrzebne metalowe części pieca posłużyły Jasiowi do zbudowania ogromnej floty morskiej.

Widz:
Co ty głupi jakiś, z pieca można, co najwyżej zrobić czołg.

Wołoszański:
Czołg? Z pieca? Idiota!
Co prawda Jaś wykazywał zdolności techniczne, lecz z pieca stworzyć można było tylko:
2 krążowniki, 4 niszczyciele i 6 lotniskowców.
Jaś rósł i głupiał. Po kilku latach ojciec dla oszczędności posłał go do wojska. Jaś był saperem,a po 4 latach został sam w swoim dziale. W końcu dostał misję w ZSRR i od czasu Czernobyla nikt o nim nie słyszał.

No i jeszcze wiersz z topicu o bishonenach. Tutaj będzie łatwy do znalezienia. ^^

...Z dedykacją dla wszystkich samotnych... Jak pewnie niektórzy się domyślają, wyimaginowanym autorem jest pewien elf dzierżący miecz z siedmioma znakami ^^.

Wielki Los

Ciemność, mrok, samotność, strach okrutny
Dhaos, Blackheart, Beast i Absolutny
Wspominam karty mojej historii
Wewnątrz domeczku w pięknej Lothlorii
Jedna mnie boli swej mocy użyłem
By ją obronić-lecz nie obroniłem
Dhaos mnie zwyciężył, Mistrze uratowali
Wtedy postanowiłem od Affendis się oddalić

Osiem tysięcy lat oczekiwałem
Cały czas nad sobą pracowałem
Było ciężko, ale się nie poddałem
Wtedy Los się uśmiechnął-Affendis spotkałem

Coś się w niej zmieniło - już nie elfką była
Ale w boskie dumne szeregi wkroczyła
Zdziwiłem się wielce, że nadal mnie kocha
I była też samotna - ze szczęściam zaczął szlochać
Objąłem przecudną - serce ukojone
Nasze wojaże samotności nareszcie skończone
O Losie! Twych wyroków i bóg nie ogarnie
Pokazałeś że bez wiary zginiemy tu marnie

Deceitful...
Powrót do góry Zobacz profil autora
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość Wyślij email Odwiedź stronę autora
 
Numer Gadu-Gadu
2277120
Dawar
-Usunięty-
Gość
PostWysłany: 02-07-2003, 23:16   

ha! to i ja się dopisze... jeden z niewielu wierszów jakie udało mi sie zmontować...

Pocałunkiem śmierci przez Pana Ciemności obdarzony...
W sam środek serca ostrzem przeklętym ugodzony...
Myśłi twoje zniewolone błądzą we śnie zagubione...
Między jawą a snem, życiem a śmiercią rozproszone...

Poległy w mogile, martwy będąc czujesz życie...
W mroku błądząc w ciszy łkając cierpisz skrycie...
Śmierci oddany przez życie zdradzony...
Jej gożką miłością na wieki obdarzony...

Lecz przyjdzie kres słodki twej nieludzkiej udręki...
A serce twe z ciała zrzuci łańcuch swej męki...
Gdyż groza spocznie pod powieką twoją...
W ogniu piekielnym pożucasz duszę swoją...
Powrót do góry
Szaman Fetyszy Płeć:Mężczyzna
Epic One


Dołączył: 07 Maj 2003
Skąd: Z emigracji wewnątrzkrajowej
Status: offline
PostWysłany: 06-07-2003, 01:21   

A teraz cosik specjalnego. Mój pierwszy wiersz napisany w liceum, z czasów, gdy Bambosh był jeszcze młody i zamiast zajmować się poważnymi rzeczami to zastanawiał się czemu tylko deszcz, liście, komary, muchy końskie, cegły, drzewa, kowadła etc. na niego lecą. Potem oczywiście trochę zmądrzał, ale to temat na inną bajkę :P. Nie zwracajcie uwagi na jego dziecinność, wielu przez ten etap przechodziło. I ja się do tego woreczka również załapałem ^^'. Też miałem te 15-16 lat :P.

Wypociny nieudacznika czyli cierpienia młodego Petera

Jam Peter, karykatura człowieka,
Zobaczycie teraz, co was będzie czekać,
W tym utworze.

Będę pisał o kimś, kto nie doznał glorii,
O dowodzie niesłuszności Darwina teorii,
O potworze.

Czyli o sobie mówiąc dokładniej.
Na mój widok nawet czarna twarz blaknie.
Michał, syn Jacka spojrzeć się ośmielił,
Był Murzynem, a po chwili się cały wybielił.
Ciało mam brzydkie, jestem w rozpaczy,
Za jakie grzechy Bóg mnie ukarać raczył.
Może miałem iść do piekła na wieczne potępienie,
Lecz przez pomyłkę trafiłem na Ziemię?
Ma turpistyczna skorupa jest defektem takim,
Że najwięksi brzydale przy mnie to przystojniaki.
Nie chciałby mieć nikt ciała biednego Petera,
Prócz diabłów: Mefista, Baala, Lucyfera.

Nie będę już dłużej pisał o mym ciele.
Rąbka tajemnicy uchylić się ośmielę
O mojej duszy.

Będę pisał teraz o mym charakterze.
Temu oto papierowi się zwierzę.
Może on się wzruszy.

Kiedyś byłem miły, uprzejmy i uczciwy,
Teraz rozgoryczony sarkasta złośliwy.
Wszystkim ludziom okrutnie docinam,
Nieważne czy to chłopak, czy nawet dziewczyna.
Lecz cóż mnie pozostało, wyziewowi piekielnemu,
Przez wszystkich bez wyjątku ludzi pomiatanemu.
Poczułem gniew, nie chciałem być nędznym popychadłem,
Więc się zapoznałem ze złośliwości abecadłem.
Wszystkich tych tajników się szybko nauczyłem,
A swoją dobroduszność w mig wykorzeniłem.
Szaweł truł: będziesz miał złe stosunki! Lecz te były na dnie
I swoją złośliwością się bawiłem snadnie.
Ten, którego wspomniałem, to żmija zygzakowa.
Podstępny człek, jego miano - Szaweł z Południowa.
Jego droga życia ubrana była w róże.
Wysoki, przystojny, mądry; majątki miał duże.
Jednej on dziewczynie wciąż przypinał łaty.
Nie dawał jej spokoju, dostawała baty.
Lecz potem zmienił się dla niej nie do poznania.
Był bardzo sympatyczny, złośliwców odganiał.
Dla tego dziewczątka się zrobił nagle bardzo miły,
Zalecał się, te miłostki mnie okropnie mdliły.
Jakby się jego klepsydra charakteru odwróciła.
Ta metamorfoza bardzo mnie zdziwiła.
On kiedyś uczył mnie, jak wszystkim docinać.
Teraz chce mi to wszystko z pamięci wycinać,
Kiedy chciałem temu dziewczątku słówkiem dokuczyć,
Powstrzymał mnie i rzekł "Masz się dobroci uczyć".
Zmienił się on bardzo dla tej Krasnaliny.
Niskiej, lecz bardzo ładniutkiej dziewczyny.
Lecz tak naprawdę ja go nie powinienem obwiniać,
Bo różne rzeczy miłość potrafi wyczyniać.
To uczucie nie jest dla mnie, nie wiem co to kochanie.
Jedyne co mi zostało, to na papierze pisanie.
Moje serce skute lodem, ono nic nie czuje,
Tylko życiodajny płyn ciągle pompuje.

Teraz o czymś, w czym jestem ciapą do potęgi,
Bo nie ma drugiej takiej niedołęgi
W miłosnych sprawach.

Już się dziewczynami nie interesuję.
Adorować ich nawet nie próbuję.
Jam zastygła lawa.

U samców człowieczych w doborze naturalnym
Odpadłem już przed startem fatalnym.
Więc ostatni jestem, no a każdy wie,
Że taka pozycja omega się zwie.
Żadna ładna dziewczyna na mnie nie poleci,
Bo ma atrakcyjność to jest zero, dzieci.
Kochają się we mnie tylko jakieś poczwary,
Potwory, lampucery i inne maszkary.
Zadowoliłyby one może Don Kichota,
Lecz jeszczem nie obłąkan, ja, nędzna istota.
Ja nie mam nic do zaoferowania,
Więc żadna mnie nie zechce bez gadania.
Nie posiadam wzrostu i mięśni Herkulesa,
Nie jestem miliarderem, wręcz pusta moja kiesa,
Nie mam inteligencji Alberta Einsteina,
Nie jestem ekstrawertyk, więc jam kupa łajna.
Moja atrakcyjność to okropna nędza.
Chyba ja się tylko nadaję na księdza. +{:-)
Dostaje się tam za friko dobre wino.
To może zastąpi mi randki z dziewczyną...

Jestem grudą białka, zarazą, chorobą
Tutaj już zakończę, nie będę z samym sobą
Się dłużej droczył...

Dobrze że mam chociaż święty spokój w domu
Bo bym bardzo szybko, nie mówiąc nikomu
Z mostu skoczył...
Powrót do góry Zobacz profil autora
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość Wyślij email Odwiedź stronę autora
 
Numer Gadu-Gadu
2277120
Distant Płeć:Mężczyzna


Dołączył: 23 Cze 2003
Skąd: Somewhere in the world
Status: offline
PostWysłany: 06-07-2003, 09:59   

hehe jak można coś przypostować to czemu nie... :->

cosik specjalnego ode mnie na wpędzenie w depresje
napisane jakieś trzy lata temu :-D

"Jedno co pewne"

Wasze marzenia,
sny i pragnienia
nie mają dla mnie
żadnego znaczenia.
Jesteście nikim,
w nicość wrócicie,
więc na co ta wasza
walka o życie?
Sława przemija,
władza upada,
pieniądze nikną,
miłość przepada.
Jedno co pewne,
to wasza śmierć.

_________________
Never surrender, never give up...

http://forum.multiworld.pl - Nothing is impossible here
http://komiks.multiworld.pl - Komiks Multiworld ;3
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość
Satsuki Płeć:Kobieta
Fioletowy Płomyczek


Dołączyła: 13 Lip 2002
Skąd: Aaxen, zamek Elieth ves Aeriei nad Morzem Płaczu
Status: offline

Grupy:
WIP
PostWysłany: 06-07-2003, 16:35   

Hmm... od razu mówię że nie moje ale wrzucone za pozwolenie Autorki

A więc panie i panowie..
Twórczość Zdechniętego Anioła


"Zdrowy organizm"

Utoczcie krwi i rozprujcie serca, aby inni mogli się pożywić.
Zabierzcie czaszkę, niech da rozsądek, mądrość, doświadczenie
Odetnijcie pomocną dłoń, niech pracuje dla was
Wyjmijcie szkielet, aby na nim zbudować zdrowy system
Wyrwijcie język i gardło, niech za was przemawiają, bo łatwiej wycofać się z tego, co inni za was powiedzieli
Usuńcie zęby i kły i pazury, niech rwą i gryzą tych zbuntowanych, a nie was
Wykorzystajcie żołądek do przetrawienia kłamstw, upokorzeń, żółci i goryczy
Wytnijcie jelita, aby rozłożyły prawdę na czynniki jeszcze prostrze i łatwiejsze do wydalenia
Użyjcie penisów, aby zapłodnić pierwiastki pochew, a macic do urodzenia embrionalnej armii.
Weźcie uszy, niech one słuchają głosu ludzi pełnego łez
Odbierzcie oczy i mózg -niech to wszystko, co dumne i drogie nam umknie w czerń
Układ odpornościowy zaatakujcie bakteriami ideałów i wzniosłości bez powodu, wirusami narcyzmu, pyłami dyskryminacji.
Rozprujcie mnie na części i wykorzystajcie mój zdrowy, tak przydatny do przeszczepów organizm.
Smacznego, hieny cmentarne...




***

Zanim słońce wzejdzie zabiję
wszystko, co żyje,
w mroku, przed świtem
gdy oczy kota głodne jeszcze
ofiary świecą się blaskiem
niespełnionego mordercy.
Krew zaplami moje ręce
w ogniu, makabrze, gniewie
A potem skrytobójca
przyjdzie w płaszczu
w wydłużonej swej postaci
palcami kościotrupa wbije
we mnie nóż.
Pławić się będzie,
rozkoszować krzykiem jednej
z miliardu ofiar w echu
czarnej dziury duszy
podnieci się cierpieniem
purpurą stygnącej krwi,
a ja wraz z nim,
nóż będę wbijać
czuć jak życie pulsuje,
czuć jak życie ucieka
a wraz z nim-
mój gniew.




***

Ich przodkowie na obrazie
Ich kościotrupy zaklęte w ekstazie
Mandala w mandorli
czarna dziura tak boli
Jest tam mroczny zamek na skale
upiory w nim wylewają żale
i stoję mała zapomniana,
jakbym wogóle nie istniała
ten zamek to moja głowa,
co strzygi w sobie chowa.

_________________
Uciekaj skoro świt, bo potem będzie wstyd
i nie wybaczy nikt chłodu ust twych
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość Wyślij email
Szaman Fetyszy Płeć:Mężczyzna
Epic One


Dołączył: 07 Maj 2003
Skąd: Z emigracji wewnątrzkrajowej
Status: offline
PostWysłany: 06-07-2003, 23:32   

A teraz cosik specjalnego. Fragment utworu napisanego przez mojego przyjaciela i mentora Astrala. Macie okazję podziwiać jego kunszt. Daleko mi jeszcze do jego poziomu :P. Kiedyś wkleję dwa pozostałe fragmenty.

"Wąskie wakacje"

Oświęcim

I kolejne wakacje nadeszły po roku,
Nareszcie mam dwa miechy od pańszczyzny spokój.
Do domu wróciłem, w fotelu spocząłem
I relaksu zażywać od razu zacząłem.
Spokój nie trwał długo, bo kilka dni potem
Na obóz wyjechałem stuletnim gruchotem.
Ponad 10 godzin się w nim wymęczyłem,
By znów się załamać tym, co zobaczyłem.
Otwieram oczy, widzę przestrzeń, co
Za zaroślami znika gdzieś,
Otwieram oczy, widzę namiot, gdzie
Zamiast podłogi trawa jest.
Luz blus, a w nim same dziury,
Trzy tygodnie spędzę na łonie natury.
Było nas sześć, to dało się znieść,
wszystkim jeden przyświecał tam cel:
Piweczka łyk, balanga po świt,
ogółem wino, kobiety i śpiew.
Mimo, iż zabawa była całkiem spora,
Wszystko chciała popsuć opiekunów sfora.
Kazali myć kible i w namiotach sprzątać,
Co dzień pompki trzaskać, bez wody się kąpać.
Już pierwszego dnia robotę nam dali,
Byśmy dwa worki ziemniaków szybko oskrobali.
Jak Żulikom przystało, bo tak się zwaliśmy,
Z tym ciężkim zadaniem się uporaliśmy.
Hymn nasz ułożyłem pewnego wieczora,
Nosił on tytuł „Pora na jabola”.
Dzieło było wielkie, niech się „Rota” schowa,
Tak mniej więcej brzmiały owej pieśni słowa:
„Pora na jabola, bo już księżyc świeci,
Pijcie tanie wina, nasze drogie dzieci.
Piwa nic nie dają ni wina piwnice,
Żeby zmrużyć oczka łyknij czarownicę.
A gdy kac nadejdzie, nie martwcie się dzieci,
Po następnej flaszce ból głowy uleci.
Pijcie tylko wina, piwa nie włykajcie,
Potem zaraz flaszkę bimbrem zapijajcie.
Chlejcie więc alkohol nasze drogie dzieci.
Dzieci lubią wina,
Wina lubią dzieci!”
Ten epizod wakacji był wąski i krótki,
Wiele się polało wina, piwa, wódki.
Nie widzę jednak sensu dalszego przytaczania
Bardzo dobrych przykładów złego zachowania.
Powrót do góry Zobacz profil autora
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość Wyślij email Odwiedź stronę autora
 
Numer Gadu-Gadu
2277120
Szaman Fetyszy Płeć:Mężczyzna
Epic One


Dołączył: 07 Maj 2003
Skąd: Z emigracji wewnątrzkrajowej
Status: offline
PostWysłany: 07-07-2003, 23:14   

Wrzucam ciąg dalszy tego powyżej.

Chrzciny

Po wyjściu z niewoli miasteczka Mrzeżyna,
Fajna część mych losów się wreszcie zaczyna.
Jak wszystkim wiadomo z Petera relacji
Odbyły się podczas owych wakacji
Chrzciny syna Kałboja z bezpieczną kobietą, co w sobie zawiera
Poduszkę dla kierowcy i dla pasażera.
Ruszyłem MiGiem (21) w stronę miejscowości,
Do której nadciągnęło wielu miłych gości.
Właśnie we Włodowicach stał dom przewspaniały,
W którym Bamse mały psuł wszystkie regały.
Był tam Peter ufol, Bamse regałomiot,
Błyskawica Chomik, był także bułkolot,
Którym to przyleciał Bułkożer wraz z pieczywem,
I zagrychą, i wódą, i winem, i piwem.
Była Krasnalina i Zombi zawinął,
Marsjan ten zaszczyt na szczęście ominął.
Gdy wszystko gotowe ucztę zaczynamy,
Z której każdy wyszedł cokolwiek naprany.
Wino się leje, piweczko i wóda,
Wszyscy moczą mordę czym tylko się uda.
Ktoś leży pod stołem, latają puchary,
Tylko Bazia brakuje, bo w qchni myje gary.
Odkąd go Kasina objęła opieka
Nie poznasz w nim tamtego wesołego człowieka.
Od rana do wieczora haruje w chałupie
I w polu pracuje, potem drewno łupie.
A gdy nocka przyjdzie, odpocząć nie może,
Bo toć z Katarzyną sławną dzieli łoże.
Nigdy nie narzeka, a gdy żonka prosi,
Wszystko rzuca, bo przecież jej dogodzić moooo-si.
Pantoflarz się z niego zrobił nieprzeciętny,
Schudł przez to, zmizerniał, chodzi posępny.
Czasem jednak odżywa, lecz zdarza się rzadko,
By jeździł sam na wczasy wraz z kumpli gromadką.
I jak biedak pędzi niewolnicze życie,
A smutki swe zwierza tylko okowicie.
Tymczasem gości warstwa zalega na podłodze,
Wszędzie nadymione, bimbrem wali srodze.
Wszyscy są szczęśliwi, bo gdy pić zaczęli,
Zbiorową nirwanę nagle osiągnęli,
Więc na pół godziny kraina szczęśliwości
Pochłonęła ogół zaproszonych gości.
Więc teraz o dziecku tej przemiłej pary,
Opiszmy jego zalety, lecz również przywary.
Imię swe zawdzięcza, jak łatwo zgadniecie,
Największemu bohaterowi, jaki jest na świecie.
Brał udział w dwóch wojnach z naszą paczką całą,
Regałomiot Bamse to ciało się zwało.
Już od urodzenia mały wykazywał wszelkie
Uzdolnienia, które jego ksywa nadawała.
Żadna więc książka na regale długo nie postała.
Dziecko to nigdy płakać nie raczyło,
Lecz nie wiadomo skąd złośliwości nabyło.
Mały Bamse był okrutny, szczególnie dla gosposi,
Która nosiła wdzięczne imię Zosi.
Dziwne to zjawisko bliżej opisane
Zostało przez Petera, bo przezeń zgłębiane.
Bamse zauważył lekką inność Zosi,
Od razu mały rasista w dzieciaku się zgłosił.
Prześladował dziewczynę, jedzenia nie dawał,
Przykleił do krzesła, petardy podkładał...
Raz się prawie stworzenie zabić mu udało,
Lecz fanatykowi ciągle było mało.
Kiedyś od wujaszka Wąskiego dostał małego chemika,
Wtedy się dopiero okrutnik rozbrykał.
Strychnina, arszenik, cyjanek, wszystko, co w nim było,
Na biednej gosposi zaraz się zemściło.
Tak sobie poczynał geniusz okrucieństwa,
Kto przypuszczał, że wyrośnie z takiego maleńśtwa.
Wróćmy do uroczystości, dobiegała końca,
Wyszliśmy obejrzeć krwisty zachód słońca.
W atmosferze takiej zaczęła wspominać
Czerwoną planetę zmęczona rodzina.
I imć pan Paweł wystąpił na ganek
Krzycząc: „Jedziemy wszyscy na Woodstock przystanek!”
Wiwat podniesiono słysząc owe słowa,
Wcisnęli gaz do dechy, za nimi biegła krowa.
Tak się zakończyły uroczyste chrzciny
Tej poczciwej, miłej i pulchnej dzieciny.
Powrót do góry Zobacz profil autora
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość Wyślij email Odwiedź stronę autora
 
Numer Gadu-Gadu
2277120
Wyświetl posty z ostatnich:   
Strona 1 z 3 Idź do strony 1, 2, 3  Następny
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików
Możesz ściągać załączniki
Dodaj temat do Ulubionych


Skocz do:  

Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group