FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy
RejestracjaRejestracja  Galeria AvatarówGaleria Avatarów  IRC (qchat mibbit)  ZalogujZaloguj

Poprzedni temat :: Następny temat
Idź do strony Poprzedni  1, 2, 3, 4, 5, 6, 7  Następny
  Zaślubiny w Mrocznym Królestwie
Wersja do druku
Smk Płeć:Mężczyzna


Dołączył: 28 Sie 2011
Status: offline

Grupy:
Syndykat
PostWysłany: 02-10-2011, 21:00   

-Niech pan lepiej spojrzy na to.
Operator czujników był, mimo źródła żołdu, pracownikiem cywilnym. Dodawanie sir na końcu każdego zdania skierowanego do przełożonego było w jego mniemaniu, zbędnym balastem.
Ta opinia była jedną z przyczyn dla których znajdował się teraz na przysłonecznej platformie obserwacyjnej - wymiana załóg następowała tu zwykle co dwa lata. Jeśli w ogóle miała miejsce.
Dowódca stacji niespiesznie podszedł do krnąbrnego podchorążego. Doświadczenie podpowiadało iż tak blisko gwiazdy nie było powodów do alarmów - po prostu każde zdarzenie usprawiedliwiające alarm zapewne zabiłoby całą obsługę stacji nim taki meldunek miałby miejsce. Z drugiej strony, praca załogi była monitorowana, więc.
-Tak?- Dowódca, plus zajefajnej bródki dysponował pokładami flegmy mogące wprawić w zachwyt niejednego brytyjczyka.
-Wiem jak to zabrzmi - operator zdjął słuchawki i spojrzał szeroko otwartymi oczami na przełożonego - ale słońce gaśnie.


Głęboko pod powierzchnią oceanu działy się niezwykłe rzeczy. W zasadzie, jedna.
Wspomniany ocean zamarzał. Od dołu.

_________________
There is no "good" or "bad". There is only "fun" and "boring".
Przejdź na dół
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość
Bezimienny Płeć:Mężczyzna
Najmniejszy pomiot chaosu


Dołączył: 05 Sty 2005
Skąd: Z otchłani wieków dawno zapomnianych.
Status: offline
PostWysłany: 03-10-2011, 12:11   

Dwa roje owadów zwierały się w śmiertelnych zmaganiach. Z pozoru sytuacja wyglądała na wyrównaną - obydwa typy insektów bardzo się przypominały, posiadając podobny styl walki, w którym ciała przeciwników stawały się materiałem budowlanym dla odtworzenia utraconych sił. Sytuacja więc wydawała się wyrównana... o ile zignorowało się jeden istotny aspekt. Jedna strona rozpoczęła namnażanie o wiele wcześniej. W efekcie na każdego owada z jednej grupy przypadało po kilkanaście ze strony przeciwnej, a różnica ta wydawała się nie tylko utrzymywać, ale nawet powiększać - wyraźnie owady, nawet pomimo swego bardzo ograniczonego intelektu, doskonale rozumiały zalety wynikające z przewagi liczebnej.

W innym miejscu jednak sytuacja Roju nie wyglądała tak różowo. Najpierw konsumowany obelisk zamienił się w słup ognia. Nie wszystkie insekty wykonane były z tego samego materiału - dla części próg topliwości (czy palności) wypadał dość nisko. Na szczęście tylko dla stosunkowo niewielkiej części - był to jednak dopiero początek. Najpierw powoli, a potem coraz szybciej owady najbliższe kolumnie ognia zaczęły spadać na ziemie - jakby jakaś siła pozbawiła je ich energii witalnych, oczyszczając je z animującej je magii. Po jakimś czasie wokół kolumny narosły stosy metalowych truchełek, jako że owady pomimo trudności nie dawały za wygraną i nie przestawały szturmować miejsca wabiących ich mocy, nawet, jeśli rezultatem miałaby być ich śmierć.

W przyrodzie jednak nic nie ginie. Drobne obłoczki energii chaosu, uwolnione z metalowych pancerzy, szukały nowego nosiciela. Szukały, i znalazły.

Dumny płomień nieposkromionej odwagi nie był pospolitym żywiołakiem ognia - zaliczał się (przynajmniej w swojej opinii) do bytów wyższych, przejawiających się bardziej subtelnymi emanacjami definiującego go żywiołu. Z tego powodu służenie za de facto serce wielkiego stosu sygnałowego nie zaliczało się do jego ulubionych form działania. Było nie było palić się potrafił każdy, nawet byle jaki Ognisty. Z drugiej strony to konkretne zajęcie było bardzo prestiżowe, i dumie Płomienia bardzo pochlebiał fakt, że to właśnie jemu ono przypadło. Zajęcie też było mało wymagające, co dawało wiele czasu na kontemplację i rozważania filozoficzne. Konieczność zajęcia się jakimiś owadami była trochę rozpraszająca, ale żywiołak był w stanie docenić odwagę, z jaką insekty próbowały wypełnić powierzony im cel.
W rzeczy samej, od momentu ich przybycia myślało mu się jakby jaśniej i sprawniej, a uciekająca od nich energia wzmacniała go nie tylko fizycznie i magicznie, ale wydawała się poszerzać jego horyzonty. Z każdą chwilą coraz lepiej rozumiał swoją naturę i swoje miejsce w świecie, rósł też ciągle w siłę, aż słup ognia sięgnął niebios, piasek pod nim zamienił się w szkło a woda zaczęła wpierw wrzeć a potem parować. Owady nie przestawały jednak nadlatywać, a energia jaką od nich uzyskiwał była coraz większa - tak jakby od jakiegoś czasu wydawały się go nią specjalnie karmić.
Myśli Płomienia sięgnęły granicy transcendencji, gdy doszedł do punktu do którego niewiele żywiołaków dochodzi. Dywagacje nad naturą własnego żywiołu, jeszcze niedawno zajmujące się co bardziej metafizycznymi jego aspektami, powróciły do korzeni, gdy duch na granicy niebiańskiego Wstąpienia zaczął oczyszczać swoją naturę z co bardziej przyziemnych elementów. W końcu ostatnie więzy ograniczające jego oświecenie spłonęły w wewnętrznym duchowym ogniu, i półkilometrowej długości wschodni smok stworzony z czystego, żywego ognia zrobił to, co stanowi naturę ognia. Zapłonął.

Resztki fruwających jeszcze wokół owadów opadły na ziemię w formie bezkształtnych mas metalu. Nim zdążyły osiągnąć poziomu gruntu, podłoże zamieniło się w płynną lawę. Kilka tysięcy ton morskiej wody wyparowało niemal natychmiast.
A był to dopiero początek.

_________________
We are rock stars in a freak show
loaded with steel.
We are riders, the fighters,
the renegades on wheels.

The difference between fiction and reality? Fiction has to make sense.
Powrót do góry Zobacz profil autora
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość
Caladan Płeć:Mężczyzna
Chaos is Behind you


Dołączył: 04 Lut 2007
Skąd: Gdynia Smocza Góra
Status: offline

Grupy:
Melior Absque Chrisma
Omertà
Syndykat
WOM
PostWysłany: 03-10-2011, 20:57   

W naturze nic nie ginie. Para wodna spowodowana procesem parowania wody i sublimacji lodu(domniemywam, że Smook zamroził kawałek głębin dotkniętych wybuchem) zaczęła się piętrzyć w górę. Energia wyzwolona od kolejnego Smoczka sprawiła, że cząsteczki płynnej mgły zostały wchłonięte przez przez lotną mgłę, tworząc na granicach 4 wież, ogromny obiekt deltoidalnej budowie, będący w quasi stanie skupienia. Z dziwnego i nienaturalnego zbiegu okoliczności tylko nad obiektem pojawiła się dziura ozonowa. Deltoida zaczęła być narażona na promieniowanie kosmicznie w nieznanym celu i zaczęła dalej ewoluować.

Srebrnawy płyn zaczął dalej piąć się w górę rzek, mimo ubytku wody w oceanie. Społeczeństwo miasta było wielce zdziwiona zmianą koloru wody w kranach.

W mieście zacząłem szukać przyczyny powstania wcześniejszych robaków, które musiały być nienaturalne stworzone ze względu na użyte składniki. Normalne poszukiwania były bezsensu, a duchom lepiej nie było przeszkadzać. Jedynym rozwiązaniem było echo mocy, które miało odnaleźć osobliwe zjawiska naprężenia energii w danym miejscu. W miejscu, gdzie stałem zaczęły rozchodzić falami struny energii, które zaczęły nieco szybciej niż światło przenikać na wskroś planetę, badając każdą anomalię energetyczną. Ku ucieszeniu mojemu kilka znalazło się i jedna idealnie pasująca do wzoru energetycznego. Wyruszyłem jemu na przeciw.

_________________
It gets so lonely being evil

What I'd do to see a smile

Even for a little while

And no one loves you when you're evil

I'm lying through my teeth!

Your tears are all the company I need
Powrót do góry Zobacz profil autora
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość Odwiedź stronę autora Odwiedź listę obejrzanych anime / przeczytanych mang
 
Numer Gadu-Gadu
4934952
Karel Płeć:Mężczyzna
Latveria Ruler


Dołączył: 16 Kwi 2009
Skąd: Who cares?
Status: offline

Grupy:
Syndykat
WOM
PostWysłany: 08-10-2011, 09:50   

Drżenia które wstrząsnęły podziemnym światem ustały.~Pradawne latające formy życia jednak dopiero po chwili powróciły na gałęzie i półki skalne.

-Co to było? - zdziwiła się demonica. Hiregon zwracały pysk w coraz to różne strony.
~Wygląda na to że kilka potęg ma zetrzeć się na powierzchni...Ter..........z.......musz......
- Matko? Co się dzieje?
~Wciag........powrotem....
-Jak to z powrotem?! Myślałem ze sprawujesz kontrolę!
~Nie...bardziej niż..............O....n.... - w tym momencie telepatyczny kontakt urwał się
- Matko? Mamo?!
- Scrryyyghhhhhhh - zasyczała bestia. Skupiła spojrzenie na księżniczce. Przed pyskiem bestii
zakołysał się zakończony szpikulcem.
- Karel? Co ty wyprawiasz....Karel?
Bestia postąpiła delikatny krok w jej stronę. Również ogon w nią mierzył.
- Karel odsuń...odsuń się! - zażądała cofając się pod ścianę.


*******

Zebrani zaczęli się kłócić zawzięcie. Każdy miał własne pomysły na rozwiązanie kryzysu i - jak to się zdarza gdy zbierają się silne osobowości - próbował go przeforsować. Jedynie Loko i Topaz jako ciche typy nie próbowali nikogo przekrzyczeć. Ten drugi odebrał dzwoniący telefon. Wsłuchał się w głos w słuchawce po czym wyciągnął swój scimitiar i rąbnął ni w stół. podziałało.
- Mam dobre wieści. Systemy obronne i satelitarne znowu działają. Teraz możemy znaleźć jego wysokość i księżniczkę.


*******


Przez iluminator Rudzielec mógłby jak ciśnienie wywierane przez zamarzającą wodę w końcu pokonało stalową barierę. Mógłby gdyby nie to ze chrapał sobie w tej chwili odsypiając ostatnie wydarzenia. Jakby nie patrzeć to miejsce było całkiem spokojne....
- Zzzzzzzz....
Lis raczej nie przepadał za tym by go budzono. Chyba ze byłyby to wybuchy, pościgi i inne czynności zaklasyfikowane przez jednych jako - przygoda - a z kolei zdaniem innych - działalność terrorystyczna.
Zachowując instynkt samozachowawczy i kilka kilo zdrowego rozsądku pierwotna załoga statku wykorzystała fakt spoczywania Caibre'a w objęciach Morfeusza (bez skojarzeń!) i opuściła okręt gdy ten zaczął przeciekać, wyginać się z powodu ciśnienia a w niektórych miejscach zamarzać.
Oczywiście Lis był tego nie świadomy. Nie obudził się nawet gdy podnoszone przez wodę łóżko zaczęło przyciskać jego twarz do sufitu kabiny. Zresztą Sufit posłusznie i rozsądnie się wygiął w Lisokształtną formę.

*******


- Odejdź? Czy zezwierzęciłeś się do reszty? Aghhhh! - demonica jęknęła dy kolec na kocu ogona wbił się w nią delikatnie ale i stanowczo prosto w jej kręgosłup. Z przerażeniem zorientowała się że ogon coś w nią pompuje.Kitkara próbowała krzyczeć i się wyrywać ale była w tej chwili bez mocy więc wystarczył pojedynczy pazur bestii by ją przytrzymać.
Gdy stwór skończył łapa ustąpiła zerwała się na nogi i sięgnęła w miejsce ukłucia. Księżniczka zobaczyła krew i coś co wyglądało jak zielona maź. Hiregon odwrócił się w tym momencie i zniknął między drzewiastymi paprociami.
- Czekaj nie zostawiaj mnie! I........I....
Usiadła pod paprocią i objęła kolana ramionami.
- Karel, co ty mi zrobiłeś? - zapytała cichutko.

*******


- Wygląda na o że są pod ziemią - zauważył Sheerud
- Ale jeden z punktów się przemieszcza - zauważył SW85-14
- Trafna uwaga eee....- Sheerud nie pamiętał jak nazywa się jego rozmówca.
- SW85-14 - poinformował go super-żołnierz
- Nie myślałeś nad pseudonimem?- powiedział Loko a raczej jedna z jego projekcji - Na przykład "Wymiatacz albo "Eliminator" lub "Maszynka do Mięsa".
SW85 zignorował tą zaczepkę.
- Jako że Karel-sama nie jest już z Kitkarą-sama to...- Nessa pomogła przywrócić rozmowę na normalny tor.
- To jest to idealny moment by odbić księżniczkę - zauważyła wiedźma
- Ohh świetnie. Ratuj księżniczkę. Jakie o oryginalne - rzuciła Midori
- Siostra, to nasza praca - zauważyła Saya
- Może ale za TO należy nam się EKSTRA.
- Należy się - zgodził się Khalid. Ściana-monior za nim odsunęła się ukazując niewielką salę z szklanym kołem na środku. Koło pulsowało światłem.
- A cóż to za ciekawostka? forma transportu? - zapytał zawsze ciekawy Andreas
- Tak- potwierdził Khalid - Wyślemy was tele-transferem. Tutaj macie też headsety dla komunikacji.
Gdy wszyscy wsadzili słuchawki i mikrofony na właściwe miejsca i gdy upchnęli się w środku koła elfka podeszła do panelu kontrolnego.
- Powodzenia - zażyczyła Nessa po unieruchomieniu maszyny - Maszyna zdematerializuje was i w formie światła zostaniecie odbici przez satelitę by pojawić się na miejscu. Pamiętajcie że nie wiecie co tam zastaniecie.
5
- Żaden problem - SW85 uniósł vulcana w którego właśnie się uzbroił.
- Z dala z tym paskudztwem ode mnie - Midori wzdrygnęła się lekko.
- Coś nie tak? - zdziwił się Latacz na jej reakcję. Sam poprawiał rewolwery.
4
- Gdzie Loko? - zdziwiła się Saya
- Przecież to była tylko jego projekcja? Pewnie następna już na nas czeka - stwierdziła Kora
- Kit idę po ciebie! - zapalił się Kemi.
3
- Ohh i jeszcze jedno. Na skutek wcześniejszej awarii systemu mogą nastąpić pewne komplikacje.
- Jakie komplikacje?- zapytała podejrzliwie Midori
2
- Nic specjalnego. A...emmm....przynajmniej nic zagrażającego życiu - zapewnił Sheerud
- Ja wysiadam! - zaprotestowała wiedźma
- Ja też! - jęknęła Saya
- Najważniejsze jest zadanie! - huknął na nie SW85
1.....TRANSFER!
- Nieeee!.........- krzyk prostu urwał się gdy cała grupka w formie lasera została wystrzelona w niebo.

******

- Więc....wy dwaj jesteście najwyższymi przywódcami tego świata? - Seshiro wolała się upewnić.
- Światów - rzuciła prowadząca grawilot Ekara - Obecnie królestwo liczy 23 planety 40 księżyców i niezliczoną ilość tajnych baz na asteroidach i innych światach do podboju w przyszłości. Ja jestem Ekara Sorn-Generał Diamentu. A to jest Vized Ravencrest choć woli gdy mówi się na niego per "Razor". Po Llordzie Karelu jesteśmy właśnie my.
- Generał Opalu - dodał Razor - Ja znaczy się.
- Więc.......po co ja tu jestem?
- Cóż...niestety - drowka łypnęła złowrogo na dziewczynę - Wymsknęło mi się że to Lord Karel
jest bestią. A to nie jest wiedza przeznaczona dla cywili. Póki nie wymyślimy co z tobą zrobić idziesz z nami.
- Ale.....
- Żadnych protestów.
- Przepraszam ze tak wyszło - powiedział Razor do Seshiro
- Na Czterdzieści form Shu-Ho! Co to? - zdziwiła się Ekara, zawróciła i osadziła maszynę na ziemi.

- To jest to prawda? - roztrzepany do tej pory Razor nagle spoważniał.
- Dla pewności... - Ekara wyciągnęła licznik chaosu. Strzałka dotarła do końca skali po czym maszynka eksplodowała.
- Nie wiem o co chodzi....ale to tego szukaliście prawda?
- Tak - potwierdziła Ekara po czym wrzasnęła w stronę Istoty
- Ty tam! Jesteś aresztowany za działalność terrorystyczną i zagrożenie bezpieczeństwa cywilnego na skalę planetarną. I to tylko najważniejsze z zarzutów! Masz prawo zachować milczenie lub...

W tym momencie na pobliskim wzgórzu pojawił się Caladan. Uśmiechnął się po czym wzbiwszy się za pomocą lewitacji w powietrze "popłynął" w stronę Poringa.

_________________
"So come forth, Avenger. It is time to put our lingering dispute... to an end!"


Ostatnio zmieniony przez Karel dnia 13-10-2011, 20:43, w całości zmieniany 2 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość
Loko Płeć:Mężczyzna
Aspect of Insanity


Dołączył: 28 Gru 2008
Status: offline

Grupy:
Syndykat
WOM
PostWysłany: 08-10-2011, 11:25   

Pomieszczenie zaczynało trząść się coraz bardziej. Przez głowę Rennarda z szybkością błyskawicy przelatywały kolejne myśli. Widział trzy drogi ucieczki, pierwszą i w zasadzie najrosądniejszą były drzwi na przeciwko jego celi. Daleko po prawej znajdowały się kolejne wrota, ale instynkt rycerza podpowiadał mu, że tam jest kuchnia. Pozostawały też rzecz jasna okna. Nagle strop nad drzwiami prowadzącymi do kuchni zawalił się, miażdżąc je i blokując przejście. Rennard puścił kraty, których trzymał się by nie upaść i podbiegł do okna.

- Psia mać! Za wysoko - rzucił do siebie

W tym momencie rycerz usłyszał niewyraźne jęki. Mężczyzna, którego wziął za kupca zaczynał się odzyskiwać przytomność. Lovet nie myśląc za wiele uniósł swój miecz nad głowę. Gdy ostrze opadło posadzkę zachlapała krew, kupiec odszedł z tego świata.

Kolejny wstrząs niemalże wytrącił rycerza z równowagi. Rzucił się do drzwi i jednym kopniakiem otworzył je na oścież. Zobaczył korytarz, oświetlony mętnym światłem pochodni. W pomieszczeniu stała grupa strażników, żaden z nich nie był człowiekiem. Rennard z dzikim wrzaskiem rzucił się na przeciwników. Pierwszemu z nich rozłupał czaszkę nim ten zdążył dobyć broni. Rycerz zamachnął się na kolejneg, próbującego zasłonić się mieczem. Ostrze Rennarda przecięło miecz zatopiło się w twarzy wroga. Kolejny z nich, dwumetrowy minotaur, zakuty w ciężką zbroję przygotowywał się do skoku. Rennard jednym cięciem rozpłatał go na dwie połowy. Ostatni strażnik, grubawy krasnolud z korbaczem pośliznął się na jelitach współtowarzysza i runął na posadzkę. Nim jego ciało uderzyło w płytki, Rennard ściął jego głowę, która niczym kula potoczyła się wzdłuż korytarza.

Rycerz ruszył szybkim krokiem do przodu. Nagle podłoga po której kroczył zaczęła pękać. Gdy poczuł, że zaczyna lecieć w dół na kawałku posadzki, z całej siły odbił się w górę. Wylądował na kolejnym, spadającym już kawałku, od którego rówznież się odbił. Kawałki jego ciężkiej zbroi uderzały o siebie, wydając przyjemny, metaliczny dzwięk. Rennard wylądował na podłodze, która jeszcze nie zaczęła odsuwać się w otchłań. Ruszył przed siebie, gdy nagle z ciemności rozciągającej się za jego plecami wystrzeliła w jego kierunku macka, która owinąwszy się wokół jego kostki zaczęła ciągnąć go do tyłu. Rennard szybkim ruchem miecza wyswobodził się, po czym spojrzał w dół dziury. Jego oczy spoczęły na ogromnym, ślimakopodobnym monstrum z milionami macek oraz jednym, ogromnym okiem na śrdoku cielska. Niewiele myśląc rycerz skoczył w przepaść. Z całym impetem wbił się w oko bestii, która wydała z siebie przeraźliwy wrzask. Rycerz z uporem maniaka odganiał mieczem macki, którymi bestia próbowała go z siebie strącić. Odciął już niezliczoną ilość, gdy jedna z nich owinęła się wokół jego pasa i wyrzuciła go spowrotem na posadzkę z której skakał. Rycerz wstał, otrzepał się i spojrzał pogardliwie w dół, obserwując jak bestia dogorywa.

Odwrócił się na pięcie, spostrzegł, że stoi przed ogromnymi drzwiami. Potrzeba było co najmniej dziesięciu mężczyzn by je ruszyć. Nagle drzwi zatrzęsły się. Coś musiało z ogromną siłą uderzać w nie z drugiej strony. Rennard przygotował miecz. Drzwi pękły na pół, a poprzez powstałą szczelinę przecisnęła się ręka pokryta czerwonymi łuskami. Do środka sali wtłoczył się pół-smok pół-terrasque. Stwór wrzasnął przeraźliwie i zaczął kroczyć w kierunku rycerza. Rennard zaczął biec w kierunku potwora, wznosząc miecz nad głowę. Gdy znalazł się dostatecznie blisko wyskoczył w powietrze. Ostrze wbiło się w klatkę piersiową bestii, po czym przeciążone Rennardem zaczęło zsuwać się w dół, rozcinając tors. Gdy rycerz znalazł się na podłodze, nie zważając na smród i wylewające się wnętrzności ciął stwora w nogę. Gdy kończyna odleciała, bestia runęła na brzuch rozchlapując swoje flaki. Rycerz doskoczył do jej głowy i przygotował się do wykonania pchnięcia, gdy zorientował się, że nie ma w dłoni miecza. Zdziwiony spojrzał na siebie i zobaczył, że jest nagi.

Nie miał czasu myśleć co mogło stać się z jego ekwipunkiem, dogorywający stwór wyciągnał po niego swoją rękę. Nie zdążył odskoczyć. Potwór ewidentnie zamierzał go zjeść, zbliżał się do jego paszczy. Widział już żółte, ostre kły i czarny język. Z gardła potwora wydobył się bulgoczący okrzyk "Rennard mglw'nafh!". Rycerz spanikował: skąd bestia znała jego imię?! Co tu się dzieje?! Poczuł jak coś mokrego spływa po jego nogach. Świetnie, wyglądało na to, że umrze lepiąc się od własnego moczu. Nagle wszystko zawirowało. Znowu znalazł się w celi. Zdziwiony spojrzał na szare ściany i orka jedzącego gulasz. Wyczuł, że coś trzyma w rękach, spojrzał w dół, prosto w oczy głowy lorda Griffa, której krew ściekała mu powoli po nogach. Wystraszony odrzucił ohydny obiekt z dala od siebie. Usłyszał śmiech. Loko stał w cieniu, przed jego celą, w cieniu rzucanym na twarz przez cylinder dało się dojrzeć zarys uśmiechu.

- Dawno się tak dobrze nie bawiłem - rzucił Liść, po czym jego sylwetka wykonała krok w tył, wstępując w ścianę.

Oszołomiony rycerz gapił się w mur, pod którym przed chwilą stał tajemniczy mężczyzna, nie mogąc wykrztusić z zaciśniętego gardła ani słowa.

_________________
That is all in your head.

I am and I are all we.
Powrót do góry Zobacz profil autora
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość Wyślij email Odwiedź listę obejrzanych anime / przeczytanych mang
Potwór Latacz Płeć:Mężczyzna
Czajnik w Mroku


Dołączył: 05 Lip 2010
Skąd: Kraków
Status: offline

Grupy:
Omertà
PostWysłany: 08-10-2011, 13:56   

...Nieeeee...

Satelita Cyfrowej Telewizji Planetarnej krążył spokojnie po orbicie, transmitując przerażone głosy reporterów i nagrania ze zrujnowanej stolicy.
Był jednym z 4 umieszczonych na orbicie cudów nowoczesnej techniki. Pierwszorzędne odbiorniki, lustra przesyłowe polerowane w czasie rzeczywistym przez stada pracowitych nanobotów, wysokiej precyzji siłowniki... Oraz niewielki moduł komputerowy z którego istnienia cywilni pracownicy CTP nie zdawali sobie sprawy.

Satelita odebrał z powierzchni planety zakodowany w formie skondensowanej wiązki lasera sygnał sterujący.
Mała czarna skrzyneczka zaczęła mrugać zielonymi światełkami i w momencie przejęła kontrolę nad latającą
stacją przesyłową. Nie przerywając nadawania wiadomości, konfiguracja luster nieco się zmieniła, by odbić wiązkę
dużej mocy z centrum strategicznego.


Dzień był zdecydowanie pechowy. Lub też technicy zajmujący się konserwacją urządzeń przesyłowych powinni
zostać dyscyplinarnie zwolnieni. Nie było to już ważne.
Siłownik zmiażdżył grupkę zbłąkanych nanobotów między pokrywą lustra a nim samym, przez co znalazło się ułamki
milimetra w innej pozycji niż wskazana przez komputer.
Na domiar złego, uszkodzona izolacja kabli prowadzących do multipleksera sygnałów spowodowała, że niewielka
część danych zamiast odbić się, została wysłana do odbiorników telewizyjnych na całej planecie.


...


....eeeeeee!!!!

Wylądowali. Jeżeli znalezienie się gdzieś w mgnieniu oka można nazwać lądowaniem. Ale jedno było oczywiste, nawet
gdy nie do końca otrząsnęli się z szoku:

"Czegoś. ... brakuje ...." dał się słyszeć ochrypły głos.

_________________
Jestem wielkim Potworem Lataczem!!! <Ö>

"Dla wszystkich starczy miejsca
Pod wielkim dachem nieba
Na ziemi której ja i ty
Nie zamienimy w bagno krwi "
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość Wyślij email Odwiedź galerię autora
 
Numer Gadu-Gadu
25993346
Smk Płeć:Mężczyzna


Dołączył: 28 Sie 2011
Status: offline

Grupy:
Syndykat
PostWysłany: 15-10-2011, 12:58   

Wspomniany ocean zamarzał. Od dołu. Nieco bardziej precyzyjnie określając bierzącą sytuację, od rdzenia planety. Wspomniana kula radioaktywnej masy, zwykle gorąca i płynna od niezbyt długiego czasu zmieniła się w zimną i zdecydowanie stałą kulę zanieczyszczonego metalu. I, dzięki cudownym prawom fizyki, skurczyła się dość znacząco. Nie miało to jednak większego wpływu na resztę planety, gdyż wyższe warstwy geologiczne nie miały okazji się przemieścić - wszystko zamarzło. Na kamień. Sondy geotermiczne, rozmieszczone przy generatorach termalnych wokół całego globu najpierw zarejestrowały spadek temperatury, by zaprzestać działania w miarę jak wskazania zmierzały w stronę zera absolutnego.

Nie niebie było równie ciekawie. Słońce Ilyji, będące zdrowym przedstawicielem klasy <w zasadzie, to jaka to gwiazda? W jakim wieku? Kaaaaareeeel...> wzięło się i przygasło. Zdrowy żółty kolor zastąpiła niepokojąca czerwień.

Jakby tego było mało, praktycznie wszystkie generatory, baterie i inne źródła energii, wykazywały niższą wydajność. Zauważono przy tym pewną prawidłowość - im silniejsze skupisko mocy, tym większy ubytek. Nie zauważono przy tym żadnych linii przesyłowych, laserów kierunkowych, niczego. Szukano źle.

Caibre pozostawał nieświadomy. Woda wypełniająca wrak, sam wrak, otaczająca go wydmuszka superwytrzymałego stopu, wszystko zamarło w idealnym bezruchu.

_________________
There is no "good" or "bad". There is only "fun" and "boring".
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość
Karel Płeć:Mężczyzna
Latveria Ruler


Dołączył: 16 Kwi 2009
Skąd: Who cares?
Status: offline

Grupy:
Syndykat
WOM
PostWysłany: 19-10-2011, 22:10   

- Ojejka,jejka jej.... - westchnął Lucian obserwując jak wiszący teraz w powietrzu Caladan zbliża się do Poringa - Naprawdę chciałbym to obejrzeć ale... - odwrócił wzrok w inną stronę...- Ale szkoda by nie wykorzystać takiej okazji - rzekł teleportując się natychmiast.

Miejsce w którym się znalazł można określić jeno jako wymiar ognia i lawy. Przez rozgrzane niebiosa szybowało żywe inferno w postaci ognistego smoka.
- Jakże piękny....nadasz się na doskonałego sługę o płomienisty.
Płomień zwrócił się w stronę bezczelnego śmiertelnika. Teraz gdy pojmował wyższą naturę rzeczy sugestia...nie nawet myśl że miał być czyimkolwiek sługą była absurdalna.
Uniósł się iście płomiennym gniewem i dał osobie maga to odczuć. Jakież było jego zdziwienie gdy po chwili gdy płomienie się rozwiały Lucian wciąż lewitował w powietrzu. Jakby tego było mało śmiał się.
- Heheheheh...Imponujące doprawdy imponujące. A teraz....-Arcymag zmrużył oczy i poprawił uchwyt na lasce.


*******


Księżniczka Kitkara po chwili załamania wzięła się w garść. Trucizna nie trucizna, obce czy nie obce miejsce trzeba coś przedsięwziąć. W końcu...nie można emocić się wiecznie!

Dlatego teraz demonica - chwilowo bez mocy - wybrała się na wycieczkę po okolicy. Trzeba było znaleźć coś do picia. I być może coś na to paskudztwo co wstrzyknął jej Karel. Wprawdzie nic jeszcze nie czuła ale był to tym większy powód do niepokoju.
Wreszcie dziewczyna znalazła wesoło tryskające spod skały źródełko. Woda nie była zimna, wręcz przeciwnie. Pachniała tylko trochę siarką ale od kiedy ma to zniechęcić demona? Pal sześć ze na chwilę obecną praktycznie tylko z nazwy. Zdołała wziąć parę łyków oraz obmyć twarz i ramiona gdy wtem podejrzany szelest dobiegł jej uszu. Naprężyła się cała jak sprężyna i zwróciła spojrzenie w stronę skąd dobiegł odgłos. Przez chwilę nic się nie działo ale zaraz wśród listowia pokazała drewniana maska. A zaraz po niej właściciel maski. Metr dwadzieścia jaszczuroludka. Trudna było go wziąć poważnie.

- Eee? - zdziwiła się demonica której doświadczenia w tych sprawach kazały p[przeczuwać najgorsze.
- Uciacia? Kicajjja yurruuuuuga! - wykrzyknął jaszczuroczłek piskliwie.
- Ooo bidny malutki! Zgubiłeś się? - zapytała przymilnie.
Tymczasem jaszurek obiegł ją ze wszystkich stron dokładnie ją oglądając. Co jakiś czas wydawał odgłosy najwyraźniej wyrażające zachwyt.
- Ujaruuunga!
- Nie krzycz! Cichoooo! Sprowadzisz jakieś licho jeszcze! - zdenerwowała się demonica próbowała zakneblować urwisa.
Po jakiejś minucie pokazała się tym razem cała grupa jaszczurek. A potem jeszcze jedna, i jeszcze jedna. Do Kitkary dotarły trzy rzeczy:
1) Wszystkie maja 1,20 m więc zamaskowany zdecydowanie NIE jest juniorem
2) Maja paskudnie wyglądające włócznie
3) Jest ich na oko tak ze trzysta.
- Pomyślmy...- mruknęła - co by zrobił Karel?
~Skłonić ich do wspólnej walki z ludzkoscią. A jak nie to EKTERMINOWAĆ!
- Uhhh....A Alt?
~Skłonić do porzucenia pogaństwa i pokazać jedyną prawdziwą drogę Kica!
- Eee...nie jestem w stanie się z nimi dogadać. A....eppp.... - jęknęła - Kora?
~Naprawdę nie mam pojęcia <PUFF>.
Wewnętrzne rozważania doprowadziły do jedynego słusznego wniosku. Kitkara zaczęła uciekać. Bardzo szybko.


*******

Tymczasem pogoda tak jak kosmos, wnętrze planety i głębiny oceanów doszła do wniosku ze pora pokazać swoje kompletnie zwichrowane oblicze.
Masy zimnego i ciepłego powietrza zaczęły się łączyć lokalnie. To ciepłe było dostarczane przez indywidualne jednostki oraz zakłady produkcyjne które mimo wszystko nie przestały działać. I teraz to zderzenie temperatur miała przynieść swój efekt.


*******


- Powinienem złościć skargę w ambasadzie. Takie coś jest..jest nie do pomyślenia!
Przechadzający się między namiotami służb ratunkowych Costly pomasował sobie głowę w miejscu które teraz okrywał bandaż. Ostatecznie kapłan Bractwa Równowagi wykpił się tanim kosztem. Ekipa przygotowująca nie miała tyle szczęścia. Powinien się cieszyć ale to by nie było właściwie.
- Tak zrobię. Złożę oficjalny protest dyplomatyczny i...
- Ale nie jesteś tu oficjalnie...i Kościół nie ma tu ambasady - weszła mu w słowo Aki. mini-elfak wyszła z wypadku bez szwanku. Teraz Molina nie wiedział czy cieszyć się z tego czy płakać.
- Poza tym desu - ciągnęła - Nawet gdyby miał to pewnie teraz by z niej nic nie zostało. I musiałbyś tłumaczyć się co tu robisz.
Costly zmełł w ustach jakieś przekleństwo. Zakon i Królestwo Ilyji (o którego sześćsetletnim istnieniu do niedawna nie wiedziano) pozostawały w stanie który można przyrównać do Zimnej Wojny. Oba ugrupowania starły się trzymać z daleka od swoich spraw by nie nadepnąć sobie na odcisk. Ich interesy przezornie schodziły sobie z głowy zaś apele o możliwość prowadzenia działalności misyjnej król miał po prostu gdzieś. Głównie dlatego że Raiyami nie tolerował żadnej władzy świeckiej na swoim podwórku. Kilkoro przywódców religijnych sekt którzy to zignorowali przekonało się o tym boleśnie. Mimo prawa o wolności wyznania Karel storpedował wysiłki o zdobycie jakiś realnych wpływów w Królestwie a sami przywódcy stracili głowy. W tym dwóch wraz ze swoimi bożkami. Inni wyciągnęli z tych lekcji słuszną naukę. Ostatnią rzeczą jaką chciał Costly było sprawienie by Zimny Pokój zamienił się w Bardzo Gorącą konfrontację.
- Dobrze - powiedział kapłan choć nie wiadomo co chciał przez to wyrazić - Nie chcę już o tym dziś myśleć. Znajdę sobie łóżko i...
Nie skończył. Drażniąc świst wiatru zmienił się w wycie. Zamyślony Molina zlekceważył symptomy niebezpieczeństwa i został porwany przez najprawdziwsze tornado.


*******

Świeżo teleportowana ekipa zaczęła się zbierać na nogi.
- Gdzie my jesteśmy? - zapytała wiedźma
- Cóż na podziemną dżunglę to mi nie wygląda - stwierdziła Saya
- Jesteśmy w telewizji - stwierdził Latacz
- W telewizji? Od kiedy? Reality-show czy jak? - zdziwił się Kemi
- I tak i nie. Ocknąłem się trochę szybciej od was i....
Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki nieokreślona pastelowa przestrzeń o wszystkich kolorach zamieniła się na podjazd do znanej sieci fast-foodów.
- Nie no to chyba...-zaczęła Midori. Przerwało jej pojawienie się GIGANTYCZNEGO hamburgera. Obok niego lewitowały w powietrzu gigantyczne cyfry. Pojawiło się coś jeszcze..a raczej ktoś...
- Tylko w tym tygodniu! LaxBurger po oben i dziewięćdziesiąt dziewięć irów*. - drow w kapeluszu w stylu rokoko zachwalał kanapkę bardzo żarliwie. Po chwili ta znikła i na jej miejscu pojawiła się puszka gazowanego napoju wraz z nową ceną.
- To...-zaczął SW85
- Jarlaxe. Wszyscy znaja Jarlaxe'a - stwierdziła pogardliwie Midori. W końcu było to oczywiste.
- Więc jesteśmy DOSŁOWNIE w telewizji?- Saya miała nadzieję że to nie prawda
- A w chwili obecnej w reklamie. - potwierdził Andreas. Zaraz po tych słowach w ich dłoniach pojawiły się zestawy Happy Drow: kanapka, duże frytki, cola, ciasteczko i zabawka.
- Co dają w tym tygodniu?- zaciekawił się Kemi. Na te słowa Kora sięgnęła do środka swojego zestawu wyciągając pluszowego Gandalfa. Pociągnęła za sznurek na plecach
- You shall not pass! - pisnął chibi Gandalf. Teraz spojrzała na pudełko. Jak byk pisało "Wizard Week"
- Ja mam Simbul! - ucieszyła się Ren
- Dumbledore - skwitowała z niesmakiem Midori
- Raistlin? Nawet Raistlin? - zdumiał się Kemi. Tymczasem SW85 przeżuwał spokojnie swojego burgera. Pluszowy Czarnokij leżał obok.
- Jedzcie póki możecie - ostrzegł żołnierz - Nie wiadomo kiedy będzie rozsądna okazja.
- Nareszcie ktoś mówi z sensem - stwierdziła zielonowłosa wygryzając się w swoją kanapkę - nawet niezła.
- A ja bardziej się martwię..- zaczął Latacz (któremu trafił się Merlin).
- I, Magus.I, Magus.I, Magus. - Kemi raz po raz pociągał za sznurek a chibi Raistlin piszczał posłusznie.
- Słodki! - zachwyciła się Saya
- ...co będzie dalej w ramówce.
Jak na zawołanie zaczęła grać czołówka.


*******

Tymczasem ocean płomieni przestał płonąć. Nie zniknął jednak. Zastygł. Promienie gasnącego słońca wywoływały istną feerię barw załamując się na płynnych kształtach jeszcze niedawno szalejących płomieni. Wśród nich stał Arcymag trzymający szklaną kulkę z uwiezionym w środku płomiennym smokiem.
- Jejka...wygląda na to ze wygrałem. Ale to...- zerknął w stronę wiszących w powietrzu ładunków chaosu. Te zaczęły zbliżać się do szklanej kulki.
- Precz!- krzyknął Lucian teleportując niby-ogniki w zasięgu swych zmysłów bardzo, bardzo daleko. Po tym wyczynie uśmiechnął się ponownie przybierając maskę nieszkodliwego geeka po czym sam zniknął w między-wymiarowym przejściu.

Tymczasem zagubione ogniki pokręciły się zdezorientowane nad oceanem. Ale zaraz znalazły inny cel który mógłby posłużyć za nosiciela. Ten przyciągał mocniej, silniej. Wręcz magnetycznie.
Podążyły więc w dół. Ku mrocznym głębinom.
Ku przesuwającemu się w nich gigantycznemu cieniowi o zielonych ślepiach.

_________________
"So come forth, Avenger. It is time to put our lingering dispute... to an end!"
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość
Bezimienny Płeć:Mężczyzna
Najmniejszy pomiot chaosu


Dołączył: 05 Sty 2005
Skąd: Z otchłani wieków dawno zapomnianych.
Status: offline
PostWysłany: 20-10-2011, 10:02   

- Ty tam! Jesteś aresztowany za działalność terrorystyczną i zagrożenie bezpieczeństwa cywilnego na skalę planetarną. I to tylko najważniejsze z zarzutów! Masz prawo zachować milczenie lub... - Krzyki Ekary wznosiły się ponad dachem najwyższego jeszcze stojącego w okolicy budynku, w kierunku wirującej kilka metrów ponad jego poziomem utworzonej z owadów kuli. Krzyki były donośne i zdecydowane... niestety dla krzyczących ginęły jednak wśród brzęczenia owadów zanim jeszcze dotarły do środka kuli. Same owady również nie przekazały informacji o stojących poniżej osobach Istocie - Ekara, Seshiro i Razor jak długo nie atakowali samego Roju nie mieścili się po prostu w zadanych parametrach wyszukiwania (a same owady do najinteligentniejszych nie należały). Dlatego właśnie Istota siedziała w powietrzu w środku kuli całkowicie nieświadoma, że ma gości.
Była zbyt zajęta tym, co działo się gdzie indziej.
Zniknięcie Większego Smoka Ognia, choć nagłe i zaskakujące, też ledwie zostało zarejestrowane. Ważniejsze były konsekwencje zniknięcia jednej z magicznych wież - bo było już teraz jasne, że było ich więcej. Linie magii je łączące zostały nagle przerwane w momencie przebudzenia Płomiennego, a moc nimi płynąca gwałtownie zawrócona w strone czterech nadal stojących obiektów. Konsekwencje tego gwałtownego zachwiania równowagi mocy były katastrofalne. Wieże co prawda były skonstruowane z pewnym zapasem błędu, tak by mogły funkcjnować nawet przy braku jednej z nich, ale mimo tego coś poszło nie tak. Fale mocy teoretycznie powinny były zostać wytłumione i wchłonięte przez opartą na czterech pozostałych wierzchołkach strukturę magiczną - tak się jednak nie stało. Dodatkowy element - ucieczka mocy spowodowana przez bliżej nieznany czynnik - spowodował zakłócenie precyzyjnych wyliczeń czasowych, w efekcie którego fale zamiast wzajemnie się wytłumić wzmocniły się, i zaczęły krążyć pomiędzy punktami zaklęcia powodując efekt rezonansu.

trzask

Na wieży znajdującej się po przeciwnej stronie oceanu pojawiła się pierwsza rysa... a potem kolejna... i kolejna. W końcu cały obiekt rozsypał się, nie wytrzymując naprężeń wywołanych przez oddziałujace na niego siły. Jeden z pobliskich duchów natury próbował przejąć funcję wieży, ale został ogłuszony kolejną falą magicznej energii.

Gdzieś w wyższych warstwach atmosfery w miejscu gdzie jeszcze niedawno znajdowała sie dziura ozonowa ulatniająca się para, pyły i esencja magiczna utworzyły dziwną konstrukcję - powietrzną soczewkę ogniskujacą promieniowanie kosmiczne. Ta z kolei wyrwała się spod wpływu rytuału i zaczęła swobodnie dryfować w losowym kierunku.

Lucien zniknął razem z zamkniętym w szklanej kulce smokiem, zostawiając za sobą dogasające płomienie i stygnącą lawę... oraz ocean, który nie tak dawno w tym miejscu się znajdował, i gwałtownie pragnął tu powrócić. Pierwszych ileś tysięcy ton wody powracających fal wyparowało oczywiście, ale tym razem nie było już żaru który mógłby podtrzymywać ten proces w nieskończoność. Ściana wody przetoczyła się z hukiem i sykiem nad twardniejącą lawą i ruszyła, nabierając prędkości i wysokości, w strone miasta.

Tam natomiast pogoda właśnie się pogarszała. Para wodna dotarła w głąb lądu, gdzie różnce w temperaturze spowodowały jej skroplenie. Na głowy stojącej na dachu (i nadal krzyczącej do Poringa) trójki spadły pierwsze krople... a potem nastąpiło oberwanie chmury.

Ale na to też Istota nie zwróciła uwagi.

_________________
We are rock stars in a freak show
loaded with steel.
We are riders, the fighters,
the renegades on wheels.

The difference between fiction and reality? Fiction has to make sense.
Powrót do góry Zobacz profil autora
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość
Caladan Płeć:Mężczyzna
Chaos is Behind you


Dołączył: 04 Lut 2007
Skąd: Gdynia Smocza Góra
Status: offline

Grupy:
Melior Absque Chrisma
Omertà
Syndykat
WOM
PostWysłany: 20-10-2011, 17:50   

Promień światła wystrzelony dawne temu mknął niczym kometa ku miejsca przeznaczenia. Po przekroczeniu atmosfery pojawił się w kosmicznej otchłani. Aż trafił w gazowego giganta, który był bardzo daleko od układu wewnętrznego. Jedynie było widać z teleskopów błysk. Było to dopiero preludium przyszłych wydarzeń. Dziwne przyciąganie przyciągało już wolny Deltoid, który zaczął coraz szybciej lecieć kierunku dawnego wybuchu u gazowej planety. Twór zaczął zmieniać się w czarny prostopadłościan.


Ocean rwał się w ląd, ale srebrny płyn z rzek zaczął niczym świdrujące wężowe tentacle wbijać się w ogromna falę. Fala zaczęła tracić moc z powodu silniejszej siły. W końcu ocean się uspokoi. Pozostałością po fali było multum srebrnych świdrów, które zaczęły unosić się w powietrzu


W trakcie drogi zacząłem nucić w myślach piosenkę pewnego rockowego zespołu, pamiętając tylko refren, gdy zbliżyłem się do epicentrum mocy.

Ale zmieniłem tekst piosenki innego zespołu, gdy zobaczyłem miejsce pobytu wroga.
http://www.youtube.com/watch?v=NUAdgt5Glk0


Za mojej osoby zaczęły wylatywać srebrne świdry, które obrały drogę ku kuli.

_________________
It gets so lonely being evil

What I'd do to see a smile

Even for a little while

And no one loves you when you're evil

I'm lying through my teeth!

Your tears are all the company I need
Powrót do góry Zobacz profil autora
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość Odwiedź stronę autora Odwiedź listę obejrzanych anime / przeczytanych mang
 
Numer Gadu-Gadu
4934952
Karel Płeć:Mężczyzna
Latveria Ruler


Dołączył: 16 Kwi 2009
Skąd: Who cares?
Status: offline

Grupy:
Syndykat
WOM
PostWysłany: 25-10-2011, 22:22   

- Były jakieś problemy? - zapytał mężczyzna.
- Poza tym że wszystko wskazuje na to że Apexis wyleci w powietrze? Nie.
Lucian siedząc w fotelu bawił się szklaną kulką.
- To fortunne że dzięki zawaleniu się pałacu dostałeś się do katakumb. Zatarłeś ślady?
- Lepiej, stworzyłem fałszywe poszlaki które wskażą na nich. Zresztą ten paranoik Raiyami i tak by ich podejrzewał.
- Świetnie. Prawie wszystko idzie zgodnie z planem. Gdyby jeszcze udało się pozbyć mojego starego przyjaciela....
- Coś się zrobi z Nekumenem. Muszę już iść....przyjemnie robi się z tobą interesy...Manavolti.
- Z wzajemnością Dunkelschwert


*******


Kitkara uciekała już od pół godziny. Mimo że pozbawiona mocy (jak miała nadzieję tylko czasowo) to fenomenalna wytrzymałość jej organizmu pozwalała zachować stałe tempo.
- Yoooosha! Yoooosha! - jaszczuroludzie wydawali za nią wojenne okrzyki.
Wtem demonica zorientowała się że skończyła jej się droga. Trasę zagrodziła jej kamienna ściana mega-jaskini. Tubylcy zaraz ją dogonili i teraz wychodzili z gąszczu.
- Akurat gdy go potrzebuję to go nie ma - mruknęła czarnowłosa. Podniosła za ściółki solidny, ostro zakończony kij.
- Jeśli mam umierać to umrę jak wojowniczka, księżniczka Bractwa i Jeździec Apokalipsy!
Przed uzbrojoną hordę wyszedł zamaskowany gad. Ani chybi wódz albo czarownik. Potrząsnął groźnie włócznią....po czym odrzucił ją i padł plackiem przed dziewczyną bijąc jej pokłony. Cała reszta poszła za jego(?) przykładem.
- Eeee? - Kitkara była kompletnie zaskoczona. Tak bardzo że ni zdążyła zaprotestować gdy gady wzięły ją z nabożnym szacunkiem na prowizoryczną lektykę z gałęzi i poniosły w busz.


*******

- Powiedz mi....co ja mam z tobą zrobić....- syczał bardzo wkurzony Tymoteusz Akord.
- Ale...to nie moja wina. Transportowałem sobie zwyczajnie fortepian gdy pojawiła się ta bestia i....
Prawdę rzekłszy Akord uwierzył w to kłamstwo, głównie dlatego ze stali teraz po ułamkiem ściany rozwalonej przez wspomnianego wyżej hiregona. Tylko że...
- i myślisz ze to jest wystarczający powód by dopuścić do zniszczenia STEINWAYA! Na bogów Steinwaya. Jeszcze Schütza mogę zrozumieć ale to....
I tak dalej i tak dalej. Wybuch wściekłości zamienił się w moralizatorski wykład przedzielony zbiorem pogróżek.
Squaerio zaś miał wizję siebie samego jak wbija naprawdę dłuuuugie szpilki w osobę Alfreda. W tym momencie coś maga zaniepokoiło.
- Zaraz....- Celeste wyczuł niebezpieczeństwo.
-...nie rozumiem jak można być TAK nieodpowiedzialnym. Doprawdy jeszcze trochę czasu upłynie zanim spłacisz dług który....- Tymoteusz nieświadomy niczego kontynuował kombo jakby nigdy nic.
Nagle, niczym jakiś pogodowy ninja spomiędzy budynków wyłoniło się tornado. Wir powietrza porwał nieprzygotowanego maga i dyrygenta. Pierwszą rzeczą jaką zobaczyli tuż po wessaniu była już trochę zzieleniała twarzy Moliny.

Gdy tornado znikło przez ruiny potoczył się popychany wiatrem kulajkrzak.


*******


Tymczasem w mrocznych głębinach oceanów Apexis gargantuiczny kształt skręcił w kierunku Esopolis.

*******


- Cóż...wygląda na to ze to Kansas - stwierdził latacz który właśnie uciął sobie drzemkę.
- To nie może być Kansas - zaprotestowała Saya- Byłam kiedyś w Kansas. Jest o tam o wiele mniej piachu i o wiele więcej kukurydzy. Mniej więcej tyle co tego piachu: też po horyzont. I było zdecydowanie cieplej i mniej sucho.
- Oczywiście, co ja mogę tam wiedzieć. - mruknął urażony Andreas.
- Ojej jakie słodkie! - zachwyciła się Kora.
- Co ty tam masz?- zaciekawiła się Midori
- TO! powiedziała wiedźma prezentując trzymane w łapkach zwierzątko.
- Co to ma być? - zdziwił się SW85
- Z norki wylazło! Słodziutkie prawda?
- Słodki! - zgodziła się Midori która na chwilę porzuciła tarczę sarkazmu.
- To chyba jakiś ptak....-zauważył nieśmiało Kemi
Po chwili obie wampirzyce i wiedźma trajkotały nad słodkim ptaszkiem.
- Kobiety....
- ZNALAZŁEM WAS WRESZCIE....
Głos był znajomy ale zdecydowanie za głośny. Rozejrzeli się. Dopiero teraz zobaczyli coś co wyglądało na ogromny ekran. Za ekranem był równie gigantyczny Loko.
- Cześć Liściu. Jak widzisz utknęliśmy - zauważyła Saya - I mów ciszej dobra?
- I nie mamy żadnych pomysłów....- SW85 pokręcił zrezygnowany głową.
- HMMMMM....A GDYBY NAGRAĆ WAS NA DVD A POTEM PRZEGRAĆ TO NA PENDRIVE ABY....
- Za dużo zachodu. Trzeba to zrobić starą dobrą magią. My spróbujemy od środka a ty od zewnątrz. I spiesz się. Minęło już ćwierć odcinka - zauważyła Midori podczas gdy na niebie zbliżały się do nich Latajace Kształty

_________________
"So come forth, Avenger. It is time to put our lingering dispute... to an end!"


Ostatnio zmieniony przez Karel dnia 05-11-2011, 10:03, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość
Bezimienny Płeć:Mężczyzna
Najmniejszy pomiot chaosu


Dołączył: 05 Sty 2005
Skąd: Z otchłani wieków dawno zapomnianych.
Status: offline
PostWysłany: 26-10-2011, 14:15   

Z nieba lały się strugi wody, poważnie utrudniając życie wszystkim znajdującym się na otwartej przestrzeni. Deszcz był na tyle silny, że nawet wodoodporne Insekty w większości poznikały z widoku, kryjąc się we wnętrzach okolicznych budowli. Na widoku pozostawała już jedynie zawierająca Istotę kula, kóra zakotwiczyła się na znajdującym się pod nią dachu za pomocą utworzonych z milionów owadów odnóży.
Ograniczona widoczność i brak owadów spowodowały, że na nadlatujące świdry Poring zwrócił uwagę dość późno, w momencie w którym nie miał już wiele czasu na uniki. Przez chwilę obserwował on zbliżające się pociski w kompletnym bezruchu, a potem zamknął oczy. I wtedy wszyscy wokoło przestali cokolwiek widzieć, oślepieni gwałtownym przeładowaniem ich zmysłu wzroku, a seria potężnych grzmotów w niebezpiecznie bliskiej odległości testowała wytrzymałość ich bębenków słuchowych.
Z nieba wystrzeliły w kierunku ziemi setki kolumn oślepiającego światła. Z hukiem od którego trzęsły się ściany wieżowców każda z błyskawic precyzyjnie trafiła w swój cel, po czym zmieniła kierunek i pofrunęła prosto w stronę Istoty - a konkretniej, w stronę trzymanej w jego ręku włóczni. Świdry spadły na ziemie w formie srebrnego deszczu, po czym szybko zostały rozmyte przez nadal szalejącą nawałnicę.

Istota, spowita w aurę wyładowań elektrycznych powoli opuściła się na dach budynku, prosto w kałużę zastygających resztek roztopionych przez błyskawice owadów. Ze środka aury wystrzeliwały dookoła świetliste błyskawice, tworząc efekt podobny do lampy plazmowej. Po powierzchni pokrytego wodą dachu pływały łuki pomniejszych wyładowań, czyniąc okolię zdecydowanie nieprzyjazną dla istot żywych. Anteny, części pokrycia i elementy dekoracji wypaczały się i topiły pod wpływem gorąca, ale i tak wyglądały lepiej niż smętne resztki grawilotu, które w tej pogodzie nie mogły się nawet porządnie dopalać. Trójka pasażerów maszyny zdążyła schować się na prowadzące na dach schody wystarczająco szybko by uniknąć porażenia przez naelektryzowane kałuże - patrzyli teraz smętnie na siebie zastanawiając się, co zrobić dalej, gdy nagle zwrócili uwagę na to, że dobiegające ich z góry dźwięki zaczęły się zmieniać.
Wyładowania narastały, ich trzaski nakładały się na siebie, a gdzieś na granicy słyszalności pojawiał się coraz mocniejszy, świdrujący podźwięk. Dach wibrował, sprawiając wrażenie, że jeszcze trochę a cały budynek się rozpadnie.
Ze środka coraz jaśniejszej kuli piorunów Istota patrzyła na lewitującego w oddali Caladana, zastanawiając się, czy jej następny krok nie zostanie przypadkiem uznany za brak dobrego wychowania.


Tymczasem gdzieś w głębi ziemi, w tajemniczym bunkrze ukrytym głęboko pod powierzchnią miasta, przypadkowe wyładowanie rozświetliło ciemność. Zaskwierczały pokryte wieloletnim kurzem obwody, gdy zwarcie do którego nie powinno było dojść uruchomiło urządzenie, które nie powinno było działać. Laboratorium Purpurowych Włóczni, porzucone przez ruch oporu gdy kolejne czystki Karela zmusiły ich do wyniesienia się na głęboką prowincję, rozświetliło się gdy jedno po drugim wszystkie systemy zaczęły się uruchamiać.
W centrum pomieszczenia zawieszony na skomplikowanym układzie linek wielki dwunastościan rozświecił się różnymi symbolami, gdy ze środka każdej z jego ścian wysunął się metrowej długości pręt. Konsola stojąca obok zamigotała, a na jej wyświetlaczu pojawiły się różne losowe wartości, które zmieniały się w szalonym tempie, aż w końcu ustaliły się, pokazując serię bardziej normalnych danych, informujących o tym, że urządzenie jest w pełni sprawne i uzbrojone.

Projektant urządzenia pewnie wpadłby w panikę - podstawy jego działania były niedokładnie znane, samo urządzenie nigdy nie było testowane, a na dodatek w jego konstrukcje specjalnie wbudowano ograniczniki mocy i zabezpieczenia przed przypadkowym odpaleniem. Nikt nie przewidział, że układ który miał o to zadbać spali się w pierwszej kolejności.
Oczywiście, projektant tego urządzenia był już dawno martwy - grupka w której uciekał na prowincję została wykryta i wybita do nogi kilka dni po opuszczeniu przez nich bunkra. Na miejscu nie było też nikogo innego, kto mógłby przeczytać informację z wyświetlacza:

Czas do aktywacji: 13h 37m

_________________
We are rock stars in a freak show
loaded with steel.
We are riders, the fighters,
the renegades on wheels.

The difference between fiction and reality? Fiction has to make sense.
Powrót do góry Zobacz profil autora
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość
Tabris Płeć:Mężczyzna
Snowflake


Dołączył: 19 Lut 2011
Status: offline
PostWysłany: 29-10-2011, 16:59   

Dwa dni wcześniej

Konna delegacja wjechała przez główną bramę do miasta. Rennard rozejrzał się po szarych i zaniedbanych budynkach.

- Brudno tu i ponuro strasznie - rzekł.

- Ano, nigdy mi się tutaj nie podobało - odezwał się Lord Griff po czym się zamyślił - wyraźnie coś go zaniepokoiło. Rennard widząc zatroskaną twarz swojego lorda zapytał:

- Czy coś Pana martwi?

- Tak... martwi mnie fakt, że nikt nam nie wyszedł na spotkanie. To dziwne, bo Karel zawsze kogoś wysyłał. A tak w ogóle rozejrzyj się. Nikogo w pobliżu nie ma!

- Ma rację - pomyślał Rennard - Czemu ja tak oczywistego faktu wcześniej nie zauważyłem -Kurr... - zaklął cicho. - Panie wyśle kogoś przodem.

- Nie, najwidoczniej ktoś chyba chciał, żebyśmy nie spotkali mieszkańców. Może mają coś do ukrycia? Cóż zapytam o ten fakt później osobiście Karela. Ruszamy!

I konna delegacja ruszyła dalej do przodu nie zdając sobie sprawy z niebezpieczeństwa.

Po kilku minutach jazdy w milczeniu Lord Vyrd odezwał się niespodziewanie do Rennarda.

- Sir, co myślisz o Królewskim Namiestniku?

- O Baronie Igorze? - Loveta trochę zaniepokoiło to pytanie - To wspaniały człowiek i oddany sługa króla! - Griff uśmiechnął się pod nosem słysząc odpowiedź Loveta.
`
- A nie uważasz, że powinien bardziej służyć tym którzy go wspierają?

- To znaczy?

- Bo widzisz - Lord Griff zaczął się bawić swoim pierścieniem - Sądzę, że.... - Nie dokończył... Z przodu rozległy się jakieś wrzaski.

- Na Elratha!!! - krzyknął jeden z żołnierzy. Z Bocznej uliczki skacząc na jednej nodze wyskoczyła bestia rodem z koszmaru. Była ogromna, Rennard sądził, ze mierzy jakieś dwanaście metrów. Skóra bestii była cała porośnięta jakaś rośliną, a z paszczy wystawały jej dwa czerwone czułka. Oczy koloru fioletowego aż kipiały rządzą mordu.

- Do broni! - krzyknął Rennard - Ludzie Vyrda zaczęli się tłoczyć przy swoim panie próbując stworzyć wokół niego tarcze. Rennard chciał jeszcze coś krzyknąć, gdy wtem coś ciężkiego zwaliło go z konia i przygniotło do ziemi. Rycerz zanim stracił przytomność zdążył pomyśleć, że to chyba niebo zwaliło mu się na głowę.
Szczęście w nieszczęściu Rennard już nie widział jakie wokół niego rozpętało się piekło. Na dachach budynków pojawili się nagle orkowie trzymający w dłoniach jakąś dziwną broń. Żołnierze Lorda Griffa nie mogli wiedzieć, ze są to karabiny maszynowe. Orkowie otworzyli ogień.

Koło Mariona, który wraz z towarzyszami jechał na końcu stawki jeden z żołnierzy spadł nagle z konia rażony jakimiś dziwnymi pociskami. Kapitan straży z domu Vyrdów Sir Robert począł wykrzykiwać rozkazy.

- Wszyscy za mną! Chronić Lorda Griffa!

- Ale po co ta liczba mnoga - pomyślał Marion i krzyknął szybko do znajdującego się niedaleko niego Tymona.
- Wynosimy się stąd!

- Co? - Tymon w tym całym hałasie nic prawie nie słyszał. Pocisk przebił mu lewe ramię. Zwisało ono teraz bezwładnie.

- Zabieramy się stąd! Widziałeś? Głaz zmiażdżył Rennarda!

- Ale jak to? - Nagle jego koń pisnął przeraźliwie i przewrócił się na bok wyrzucając Tymona z siodła.

- Cholera jasna! - krzyknął Marion.

Orkowie wstrzymali ognień, cześć z nich zaczęła przeładowywać swoje karabiny. Najemnik Marion rozejrzał się wokół tej całej masakry. Wszędzie leżały ciała koni i ludzi. Porośnięta chaszczami bestia siała spustoszenie wśród osobistej straży Lorda Vyrda. Żołnierze byli mu wierni do samego końca, więc umierali jeden po drugim. Najemnik dostrzegł w oddali Gerwazego i Richarda. Mężczyźni stali obok jakiegoś zniszczonego budynku. Marion dostrzegł także, że Gerwazy trzyma w ramionach Kacpra Loveta. Pierwszego nigdzie nie było widać. Marionowi tylko cudem udało się skierować swojego wystraszonego rumaka w ich stronę.

- Wynosimy się stad!

Gerwazy jęknął z bólu, był cały zakrwawiony. Richard skinął tylko głową. Kacper nic nie mówił, był nieprzytomny. Orki postrzeliły go w nogę. Do kompanów dokuśtykał trzymający się za ramię Tymon.
- Co robimy? - zapytał

- Teraz już nic - odpowiedział mu Marion na widok zbliżających się do nich dwóch orków.

Jeden z orków uśmiechnął się pokazując zepsute, zółte zęby.
- Trzeba było zostać w domu - i wymierzył w ich stronę karabin. Wtem rozległ się świst, ork złapał się za gardło. Ktoś wpakował mu w szyje strzałę. Ork zabulgotał coś niezrozumiałego i zwalił się na ziemię. Jego kompan obrócił się szybko w stronę skąd padł strzał. Rozległ się znowu świst i drugi ork dołączył do swojego kompana na ziemi.

- To Pierwszy! - krzyknął uradowany Gerwazy

- Dzięki ci za chrzanioną oczywistość - warknął Marion. - Dobra spadamy.

I tak dzielna drużyna Loveta wycofała się na z góry upatrzoną pozycję. Natomiast Lorda Vyrda dopadły orki.

Orkowie odgoniwszy wpierw swoją bestie utworzyli kółeczko wokół Lord Vyrda, który teraz leżał zakrwawiony na ziemi. Był poważnie ranny w klatkę piersiową, powoli umierał. Kapitan jego straży Sir Robert wraz z dwoma ludźmi stali wokół niego dzielnie pełniąc straż.
Jeden z Orków, prawdopodobnie wódz powiedział coś we wspólnej mowie. Vyrd zrozumiał, że pytają czy się poddają. Lord chciał krzyknąć, że tak ale zamiast tego zaczął kaszleć krwią. Odpowiedzi za to udzielił Sir Robert.

- Zwyciężyć i spocząć na laurach to klęska. Być zwyciężonym i nie ulec to zwycięstwo!

- No jak chcecie - Orkowi wyraźnie spodobała się ta odpowiedź.
- Ognia!

_________________
Powrót do góry Zobacz profil autora
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość
Kitkara666 Płeć:Kobieta
Ave Demonius!


Dołączyła: 17 Lis 2008
Skąd: From Hell
Status: offline

Grupy:
Melior Absque Chrisma
Syndykat
PostWysłany: 06-11-2011, 11:33   

Wioska była całkiem spora jak na zacofane plemię dźgające zagubionych włóczniami. Kitkara zastanawiała się dlaczego jej jeszcze nie zadźgano. I, miała co do tego złe przeczucia. Jej "komitet powitalny" zatrzymał się na środku placu. Cała wioska zebrała się aby sobie na nią popatrzeć. Trzymali odpowiedni dystans, lecz w ich oczach nie krył się strach a raczej nabożny szacunek. Widywała już taki w oczach Alta. Ale po Alcie wiedziała czego się spodziewać <w przybliżeniu>, a po tej zgrai jaszczurek kompletnie nie. Nagle wszyscy uklękli, kiedy z kamiennej chaty wyłonił się wielki jaszczur z burzą seledynowych włosów na głowie. Przypominał bardziej człowieka niż jednego z jaszczurkowatych. Jego umięśniona klata świeciła od jakiejś oliwki. Z tego co zdążyła dostrzec, mężczyzna miał niesamowicie niebieskie oczy.

- Witaj w moim królestwie, piękna pani. Czekaliśmy na twoje przybycie.

- Czekaliście? Jak to? - zdziwiła się.

- Twoje przybycie zostało przepowiedziane. Miałem wizję, w której przybywasz do nas.

- ok., i ?

- I moje plemię rozkwita w siłę. Jesteś boginią, której wyczekiwaliśmy.

- Dobrze - rozejrzała się dookoła. Coś bardzo jej tu nie pasowało. - A na czym ma polegać moja pomoc?

- Zostałaś wybrana na moją żonę. Razem powiększymy nasze plemię i wydostaniemy się na powierzchnię by zając tam nasze miejsce.

Teraz wiedziała co jej tu nie pasowało. Nie dostrzegła kobiet

- Nie chce psuć, twoich planów świetlistej przyszłości, ale ja już mam narzeczonego. Właściwie to gdyby nie pewne wypadki to bym powiedziała męża...

- Tak? To gdzie on teraz jest? - jego oczy zwięzły się w cienkie szparki.

- Właściwie, to nie mam pojęcia - przyznała szczerze.

- Jesteś ranna, bezbronna. Jaki samiec pozostawia swoja samice w takim stanie i nie obchodzi go co się z nią dzieje? - podszedł do niej kilka kroków. - Nie rozumiesz? Bogowie chcieli byś tu trafiła.

- Ale, ja nie chce. - Rzekła stanowczo.

- W takim razie... - kiwnął na swoich ludzi.

Zanim się zorientowała była związana jakimś jasnym sznurem.

- Zostaniesz złożona w ofierze. Kiedy zmienisz zdanie, zawołaj.

_________________
Don't let them ever tell you that you're too small
'Cause your fate comes from within
You are strong forever, you heard the call
In the night the crimson light is bleeding
A new life shall start with a freedom heart
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość Wyślij email Odwiedź blog autora
 
Numer Gadu-Gadu
28180514+-+jak+coś+dać+znać+jeśli+ktoś+chce+pisać+zemną+na+gg+najpierw+mailem+albo+na+pw
Caladan Płeć:Mężczyzna
Chaos is Behind you


Dołączył: 04 Lut 2007
Skąd: Gdynia Smocza Góra
Status: offline

Grupy:
Melior Absque Chrisma
Omertà
Syndykat
WOM
PostWysłany: 09-11-2011, 17:31   

Monolit zbliżył się do gazowego olbrzyma, który zaczął czernieć. Z powodu dziwnych reakcji z planetą Monolit się rozpadł i kawałki weszły weszło na orbitę. Zaczęły kręcić wokół planety.

Tymczasem daleko od głównych wydarzeń po drugiej stronie planety w małej wiosce życie przebiegało bez zmian. Pasterze spokojnie patrzyli jak ich owce się pasą na miejscowej polanie. Za bardzo nie wiedzieli co się dzieje w świecie. Do ich stron informacje niezbyt szybko docierała. Jeden pasterz usłyszał straszne wycie. Wycie . Za góry widać było dym, gdzie leżała wioska. Gdy pasterz popatrzał w stronę czerwiącego słońca zobaczył cień ogromnej latającej istoty. Wtedy wezbrał się potężny wiatr, który wyrzucił biednego pasterza w stronę lasu, gdzie uderzył mocno o głowę o drzewo i nieprzytomny leżał bez ruchu. Z oddali było słychać kolejny ryk i nastała cisza. Ryk . Monstrum leciało w kierunku stolicy.

W stolicy Caladan bacznie obserwował Istotę i wyciągnął szmaragdową tablicę , która zamieniła się w lutnię. Powoli nastrajał ją do koncertu.

_________________
It gets so lonely being evil

What I'd do to see a smile

Even for a little while

And no one loves you when you're evil

I'm lying through my teeth!

Your tears are all the company I need
Powrót do góry Zobacz profil autora
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość Odwiedź stronę autora Odwiedź listę obejrzanych anime / przeczytanych mang
 
Numer Gadu-Gadu
4934952
Wyświetl posty z ostatnich:   
Strona 5 z 7 Idź do strony Poprzedni  1, 2, 3, 4, 5, 6, 7  Następny
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików
Możesz ściągać załączniki
Dodaj temat do Ulubionych


Skocz do:  

Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group