FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy
RejestracjaRejestracja  Galeria AvatarówGaleria Avatarów  IRC (qchat mibbit)  ZalogujZaloguj

Poprzedni temat :: Następny temat
Idź do strony Poprzedni  1, 2, 3, 4, 5, 6, 7
  Zaślubiny w Mrocznym Królestwie
Wersja do druku
Karel Płeć:Mężczyzna
Latveria Ruler


Dołączył: 16 Kwi 2009
Skąd: Who cares?
Status: offline

Grupy:
Syndykat
WOM
PostWysłany: 19-02-2012, 14:41   

Potężna bestia zwróciła swoje trzy łby na Cai'a.
Powinien tutaj nastąpić ryk, drapanie pazurami czy choćby wybuch mocy.
Nie było nic.
Miast tego oboje w całkowitej, przerażającej ciszy rzucili się na siebie.
Gdy zderzyli się ze sobą już było po wszystkim. Taka ilość mocy w jednym miejscu nie może się zdarzyć bez konsekwencji. Kontinuum czasoprzestrzenne wywinęło się na lewą stronę. A potem wróciło, choć nie bez uszczerbku.Zdarzenie było mało efektywnie bo gdy to nastąpiło to nigdy się nie zdarzyło.


*******


- Co to było? - zapytała wiedźma.
- Nie mam pojęcia - odpowiedział Wagner.
- Zaraz...co TY tu robisz? - zdziwił się Latacz patrząc na smoka.
- Chyba co WY tu robicie....zaraz gdzie grawilot?
- Jaki grawilot?
- Ahhhh za dużo pytań! Głowa mi pęka - powiedziała wiedźma.
- Ty mi to mówisz - zripostowała Koranona....i zorientowała do kogo mówi. Obie wiedźmy spojrzały na siebie z opuszczonymi koparami.
- O matko - stwierdził Latacz kryjąc twarz w dłoniach. W ty momencie zza gruzów wyłonili się Midori, Saya, Kemi i SW-85.
- Proszę...chwile nas nie ma i zaczynamy się klonować. - rzuciła zielonowłosa wampirzyca.
- Zaraz ale...jak...? - zdziwiła się jej siostra.
- Cóż, przed chwilą był hiregon a potem go nie ma...za to mamy dwie Nony - odrzekł starszy smok rzeczowo.
- Księżniczka! Kit! - zorientował się nagle młodszy smok jako jedyny mający wciąż za priorytet szukanie panny młodej.
- Zaraz! To niebezpieczne. Nie wiemy co się stało, musimy na nowo opracować plan działania - spróbował zatrzymać go żołnierz.
- Daj spokój, on i tak zrobi swoje - odpowiedział Latacz. - Ale to dziwne...czułem się jak....nie mam na to słów.
- Ale ja mam...choć nie proste - powiedział głos pod nimi. Zaraz potem rozległ się zgrzyt pokrywy studzienki i z czeluści kanalizacji wychynął Caladan.
- Cal!
- Ja też się cieszę. Tam na dole nie było łatwo, gdy nastąpił "wstrząs" prawie było po mnie ale parę sztuczek które trzymałem w rękawie pozwoliło mi się wykaraskać - wyjaśnił przywódca najemników.
- Co za wstrząs?
- Nie wiecie? Coś lub ktoś zmienił czas i przestrzeń. Choć z tego co widzę tutaj to nie za bardzo...hmmm...- zastanowił się przez chwilę.
- Zaraz...jeśli ktoś zmienił czas i przestrzeń to znaczy że w pewnym sensie było tak jakby...od zawsze! - zauważyła Ren - W takim mąć razie jak możesz to rozpoznać.
- Przeżyłem już kiedyś coś takiego...trzy razy mówiąc ściślej. Dwa razy dawno, dawno temu...dawno z mojego punktu widzenia rzecz jasna. A trzeci był wtedy gdy Poring Astralny miał katar.
- .....Katar? - nie dowierzała Midori.
- Nie pytaj - odpowiedział Cal - Ale wracając do chwili obecnej...coś jednak się zepsuło.
- POMOCY! TUTAJ! - rozległ się krzyk zza gruzowisk.
- Wygląda na to że jednak ją znalazł - stwierdził SW-85


*******

Przez chwilę nie było nic. Czasu, przestrzeni ani żadnego innego wymiaru.
A potem wróciły choć poddane ogromnym naprężeniom.
Wytrzymała przestrzeń.
Wytrzymał czas.
Wytrzymały różne wymiary poza przestrzenią.
Nie wytrzymał astral.


*******

W miejscu gdzie przed chwilą w tytanicznym zwarciu starł się pierwotny hiregon oraz pewna Ruda Zaraza teraz rozpanoszyła się dżungla.
Pod konarem jednego z potężnych drzew rozległ się jęk.
- U...uhhhh.... - jęknął zielonowłosy otwierając oczy. Czuł się fatalnie ale mimo to po próbował wstać. Nie udało mu się to bo trudno się podnieść z połamanymi rękoma. Mimo to Karel nie dał za wygraną i używając pnia jako podpory podźwignął się na nogi. Chwiejnym krokiem powlókł się przed siebie. Głowa chciała mu pęknąć i nie widział zbyt wyraźnie. Przynajmniej w normalnym spektrum. Za to astral widział wyraźniej niż kiedykolwiek przedtem. A właściwie to co z niego zostało. Niezliczone kawałki obijały się i przenikały przez siebie. Z braku lepszego określenia można by to przyrównać do puzzli. Potrząsnął głową by odpędzić wizję ale to sprawiło ze stracił równowagę i upadł. Mimo to nie wiedząc dlaczego czołgał się dalej.

*******

Kemi osunął się po rumowisku strzelając wzrokiem na wszystkie strony. Czuł ze Kitkara jest gdzieś w pobliżu...a także to ze jest bardzo, bardzo słaba.
- KIIIIT! KSIĘŻNICZKO! - nawoływał.
I właśnie wtedy zobaczył to.
Jakaś postać, o nieokreślonym wyglądzie ale chyba kobieca trzymała Kitkarę w ramionach. Postać spojrzała na Kemiego a po plecach młodego smoka w tym momencie przeszedł dreszcz. Spojrzenie było szalenie znajome. WIEDZIAŁ kto to jest ale jednak w powietrzu unosiło się poczucie zmiany. Postać spojrzała na trzymaną przez się księżniczkę i na będącej w stroju Ewy Kitkarze zmaterializowała się suknia. czarna jak noc ale i z delikatnymi rozbłyskami. Suknia jak rozgwieżdżone niebo nocą. Kobieta (bo chyba była to kobieta) położyła chorą na kamieniach (a właściwie już nie kamieniach a poduszkach) pogładziła dłonią jej włosy po czym rozwiała się jak dym. Kemi stał przez chwilę skamieniały po czym rzucił się w dół na poły się zsuwając na poły spadając.
Dopadł jej i dotknął czoła i sprawdził puls. Żyła choć oddech był płytki a puls słaby.
- POMOCY! TUTAJ! - zawołał jednocześnie przeszukując kieszenie w poszukiwaniu jakichkolwiek medykamentów.
Widać jednak obca obecność była przewidująca bo znalazł takie w fałdach sukni.


*******

Czołgał się wytrwale. Dotarł do miejsca które z braku określenia można by nazwać polanką. Większy niż zwykle bywa w dżunglach prześwit oświetlał powalone drzewo i szemrzący wesoło strumyczek. Na konarze innego drzewa wisiał niczym schnące pranie Caibre. I nagle Karel dostrzegł to. Obrączka ślubna - nienaruszona. Przez jego i tak już zaburzone myśli przebiegł fakt że to musi być cud. Ale nawet on nie wiedział że gdy ją wykuwał wkładając w to - dosłownie - kawałek własnej duszy nieświadomie obdarzył drobny przedmiot potężnymi mocami, w tym zdolnością samo naprawy. Resztkami sił dowlekł się do drobnego przedmiotu i zamknął go w dłoni którą następnie przycisnął do serca. I w tym momencie konar na którym wisiał Lis zdecydował urwać się. Zderzyli się głowami i Raiyami odpłynął w krainę nieświadomości.

_________________
"So come forth, Avenger. It is time to put our lingering dispute... to an end!"
Przejdź na dół
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość
Costly Płeć:Mężczyzna
Maleficus Maximus


Dołączył: 25 Lis 2008
Status: offline

Grupy:
Melior Absque Chrisma
PostWysłany: 26-02-2012, 20:11   

- Zdrowie pary młodej po raz kolejny!

Powiedział rozwalony okrakiem na kamieniu Costly suchym głosem wznosząc lampkę wina w stronę czegoś, co postanowił nazwać pieszczotliwie Zamieszaniem - z natury nie cierpiąc słowa "chaos". W koło nie było nikogo, kto na toast mógłby odpowiedzieć. Gwoli ścisłości, Mroczny Kapłan chętniej zasiadałby na krześle, ale żadnego całego nie mógł odnaleźć. W biegu toczących się wydarzeń z rozpaczliwą, wręcz błazeńską determinacją czarnoskóry kapłan próbował zachować powagę. Teraz już tylko czekał, trzymając w jednej dłoni lampkę wina, a na drugiej opierając swoją głowę.

***

Costly nie mógł tego wiedzieć, ale gdzieś w innym czasie i w zupełnie innym świecie zbudził się właśnie pewien malarz, uraczony senną wizją, gdzie niewiadomy bóg przedstawił mu właśnie wizję zasiadającego pośród Zamieszania kapłana.

Na malarza wołano Janek. A sen ten zainspirował go do stworzenia postaci na swoim malowidle. Nazwał ją Stańczyk.

_________________
All in the golden afternoon
Full leisurely we glide...
Powrót do góry Zobacz profil autora
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość
Bezimienny Płeć:Mężczyzna
Najmniejszy pomiot chaosu


Dołączył: 05 Sty 2005
Skąd: Z otchłani wieków dawno zapomnianych.
Status: offline
PostWysłany: 02-03-2012, 00:34   

Z niebios spadały miecze.

- Ech, Cai się starzeje. Mógłby być trochę bardziej oryginalny w doborze prezentów - pomyślała Istota patrząc na dwa pakunki przyniesione przez Serikę. Odwróciła się w jej kierunku, by wyrazić swoje niezadowolenie na głos, gdy nagle świat rozpadł się na kawałki.

Przez chwilę wymiary wokoło Istoty szalały, a potem mozolnie zaczęły się odbudowywać - kawałek po kawałku. Niestety, nie wszystkie kawałki zechciały się skleić.

- Aaaaaaaaaaaaaaaaaarrrrrghhhhhhhhhhhhhhh - pomyślał inteligentnie Poring, gdy kontakt jego głównej części z komponentem fizycznym uległ nagłemu i jakże bolesnemu przerwaniu.

Próba odtworzenia połączenia skończyła się kolejnym atakiem bólu i przypominała włożenie ręki do maszynki do mięsa - wymiary duchowe wokół Ilyrii rozpadły się w kawałki, a w ich miejscu unosiły się ich pozostałości, przypominając barierę utworzoną z wirujących, ostrych kawałków szkła. Bariera ta w zdecydowanie niekorzystny sposób oddziaływała na wszelkie byty w formie duchowej, które odważyły się zbliżyć do Illyrii (albo od niej oddalać) - co istota zdążyła już zauważyć.
Niosło to ze sobą dość poważne konsekwencje, ale w obecnej chwili dla Istoty ważna była tylko jedna - świat ten był przed nim zamknięty.

Tak czy inaczej, do środka należało się w jakiś sposób dostać - co prawda pozostała w środku część esencji Poringa była relatywnie niewielka, ale w wartościach absolutnych było to coś znaczącego. Dodatkowo, o ile istocie zdarzało już się dzielić, pozostały w środku fragment nie został w tym celu specjalnie obdarzony osobowością, a wykształcenie się jej samodzielnie zajęłoby sporo czasu.

Pozostał też problem z Seriką. Istota z oddali wyczuwała wzrastające wzburzenie tej części, która została na zewnątrz - najwyraźniej w jej wypadku w środku zostało coś bardziej istotnego.
Niestety, pierwsza próba otwarcia portalu się nie powiodła - a właściwie powiodła się, ale otwór wypełniony był takimi samymi duchowymi ostrzami jak te które wcześniej Istota już widziała.
Cóż, jest wiele sposobów podróżowania.

Dawno, dawno temu, w innym czasie i innym świecie Poring widział coś, co nosiło nazwę mostu Einsteina-Rozena. Co prawda tamta wersja nadawała się tylko do podróży wewnątrzświatowych, co Istoty zazwyczaj nie satysfakcjonowało, ale teoria w niej użyta miała o wiele szersze zastosowania.

Na odległym planie w zupełnie innej rzeczywistości nastąpiła drobna zmiana - z okolic centrum galaktyki znikła jedna z licznych tam czarnych dziur. Ponieważ rejon ten od dawna nie nadawał się do zamieszkania, zniknięcia tego nikt nie zauważył.
Kolapsar jednak nie przestał istnieć - zmienił tylko lokalizację i pojawił się w okolicy istoty, rozpościerającej obecnie swoją egzystencję w pewnej odległości od Bariery. Drobna modyfikacja, i przestrzeń wokół czarnej dziury, choć pozbawiona masy, zaczęła wirować i zagęszczać się, aż zmniejszyła się do drobnego, pojedynczego punktu. A potem wymiary zniekształciły się bardziej

Gdzieś na Ilyrii, w miejscu bliskim do ostatnio zapamiętanych przez Poringa koordynatów fragment przestrzeni zakrzywił się i zawirował - a potem do środka wleciało coś utkane z cienia i mgły i zaczęło drgać, wprawiając w ruch cząsteczki powietrza obok.
- Seeri, jesteś tam jeszcze? - powiedziały drgania.
- To boli - poskarżyła się siedząca na ziemi, zwinięta w kłębek figurka. - Jest jeszcze bardziej paskudnie niż wtedy, kiedy miałeś katar. I tak, chyba jestem... Chyba. Na ile jestem w stanie stwierdzić, to jestem - najwyraźniej była nie tylko w kiepskim humorze, ale też solidnie zdezorientowana.

To zupełnie nie było zabawne. Świat wykonał koziołka, zatańczył kankana, a teraz stanowczo odmawiał jakiejkolwiek wspólpracy. Serika czuła się, jakby ktoś wcisnął ją w małą, szczelną buteleczkę, po czym zatkał korek - a na deser zrobił coś dziwnego ze światem dookoła. Jakakolwiek próba sięgnięcia gdzieś dalej, niż jej fizyczna forma, kończyła się wyjątkową nieprzyjemną porażką. To nie był ból fizyczny - to było coś znacznie bardziej paskudnego.
- I chyba coś mnie tu uwięziło - dodała oczywistą oczywistość.
Z ziemi podnosiła się dziwna mgła, powoli spływając w kierunku sterczącej z otworu i coraz wyraźniejszej dźwięczącej wypustki.
- Jest tam gdzieś moje ciało? Powinno leżeć obok - powietrze znów zadrżało - Jeśli jest, to mogłabyś je wrzucić w portal? Jest tam kilka rzeczy które chętnie bym odzyskał - a w obecnej sytuacji osobiście wchodzić tu nie zamierzam
W głosie wyraźne były tony odrazy, wskazujące, że dla mówiącego okolica lokuje się dużo poniżej standardów wymaganych przez szanujących się turystów.
- W sumie sama też możesz się pofatygować - ten Karel czy jak mu tam w obecnej sytuacji chyba się nie obrazi jak się nie stawisz na weselu
- Portal! Jasne, się robi! - ucieszyła się dziewczyna, wrzucając najpierw włócznię, potem poringową torbę z jakimiś drobiazgami, a następnie usiłując podnieść ciało. Ciało Istoty leżało obok niej i nie dawało znaku życia. A właściwie dawało, ale zdawało się być pogrążone w śpiączce. - Ciężki jesteś... I jak to zrobiłeś? Mnie się nie udało!
- Portal? A, to proste, podkradłem kiedyś pomysł jakimś miejscowym. Bierzesz czarną dziurę, rzucasz pod kątem prostym do przestrzeni, i tworzysz dziurę do innego wymiaru. - W głosie istoty słychać było zadowolenie. Najwyraźniej mimo zapewnień o prostocie pomysł mu się bardzo podobał.
- Oczywiście, trzeba dobrze trafić - przy pierwszych próbach przebijałem się w różne dziwne miejsca - zadowolenie w głosie stało się jeszcze bardziej słyszalne.
- O! To mi opowiesz, jak mnie będziesz uczył! - humor dziewczyny wyraźnie bardzo się poprawił, zwłaszcza, że zdołała wpakować już większą część ciała w portal i teraz usiłowała tylko wepchnąć je głębiej. - I jesteś wielki. Ale wiesz co... Chyba się oficjalnie obrażę na tego Karela, strasznie nieuprzejmie postępuje wobec gości. Nie zasługuje na prezenty! - prychnęła.
- Słusznie - głos poringa był coraz mniej wyraźny, wraz z wycofywaniem się do portalu mgłomacki - Poza tym sądząc z reakcji miecze Caia mu się nie spodobały, więc nie wiem co by zrobił jakby dostał więcej
- Nasze były fajniejsze - mruknęła lekko urażona. - Ale nie to nie - orzekła, zgarniając obie bronie i sama wchodząc w portal.

Głosy ucichły a resztki mgły zniknęły w otworze w rzeczywistości. Chwilę potem i sam otwór przestal istnieć, gdy jedyne prowadzące do Illyrii drzwi zamknęły się za wychodzącymi.
Świat podążał dalej starym torem, jakby nic się nie stało. Do czasu.

Gdzieś po drugiej stronie planety panował zorganizowany chaos - jak zawsze w klinice położniczej podczas porodu.
- Czy wszystko z dzieckiem w porządku? - dopytywała się rozgorączkowana matka, zaniepokojona ciszą ze strony pielęgniarki. Ta bez slowa wysunęła w jej kierunku nowonarodzonego, po czym wybiegła na zewnątrz. Po chwili dało się słyszeć odgłosy wymiotów.
Dziecko było ciche i spokojne, wydawało się też nie mieć problemów zdrowotnych, ale mimo to matce na jego widok zrobiło się słabo. Noworodek niezrażony patrzył na nią swoimi błękitnymi oczami - za którymi czaiła się pustka, jakby czegoś bardzo istotnego, jakiegoś pierwiastka duchowego w ciele brakowało.
A był to dopiero początek.

_________________
We are rock stars in a freak show
loaded with steel.
We are riders, the fighters,
the renegades on wheels.

The difference between fiction and reality? Fiction has to make sense.
Powrót do góry Zobacz profil autora
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość
Karel Płeć:Mężczyzna
Latveria Ruler


Dołączył: 16 Kwi 2009
Skąd: Who cares?
Status: offline

Grupy:
Syndykat
WOM
PostWysłany: 11-03-2012, 14:59   

Dwa dni później...


Karel wrócił do świadomości. Przez krótką chwilę widział wielokąty poszarpanego astrala. Zaraz jednak wzrok przystosował się do tego planu istnienia. Zamrugał parę razy oczami po czym spróbował usiąść. Był to średni pomysł bo odezwała się potłuczona głowa. Położył się więc i próbwał dojść do tego jak długo był nieprzytomny. Biorąc pod uwagę podłączoną do lewego ramienia kroplówkę musiało to być parę dni...

Leżał tak i zbierał rozbieganie myśli przez jakieś półtora godziny gdy wreszcie weszła pielęgniarka - orczyca.
- Oh Wasza Wysokosć się obudził? Długo Sir czekał?
- Nie...to nic takiego...który dzisiaj mamy?
Powiedziała mu. Wychodziło na to ze jakieś trzy dni od planowanej daty ślubu.
- Zaraz wezwiemy odpowiednie osoby...nie wątpię że będą się chciały z Waszą Wysokością zobaczyć.
- Tak...byłbym wdzięczny... - pielęgniarka wyszła zamykając drzwi.
Właściwie nie obchodziło go kto przyjdzie. Chciał tylko wiedzieć co się do diaska wydarzyło?....I czy z Nią wszystko w porządku.


*******


- Jest waćpan wolny - powiedział strażnik do Loveta. Ten nie wydawał się przekonany.
- Nie chcecie mnie czasem wykończyć? I dlaczego miałbym zaufać orkowi ha? - zapytał uważając się za przebiegłego.
- Gdyby tak było to gwarantuję że waćpan już by nie żył. Zresztą takie rzeczy robi się łatwiej gdy osoba niepożądana siedzi za kratkami. Zatrute jedzenie, strzelnica, ciężkie roboty i takie tam. Z tego co tutaj widzę...- powiedział ork podnosząc do oczu dokumenty. Szybko przejechał wzrokiem po tekście - Pobyt waszmościa jest wielka pomyłką a z racji tego że niejaki Lord Griff nie znajduje się wśród żywych..."Waćpan jako najprawdopodobniej jedyny pozostały przy życiu członek delegacji a z pewnością najwyżej usytuowany członek delegacji przejmuje tymczasowo na czas obecnego pobytu w Mrocznym Królestwie Illyji wszelkie jego obowiązki i przywileje WŁACZNIE z immunitetem dyplomatycznym." Krótko mówiąc...jesteś wolny chłopcze.
- Co? - Rennard nie do końca uwierzył w to co usłyszał.
- To. Oto waćpana eskorta - do pomieszczenia weszło dwóch rycerzy. Zakuci w czarne jak noc płytowe zbroje, wyglądali naprawdę profesjonalnie...nie mówiąc o tym że każdy z nich był od Rennarda o dwie głowy wyższy (a do niskich on nie należał ). i jeszcze te wielkie mieczyska...
Lovet najprawdopodobniej zdołałby podnieść ten oręż ale już w możliwość skutecznego machania nim szczerze wątpił.
- Chce się z waćpanem spotkać ktoś ważny...normalnie byłby to pewnie sam król ale w takich okolicznościach...- tutaj klawisz westchnął. Lovet nie miał pojęcia jakie to były okoliczności. Ważne było to że najwyraźniej nie chcieli ściąć mu głowy ani "zabawić się" z nim w odpowiedni sposób. Po czym skrzywił się gdy przypomniał sobie jak on sam wraz z chłopakami "zapoznawał się" nie raz nie dwa z jeńcami. W warunkach polowych. Nie było wątpliwości że co do czego ale tutaj musieli mieć bardzo profesjonalny sprzęt.
- Ehem...- chrząknął ork - panie...- klawisz raz jeszcze zerknął na kartkę - Rennardzie czy nie powinien waćpan już iść? Chyba że chce waćpan spędzić jeszcze jedną noc w naszym gościnnym zakładzie?
- N-nie z pewnością nie... - zaprzeczył szybko najemnik i pośpiesznie wyszedł. Jego "ochrona" wyszła za nim.

_________________
"So come forth, Avenger. It is time to put our lingering dispute... to an end!"
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość
Koranona Płeć:Kobieta
Morning Glory


Dołączyła: 03 Sty 2010
Skąd: Z północy
Status: offline

Grupy:
Syndykat
WOM
PostWysłany: 11-03-2012, 19:49   

Wiedźma... właściwie obie wiedźmy siedziały z niezadowolonymi minami próbując zrozumieć sytuacje.
- Skąd ty się właściwie tu wzięłaś? - spytała Koranona swojego czasoprzestrzennego klona.
Druga, niemal identyczna jej kopia wzruszyła tylko ramionami.
- Nie wiem o co tu chodzi, ale od tych wszystkich zawirowań tylko dodatkowo boli mnie głowa.
- Też nie czuje się zbyt dobrze - stwierdził klon.
- Ciekawe czy twoja klątwa też się przekopiowała - Parus podszedł do wiedźm i obu dał po probówce jakiegoś przezroczystego mętnego płynu.
- Co to? - spytały jednocześnie.
- To na twój... wasz ból głowy. Muszę jeszcze jedną porcje dać Filipowi, bo ten też wyjątkowo marudzi.
Nona spojrzała na odwróconego do nich tyłem kota, którego zamiatający ziemie ogon wskazywał na irytacje.
- Co ci jest? - spytała Filipa.
- On gdzieś tu dalej krąży. Jest całkiem blisko i czegoś szuka.
- To będzie długi dzień - westchnął Parus.

_________________
"I like my men like I like my tea - weak and green."
Powrót do góry Zobacz profil autora
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość Wyślij email Odwiedź stronę autora Odwiedź blog autora Odwiedź galerię autora Odwiedź listę obejrzanych anime / przeczytanych mang
 
Numer Gadu-Gadu
408121
Smk Płeć:Mężczyzna


Dołączył: 28 Sie 2011
Status: offline

Grupy:
Syndykat
PostWysłany: 14-03-2012, 15:46   

Do: [wymazane]
Od: Poziom więzienny Omega
Temat: Obiekt EX36984

"Zgodnie z wcześniejszymi ustaleniami przesyłam w załączniku zapis zatrzymania i prób przesłuchania obiektu wymienionego w tytule.
Zgodnie z procedurami obiekt został podjęty z pola bitwy i umieszczony na oddziale intensywnej terapi w jednym z fortów orbitalnych. Z racji na odmienną biologię obiektu pomoc medyczna była znacząco ograniczona.
Obiekt odzyskał przytomność po zaledwie dwóch godzinach. Obiekt następnie próbował wydostać się z pokoju. Próba zakończyła sie sukcesem. Obiekt został następnie zatrzymany w głównym holu przy użyciu znaczących środków ochrony placówki, następnie umieszczony w pilnowanej izolatce.
Obiekt po kilku godzinach minimalnej aktywności zdemontował jednostkę klimatyzacyjną, wykorzystał elementy zasilające do przeciążenia mechanizmu blokady drzwi, ponownie przedostał się do towarowych ciągów komunikacyjnych. Obiekt tym razem został zatrzymany w stacji wahadłowców numer trzy przez oddział marines odwiedzających jednego z towarzyszy. Należy dodać iż większość żołnierzy dołączyła do rannego towarzysza.
Obiekt został następnie unieruchomiony, zamknięty w brygu i poddany ciągłej obserwacji. Dwa oddziały szybkiego reagowania zostały przebazowane w celu ochrony personelu stacji."


Cela była ciasna, ciemna i zadziwiająco dobrze wyposażona. Przynajmniej w teorii, gdyż wkurzeni marines oczyścili pomieszczenie ze wszystkiego co dało się wynieść, odkręcić, odkleic, wyrwać czy w jakikolwiek inny sposób poruszyć. Nawet chemiczna toaleta znalazła się poza miejcem odosobnienia.
Więzień leżał na gołych płytkach podłogi. Skuty standardowymi kajdankami, związany liną używaną do zabezpieczania ładunków na orbicie dla pewności był jeszcze owinięty taśmą zwykle uzywaną do łatania dziur w kadłubach. A i tak dwóch strażników nie spuszczało z niego wzroku. Ani luf strzelb załadowanych kombinacją gumowych kul, taserów, ćwiczebnych ładunków z farbą, wreszcie eksperymentalnymi pociiskami sublimacyjnymi, zamrażającymi cel po trafieniu. Trzeci strażnik czuł się nieco głupio, stojąc wraz z towarzyszami przed celą, ściskając w jednej ręce dyszę gaśnicy śniegowej a w drugiej zarekwirowany ze sklepiku dla gości szpitala plastikowym pistoletem na wodę. Takim jarzeniowo zielonym.
Doświadczenie wyniesione z pierwszego spotkania pokazały iż jest to skuteczna kombinacja oręża. Marines dosłownie zamiatali swoimi ciałami podłogę gdy rudy kurdupel w szpitalnej koszuli próbował dostać się do ich wahadłowca do czasu gdy któryś z nich nie spotkał się twarzoczaszką z awaryjnym włącznikiem instalacji przeciwpożarowej.
I nawet wtedy potrzeba było połączonej siły wszystkich w miarę sprawnych żołnierzy by unieruchomić furiata. Nie to że był jakoś szczególnie silny czy szybki - był zajadły do granic możliwości. Złamana ręka, w trzech miejscach, wybita żuchwa, połamane żebra, skręcone obie kostki - a ten świr wciąż powalał marines, kopał, gryzł, spluwał by oślepić.

Skuty zdołał na tyle skutecznie wierzgać by jednemu z niosących go marines połamać palcę.

Skuty i związany zdołał wybić bark konwojentowi, wpychając go dzikim rzutem ciała na ścianę.

Skuty, związany i zawinięty w taśme izolacyjną zlamał nos majorowi, gdy ten sprawdzał stan więzów. Czołem. Na ślepo.

Nerwowość strażników była więc niejako usprawiedliwiona. Problem stanowił też fakt iż więzień był nominalnie ich własnym przełożonym.

Caibre nic nie widział. Mało co słyszał, a zmysł dotyku blokowała taśma.
Nie zniechęcało go to. Systematycznie żuł taśmę rozpatrując możliwości.
A gdyby tak...

Strażnicy usłyszeli suchy trzask.

Godzinkę później szturmowy prom wyłonił się z hangaru stacji orbitalnej i na pełnym ciągu pomknął w stronę planety.

_________________
There is no "good" or "bad". There is only "fun" and "boring".
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość
Karel Płeć:Mężczyzna
Latveria Ruler


Dołączył: 16 Kwi 2009
Skąd: Who cares?
Status: offline

Grupy:
Syndykat
WOM
PostWysłany: 01-05-2012, 15:46   

Kitkara otworzyła oczy. Myśli były nieskładne a widok rozmazany. Nie pamiętała niczego. Ktoś wycierał gąbką jej czoło. Bardzo delikatnie...to chyba kobieca ręka.
Spróbowała się poruszyć, na próżno. Jej ciało było w dziwnej niemocy. Było to dziwne uczucie.
Zawsze dotąd była choć częściowo wypełniona choć frakcją swojej magicznej potęgi...
A teraz nic, null. Było to niepokojące - ale jednocześnie chyba nigdy nie czuła tak wielkiego wewnętrznego spokoju....

Obraz przed jej oczami zrobił się klarowniejszy.

- C....co...jak?!....TY..co tu...- wymamrotała w szoku bo kobieta która stała przed jej oczami...
- Nie ruszaj się...jesteś jeszcze słaba - powiedziała przemywając gąbką jej czoło.
- Matko... - zaczęła Kitkara sucho - Jestem bardzo zaskoczona twoją obecnością. Czy czasem nie jesteś zajęta obserwowaniem jakiegoś ogólnoświatowego kataklizmu? Czy wszystkie plugawe speluny w uniwersum zostały zamknięte?...

Jej matka nie powiedziała nic, zamiast płukała gąbkę w gustownej miseczce z wodą.
- Cóż nie powiem czuję się "zaszczycona" twoją wizytą - dodała ironicznie księżniczka - I co ty robisz w tym stroju?! - zdziwiła się bo dopiero teraz zwróciła uwagę na ubiór LoN. Jej matka ubrała się w typowe ubranie pielęgniarki, łącznie z czepkiem.

- Nie pozwolili mi cię odwiedzić...dlatego wysłałam fałszywy list w którym dostała zawiadomienie o parodniowym urlopie. Nie protestowała bo jest zajęta poszukiwaniem rodziny po ataku. Podszyłam się pod nią za pomocą iluzji i...i.....
W tym momencie głos jej się załamał. Kitkara uznała takie zachowanie za dziwne, nigdy nie pamiętała by jej matka tak się zachowywała.

- No dobrze...jak długo tu leżę?
- Cztery dni.
- Cztery?! I przez ten cały czas ty...
Jej rodzicielka kiwnęła głową.

Księżniczka nie wiedziała co powiedzieć. Do tej pory LoN traktowała ją jak bardzo ciekawy okaz a jej rzadkie momenty protekcyjności wynikały tylko i wyłącznie z tego że demonica była jej specjalnym "wytworem".

- J-ja przybyłam na t-twój ślub. Chciałam go zobaczyć. I ciągle chcę...choć już z i-innych powodów - wyznała nagle.

Kitkarę zatkało. Coś było nie tak. Bardzo,bardzo nie tak.

- Matko - powiedziała powoli - Co się stało po tym jak rozmawialiśmy w tej jaskini? Po tym jak ten - tu księżniczka się wzdrygnęła - hiregon...
- Pamiętam...niemoc. Widziałam, słyszałam i czułam wszystko to co bestia. I-i miałam mgliste odczucia twojego przyszłego męża. A potem...p-potem. To było gorsze niż Wielki Krach! Nie wiem jakim cudem nic mi się nie stało. Myślę że nic mi się nie stało dlatego ze przebywałam w tak niezwykłym stanie. Słyszałam...słyszałam jak Punyan wyje z bólu.
A dalej...potem.....p-potem....- znowu zaczęła się jąkać jakby nie mogąc odnaleźć słów na to co się stało "potem".

- Matko...- powiedziała Kitkara bo straszne podejrzenie wkradło się w jej myśli - Spójrz mi w oczy.

Posłuchała. Było to załzawione spojrzenie. Księżniczka nigdy tego nie lubiła jak matka na nią patrzała. Tych oczu o studniach czarniejszych niż próżnia i starszych niż Czas. Ale tym razem na dnie studni dojrzała gwiazdy.
- Na ciemności - powiedziała cicho - Matko, ty...t-t-ty....

Teraz do niej dotarło. Ta troska w głosie, te czyny, te łzy, chęć bycia na ślubie. To nie był akt, to było prawdziwe.

- Mamo...ty masz duszę!
- C-co? Nie chyba się pomyliłaś. Ja? Duszę? M-myślisz że chciałabym by...by...jak?

Nie było pomyłki. Być może zdawała sobie z tego sprawę, miała podejrzenie ale potwierdzenie na głos to było za dużo. Nie było pomyłki, jej matka była przerażona.

- To nie ma znaczenia co byś chciała. J-jakoś ją teraz masz i...
- N-nie...to n-niemożliwe - LoN zaprzeczyła cofając się. I nagle....zniknęła.

Cóż to spora poprawa. Przez chwilę Kitkarze zdawało się że budynek wyleci w powietrze. Fakt ze tego nie zrobiła utwierdził tylko Kitkarę w tym co zobaczyła.
Zrozumiała też coś jeszcze. Z duszą wiążą się eony uczuć. Fakt ze nagle te wszystkie trudności zwaliły się na barki jej matki sprawiły ze Kitkara poczuła że jest jej strasznie jej żal.
I wtedy pomyślała o jeszcze jednej rzeczy. Być może te uczucia przejęła - niczym wirus - od Karela. A to znaczy ze ta troska...ta troska...

- Mamo....- jęknęła podnosząc ramię z wysiłkiem.


*******


Po kilku godzinach drzwi do szpitalnego pokoju monarchy uchyliły się, czas najwyższy...
- Wejść - zażądał Karel.
Do pokoju weszła Nessa, Latacz oraz Caladan.
- Nareszcie....potrzebuję więcej informacji by rozeznać się w sytuacji...ale najpierw...co z Kitkarą.
- Księżniczka nie obudziła się jeszcze ale jej stan jest poza tym dobry Karel-sama. Lekarze mówią że wyzdrowieje szybko. Ale co z...
- Ze mną? - dokończył Karel - obawiam się że nie tak dobrze. Nie odzyskam pełni mocy przez najbliższych kilka miesięcy. Ale mój stan jest nieistotny, poważniejszym zmartwieniem jest stan planu astralnego i konsekwencje tej sytuacji...jak na przykład dzieci rodzące się bez dusz.
- Widzę że nadążasz za sytuacją - stwierdził Caladan
- Muszę...nie mówiąc o tym ze to jest szpital. Słyszę tu WSZYSTKO...czasami ciężko mi przez to spać.
"Nie mówiąc o tym że od czasu gdy odzyskałem przytomność mogę to także zobaczyć. Tryliony kawałków planu astralnego zlepiającego się ze sobą w coraz to większe kawałki."
- Cóż...skoro już tu jesteście to chciałbym usłyszeć wszystkie wiadomości. p[rzede wszystkim te złe.

~~~~~~~~~~

- Rozumiem...- mruknął Karel -...Crex i Poring? Mogłem się tego spodziewać...zresztą nikt inny nie byłby w stanie...ale kara musi poczekać. Najpierw ślub...
- Ślub - zdziwił się Latacz - Po tym wszystkim?
- Miał się odbyć i się odbędzie bez względu na wszystko! - warknął Karel a jego ślepia zapłonęły złością. Po chwili jednak zwiesił głowę - Muszę jej dać choć moment radości bo obawiam się że zaraz potem będzie musiała wziąć część mojej odpowiedzialności na ramiona.
- To znaczy Karel-sama? - zapytała generał.
- to znaczy ze na miesiąc miodowy nie ma czasu. Jeśli moje królestwo ma mieć jakąś przyszłość to sprawa tych bezdusznych urodzin nie może zaczekać. Posłałem już posłańców do Silverwave i Nexus Necroses by magowie zaczęli pracować nad jakaś solucją. Dalej, Andreasie mam do ciebie prośbę...- mówiąc to Karel sięgnął pod poduszkę i wyciągnął stamtąd zmiętoloną kartkę.
- Chciałbym żebyś w swoich snach dowiedział się jak najwięcej możesz o tych rzeczach. Myślę że te informacje mogą być w jakiś sposób chronione ale spróbuj.

W tym momencie do pokoju wkroczył lekarz.
- Sir, księżniczka się obudziła.
- Doskonale - Karel rozpromienił się - Zaraz do niej pójdę jak tylko powiem moim zaufanym co począć.
- Ale Wasza Wysokość sir nie może jeszcze wycho....- zamarł pod wpływem spojrzeniem jakim obdarzył go król - Jak sobie Sire życzy.
- Tak na czym to my...Caladanie obawiam się ze tobie muszę przydzielić więcej niż jedno zadanie.
- Nie za darmo Karel.
- Oczywiście że nie. Potrzebuję ekip remontowych i budowlanych. Ile ich tylko zdołasz zebrać. Magiczna teleportacja nie działa wcale...a przynajmniej nie w wypadku jak chcesz coś przesłać w jednym kawałku więc czuj się swobodnie by skorzystać z zasobów technologicznych. Oprócz tego myślę że niedługo odwiedzą nas Wędrowcy. Szczegóły podam ci później przyślij mi jednak przenośny holoprojektor i choreografów. I na koniec...zajmij czymś Molinę, tylko tego mi brakuje by MAC zaczął wysuwać żądania polityczne.
- Zdajesz sobie sprawę że pracuję też dla nich?
- I dlatego dostaniesz ekstra - szermierz zgrzytnął zębami - A teraz.... - zielonowłosy zaczął zbierać się z łoża. Zachwiał się na tyle silnie że musiał oprzeć się o ścianę.Propozycję użycia laski odrzucił miast tego żądając miecza.

STUK STUK STUK

Uderzenia czubka klingi niosły się po szpitalnych korytarzach informując że posadzce przyda się remont. Omertianie odeszli by wykonać królewskie polecenia, została tylko Nessa patrząca z troską na swojego władcę, gotowa go podtrzymać na wypadek gdyby miał upaść.
- K-kit - zająknął się gdy weszli do pomieszczenia i pokulał tak szybko jak tylko mógł do jej łóżka.
- Karel! W-wszystko, t-twoja twarz...jesteś blady jak trup!
- To nic, nic - powiedział przytulając ją - Jak z tobą?
- Jestem tylko słaba i..odwiedziła mnie matka... - w tym momencie Nessa wyszła by odebrać komunikat w swoim datapadzie.
- Matka? LoN? Czy próbowała....
- N-nie, wręcz przeciwnie ona....- zamilkła, jakoś nie czuła się jeszcze gotowa by powiedzieć o wewnętrznej przemianie swojej rodzicielki.
- Możesz powiedzieć mi później.
- Dobrze. Karel..ten gad...hiregon...
Na te słowa Raiyami zbladł jeszcze bardziej.
- Pamiętam...niektóre rzeczy - zaczął powoli - To moja wina. Powinienem być silniejszy. Ale nie cała, nie jestem tak butny by brać to wszystko na siebie. Gdyby nie Crex i Punyan...- wysyczał ze złością.
- Karel! Mama nie miała z tym nic wspólnego! Ona była przecież tam razem z tobą i...
- Wierze ci. Zresztą wiem o tym. Od czasu gdy się obudziłem mogę patrzeć bezpośrednio na Plan Astralny. Ale wierz mi ta dwójka pożałuje gorzko dnia w którym ich stopa postała na Apexis...Ale dość już o tym, porozmawiajmy o czymś przyjemniejszym. Na przykład o naszym ślubie - stwierdził chwytając ją za dłoń.
- Ś-ślub? Myślałam ze go odwołałeś lub przełożyłeś...po tym wszystkim nie byłabym zaskoczona.
Karel posłał jej pełne uczucia spojrzenie
- Kitkaro...poślubię ciebie choćby na drodze stanąć mi miało Niebo, Piekło i wszystko pomiędzy. Zawsze będą jakieś przeszkody, uroki bycia u władzy. Jeśli będę wszystko przekładać uroczystość nie odbędzie się nigdy.
- Karel-sama! - Nessa ponownie wpadła do pomieszczenia
- Co znowu?! - wrzasnął wściekle.
- Cai Greyblade uciekł z aresztu na bazie orbitalnej.
- Zaraz...co Cai robi w bazie orbitalnej - zdziwiła się księżniczka
- I dlaczego był zamknięty? - dodał tak samo zaskoczony Raiyami
- Nie zdążyłam Waszej Wysokości tego przekazać. Generał Greyblade najwyraźniej stracił zmysły. myślimy że chce dorwać Waszą Wysokosć.
- Nie wrócił do normalności tak jak ja? I czy nie oberwał w taki sam sposób przy tym czasoprzestrzennym mumbo - jumbo? Jakim cudem się rusza?
- nie wiemy. Za dwie minuty będzie na powierzchni. EMP zestrzeli jego myśliwiec jeśli spróbuje dokonać lotu samobójczego na szpital. Drużyna przechwytująca będzie na niego czekać.
- Rozumiem. Wygląda na to że to nie jego wina że mu się pomieszały klapki w tym rudym łbie. Naprawcie go. Siłą jeśli trzeba. A jak wróci do siebie czas by się nauczył odpowiedzialności. Podczas mojej walki z nim (widziałem już w wiadomościach) zginęło kilka tysięcy osób. To też moja wina ale ja byłem bestią. Jego NIC nie tłumaczy. Czas by się nauczył odpowiedzialności...
- Cóż Sir...na miejscu jest Ekara.
W pomieszczeniu zapadła cisza.
- Upewnij się że nie zrobi mu trwałej krzywdy...

_________________
"So come forth, Avenger. It is time to put our lingering dispute... to an end!"
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość
Smk Płeć:Mężczyzna


Dołączył: 28 Sie 2011
Status: offline

Grupy:
Syndykat
PostWysłany: 03-06-2012, 13:27   

Prom nie przejawiał cech samobójczych. Niemniej środki zostały podjęte i klucz myśliwców otoczył maszynę gdy tylko ta przestała być meteorem.
Pojazd grzecznie wykonał podejście do lądowania na wskazanym pasie, daleko od szpitala. Bez incydentów podkołował do hangaru w którym czekał komitet powitalny złożony ze wszystkich oddziałów piechoty i kawalerii pancernej akurat nie zajętych wsparciem drużyn ratowniczych zajmujących się pokłosiem walki na planecie.
Zapadła nerwowa cisza, przerywana jedynie cykaniem stygnącego pancerza wahadłowca.


Nic.

Włazy nie otworzyły się, bogate uzbrojenie promu szturmowego nie aktywowało systemów celowniczych, reaktor nie przeładował się. Nic też nie rozerwało kadłuba i nie wyszło najkrótszą drogą.


Gdy po paru minutach nic nie dziania się posłano parę szeregowców do zbadania urządzenia latającego zebrane siły odetchnęły z ulgą.

Prom był pusty.

----

Nessa z pewną nieśmiałością zwróciła się do przełożonego.
-Eh...Karel-sama?
-Co zrobił tym razem? - szermierz powoli wyrabiał u siebie prekognicję w aspekcie rudzielca - wyrżął wszystkich? Podpalił miasto? Poszedł na lody?
-Em.. prom był pusty.
Karel zatrzymał się w pół ruchu. Zamknął oczy i wziął głęboki oddech. Drugi.
Przy trzecim otworzył oczy i zadał pytanie, nie kierując je wobec kogoś konkretnego.
-Gdzie jest Cai?


---

Nieco wyżej.

Ponad Esopolis niebo było zwykle zatłoczone. Z okazji śłubu jednak przesunięto satelity energetyczne, lustra orbitalne, fabryki, farmy i wszelkie inne atrakcje na orbity nie zaśmiecającego nocnego nieba. Wymagało to powieszenia większości z tych obiektów na silnikach manewrowych, a w wypadku olbrzymich farm, użycia holowników.

W zamieszaniu mało kto zauważył iż cały ten złom zaczął się sukcesywnie wyłączać i wchodzić na nowe trajektorie.
Takie kończące się nad katedrą, szpitalem i zasadniczo gęsto zaludnionymi obszarami miejskimi.

---

Nagle pobladła Nessa podała Karelowi komunikator.
-Ekara na lini, Karel-sama.

-Sir, przemysł orbitalny spada nam na głowy.

Karel ponownie zamknął oczy i począł oddychać głęboko...

-Więc uaktywnijcie systemy obrony planetarnej. Istnieją właśnie na taką ewentualność, prawda?

-W tym problem. Komputery są zablokowane w trzygodzinnym cyklu samotestującym. Można tylko strzelać przy użyciu ręcznego sterowania i ..
-Więc dlaczego tego nie robicie?
-Korpus artyleryjski został oddelegowany jako gwardia honorowa na pański ślub?
-Ah. Więc posadźcie kogo się da i rozwiążcie ten problem.
-Tak jest.

"Kogo się da" oznaczało niemal wszystkich marines w granicach metropolii.

---

Gdy ponad szpitalną ciszą rozbrzmiały głuche łupnięcia strategicznie rozmieszczonych dział Karel ponowił pytanie, tym razem komunikując się ze wszystkimi gałęzami służby wojskowej na planecie.
-Gdzie. Jest. Cai?

W tym momencie w szpitalu padło zasilanie.
Gdy włączyły się awaryjne generatory, wszystkie spryskiwacze przeciwpożarowe otworzyły się, zalewając szpital.
Ah. Ciśnienie w instalacji tlenowej zwiększyło się kilkukrotnie. Plastikowe nakrętki na portach dostępowych w pokojach szpitalnych poczęły przepuszczać czysty tlen do pomieszczeń, lecz w tym zamieszaniu jakoś nikt tego faktu nie zauważył. Większość była zajęta ratowaniem życia, klnięciem, kombinacją obu tych czynności tudzież wywarkiwaniem poleceń do komunikatora z rządaniem wyjaśnień.
Poza Karelem.
Ten stanął w lekkim rozkroku i pewnie uchwycił rękojeść miecza.

_________________
There is no "good" or "bad". There is only "fun" and "boring".
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość
Wyświetl posty z ostatnich:   
Strona 7 z 7 Idź do strony Poprzedni  1, 2, 3, 4, 5, 6, 7
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików
Możesz ściągać załączniki
Dodaj temat do Ulubionych


Skocz do:  

Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group