Satrapia w okolicach Puyo (której nazwy nie chce mi się wymyślać) była spokojnym miejscem, w którym ludzie żyli (w miarę) dostatnio i szczęśliwie - zwłaszcza, że władcy pozostawali w doskonałych stosunkach z Błogosławioną Wyspą, co przekładało się na pozycję gospodarczą i polityczną satrapii. Zostali nawet adoptowani przez ród Nellens, teoretycznie posiłkując się plotkami, jakoby korzenie rodu sięgają Błogosławionej Wyspy, chociaż poza nieco bardziej "północną" niż przeciętna urodą rodu nie było po temu żadnych przesłanek. Układy, układy… Esmeraude Nellens (dla przyjaciół i rodziny Essie) była najmłodszą z ośmiorga potomków władców satrapii. Wiadomo było, że władzy nie odziedziczy, starsze siostry zaś "obstawiły" już co bardziej konieczne małżeństwa polityczne. Jej pozostała rola ukochanej, wychuchanej i kompletnie rozpieszczonej maskotki. Takiej, która jest w stanie wymóc na rodzicach i rodzeństwie niemal wszystko i której wszystko uchodzi na sucho. Essie wykorzystywała to oczywiście ile wlezie, a że jak każdy dzieciak chciała bawić się i szaleć, a życie dworskie i lekcje etykiety nudziły ją niemożebnie, wymykała się do ciekawszego (i zdecydowanie nieodpowiedniego) towarzystwa dzieci służby, kupców i tym podobnego plebsu. Rodzice nieco załamywali ręce, ale córeczka zbyt dobrze wiedziała, że i tak najgorszy szlaban zdejmą za co najwyżej dwie godziny, żeby byli w stanie cokolwiek na niej wymóc. Ostatecznie uznali, że skoro latorośl wykazywała zainteresowanie wymachiwaniem mieczem i rzucaniem nożami (zapewne dlatego, ze kolegom z podwórka to imponowało), to równie dobrze jej edukacja może pójść w tym kierunku. W sumie byli nawet zadowoleni, że Essie nie jest zainteresowana poważną karierą wojskową (jeszcze coś by jej się stało), ale dobrze, żeby w razie czego umiała sobie poradzić - a i starsi bracia mieli radochę, że mogą pouczyć siostrzyczkę. Przy tych warunkach brzegowych dziewczę mogło oczywiście wyrosnąć na rozwydrzonego potwora, ale towarzyska, energiczna Essie dość zdecydowanie potworem nie była, pomimo tego, że instynktownie zdawała sobie sprawę ze swoich atutów i potrafiła je wykorzystywać (głównie załatwiając to i owo znajomym i niższym statusie społecznym). Bardzo lubiana zarówno na dworze, jak i poza nim, nieco bezczelna, ale przy tym ciepła i empatyczna, miała mnóstwo przyjaciół, a w domu kochała i była kochana. Ot, sielanka. Drobny zgrzyt w jej życiu pojawił się, gdy niedługo po zniknięciu Szkarłatnej Cesarzowej zmarł stary satrapa, a na jego miejsce przysłano nowego - zimnego sukinkota, który zajmował się głównie kalkulowaniem zysków, które daje się wyciągnąć z kolonii. Nie dość, że drastycznie podwyższył podatki, to jeszcze zagarnął część ziemi ku chwale imperium i sprowadził tabuny niewolników do pracy. Dla szesnastoletniej wówczas Essie to był szok, że można tak traktować ludzi (niewolnictwa wcześniej w satrapii praktycznie nie było). A kiedy ogłosił, że satrapia ma wysłać na Błogosławioną Wyspę dwa tysiące niewolników, ludzi sprzedanych za długi, szlag ją ciężki trafił. Zwłaszcza, że część osób z listy znała osobiście... Essie nie była osobą, która czekałaby z założonymi rękami na jakiś cud, kiedy działo się coś złego, nie poczuwała się również do bycia bezradnym dziewczątkiem, które woli się nie narażać. Gdy okazało się, że drogami oficjalnymi (głownie przez rodziców, którzy sami z siebie też aktywnie protestowali i próbowali coś zdziałać) nie jest w stanie nic ugrać, postanowiła wziąć sprawy w swoje ręce. Na biurokracji się nie znała, ale za to miała sporo pomysłów, kto się może znać –zaś łapówki wspomagane chwilami uwodzeniem, niekoniecznie zupełnie niewinnym, bywają skuteczną bronią. Ostatecznie część ważnych papierów zaginęła w niewyjaśnionych okolicznościach (a sporządzenie nowych zajmowało podejrzanie dużo czasu), ale to nie wystarczyło. Skończyło się na tym, że przy próbie zrobienia łapanek siły porządkowe zaczęły odbijać się od zamaskowanych buntowników, wśród których prym wiodła morderczo szybka dziewczyna posługująca się bronią miotaną jak doświadczony wojownik… Jej tożsamości nie udało się odkryć, a nawet jeśli ktoś miał jakieś podejrzenia, nie miał dowodów. Nie wspominając o tym, że nikomu z wyjątkiem najbliższego otoczenia satrapy nie zależało przecież na tym, żeby narobić kłopotów absurdalnymi oskarżeniami pewnej miłej panience. Essie w żadnym momencie nie uświadamiała sobie w pełni, że zabawa w ruch oporu jest naprawdę niebezpieczna. Dla niej to byłą przede wszystkim przygoda, w której czuła, że robi coś dobrego i ważnego. Nareszcie żyła pełnią życia, przydawała się, nawet „trochę” ryzykowała i zaczynała takie życie na krawędzi ryzyka, adrenalinę uderzającą do głowy, naprawdę lubić. Satrapia tymczasem miała większe i poważniejsze problemy, niż użeranie się z wewnętrznymi zamieszkami, którym większość osób i tak po cichu kibicowała. Armia Ma-Ha-Suchiego zapuszczała się coraz dalej na północ i choć nikt nie podejrzewał, że może zajść aż tak daleko, ludzie przyciszonymi głosami przekazywali sobie straszliwe historie, tak mrożące krew w żyłach, że musiałby być przesadzone. Zaszła aż tak daleko. I nie były przesadzone, ani trochę. Zbagatelizowano problem, a potem było już za późno. Zabrakło wielkiej mobilizacji armii, uzbrojenia, wszystkiego. Obrońcy zostali wyrżnięci do nogi, a gdy armia zwierzoludzi wtargnęła do miasta… Istnieją rzeczy zdecydowanie gorsze od śmierci. Essie oczywiście nie było wśród obrońców, a potem, w grupie jeńców pędzonych nie wiadomo gdzie i po co, nie miała specjalnie dużego pola manewru. Co nie znaczy, że nie próbowała. Zawsze istniała jakaś szansa, że jeśli grupie osób uda się odwrócić uwagę strażników, może chociaż niewielka część pozostałych zdoła uciec. Owszem, zwierzoludzie nie doceniali „słabych” kobiet i co odważniejszych dzieciaków, ale nie na tyle, żeby rozpaczliwe plany tego typu miały jakąkolwiek szansę powodzenia. Ściągając na siebie uwagę oprawców, „zyskali” co najwyżej tyle, że bestie zostawiły ich sobie na sam koniec – żeby mogli patrzeć, co robią ich najbliższym i znajomym. A armia Ma-Ha-Suchiego potrafiła zamienić ostatnie dni życia w koszmar, którego nikt normalny nie byłby w stanie sobie nawet wyobrazić. Kiedy umierała po zaledwie niecałych dwóch tygodniach niewoli, żałowała tylko tego, że nie mogła zrobić nic więcej. Czegokolwiek. Dla rodziny, dla przyjaciół, dla tych wszystkich, którym nie była w stanie pomóc, bo była tak żałośnie słaba i bezbronna. Nie, żeby mogła coś na to poradzić, ale świat nie powinien tak wyglądać, nie tak… Dlatego gdy w jej głowie zabrzmiał głos – który uznałaby za majaki, gdyby nie był tak przerażająco realny – praktycznie się nie wahała. Świat był przeklęty i zgubiony, ale dopóki istniał, zawsze istniało jakieś pole manewru. Coś, co można byłoby zdziałać, gdyby tylko miało się po temu środki – a środki głos również obiecywał. Oczywiście, było trochę kruczków, ale przecież kruczki zawsze dają się jakoś omijać. Zresztą nawet, gdyby miała zostać uosobieniem śmierci i zniszczenia, w tej chwili nie miała nic przeciwko. Wspomnienia tych, którym życzyła śmierci w najgorszych męczarniach, były zbyt świeże, żeby się wahała. Za możliwość działania Essie była gotowa oddać wszystko. Nawet imię i duszę. *** Szkolenie przeszła nie tylko bez większych problemów, ale również bez większych refleksji co do słuszności dokonanego wyboru. Oderwana od znanego sobie świata, za narzędzia, które mogłaby kiedyś wykorzystać do własnych celów, była gotowa na wszystko – a przynajmniej tak jej się wydawało. Zresztą Maska Zim sprawiał wrażenie raczej zadowolonego z nowej rekrutki, nie dość, że uzdolnionej wojowniczki, to jeszcze dość wyraźnie niezłej w przekonywaniu innych do swoich racji, i nie utrudniał jej jakoś specjalnie życia . Byłą dobrym materiałem na zabójczynię – łatwo wtapiającą się w tłum, a jednocześnie zdolną sobie bez trudu poradzić nawet z wojskowym oddziałem. Nienarodzeni zaakceptowali ją bez większych problemów i nadali jej imię Gwiazdy, Która Upadła z Najczarniejszej Otchłani Nieba. I już jako Gwiazda zaczęła być wysyłana na niezbyt istotne misje do Kreacji. Zarówno Maska Zim, jak i Nienarodzeni nie wzięli pod uwagę jednego. Dopóki obracała się głównie w Podświecie i nie miała kontaktu z nikim poza innymi Abyssalami (zazwyczaj mocno antypatycznymi) i czasem duchami, nic nie było w stanie zburzyć starannie pielęgnowanej nienawiści do świata, który krzywdził i istot, które nie zasługują na to, żeby po nim kroczyć. Jednak Essie za życia kochała ludzi i świat ponad wszystko i nie trzeba było dużo czasu, aby obudzić w Gwieździe ciepłe wspomnienia. Śmierć była piękna, byłą wybawieniem, była celem samym w sobie… ale Gwiazda zdawała sobie sprawę, że kiedyś podchodziła do tego inaczej. Zmieniła się i wiedziała o tym, a im dłużej analizowała sytuację, tym lepiej rozumiała, jak bardzo. Tym bardziej, że wspomnienia ciągnęły ją do ludzi, i choć wiedziała, że życie śmiertelniczki powinna porzucić raz na zawsze, regularnie łapała się na tym, że osoby, które zgodnie z rozkazami miała okręcić sobie wokół palca i wykorzystać, budzą w niej (odwzajemnioną zresztą) sympatię. Po zaledwie kilku miesiącach z przerażeniem uświadomiła sobie, że się przeliczyła, i to bardzo. To nie było życie, które byłaby w stanie zaakceptować. W dodatku spoufalanie się z ludźmi niespecjalnie podobało się Niezrodzonym i zanim odkryła, jak bardzo trzeba się z tym pilnować, skończyło się morzem trupów wymordowanych jej rękami, którymi sterowała moc umarłych stwórców świata. Mogła się tylko przyglądać czemuś, co jakaś część jej uznawała za piękne i pociągające, podczas gdy cała reszta niej krzyczała ze zgrozy. Ta jej część, która z fascynacją przyglądała się pogromowi niewinnych ludzi, przerażała ją znacznie bardziej, niż bycie Anatemą i służba martwym bóstwom. Była potworem – i zamierzała coś z tym zrobić. Im szybciej, tym lepiej. Propozycja Revana, który obiecał jej pomoc w pozbyciu się brzemienia śmierci, była nie do odrzucenia. Nawet, jeśli była porywaniem się z motyką na Niezwyciężone Słońce. *** Gwiazdka w chwili śmierci miała około 18 lat. Jest młodziutka, ale to już bardziej kobieta, niż dziewczynka. Ma dość mocno kręcone, bardzo ciemne, prawie czarne włosy i bursztynowe oczy, które w zależności od oświetlenia bardziej lub mniej wpadają w czerwień. Cerę ma znacznie jaśniejszą, niż za życia. Jest raczej niska (162 cm) i drobna, przywodzi na myśl filigranową porcelanową laleczkę. Zdecydowanie nie wygląda groźnie - nawet ta kosa, którą nosi tego nie zmienia. Łatwiej o niej myśleć jako o bezbronnej istotce, którą trzeba chronić, niż o niebezpiecznej wojowniczce, którą w istocie jest. Sposób bycia nie zmienił jej się prawie wcale od czasów, gdy była szczęśliwą, rozpieszczoną panienką z dobrego domu. Jest miła, bezpośrednia, łatwo przekonuje do siebie ludzi. Po abyssalskim szkoleniu doskonale zdaje sobie sprawę z tego, w jaki sposób ludzie ją odbierają i jak można to wykorzystać do swoich celów. Niespecjalnie się tym ujawnia, rola „słodkiej idiotki” jest wygodną pozycją obserwacyjną, ułatwia również szukanie sojuszników. Na swoje nieszczęście(?) niemal równie łatwo odwzajemnia sympatię ludzi i zwykle dość szybko okazuje się, że woli zrezygnować z ewentualnych profitów, niż wkopać ich w coś paskudnego. Poza tym wciąż jest w niej sporo z niedojrzałej dziewczynki, bo prawdziwej dojrzałości jako żywo nie miała się kiedy nauczyć, skacząc z zupełnie cieplarnianych warunków w koszmar. Nie bardzo wierzy w to, że odkupienie jest możliwe, a tym bardziej w to, że jest w stanie zapanować nad swoją naturą. Ale nie należy też do tych, którzy łatwo się poddają losowi i ograniczają się do biadolenia, jak im źle na świecie. Dopóki ma taką możliwość, będzie działać.