FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy
RejestracjaRejestracja  Galeria AvatarówGaleria Avatarów  IRC (qchat mibbit)  ZalogujZaloguj

Poprzedni temat :: Następny temat
  DeadJoker: "Mandarynki pachną"
Wersja do druku
DeadJoker Płeć:Kobieta
Soul Loser


Dołączyła: 02 Lut 2007
Skąd: Prosto od krowy!
Status: offline

Grupy:
AntyWiP
Lisia Federacja
Tajna Loża Knujów
PostWysłany: 18-09-2009, 16:41   DeadJoker: "Mandarynki pachną"

Moje pierwsze opowiadanie. Rodziło się w bólach od podstawówki. Dopiero teraz je spisałam. Piszę już dwunasty rozdział, na razie prezentuję dwa pierwsze. Są co prawda zupełnie inne niż reszta, bo służą wprowadzeniu, a zawiązanie akcji będzie dopiero w trzecim. Jestem otwarta na krytykę.

Rozdział pierwszy: Zapach, który zabija

Ten człowiek znowu puka w okno. Cichy i jakże dziwny dźwięk. Nie przypomina niczego innego. Jest lepki i oślizgły. Brzmi w ciszy jak stukanie w samo centrum przerażonej jaźni. Teraz człowiek coś mówi. „Pieluchy, Pieluchy”, „To jest choroba jak każda inna, nie przejmuj się”. Ma piskliwy, chrapliwy głos, jakby miał problemy z oddychaniem.
Agnieszka słyszała te słowa co noc od pięciu dni od czasu tej wpadki. Co noc widziała tą scenę. Ona sama. Idzie środkiem korytarza. Stara się na nikogo nie patrzeć, aby nikt nie odwrócił się i nie powiedział „No co się k….gapisz?!” Patrzy przed siebie, idzie spięta, dłonie trzymając na szelkach tornistra. Nie widzi Zwierzyńskiego, który wystawia nogę. Agnieszka się przewraca, przewraca się na kolana, zawartość tornistra ląduje na ziemi, książki rozsypują się po podłodze. Ale to bynajmniej nie jest najgorsze. Razem z książkami rozsypują się białe podpaski. Teraz już nie ma ratunku. Zwierzyński opiera ręce na kolanach i pochyla się, patrząc Agnieszce prosto w oczy. Wszyscy, którzy akurat przebywają w okolicy zbierają się dookoła ofiary i drapieżcy.
-Widzę, że mimo wszystko Matka Natura pamięta o małej Agnieszce-stwierdza ten ostatni.
-Zamknij jadaczkę-dziewczyna próbuje zachować spokój, ale nie jest to proste.
-Daj spokój, Jędrzej-na horyzoncie pojawia się Arnold z 3a. Teraz dopiero się
zacznie.-Ona po prostu nie może zdążyć do toalety.-Jego głos, w którym pobrzmiewała ohydna satysfakcja przebijał się przez błony bębenkowe i palił wnętrzności żywym
ogniem.-Powinnaś korzystać raczej z pieluch, podpaski niewiele tu dadzą, hehe. -Gruby Arnold był tym, który rozpuścił plotkę o rzekomych problemach z pęcherzem Agnieszki, kiedy ta oblała się soczkiem (wiśniowo-jabłkowy firmy Tymbark®) i najbardziej jej z tego powodu dokuczał.
Agnieszka wiedziała, że musi teraz bardzo kontrolować swoje emocje. Milcząc zebrała książki, schowała je do tornistra i skierowała się do wyjścia ze szkoły, ostentacyjnie zostawiając na środku korytarza podpaski. Wyszła z budynku i szła przez kilka minut spokojnie, dopiero, kiedy była pewna, że nikt ze szkoły jej nie widzi zaczęła iść szybciej. Jednak ktoś ją widział. To Martynka z klasy równoległej.
-To jest przecież choroba jak każda inna, jak alergia albo astma. Nie przejmuj się.
-Zamknij się-odparła Agnieszka i zaklęła nieprzystojnie, kopiąc koleżankę w piszczel. Ta poczerwieniała i Agnieszka przez chwilę myślała, że Martynka jej odda, ale ta odwróciła się na pięcie i wróciła do szkoły. Jej mina mówiła: „Mój adwokat się tobą zajmie”. Agnieszka wróciła do domu.
Prosiła mamę o przeniesienie do innej szkoły.
-Że co? Nie ma mowy-odparła rodzicielka zdecydowanie. Dziewczyna wyczytała z jej twarzy, że mama ma ochotę wyrzucić jej, że Agnieszka chce zmienić szkołę, za którą mama zapłaciła słone pieniądze. W domu dziewczynki nigdy nie brakowało pieniędzy, ale były one bardzo szanowane.-A poza tym słyszałam, że opuściłaś dziś kilka lekcji. Nie włączysz dziś telewizji.
Agnieszka powinna już spać od kilku godzin, ale nie była w stanie. Ten człowiek nie pozwalał. Najgorsze w nim było to, że nie było wiadomo, czy w ogóle tam jest. Siedział za oknem i stukał w rynny rytmem podobnym do rytmu ludzkiego serca. Agnieszka nie wiedziała, czy to jej własne serce tak bije, czy człowiek rzeczywiście stuka w rynnę. Wiedziała natomiast, że jeśli ten istnieje, ma na twarzy białą maskę, a na dłoniach białe rękawiczki. Bała się myśleć, co kryje się pod maską. Po głowie od kilku dni chodził Agnieszce pomysł, straszny pomysł. Teraz poczuła, że pomysł już dojrzał. Wstała z wyraźnym zamiarem. Miała opracowany genialny plan. Dzisiejsza noc nadawała się idealnie do jego realizacji. Dziewczyna wiedziała z telewizji, że tej nocy Galeria będzie otwarta całą noc z powodu premiery najnowszej części Harry’ego Pottera. Otworzyła szafkę i zaczęła w niej grzebać. Po chwili wyciągnęła falbaniastą, czarną sukienkę. Ubrała się w nią i podeszła do lustra, stąpając na palcach, aby nie zbudzić mamy, która oczywiście by ją powstrzymała.
-Wyglądasz idiotycznie. Jak Kurololi. Nie wiem, jak ty zamierzasz się tak pokazać ludziom.-stwierdził głos w umyśle. Człowieczek, do którego należał miał pociągłą twarz i podkrążone oczy bez wyrazu, a czubek jego łysej głowy lśnił w świetle Księżyca w pierwszej kwadrze.
-Nie przejmuj się nim-pocieszał drugi głos. Jego właściciel miał brzydką, okrągłą, karykaturalną buzię z nosem o kształcie świeżego kalafiora i sterczące, rude włosy.-Wyglądasz ślicznie. Ta suknia będzie bardzo pasowała do szkarłatu.
Agnieszka posłuchała drugiego człowieczka. Na żółtej, samoprzylepnej karteczce skreśliła kilka słów i przykleiła ją do ekranu komputera. Wzięła portfel i po cichutku otworzyła drzwi. Wyszła i skierowała się do przystanku autobusu. Księżyc rozdzielał światła i cienie między ulicę, drzewa i metalicznie lśniące powierzchnie samochodów. Agnieszka szła szybkim krokiem. Myślała, że plan, który powzięła uwolni ją od strachu, ale teraz czuła się jeszcze bardziej spięta. Wiedziała, że już krótko, ale cierpienie sprawiała jej myśl, że w każdej chwili może zawrócić. Nie wiedziała, czy da radę. Wiedziała, że robi źle.
Kupiła bilet w całodobowym i spojrzała na zegarek: 23. 15. Ustawiła się na przystanku i cały czas walczyła z sumieniem, które kazało jej wracać do domu. Czekała bardzo długo, ale autobus w końcu przyjechał. Wsiadła do prawie pustego pojazdu. Siedział tu tylko śpiący staruszek, od którego zalatywało wódką i młoda kobieta ubrana jak prostytutka.
Agnieszka dojechała do Galerii i wysiadła. Była 23. 40. Weszła do budynku i skierowała się do windy. Jak zwykle jazda windą wywróciła jej bebechy na lewą stronę. Galeria była wielkim budynkiem o niezdarnej, czerwonej bryle przytulonej do siedziby „Gazety Wyborczej”. Wypełniała go niezliczona ilość rozmaitych sklepów, butików, knajp, lodziarni i różnego pokroju spelunek, w których gromadziło się podejrzane towarzystwo. Dzisiaj jednak wszyscy zgromadzeni byli w Empiku, gdzie odbywała się uroczystość z okazji premiery książki. Agnieszka wysiadła z windy na najwyższym piętrze. Skierowała się w stronę fontanny. Jej kroki były nienaturalnie sprężyste. „Teraz nie ma już odwrotu”-powtarzała sobie w myśli. Podeszła do balkonu i spojrzała na zegarek, była 23. 59. Dziewczyna wiedziała, że musi zginąć dokładnie o 0. 00., aby jej śmierć była naprawdę romantyczna. Już jest-jest godzina 0. 00. Agnieszka wychyla się przez barierkę, jest dokładnie nad fontanną. Odpycha się od ziemi i skacze.
Upadek trwał sekundy. Dziewczyna teraz leży w wodzie bez czucia. Na jej twarzy jest spokój. Jej oczy i usta są zamknięte. Woda w fontannie miesza się z krwią. Fontanna pluje teraz czerwienią.

Rozdział drugi: Zapach, który ożywia

Agnieszka zobaczyła mleczne światło, które ją oślepiało. Powoli przypominała sobie, co się stało. Pamiętała, że skoczyła do fontanny. Czy wobec tego jest w zaświatach? Ostry ból głowy i pleców raczej wykluczył tę ewentualność. Podniosła głowę na tyle, na ile pozwalał jej obolały kręgosłup. Stwierdziła obecność na swojej klatce piersiowej plątaniny przezroczystych rurek. Rurkę miała też, jak zauważyła, w nosie. Spojrzała na prawą rękę. Był w nią wbity wenflon. Niewątpliwie była w szpitalu. To znaczyło, że żyje. Spojrzała w prawo i zobaczyła torebkę z bliżej nieokreślonym płynem brzydkiego koloru. Spojrzała w lewo i ujrzała gotyckie okno. Tym, co ją zaciekawiło był niewielki, okrągły nieprzezroczysty obiekt w środku okna.
Agnieszka przebywał w szpitalu dość długo. Liczyła dni. Wyszło szesnaście. Jej stan zdrowia się poprawiał i aparatura była powoli odłączana. Kiedy tylko za drzwiami zniknął lekarz, który odłączył ostatnią rurkę, dziewczyna wstała z łóżka i z pewnym wysiłkiem wspięła się na parapet. Dotknęła dziwnego przedmiotu w oknie, gdy nagle ten zalśnił jasnozielonym światłem. Po chwili światło zgasło i Agnieszka sama nie zauważyła, kiedy obiekt znalazł się w jej dłoni. Był ciepły i Agnieszka poczuła silne pragnienie posiadania tego przedmiotu. Wzięła go i schowała pod poduszkę. W tej samej chwili drzwi sali się otworzyły i dziewczyna ledwo zdążyła wejść z powrotem do łóżka, zanim weszła lekarka.
-Muszę się przyznać, że pierwszy raz widzę, jak tak ciężko ranna osoba dochodzi do zdrowia w tak krótkim czasie. Wkrótce będziemy mogli cię wypisać.
-Co teraz ze mną będzie?
-Mama zawiezie cię do innego szpitala.
Inny szpital był żółtym, peerelowskim budynkiem o dwóch kondygnacjach. Wyjątkowo nie podobał się Agnieszce. Wnętrze nie było lepsze: podłoga wyłożona była brudnym, zmechaconym dywanem, a na białych ścianach wywieszone były wątpliwej jakości artystycznej rysunki pacjentów. Stało się-Agnieszka trafiła do szpitala dla psychicznie chorych.
Najpierw trzeba było osiągnąć drugie piętro, aby przeprowadzić rozmowę z ordynatorką oddziału młodzieżowego, na który trafić miała Agnieszka, następnie, gdy już została przyjęta, koniecznym stało się zejście na parter, aby przeprowadzić badania ogólne. Dziewczynkę osłuchano, opukano i, mimo stanowczych protestów, pobrano krew do analizy, zaczem odesłano z powrotem na drugie piętro, gdzie Agnieszka trafiła do Sali 107. Mama została z córką do wieczora, po czym musiała ją opuścić, zostawiając kilkanaście pączków, piżamę, zapasową bieliznę na cały tydzień i dużo soczku (jabłkowo-wiśniowy firmy Tymbark®). Agnieszce przeszła już ochota na pozbawianie się życia, najważniejszym było, że jak na razie nie wróci do szkoły, wszak ordynator wspominała, że dziewczyna zostanie tu co najmniej kilka miesięcy. Co więcej, ordynatorka stwierdziła kategorycznie, że Człowiek w Białej Masce jest elementem stanu depresyjno-lękowego, w jakim znalazła się Agnieszka. Bohaterka postanowiła się zapoznać z innymi dziewczynkami z sali. One jednak bynajmniej nie miały ochoty zapoznać się z Agnieszką i były w przeważającej większości, czyli dwie z trzech, najbardziej wychudzonymi osobami, jakie dziewczyna widziała, z czego wyciągnęła wniosek, że cierpią na anoreksję. Trzecia pacjentka była dużo bardziej rozmowna, nazywała się Justyna i trafiła do szpitala z powodu nagminnego picia szamponu.
Agnieszka siedziała w szpitalu już ponad tydzień. Cały czas trzymała w kieszeni przedmiot, który znalazła w oknie na OIOMie. Mama przyjeżdżała codziennie, przywożąc nowe pączki, które pleśniały potem w lodówce, gdyż dziewczynka nie nadążała z ich jedzeniem. Dzieliła się nimi z koleżankami i kolegami, ale i tak sporo zostawało.
Większość pacjentów szpitala stanowiły smutne nastolatki z pociętymi rękami albo nadpobudliwi chłopcy. Dwie anorektyczki z sali Agnieszki spędzały cały czas wolny w palarni kopcąc niemiłosiernie. W chwilach, gdy palarnia była zamknięta, kopciły w toaletach, do których z tego powodu Agnieszka brzydziła się wchodzić, gdyż smród panował tam niemiłosierny. Wśród pacjentów wyróżniał się Rysiu. Rysiu był niewysokim osobnikiem, który nie wyglądał na swoje trzynaście lat. Miał wielkie, wodniste oczy, brązowe włosy i okrągłą buzię upstrzoną niewiarygodną ilością piegów. Zawsze chodził w brązowej skórzanej kurtce podszytej barankiem i brązowej czapce pilotce. Na szyi nosił niezmiennie czerwoną chustkę w zielone groszki i nieodłączne gogle na szyi. Ryszard przez większość czasu popisywał się chwytami karate i Agnieszka zastanawiała się, czy mu nie uwierzyć, że przed trafieniem do szpitala przez trzy lata chodził na zajęcia ze wschodnich sztuk walki. Ryszard był w szpitalu już dosyć długo i krążyły o nim różne legendy. Jedna mówiła, że trafił tu dlatego, że zamordował nauczycielkę plastikowym widelcem i stwierdzono u niego niepoczytalność. Ta przemawiała najbardziej do wyobraźni Agnieszki.

***

Cecylia tryumfalnie wkroczyła do szpitala, przemknęła koło okienka rejestracyjnego i ukryła się pod schodami. Rozłożyła wielki plan i zlustrowała go uważnie.
-To będzie największe takie przedsięwzięcie w tej dekadzie! Buahahaha hahahaha
haha!- roześmiała się jak rasowy czarny charakter. W chwilę potem zauważyła na sobie zdegustowane spojrzenia wszystkich obecnych. Nieco zdeprymowana odchrząknęła i skierowała się do bufetu. Nie siedziała tam długo, wyszła po trzech, może czterech minutach i spokojnie udała się w zupełnie inną stronę szpitala. W chwilę później personel szpitala stworzył zaaferowany tłum w okolicach bufetu, zaalarmowany krzykiem bufetowej. Z pomieszczenia dobywał się dym. Obecni poczuli charakterystyczny słodki zapach. Co odważniejsi zbliżyli się do źródła owego dymu i zauważyli z lekką konsternacją, że nie ma żadnego pożaru. Jest tylko wyjątkowo kopcące kadzidełko, położone na stole, w mało widocznym miejscu.
Tymczasem Cecylia zbliżyła się do drzwi do piwnicy. Naturalnie były one zamknięte, ale to nie powstrzymało dziewczyny. Wyjęła kawałek drutu i chwilę pomajstrowała w zamku. Drzwi ustąpiły. Cecylia dała krok w ciemność. Zapaliła latarkę i zaczęła iść naprzód. Po jakichś pięciu minutach zobaczyła kolejne drzwi, tym razem zamknięte na kłódkę. Dotknęła kłódki, aby otworzyć ją wytrychem, ale ta zaczęła świecić liliowym światłem i ustąpiła bez problemu. Cecylia przyjrzała się lśniącemu przedmiotowi. Piękne światło. Uwielbiała błyszczące cacuszka, a kłódka miała w sobie coś niezwykłego. Naturalnie niezwykłe było to, że świeciła. Ale nie tylko. Miała pewien niewypowiedziany, delikatny urok, który działał na poetycką naturę Cecylii. Wzięła kłódkę w ręce i schowała do kieszeni. Poszła dalej.

_________________
Za czasów rycerstwa, smoków i komuny
Nim łamanie kołem całkiem wyszło z mody
Gdy inkwizytorzy nosili shotguny
Autor tego posta przeżywał przygody
Przejdź na dół
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość Odwiedź stronę autora
Hisayo Płeć:Kobieta
Mniumniu! ♫


Dołączyła: 11 Kwi 2009
Skąd: Warszawa
Status: offline
PostWysłany: 19-09-2009, 08:07   

Opowiadanie jest bardzo ciekawe. Literówek nie wyłapałam, błędów też, jedyne, co może razić, to konstrukcja dialogów. Po myślnikach stawia się spacje, a tu ich nie ma za bardzo, co trochę utrudnia czytanie.
DeadJoker napisał/a:
w zupełnie inną stronę szpitala. W chwilę później personel szpitala

- powtórzenie. Zamiast "personel szpitala" równie dobrze mogłoby być "personel kliniki", oczywiście jeśliby tobie pasowało.
Według mnie, opowiadanie dobre, bo ani za dlugie, ani za krótkie, a i czyta sie szybko. Na czwórę z plusem, o.

_________________
I tried, and therefore no one should criticise me!
Powrót do góry Zobacz profil autora
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość Odwiedź blog autora Odwiedź galerię autora Odwiedź listę obejrzanych anime / przeczytanych mang
 
Numer Gadu-Gadu
1909381
DeadJoker Płeć:Kobieta
Soul Loser


Dołączyła: 02 Lut 2007
Skąd: Prosto od krowy!
Status: offline

Grupy:
AntyWiP
Lisia Federacja
Tajna Loża Knujów
PostWysłany: 19-09-2009, 08:59   

Ale to jest dopiero początek...
To są dwa rozdziały z planowanych około piętnastu...

A to dwa następne:

Rozdział trzeci: Zapach szmaragdowy, czyli lusterko

Agnieszka razem ze znerwicowanymi babciami oglądała „Namiętność nad brzegiem Atlantyku”- swoją ukochaną wenezuelską telenowelę. Telewizor znajdował się w dużej świetlicy.
-Enrique, ależ ja cię kocham!
-I ja też cię kocham, Luciole, ale muszę poślubić siostrę ambasadora, aby zdobyć pieniądze na operację plastyczną ojca Carmen.
-Skoro tak…-twarze bohaterów telenoweli zbliżyły się do siebie i na pewno zbliżyłyby się jeszcze bardziej, gdyby obraz nie zaczął śnieżyć i nie zgasł. Agnieszka siedziała w sali telewizyjnej szpitala, nie była tam sama. Towarzyszyła jej kompania babć z oddziału zaburzeń wieku starczego. Oglądała swój ulubiony serial, ale seans został gwałtownie przerwany. Nagłe „Ups” rozległo się w ciszy. Bohaterka zwróciła wzrok w stronę, z której dochodził dźwięk. Ujrzała dziwną dziewczynę, która mogła być w jej wieku, miała jasne włosy obcięte na pazia, szare oczy, zero biustu i różową buzię. Ubrana była w czerwoną bluzkę w żółtą krateczkę i spodnie ogrodniczki i najwyraźniej zaplątała się w kable od telewizora.
-Cóżeś uczynił?-usłyszała Agnieszka i spojrzała w stronę, z której dobiegał głos. Stała tam druga dziewczyna, pulchna, o ciemnych, złocistych włosach, ozdobionych elektryzująco fioletowym pasemkiem, upiętych w dziwny, niestaranny i na pewno niemodny sposób. Miała mała, kocie oczka, tak małe, że nie było widać, jakiego są koloru. Nosiła białą koszulę, na którą miała założoną brązową podkoszulkę, co wyglądało dosyć dziwnie. Po chwili Agnieszka zauważyła też niewysokiego, brązowego jak czekolada osobnika, w różowej koszulce, kolorowej, wełnianej czapeczce i małych, okrągłych okularkach, który wyłonił się z przewodu wentylacyjnego. Agnieszka wolała nie wiedzieć, jak on się tam dostał. Natomiast oknem wchodził właśnie kolejny obywatel, blady, o brązowych włosach związanych w kucyka. Po chwili przyglądania się Agnieszka stwierdziła, że ma on oczy w różnych kolorach.
-Kim jesteście?-rzuciła Agnieszka w przestrzeń.-I co tu robicie?-bo nie wątpiła, że ta trójka nie należy pacjentów ani tym bardziej personelu szpitala.
-My? Jesteśmy tajemniczymi i niezwykle niebezpiecznymi bandytami, pojawiającymi się niespodziewanie przy blasku Księżyca w pełni i dźwiękach hiszpańskiej gitary-GANGIEM FIOLETOWYCH POMIDORÓW!-wyrecytowała z egzaltacją pulchna dziewczyna, rozstawiając szeroko ramiona. Pozostała dwójka ustawiła się po obu jej stronach w wyszukanych pozach. Najwyraźniej dużo to trenowali.-Ja jestem Cecylia-kontynuowała złotowłosa-a to jest J.G.-wskazała na brązowego obywatela-a to Stanisław Ignacy, który woli, żeby nazywać go Cyngwajsem.-Agnieszka dopiero teraz zauważyła, że Stanisław Ignacy, który woli, żeby nazywać go Cyngwajsem, nie jest wyjątkowo płaską dziewczyną, a chłopakiem o rysach i postawie dużo bardziej delikatnej niż u dziewczęcia, które przedstawiło się jako Cecylia.- To natomiast jest Tadzik-poinformowała Cecylia, wskazując na różnookiego.-Przybyliśmy,-mówiła dalej Cecylia-aby uwolnić z okowów systemu naszego człowieka, Ryszarda.
-Proszę, voila! Teraz powinno działać-poinformował Cyngwajs, wkładając wtyczkę od telewizora do gniazdka. W tym jednak momencie telepudłu nagle wyrosły nóżki i dwie wypustki po obu stronach. Na ekranie zaś pojawił się złośliwy uśmiech i para paskudnych oczek. Zanim jednak obecni zdążyli otworzyć usta ze zdumienia, telewizor oddał w ich kierunku serię laserową z wypustek.
-Co do stu tysięcy…-zaczęła Cecylia i nie skończyła, bo rzuciła się na ziemię, przewracając krzesła i stolik.
-Nie po twarzy!-wrzasnął J.G. i poszedł w ślady szefowej. Również Cyngwajs i Tadzik legi jak dłudzy, nie wspominając o krzyczących w niebogłosy babciach. Agnieszka zasłoniła twarz rękami i skuliła się w kącie, przygotowując się na cierpienie i śmierć. Zdziwiła się, gdy te nie nadeszły. Otworzyła oczy i ze zdumieniem stwierdziła, że znajduje się w bliżej nieokreślonej przestrzeni, a jej ubranie, włosy i paznokcie świecą na zielono. W oddali majaczyła wysoka, niezwykle smukła wieża. Obok Agnieszki unosił się przedmiot z okna na OIOMie i świecił intensywnie. Po chwili znowu stała oko w oko z upiornym telewizorem. Z pewną konsternacją stwierdziła, że nie ma na sobie tego, co zwykle, czyli burego sweterka i spódniczki do kolan, a dziwną zieloną sukienkę z akselbantami, kolorową spódnicę, przypominającą nieco łowicki strój ludowy, przewiązaną brązowym sznurkiem, eleganckie buty z klamerkami i rękawiczki w szachownicę. Największym jednak zdumieniem napawała ją szabla, którą trzymała w prawej ręce. Miała ona złoconą rękojeść, ozdobioną zielonym kamieniem. Po chwili jednak zapomniała o zdziwieniu i nad jej umysłem władzę przejął powracający strach przed ożywionym telewizorem. Skuliła się w wielkim przerażeniu, gdy nagle usłyszała głos Cecylii:
-Oł, mama! Prawdziwa mahou shoujo !-Cecylia, której zafascynowana buzia wyłoniła się spod stolika, najwyraźniej była bardziej zaintrygowana niż przestraszona.-Szablą go, szablą!
Agnieszka stwierdziła, że i tak nie ma nic do stracenia, więc chwyciła szablę oburącz i uniosła nad głowę z zamiarem zadania ciosu. Nagle zorientowała się, że ostrze zaczyna świecić, a nad nim unosi się małe, kolorowe światełko, które figlarnie miga, nic sobie nie robiąc z zagrożenia. W tym momencie szabla jak gdyby sama zaatakowała źródło owego zagrożenia, Agnieszka kompletnie nie miała kontroli nad siłą, która poruszyła jej ramionami. Telewizor oddał kolejną serię, ale Agnieszka, sama nie wiedząc jak, odskoczyła, odbiła się od ściany i przekoziołkowała w powietrzu, zadając ostateczny cios z góry. W tym momencie telewizor musiał się poddać. W jednej chwili nóżki i nieprzyjemny uśmieszek zniknęły, a zamiast tego na ziemi leżała żałosna kupa złomu. Agnieszka, zanim się obejrzała, znowu miała na sobie normalne ubrania.
-To..było..piękne!-zawołała Cecylia, gramoląc się spod stolika.-Niesamowite…Jesteś lepsza niż Czarodziejka z Księżyca! Też tak chcę!! Jak ty to zrobiłaś?!
Agnieszka usiadła z wrażenia na ziemi. Obok niej upadł tajemniczy obiekt, który teraz był otwarty i dziewczynka zauważyła, że jest on kieszonkowym lusterkiem.
-To przez to lusterko-odpowiedziała na pytanie Cecylii.-Nie bardzo rozumiem, ale to wszystko przez to lusterko. Nigdy wcześniej mi się to nie zdarzyło-odpowiedziała na pytanie we wzroku szefowej gangu.
-Ja też tak chcem!-Cecylia popatrzyła na Agnieszkę wzrokiem skrzywdzonego dziecka, tak jakby winą Agnieszki było to, że to u niej, a nie u Cecylii ujawniły się nadprzyrodzone zdolności.-Zaraz, przecież ja też..mam takie świecidełko-dziewczyna wyjęła kłódkę. I położyła na wyciągniętej dłoni licząc, że COŚ musi się stać. Ale kłódka ani drgnęła.Cecylia zaczęła potrząsać, przyciskać, ściskać, międlić, duźdać, miętosić kłódkę, ale nie zdarzyło się NIC-Co to ma być?!-Działaj, głupi gracie!! Odeślę to do producenta! To niesprawiedliwe! Czemu ona może, a ja nie?!
-Może magiczne zdolności mogą zyskać tylko osoby o odpowiednich predyspozycjach…?-zaczął nieśmiało Cyngwajs.
-Jak będziesz tak gadał, to ci zasadzę kopa w…tego…no…pośladki!-ryknęła Cecylia. Co
o n a ma takiego, czego ja nie mam?! Nawet biust mam większy.
Agnieszka miała najwidoczniej dość nazywania jej „nią”.
-Tak w ogóle jestem Agnieszka.
-Miło mi-zbyła ją Cecylia, zajęta rozmową z Cyngwajsem, zapominając, że to właśnie Agnieszka jest źródłem całego zamieszania.-Muszę znaleźć inne świecące cacko, bo t e n bubel nie działa. Też chcę być Mahou shoujo!
-No to teraz się zacznie…Nie mów, że masz kolejną obsesję, szefie-wtrącił się Tadzik.
-Kto mówi o obsesji? Zamierzam zdobyć magiczne moce, to wszystko. Tak czy owak, musimy spadać z tego przybytku, bo jeszcze zarazimy się od kogoś z pacjentów manią prześladowczą albo schizofrenią . Dalej kompanio, zmywamy się. Sayonara i
do…widzenia-zwróciła się Cecylia do Agnieszki. Po chwili żadnego z członków bandy już nie było. Rozpłynęli się zanim niedoszła samobójczyni zdążyła mrugnąć. Kątem oka zauważyła na jednym ze stolików tlące się kadzidełko.

Rozdział czwarty: Zapach spalenizny, czyli: Nie dolewaj benzyny do ognia

Agnieszka siedziała na podłodze obok marnych szczątków doczesnych telewizora i kontemplowała zdarzenia, które właśnie nastąpiły, nie do końca mogąc zrozumieć, że tyle dziwnych rzeczy może się jednej osobie przydarzyć w ciągu jednego wieczoru, gdy weszła salowa. Gang Fioletowych Pomidorów wiedział, kiedy się ulotnić.
-Co…tu się stało?-zapytała.
-U…padło-odparła lakonicznie dziewczynka.
-Widzę. Nie wiem jakim cudem udało ci się go zrzucić z wysokiej półki i tak doszczętnie zdewastować.
-Mówię, że upadło. Nie mam z tym nic wspólnego.
-To czemu siedzisz na podłodze?
-Z wrażenia…
-Czyli przez następne trzy miesiące nie będziemy mieć telewizji.
Tyle, jak się Agnieszka dowiedziała będzie trwało, zanim ordynator zarządzi kupno nowego telewizora. Nie dane jej było jednak tyle czekać. Następnego ranka, gdy tylko się obudziła, ujrzała nad sobą okrągłą buzię, okoloną złotymi włosami i dwoje małych oczek.
-Witam kota!-krzyknęła Cecylia do ucha Agnieszce.
-Co wy tu jeszcze robicie?!-jęknęła obudzona.
-Nie jeszcze, dopiero weszliśmy.
-Jak?
-Oknem.
-Po co?
-Przecież nie udało nam się wczoraj odzyskać naszego człowieka.
-Przez was telewizor jest zepsuty i potrwa trzy miesiące, zanim kupią nowy.
-Primo: nie przez nas, a secundo: patrz!
W tym momencie Agnieszka ujrzała Cyngwajsa i J.G., niosących ładny, może nie nowy, ale dobry telewizor.
-Mam nadzieję, że będzie wam służył zacnie, bo wydaliśmy na niego całe kieszonkowe, a i tak mama musiała dopłacić.
Agnieszka zrobiła głupią minę, patrząc na telewizor.
-Dobra, kompanio, teraz zaniesiemy to cacko do sali telewizyjnej!-oznajmiła Cecylia głośno, budząc towarzyszki z sali Agnieszki.-Sprawdzimy, czy działa.
Zrobili tak, jak powiedziała. Cyngwajs i J.G. przenieśli telepudło do sali, podłączyli do prądu i czekali na efekt. Efekt nie nastąpił.
-Co to ma być do stu tysięcy żydomasonów?!-zawołała Cecylia donośnym głosem.-Ale
bubel! Nie chce działać! J. G., napraw to!
J. G. zrobił tak, jak nakazała mu szefowa. Poprawił spodnie, wyjął z kieszeni kilka śrubokrętów i odkręcił tylną część telewizora, po czym włożył głowę do środka i zaczął manipulować. Manipulował długo, mrucząc coś niewyraźnie do siebie. Nagle zebrani usłyszeli ciche „pyk” i telewizor się zapalił. J. G. podniósł się gwałtownie i zaczął bezładnie biegać, potykając się o krzesła i wołając o pomoc. Cyngwajs wziął jakieś wiadro, wypełnione płynem i chlusnął na przyjaciela. Ten jednak zaczął się palić jeszcze bardziej.
-Benzyna- Cyngwajs przeczytał napis na wiadrze.-Miło.
Agnieszka zachowała przytomność umysłu zdzierając ze stołu ceratę i rzucając się na J. G. obaliła go na podłogę, po czym zdusiła ogień ceratą. W tym momencie weszła salowa.
-Molestowanie zabronione-oznajmiła zimno.
-Ale ona ratuje mu życie! On włożył głowę do telewizora, a on się zaczął palić, a ja oblałem go benzyną, a ona dusi ogień!-wyrzucił z siebie Cyngwajs.
-Oblałeś go benzyną?!-zapytała salowa ze zdziwieniem.
-No, tak jakoś…się złożyło,…że go oblałem-Cyngwajs próbował się niewinnie uśmiechnąć. Agnieszka podniosła się z ziemi i razem z Cecylią pomogły J. G. zdjąć telewizor z głowy. Salowa wzruszyła ramionami i wyszła, ale Agnieszka była pewna, że za chwilę wróci, i to nie sama.
-Przez was będę teraz miała kłopoty!-wściekła się pacjentka.
-Bez nerwów-zaczęła spokojnie, wręcz flegmatycznie Cecylia.-Wytłumaczymy, jak było, na pewno nam uwierzą.
-Przecież wy w ogóle nie macie prawa tu przebywać.
-Ostatecznie ty nas tu nie zapraszałaś.
-W to też mają uwierzyć?! Wątpię! I po co w ogóle żeście tu przychodzili z tym gratem?
-Ona twierdzi, że musi spełniać dobre uczynki, bo inaczej nie pójdzie do nieba-poinformował Cyngwajs.
-Kompletnie nie wiem, co ten telewizor ma wspólnego z dobrymi uczynkami.
-Podobno lubisz oglądać telewizję, a stary telewizor rozwaliłaś.
-Teraz zrzucacie winę na mnie? A tak w ogóle to wynocha stąd!
-Nikt nie będzie rozkazywał Cecylii Zadrzyjnoskiej!-Cecylia podeszła do Agnieszki. Była od niej nieco wyższa, a na pewno grubsza. Założyła ręce na piersi.-Będziemy tu tak długo, jak zechcemy, a chcemy, abyś mogła oglądać telewizję, więc teraz idziemy do warsztatu, a ty idziesz z nami.-Cecylia złapała Agnieszkę za rękę i puściła do niej oko.-Idziemy. Chłopcy, bierzcie pudło.
-Zastanawiam się, jak mnie stąd wyprowadzisz. Pacjentom nie wolno opuszczać oddziału.
-Drzwiami nie wolno. Oknem można.
Cecylia bezceremonialnie podniosła Agnieszkę i postawiła ją na parapecie, nie dając jej możliwości zejścia.
-Teraz powiem ci tylko, iż jeśli nie zejdziesz po dobrej woli, zawsze mogę cię
zepchnąć, buhaha!-zaśmiała się nieprzyjemnie.
Agnieszka dostrzegła, że z okna spuszczona jest drabinka sznurowa. Na wacianych nogach, ale posłusznie zgramoliła się na dół, za nią zeszła Cecylia. J. G. z Cyngwajsem i Tadzikiem wyszli drzwiami razem z telewizorem.
-Najbliższy zakład naprawy sprzętu RTV/AGD znajduje się na ulicy Dobrej!-poinformowała z zapałem Cecylia, gdy cała czwórka znalazła się poza terenem szpitala.
-I co nam z tego przyjdzie?-Agnieszka była już kompletnie zrezygnowana.
-Idziemy na przystanek autobusowy!-ryknęła szefowa gangu.
Tak też zrobili. Naturalnie nie skasowali biletów, bo zdaniem Cecylii kasowanie biletów to wymysł Systemu. Na ulicy Dobrej przed warsztatem zastali sporą kolejkę. Był trójpasiasty dresiarz z nieodłącznym odtwarzaczem CD, spora grupka ludzi z radiami i telewizorami, jakieś małżeństwo przytaszczyło nawet chłodziarko-zamrażarkę.
-Trochę tu postoicie-uśmiechnęła się Cecylia.
-Postoją?-zapytała Agnieszka.
-Owszem, bo my idziemy tam-inicjatorka całej akcji wskazała na niewielki budynek opatrzony szyldem <<Starocie-skup/sprzedaż>>-swoją drogą rzadko widuje się taką tłuszczę przed warsztatem.
Sklep ze starociami był istotnie fascynującym miejscem i Agnieszka niemal straciła urazę do Cecylii, że ta zabrała ją ze szpitala. Oglądała z zainteresowaniem drewniane, wyszczerbione fajki, posrebrzane łyżeczki, rzeźbione cukiernice i jowialnego sprzedawcę o pożółkłych wąsach i w okularach, z namaszczeniem dłubiącego sobie w uchu. Dziewczynka podziwiała właśnie piękną ręcznie malowaną tabakierę, gdy usłyszała dosyć blisko brzęk tłuczonego szkła. Odwróciła się i ujrzała leżący na ziemi stłuczony kompas.
-A mówią, że to ja ruszam się jak słoń w składzie porcelany-stwierdziła Cecylia.-Spójrz, co zrobiłaś. Chyba przyjdzie nam za to zapłacić.
-Nie mylisz się-sprzedawca wydał z siebie głos, głęboki i donośny.-Należy się 129 zł.
-Nie ma mowy, żebym poprosiła mamę o pieniądze; wtedy dowie się, że z wami zwiałam ze szpitala! To wszystko twoja wina!-w Agnieszce na nowo rozgorzała złość do Gangu Fioletowych Pomidorów i jego szefowej.
-No problemo, złotko-odezwała się Cecylia.-co prawda też nie mam pieniędzy, ale da się je skołować. Tylko pewnie wypada dać coś w zastaw.
-I tu masz rację-odparł sprzedawca.
-Wiedziałam, że bez tego się nie obejdzie. Agnieszka, daj kolczyki.
-Czemu ja?!
-Bo to ty stłukłaś kompas, poza tym ja nie mam kolczyków.
Agnieszka musiała ulec.
-Zresztą, skoro i tak za to zapłacimy, to chyba możemy już wziąć sobie ten kompas. Co prawda, nie wiem, do czego może nam się przydać, ale pewnie jakieś zastosowanie się znajdzie. Idziemy-zakomenderowała Cecylia.
-Skąd weźmiesz pieniądze?-spytała Agnieszka, kiedy dziewczęta znalazły się poza sklepem.
-Z pewnego źródła-odrzekła szefowa gangu.

_________________
Za czasów rycerstwa, smoków i komuny
Nim łamanie kołem całkiem wyszło z mody
Gdy inkwizytorzy nosili shotguny
Autor tego posta przeżywał przygody
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość Odwiedź stronę autora
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików
Możesz ściągać załączniki
Dodaj temat do Ulubionych


Skocz do:  

Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group