FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy
RejestracjaRejestracja  Galeria AvatarówGaleria Avatarów  IRC (qchat mibbit)  ZalogujZaloguj

Poprzedni temat :: Następny temat
  Kierowca
Wersja do druku
Ysengrinn Płeć:Mężczyzna
Alan Tudyk Droid


Dołączył: 11 Maj 2003
Skąd: дикая охота
Status: offline

Grupy:
AntyWiP
Tajna Loża Knujów
WOM
PostWysłany: 17-08-2014, 16:08   Kierowca

Część większej całości, która jeszcze jest daleko w lesie. Wrzucam, bo dawno nie stworzyłem czegoś sensownego, a to już jakoś wygląda i ma niezgorsze zamknięcie.

Jak zwykle będę wdzięczny za opinie i uwagi - zwłaszcza jeśli coś jest niezrozumiałe bądź niejasne.

----------------------------------------------------------------------------------------------
Tanngrisnir siedział przywiązany do krzesła, a jedna z najpiękniejszych kobiet, jakie znał, wyślizgiwała się przed nim z płaszcza. Była wyższa od niego o prawie głowę - co dla Człowieka nie było wielkim osiągnięciem - choć zapewne dwa razy lżejsza, miała cudownie zaokrąglone ciało, wspaniałe czarne włosy i pełne usta. W normalnych okolicznościach nie miałby nic przeciwko znalezieniu się w takiej sytuacji, zapowiadającej interesujący ciąg dalszy, tym razem miał wszakże pewne obawy. Do ogólnie obiecującego obrazu nie pasowała mu obecność dwóch uzbrojonych drabów, których broń czuł wycelowaną w swoje plecy.

- Gdybym cię nie znał, 'Belle, pomyślałbym, że to ty przyjęłaś na mnie zlecenie.

- To dlatego tak zwiewałeś! - ucieszyła się Esabelle Aguara, na jego gust zupełnie bez powodu. Sprawa była przecież poważna. - Myślałam, że uciekasz, bo boisz się wierzycieli albo jakiegoś mściwego rogacza, ale widzę, że to ktoś z samej wierchuszki Sprzysiężenia ma cię dosyć. Komu zalazłeś za skórę, Gris?

Tanngrisnir był jak na Nibelunga wysoki, miał pięć stóp cztery cale wzrostu, potężne ramiona, gęstą rudą czuprynę i takąż brodę bez wąsów. Krew z rozbitego nosa spływała mu malowniczo na białą koszulę i kamizelkę z cielęcej skóry - zanotował w pamięci, by obciążyć kolesiów Esabelle kosztami pralni.

Poniewczasie pomyślał, że może faktycznie zareagował trochę zbyt paranoicznie, gdy zaczepili go na ulicy, ale było ich dwóch, byli uzbrojeni i wyglądali mocno podejrzanie, toteż uważał obalenie na nich straganu z owocami i ucieczkę przez zaułki za całkowicie usprawiedliwione. Niestety albo oni byli cwańsi niż się spodziewał, albo on zaczynał tracił swój zmysł, gdyż po pewnym czasie dopadli go i po krótkiej potyczce obezwładnili i spętali jak cielaka. Następną pół godziny spędził z kneblem w ustach i śmierdzącym workiem na głowie, więc nieco stracił orientację, domyślał się jednak, że musieli znajdować się w jednym z opuszczonych domów na skraju dzielnicy magazynowej.

- Jesteś pewna, że chcesz usłyszeć coś, co może i na ciebie sprowadzić nieszczęście?

- Co ja poradzę, zawsze byłam niezdrowo ciekawska - puściła mu oko, zapalając papierosa w długiej ekstrawaganckiej papierośnicy. - Zresztą gdyby stary Grzechotnik i reszta hałastry mogli, to już dawno by mnie sprzątnęli. Ale jeśli wolisz zachować to dla siebie to zrozumiem, wszyscy mamy swoje tajemnice. To jednak ułatwia sprawę!

- Fakt, że węszą za mną kilerzy Sprzysiężenia ułatwia jakąś sprawę?

- Nie, ale fakt, że nie jesteś już, że tak powiem, na ich etacie - owszem.

- Potrzebujesz kierowcy - stwierdził, mrużąc oczy. - Dobrego kierowcy.

- Potrzebuję cholernie dobrego kierowcy - przyznała.

- Jakiś skok? Przemyt nigredo?

- To właśnie najlepsze - zupełnie legalny biznes.

- Wyścig? - zapytał sceptycznie.

- Coś w tym rodzaju - Grisowi bardzo nie spodobał się jej szeroki uśmiech.

- Tajemnicza jak zwykle. Dobrze zatem. Załóżmy, że przystanę na tę propozycję. Ile zarobię?

- Oczywiście omówimy jakieś wynagrodzenie pieniężne. Przede wszystkim jednak mogę ci zaoferować legalizację i wyczyszczenie kartoteki - nie musiałbyś się już martwić, że władze powiążą cię z zaprzeszłymi... incydentami. Pełna abolicja.

- Hmmm... Skąd niby miałabyś nagle takie wpływy?

- Dowiesz się, jeśli przystaniesz na moją propozycję. Zatem?

- Kuszące. Ale jak już wiesz chwilowo bardziej niż w ręce władz boję się trafić w łapy Sprzysiężenia.

- Masz zbyt wąski horyzont, wpływy Sprzysiężenia wcale nie sięgają tak daleko. Zagrażają ci póki siedzisz w Viridian, bo to centrum ich interesów, ale jeśli pojedziesz ze mną dadzą ci spokój.

- Ha. Ale widzisz, ja wcale nie chcę wyjeżdżać z Viridian. Tu mi dobrze.

- Zrobisz jak uważasz – odparła, narzucając ponownie płaszcz na ramiona i zakładając kapelusz z szerokim rondem. - Wiem, że jesteś nie tylko rozpustny jak kozioł, ale też równie uparty, więc nie zamierzam cię namawiać. Zastanów się nad moją propozycją, prześpij z nią, jeśli zdecydujesz się ją przyjąć będę w hotelu „Blanchefleur”, do jutra o dziesiątej rano.

- Zapamiętam. Pod jakim imieniem mam ciebie szukać?

- Już myślałam, że pójdziesz pytać o niesławną złodziejkę Esabelle Aguarę, aresztowaną tu kilka lat temu – zwróciła się doń profilem. – W hotelu podpisałam się jako Reinardine de Malpart. Twoje rzeczy leżą na stole. Idziemy chłopcy.

- Zaraz, a moje więzy?

- Dowcipniś!

Westchnął, puszczając na podłogę sznury, które trzymał dla pozoru. Czy naprawdę był aż ta przewidywalny? Musiał się zestarzeć. Rozmasowując nadgarstki spojrzał spode łba na najmitów kobiety. Oni też łypnęli na niego. Byli obaj młodzi i raczej szczupli, nie sprawiali wrażenia groźnych zabijaków. Zdążył się już jednak przekonać, że nie powinien ich lekceważyć. Spętanie go poszło im o wiele prościej niż powinno. Nie to, że się nie bronił – jeden z typów miał podbite oko, drugi wyraźnie kulał – ale dać się obalić i związać w mniej niż minutę? Bez wybicia przynajmniej kilku zębów? Kompromitacja.

Został sam. Jego broń – solidny nibeluński rewolwer kaliber .44 – leżała na odrapanym stoliku, porzuconym tu przez poprzednich lokatorów budynku. Gris włożył go do kabury, drugą ręką tarmosząc swą brodę. Zamyślił się. Propozycja ‘Belle, czy też Reinardine, brzmiała dość skromnie, zwłaszcza wziąwszy pod uwagę ile potrafił zarobić w jednym rajdzie przemytniczym. Pieniądze szły jednak jak woda, od jednego do zlecenia do drugiego potrafiło upłynąć kilka miesięcy, a teraz, gdy naraził się Sprzysiężeniu, nie miał co liczyć na te najbardziej intratne. Zostawały wyścigi, które często więcej kosztowały niż przynosiły kasy, ale z których nie chciałby rezygnować. Jego oszczędności kurczyły się w tempie zastraszającym, tym bardziej, że niemałe pieniądze musiał wydać na poprawę zabezpieczeń swoich kryjówek, zwłaszcza głównego garażu, który nazywał pieszczotliwie Fortecą. Nazwa zresztą wcale nie była specjalnie na wyrost. Forteca miała grube wzmocnione mury, strategicznie rozłożone otwory strzelnicze, automatyczne wieżyczki, system wczesnego ostrzegania oraz sporo innych niespodzianek. Wolał nie dawać się osaczyć, ale gdyby przyszło co do czego to miał zapasy jedzenia i amunicji żeby wytrzymać nawet miesięczne oblężenie.

„Donnerwetter”, jego wysłużona pancerna półciężarówka, czekała tam gdzie ją zostawił, skryta w zaułku. Gestem rękawicy kontrolnej dezaktywował zabezpieczenia, wdrapał się do kabiny i rozsiadł w fotelu. Od razu lepiej. Za sterami kochanego potwora był gotów stawiać czoło całej armii. Zapuścił silnik i wsłuchał się w słodki pomruk. Dopiero po chwili zapalił reflektory i ruszył.

Viridian o tej porze było jeszcze aktywne, uliczki pełne automobili, powozów i riksz, tu i ówdzie też biegających ludzi. Jazda wlokła się niemiłosiernie, jednak nie spieszyło mu się. To było jego miasto, jego dom, do którego wracał po ciężkiej, niebezpiecznej eskapadzie. Lubił je, choć ciężko byłoby nazwać je pięknym. Wybudowane szybko i tanim kosztem miało być przede wszystkim ośrodkiem przemysłu i górnictwa, toteż nikt nie przejmować się specjalnie estetyką czy wygodą mieszkańców. Budynki mieszkalne były brzydkie, usmolone i sprawiały wrażenie, jakby w każdej chwili miały się rozpaść bądź stanąć w płomieniach. Sklepy mieściły się w większości w straganach zbijanych ze wszystkiego, co pod ręką i oferowały byle co. W dodatku smog, błoto, wszechobecne śmieci… Ale jednocześnie ciekawe życie uliczne, muzycy, sztukmistrze, nierządnice z setki krajów i tuzina ras… Do tego dzielnica Vanarów rozświetlona kolorowymi lampionami, getto Odmieńców z ich muzyką i niezwykłymi tańcami, festyny uliczne i fascynujące życie nocne…

Dym widział jeszcze zanim przejechał most nad jakąś brudną bezimienną rzeczką. Nie zwracał na niego większej uwagi, w Viridian ciągle coś dymiło, kurzyło, śmierdziało bądź w inny sposób zatruwało powietrze. Niepokoić się zaczął, gdy zobaczył łunę nad miastem, konkretnie nad tą częścią, gdzie zdecydowanie sobie żadnej łuny nie życzył. Zaklął pod nosem, zwiększając prędkość. Musiał lawirować między wózkami z kapustą i rikszami, na szczęście ruch tutaj był rzadszy, poza tym znał przecież każdy zakręt. Dopóki nie trafił się zbłąkany wóz z sianem, tarasujący całą drogę, był spokojny o bezpieczeństwo. Wjechał w uliczkę, na końcu której stała Forteca, z piskiem opon i obłoczkiem dymu z rury wydechowej. Wyhamował i wyskoczył, krzycząc coś niekoherentnego. Nie miało to już znaczenia.

Forteca nawet nie tyle płonęła, co dogasała. Potężne mury były pęknięte, frontowa ściana właśnie waliła się z rumorem ma bruk, ukazując zwęglony szkielet konstrukcji i warstwy rozżarzonego popiołu. W paru punktach jeszcze szalały płomienie, wysokie na siedem-osiem stóp, liżąc belki i tańcząc na resztkach sprzętu mechanicznego.

Padł na kolana, nie mogąc oderwać oczu od tragicznego widoku. Spłonęło jego wszystko. Meble, zapas rumu, motor, kolekcja broni, w której każda miała swoje imię i historię… Jego złota rybka, jego koty… Wszystko poszło się…

Potężny cios w potylicę wyrwał go z otchłani rozpaczy i wepchnął w otchłań bólu. Pociemniało mu w oczach i opadł na twarz, w ostatniej chwili amortyzując upadek ręką. Ktoś boleśnie kopnął go w bok, za pierwszym ciosem poszły kolejne. Nie mając się jak odgryźć zwinął się w kłębek i starał parować uderzenia, niezbyt mu to jednak wychodziło. Napastników było przynajmniej trzech i nie musieli się przedstawiać by wiedział co to za jedni.

- Myślałeś, że możesz sobie zakpić ze Sprzysiężenia, bęcwale? – zapytał jeden, akcentując ostatnie słowo kopniakiem. – Myślałeś, że uda ci się skryć?

- Myślałeś, że Sprzysiężenie nie dostanie cię w twojej norze? – dołączył się drugi, bardziej chrapliwy.

- Źle myślałeś, skurwysynu! – kontrapunktował basowo trzeci.

- Nie zabijajcie mnie! – wrzasnął. – Nie zabijajcie. Powiem wam! Powiem wszystko!

- Co nam powiesz, debilu – zaśmiał się pierwszy, kopiąc mocniej. – Wiemy wszystko co potrzebujemy wiedzieć!

- Nie wiecie najważniejszego!

- Czego niby? – spytał trzeci, jednak nie dosłyszał wypowiedzianej cicho odpowiedzi. – CO!?

- Skład amunicji, durniu.

Potężny wybuch rozdarł powietrze i po prostu zmiótł trzech oprawców, jakby nic nie ważyli. Tanngrisnir też oderwało od ziemi i rzuciło, z nieporównanie jednak mniejszą siłą. Poturlał się kilka stóp i uderzył o koło Donnerwettera. Leżał chwilkę w pozycji embrionalnej, czekając aż piekło płomieni i wybuchów trochę osłabnie. Gdy przestał czuć bolesny żar na plecach wyprostował i szybko podniósł.

Wszystko go bolało, miał gwiazdy w oczach i gniazdo os w głowie, zaczynało mu się robić niedobrze. Wiedział jednak, że nie może się teraz położyć i umrzeć. Musiał się szybko zmywać, zanim pojawi się kolejny drab Sprzysiężenia… Albo po prostu wybuchnie zbiornik paliwa pod piwnicą, do którego jeszcze chyba nie dotarły płomienie. Nigdzie nie było śladu straży pożarnej, widać dobrze poinformowanej, że Sprzysiężenie nie życzy sobie zbyt wczesnego gaszenia. Czym prędzej wtoczył się do kabiny, ledwo ruszając zdrętwiałymi kończynami.

Gdy tylko znalazł się w środku zobaczył ruch w pewnej odległości. Tchnięty impulsem natychmiast wrzucił wsteczny i przydusił gaz. Donnerwetter z wizgiem silnika rzucił się do tyłu, o ułamek cala unikając pocisku rakietowego, wystrzelonego z przenośnej wyrzutni. Gris nakreślił ręką skomplikowany gest, po czym natychmiast zmienił bieg i ruszył do przodu. Suchym klekotem odezwała się automatyczna wieżyczka na dachu, wzniecając wokół rakietera chmurę popiołu. Nibelung nie oglądał się by sprawdzić, czy ogień był celny, z całej siły kręcił kierownicą by nawrócić i wydostać się z uliczki. Przewidywał najgorsze i faktycznie – gdy wyjeżdżał drogę próbowała mu zajechać inna ciężarówka. Całe szczęście nie na darmo inwestował w potężny zderzak, upodabniający automobil do parowozu – staranował wraży pojazd i bez trudu zepchnął na bok, otwierając sobie drogę ucieczki.

Ktoś strzelał za nim z pistoletu, może kolejny żołnierz Sprzysiężenia, może któryś z pierwszej trójki przeżył i się pozbierał. Nie przejmował się tym, pancerza Donnerwettera nie przebijało nic lżejszego od karabinu maszynowego. Wytoczył się z uliczki i natychmiast zaczął przyspieszać, zmieniając jeden bieg za drugim Automobil, który zajechał mu drogę ruszył za nim, ale zauważalnie wolniej. Gris zaczął zostawiać go w tyle… Był zbyt doświadczony by wziąć to za dobrą monetę. Wzmógł czujność, toteż kiedy z przecznicy wyjechała duża ciężarówka i zablokowała całą ulicę był przygotowany.

Natychmiast wrzucił ręczny, jednocześnie ostro skręcając kierownicę i wciskając na panelu przycisk ze znaczkiem złośliwie uśmiechniętej kupy. Na pace ciężarówki stało przynajmniej czterej rzezimieszków z rozpylaczami (Nibelung czuł się mile połechtany ilością sił i środków, jakie Grzechotnik zaangażował do ubicia go) i natychmiast zaczęło siać w jego stronę kulami, które rykoszetowały najpierw po boku, następnie tyle Donnerwettera. Żaden z nich nie zauważył niedużego metalowego dysku, który odczepił się od podwozia automobilu i, pchany siłą odśrodkową, wślizgnął pod ciężarówkę. Chwilę później wybuch rozświetlił ulicę, wybijając szyby i siejąc wokół kawałkami metalu.

Gris o ledwo cal minął ścigający go samochód, skręcając w boczną uliczkę, która na szczęście nie była ślepa, choć zawalona śmieciami. Strumień światła z reflektorów przepłoszył szczury, koty i głodne dzieci, zanim Donnerwetter przetoczył się po nich. Z głośnym plaśnięciem rozjechał stos odpadków, roztrącił kosze na śmieci i zmiażdżył drewniane taczki. Po wyjechaniu na szerszą przecznicę natychmiast dał gazu i pociągnął sznur gwizdka ostrzegawczego, by uprzedzić współuczestników ruchu, że przepisy drogowe właśnie przestały obowiązywać. Zdecydowana większość posłuchała, gwałtownie zjeżdżając na pobocze bądź chowając się po bramach.

Tanngrisnir miał cichą nadzieję, że Sprzysiężenie nie będzie go chciało ścigać po dobrze oświetlonych i ludnych ulicach, ale rozczarował się. Zobaczył w lusterku, jak automobil ścigających wyjeżdża z bocznej uliczki. Co gorsza, zobaczył także strzelca w wieżyczce, rychtującego ciężki kulomiot. To już nie było zabawne. Ogień maszynowy w takim miejscu to nieuniknione ofiary w ludności, a na to się nie pisał. Tym bardziej się nie pisał, że długie naboje karabinowe potrafiły przebić pancerz Donnerwettera bez większego problemu. Musiał coś wymyślić, niestety nie miał zbyt wielu opcji, a te, które miał wymagały skrócenia dystansu, co w tej chwili bardzo się mu nie uśmiechało.

Strzelec nie czekał, aż coś wymyśli, puścił serię, która w większości chybiła, błyskając nad dachem automobilu. Nie było czasu na subtelne manewry, Nibelung zastosował więc najprostszą możliwą sztuczkę – zaczął zygzakować, zalewając drogę za sobą dreszczytem. Alchemiczna substancja błyskawicznie obniżyła temperaturę nawierzchni, pokrywając ją warstwą lodu i białej mgiełki. Ścigający go automobil nie zdążył wyhamować, wpadł w poślizg, przewrócił się na bok i skosił kilka straganów, zanim zatrzymał się wreszcie w bramie kamienicy.

Gris przejechał jeszcze kilkaset jardów, wreszcie zatrzymał automobil i opadł na siedzenie, dysząc ciężko. Serducho waliło mu jak nibeluński młot parowy, prawie rozsadzając pierś. Musiał się uspokoić, jeśli chciał dojechać do cholernego hotelu „Blanchefleur” żywy. Otworzył okiennicę, wpuszczając trochę powietrza, przetarł twarz szmatką. Jeśli to było jego pożegnanie z Viridian, to musiał przyznać, że Sprzysiężenie zna się na robieniu imprezy.

- Dobrze już dobrze, potrafię pojąć aluzję – powiedział do bliżej nieokreślonych sił rządzących wszechświatem. – Nie chcecie mnie tutaj, rozumiem. Dajcie tylko zatankować pełny bak i już mnie nie ma.

_________________
I can survive in the vacuum of Space
Przejdź na dół Zobacz profil autora
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość Odwiedź galerię autora
shugohakke Płeć:Mężczyzna
Najstarszy Grzyb

Dołączył: 15 Gru 2011
Status: offline

Grupy:
Samotnia złośliwych Trolli
PostWysłany: 19-08-2014, 12:10   

Nie namierzyłem żadnych niespójności w treści - tylko parę językowych.

Cytat:
Niestety albo oni byli cwańsi niż się spodziewał, albo on zaczynał tracił swój zmysł, gdyż po pewnym czasie dopadli go i po krótkiej potyczce obezwładnili i spętali jak cielaka. Następną pół godziny...

Dwie literówki, ale cytuję, bo odniosłem wrażenie, że w pierwszym zdaniu jest o jeden zaimek za dużo, "on" można spokojnie zepchnąć w domysł.
Cytat:
...puściła mu oko, zapalając papierosa w długiej ekstrawaganckiej papierośnicy.

Primo, oko się puszcza raczej do kogoś, chyba, że Gris nosi pończochy ;) Secundo, zapalanie papierosów w papierośnicy jest zaprawdę ekstrawaganckim pomysłem... Chyba, że chodziło o lufkę (czy jakiś jej bardziej literacki synonim).
Cytat:
- Nie, ale fakt, że nie jesteś już, że tak powiem, na ich etacie - owszem.

Może to tylko moje wrażenie, ale to mi brzmi jakby Tanngrisnir miał odbierać Sprzysiężeniu pracę, a nie wykonywać ją dla nich. Ja bym napisał "na ich usługach" albo "u nich na etacie".
Cytat:
- Masz zbyt wąski horyzont, wpływy Sprzysiężenia wcale nie sięgają tak daleko.

Na mojej dzielni się mawia "wąskie horyzonty", ale pewnie obie formy są dopuszczalne.
Cytat:
Ha. Ale widzisz, ja wcale nie chcę wyjeżdżać z Viridian. Tu mi dobrze.

Ja bym dał wykrzyknik po wykrzyknieniu, ale może to jest właśnie takie zblazowane "Ha." z kropką?
Cytat:
do jutra o dziesiątej rano.

Raczej dwa "do" albo "do dziesiątej rano jutro".
Cytat:
od jednego do zlecenia do drugiego potrafiło upłynąć kilka miesięcy

Wild preposition appears.
Cytat:
Spłonęło jego wszystko.

Mu?
Cytat:
Natychmiast wrzucił ręczny, jednocześnie ostro skręcając kierownicę i wciskając na panelu przycisk ze znaczkiem złośliwie uśmiechniętej kupy.

Żaden ze mnie kierowca, ale wrzucanie mi się kojarzy raczej z biegami, niźli hamulcem.
Cytat:
Tym bardziej się nie pisał, że długie naboje karabinowe potrafiły przebić pancerz Donnerwettera bez większego problemu.

Na mój gust językowy, fraza "tym bardziej że" nie powinna być rozdzielana. Jeśli już zachowywać taki szyk zdania, to sensowniejszym spójnikiem wydaje się być "bo", gdyby zachowywać "że" to należałoby przerzucić "nie pisanie się" na początek i postawić właściwie przecinek.

Tyle uwag merytorycznych, coś tam jeszcze się pewnie omskło, ale to drobnica raczej.

_________________
I crossed the mountain and I climbed the river...
Powrót do góry Zobacz profil autora
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość
Tren Płeć:Kobieta
Lorelei


Dołączyła: 08 Lis 2009
Skąd: wiesz?
Status: offline

Grupy:
Tajna Loża Knujów
PostWysłany: 20-08-2014, 16:42   

Całość czyta się bardzo dobrze. Dialogi brzmią naturalnie, a scena pościgu jest odpowiednio dynamiczna. Moim jedynym poważnym problemem jest dosłownie pierwszy akapit. Zwłaszcza opis Esabelle, który wypada nieco nużąco przez to że zaczyna się niepotrzebnie długim zdaniem. Przyznaję, że nie chce mi się po kolei wymieniać co i dlaczego bym zmieniła, więc pozwolę sobie po prostu wrzucić ten akapit ze zmianami jakie sama bym dała. Głównie chodzi o to, żeby ten fragment był bardziej płynny. Sam ocenisz co jest słuszne (ale serio zamiast myślników dałabym nawiasy na twoim miejscu, tam gdzie je wrzuciłam).

Cytat:
Tanngrisnir siedział przywiązany do krzesła, a jedna z najpiękniejszych kobiet jakie znał, wyślizgiwała się przed nim z płaszcza. Była wyższa od niego o prawie głowę (co dla Człowieka nie było wielkim osiągnięciem), choć zapewne dwa razy lżejsza. Miała cudownie zaokrąglone ciało, wspaniałe czarne włosy i pełne usta. W normalnych okolicznościach nie miałby nic przeciwko znalezieniu się w takiej sytuacji, zapowiadającej interesujący ciąg dalszy. Tym razem miał wszakże pewne obawy. Do ogólnie obiecującego obrazu nie pasowała mu obecność dwóch uzbrojonych drabów, których broń czuł wycelowaną w swoje plecy.

_________________
"People ask me for advice all the time, and they ask me to help out. I'm always considerate of others, and I can read situations. Wait, aren't I too perfect?! Aren't I an awesome chick!?"
Powrót do góry Zobacz profil autora
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość Wyślij email Odwiedź blog autora Odwiedź galerię autora Odwiedź listę obejrzanych anime / przeczytanych mang
Ysengrinn Płeć:Mężczyzna
Alan Tudyk Droid


Dołączył: 11 Maj 2003
Skąd: дикая охота
Status: offline

Grupy:
AntyWiP
Tajna Loża Knujów
WOM
PostWysłany: 09-09-2014, 19:19   

Z tą papierośnicą faktycznie dałem czadu. Dzięki za czujność.

_________________
I can survive in the vacuum of Space
Powrót do góry Zobacz profil autora
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość Odwiedź galerię autora
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików
Możesz ściągać załączniki
Dodaj temat do Ulubionych


Skocz do:  

Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group