
| Zaginiony legion i pokemony... |
| Wersja do druku |
Koranona 
Wiedźma

Dołączyła: 03 Sty 2010 Skąd: Z północy Status: offline
Grupy: Syndykat WOM
|
Wysłany: 27-08-2011, 14:33 Zaginiony legion i pokemony...
|
|
|
Przypadek Jima Butchera, udowadniającego, że da się napisać książkę o zaginionym, rzymskim legionie i pokemonach podsunął nam ciekawy pomysł. Mianowicie zabawę (tutaj nie wiedziałam czy wrzucić do twórczości czy do zabaw), w której jedna osoba podaje dwa motywy (jak w przypadku legionu i pokemonów) a inna osoba najpierw postem zaklepuje, a potem na tydzień na uzupełnienie posta opowiadaniem - miniaturką. Wolę nie wprowadzać ograniczenia co do stron, miniaturka to miniaturka, jak ktoś się rozpiszę to trudno. Po wrzuceniu opowiadania na forum podaje kolejne dwa motywy. Zasada ważna - trzeba wykorzystać oba. Motywem może być wszystko właściwie...
Co Wy na to? A można właściwie temat techniczny założyć...
A motywy to pingwiny i koszenie trawnika :D |
_________________ Mam armię kotów, Twój argument jest inwalidą.
 |
|
|
|
 |
Serika 

Dołączyła: 22 Sie 2002 Skąd: Warszawa Status: offline
Grupy: Tajna Loża Knujów WIP
|
Wysłany: 27-08-2011, 16:09
|
|
|
Wstępny pomysł mam, zaklepuję :D
PS. A nie miało być tak, że może pisać dowolna liczba osób? |
_________________
 |
|
|
|
 |
Tren 
Most awesome

Dołączyła: 08 Lis 2009 Skąd: wiesz? Status: offline
Grupy: Tajna Loża Knujów
|
Wysłany: 03-10-2011, 19:36
|
|
|
Jesteście lenie, wiecie ;p. Postanowiłam zlitować się nad tym tematem i nabazgrałam coś na szybko.
-------------------------------------
WRRRRRRRRRRRRRRRRRRR!
W ogrodzie Uniwersytetu rozbrzmiewał odgłos wyjątkowo hałaśliwej kosiarki. Absolutnie zrozumiałym było to, że trawnik potrzebuje koszenia, jak również to, że niektóre urządzenia bywają głośne. Nie mniej, wykłady na Uniwersytecie wciąż trwały. Wszyscy studenci mający jeszcze zajęcia zgrzytali zębami ze zdenerwowania z każdą kolejną porcją warkotu. Dziesiątki osób marzyły tylko o tym, by ta wredna kosiarka się zepsuła.
Ich prośba miała zostać wysłuchana.
WRRRRRRR....rrrrry....rrrrriuuuuuu...uuuuuuuuuu...
Warkot gwałtownie osłabł przechodząc w słabnące jęki, jak gdyby kosiarka uznała, że jej ostatnie momenty wymagają odpowiedniej dozy dramatyzmu, by po chwili przestać działać.
Ogrodnik, niestety nie docenił łabędziego śpiewu swojego sprzętu, jako że miał zatyczki w uszach i dopiero, gdy ostrza przestały się kręcić zauważył, że coś jest nie tak.
- No co jest? - burknął szturchając kosiarkę buciorem.
Ta odkaszlnęła jeszcze słabo w odpowiedzi i ostatecznie zakończyła swój żywot. Ogrodnik spojrzał na nią zdziwiony. Był to wysoki i kościsty mężczyzna, który wyglądał jakby miał około 30 lat. Ponieważ zwyczajowo ogrodnicy nie mieli przypisanego obowiązującego stroju służbowego, mężczyzna ubrany był w spraną kremową koszulę z uśmieszkiem i podniszczone dżinsy. Na głowie nosił zaś niebieskawą czapkę z daszkiem. Jego wyglądu dopełniały długie blond włosy związane w kitkę oraz niezwykle zadarty, niemal szpiczasty nos.
Ogrodnik patrzył jeszcze chwilę z nadzieją na sprzęt, jak gdyby oczekiwał, że kosiarka się namyśli i jednak wróci do świata działających urządzeń. Ta jednak uparcie pozostawała martwa. W związku z tym postanowił wezwać wsparcie:
- Młooooooooooody! Kosiarka przestała działać!
Nie minęła chwila, gdy przy ogrodniku pojawił się zdyszany student drugiego roku.
- Dobrze, że jesteś Młody. Napraw tę kosiarkę, skoro nie masz nic do roboty - poinstruował go ogrodnik. Student spojrzał na niego zirytowany.
- Skąd mam wiedzieć jak naprawić kosiarkę? - spytał z pretensją.
- Bo ja też nie wiem, jak - odparł spokojnie starszy mężczyzna. - Zawsze kiepsko sobie radziłem z maszynami. Taka wada.
Student z irytacją machnął ręką tworząc w powietrzu kwadrat. Ten zajarzył się światłem i po chwili wychyliło się z niego coś co przypominało wyrośniętą wróżkę.
- Czego? - spytało stworzenie.
- Instrukcja obsługi i porady dotyczące naprawy tej kosiarki - poinstruował ją student, jednocześnie wskazując ręką na zepsute urządzenie.
Wróżka odburknęła coś i zniknęła w dziurze. Po chwili z kwadratu wyfrunęła książka będąca instrukcją obsługi, niemal trafiając przywołującego w twarz. Uczeń jednak, wprawnym ruchem ręki złapał nieduży tom i zaczął kartkować.
- Próbowałeś włączyć i wyłączyć kosiarkę? - spytał ogrodnika.
- Taaaaa - odparł blondyn - ale dalej nie działa.
- Tu pisze, że te kosiarki mają ograniczoną ilość magicznej mocy rozruchowej - stwierdził student. - Sprawdzałeś jaki ta ma poziom.
- Nie umiem posługiwać się magią Młody - wyjaśnił ogrodnik.
Student westchnął zastanawiając się czy stojący przed nim pracownik potrafi cokolwiek, po czym dotknął kosiarki. Nie wyczuł niczego, a to oznaczało, że...
- Magia mu się skończyła. Musimy go podładować - powiedział na głos.
- Czyli jak dasz mu trochę swojej magii to powinien zacząć działać? - spytał z zastanowieniem ogrodnik.
Rudowłosy student niemal prychnął. Czy on wyglądał na baterię AA? Ładowanie magicznych urządzeń nie jest prostą sprawą, a ignorancja stojącego przed nim pracownika była naprawdę irytująca. Gdyby nie to, że dostali rozkaz skoszenia wszystkich trawników przed zakończeniem zajęć zapewne w tym momencie rzuciłby w tego blond ignoranta książką i poszedł sobie. Sęk w tym, że pomagał on ogrodnikowi za karę i niedotrzymanie terminu było równoznaczne z podłożeniem się rektorowi. Dlatego student był zdeterminowane skosić tę trawę, choćby miał ją zeżreć. Problem w tym, że pracownik, któremu powinien pomagać zdawał się być totalnie pozbawiony jakiejkolwiek obowiązkowości.
- Nie, te kosiarki mają specjalny sposób ładowania energii - wyjaśnił najcierpliwiej jak mógł rudzielec. - Należy zdjąć tą okrągłą pokrywę z góry i zamontować ją na odwrót.
Ogrodnik postąpił zgodnie z instrukcją i teraz na kosiarce znajdował się okrągły pojemnik, który przy bliższym przyjrzeniu okazał się mieć wyrysowany na spodzie magiczny krąg.
- I co mamy niby z tym zrobić? - spytał blondyn przekrzywiając głowę.
- Tu pisze, że żeby kosiarka znów zaczęła działać należy... poświęcić pingwina - przeczytał lekko skonfundowany student.
- ŻE CO ZROBIĆ?! - spytał po raz pierwszy wyraźnie wytrącony z równowagi ogrodnik.
- Złożyć pingwina w ofierze. Dzięki temu kosiarka powinna odzyskać magiczną moc i znowu działać - wyjaśnił dokładniej student. Podszedł znowu do magicznego kwadratu, który wcześniej stworzył i powiedział do niego:
- Trixie, potrzebuję pingwina. Niezbyt dużego. Żywego.
Z magicznego kwadratu znów doszedł odgłos mamroczącej niezadowolonej wróżki i po chwili przez dziurę przepchnięty został niski niebieski pingwin, który nie wiedzieć czemu miał wymalowaną markerem jedynkę na plecach.
- Się nada - stwierdził spokojnie student.
Pingwin nie rozumiejąc skąd nagle wziął się w tym nieznanym miejscu zaczął się miotać spanikowany. Rudzielec niewiele myśląc rzucił czar spętania. Niewidzialne magiczne więzy oplotły zwierzaka uniemożliwiając mu ruch. Student rzucił go na krąg, po czym sam wyjął nóż. Widząc to, pingwin wydał z siebie głuchy odgłos przerażenia.
- Nie martw się - stwierdził przyjacielsko student. - To dla dobra Uniwersytetu. Zresztą mam wprawę w składaniu ofiar, nawet nie poczujesz, gdy będzie już po wszystkim - wyjaśnił to pocieszającym tonem. Pingwin nie mniej dalej wydawał się nieprzekonany i za wszelką cenę próbował się wyturlać z pojemnika.
- Nie ruszaj się przez chwile malutki - poprosił rudowłosy z uśmiechem, chwytając go żelazny ściskiem, tak by pingwin nie mógł uniknąć ciosu, po czym podniósł nóż. W tym momencie jego ręka została jednak złapana przez ogrodnika.
Student spojrzał wrogo na blondyna.
- Coś się nie podoba? - spytał już wyraźnie zdenerwowanym tonem.
- Nie zgadzam się.
- Słucham?
- Nie zgadzam się na zabijanie pingwinów w moim ogrodzie! - oznajmił mężczyzna tonem nie znoszącym sprzeciwu.
W tym momencie student stracił resztki panowania nad sobą. Gwałtownie wstał, uwalniając dłoń, w której wciąż dzierżył nóż z chwytu. W lewej ręce wciąż ściskał spętanego pingwina.
- Na wszystkie nekromanckie zaklęcia! Wiem, że jesteś bezużytecznym pasożytem, który nie jest w stanie samodzielnie skosić trawnika, ale mógłbyś chociaż nie przeszkadzać ludziom, którzy próbują załatwić sprawę jak należy!
- Niby jak zabijanie pingwinów jest "załatwianiem sprawy jak należy"? To wy studenci jesteście totalnie wypaczonymi maszynami do zabijania! Jak można zamordować tego niewinnego pingwina, tylko po to, by uruchomić ten głupi sprzęt?! - odparł również zdenerwowany ogrodnik.
- Robię specjalizację z przyzwań! Oczywiście, że muszę czasem poświęcić jakieś stworzenie, by przyzwać coś potężnego! - odwarknął rudzielec. - I nie mam zamiaru zostać wyrzucony ze studiów, tylko dlatego, że żal ci zabić jednego niewydarzonego nielota! - to mówiąc machnął gwałtownie lewą ręką. Pingwin wyślizgną mu się z uścisku, poleciał łukiem i wpadł prosto do magicznego kwadratu, który dalej wisiał w powietrzu. Obaj panowie gwałtownie zamilkli. Po czym ogrodnik uśmiechnął się szeroko z wyższością. Student natomiast spojrzał na zegar. Zostało pięć minut do końca zajęć. Nawet jeśli natychmiast zdobędzie kolejnego pingwina i złoży go w ofierze nie zdążą już skosić trawnika. Świadomy porażki rudzielec padł na kolana.
- Mówiłem. Z prób krzywdzenia pingwinów nigdy nic dobrego nie wychodzi - stwierdził filozoficznie ogrodnik.
Student nie odezwał się, tylko wciąż ściskając nóż, zaczął gwałtownie ciąć kosiarkę.
Starszy mężczyzna pokiwał tylko ze smutkiem głową. Kolejny wariat. Rudzielec jednak równie nagle jak zaczął przestał ciąć biedne urządzenie. Powoli wstał i spojrzał z szaleństwem w oczach na ogrodnika.
- Jeśli to koniec mojej kariery to przynajmniej upewnię się, że twój też - stwierdził ze śmiechem, po czym zakrzyknął. - Wzywam cię o potężny żywiole! Pochłoń ten magiczny sprzęt, a w zamian odpowiedz na me wołanie!
Uśmiech zamarł na twarzy ogrodnika. Ten młodzik był bardziej szalony niż podejrzewał. Jego atak na kosiarkę nie miał na celu wyładowania frustracji, a zmodyfikowanie już wyrytego na nim kręgu. A teraz przywoływał coś... coś... dużego. Nad studentem zawisła olbrzymia sylwetka czegoś nie do końca materialnego. Blondyn nie namyślając się wiele rzucił się do ucieczki. Student tymczasem dokończył przywołanie, a istota nad nim wyostrzyła się tak, że ogrodnik, który odwrócił się na moment rozpoznał w niej żywiołaka ognia. Widząc go przyśpieszył jeszcze bardziej. Oddalił się już znacznie od swojego oszalałego pomocnika i tylko kilkadziesiąt metrów dzieliło go od drzwi do Uniwersytetu za którymi mógłby się ukryć.
- Spal tego głupca! - wykrzyknął student. Żywiołak spiął się, po czym wyrzucił się z siebie falę ognia, która pognała w stronę biednego ogrodnika.
Studenci, którzy właśnie skończyli zajęcia obserwowali z okien, jak miejsce, w którym pracował ogrodnik i student znika pod morzem płomieni.
Rektor również stała przy oknie i patrzyła jak trawnik zmienia się w popiół. Zwróciła się do stojącej niedaleko sekretarki.
- Proszę przekazać studentom, którzy zajmowali się koszeniem, że ścieli trawę trochę za krótko, ale ogólnie zrobili fantastyczną robotę - zarządziła z uśmiechem. - I znajdźcie nowego ogrodnika.
------------------------
Nowe motywy: wędkowanie i posągi z Wyspy Wielkanocnej. |
_________________ “Happiness is fundamentally a part of the human soul. There isn’t any ‘yes’ and ‘no’ distinction. It is just whether you are ‘aware’ or ‘not aware’ of it. [...] To experience happiness, that is the first thing to do.”
 |
|
|
|
 |
Irian 
Steampunk pony

Dołączyła: 30 Lip 2002 Skąd: Gdynia Status: offline
Grupy: WIP
|
Wysłany: 05-11-2011, 08:11
|
|
|
Ten temat przymiera głodem, więc dokarmię go szortem, wymyślonym wczoraj w samochodzie w drodze z Gdyni do Gdańska. :D
***
Początek końca nastąpił po cichu, bez trąb anielskich i czterech jeźdźców.
Och, zauważyliśmy podnoszący się poziom wody. Publicyści zarabiali wierszówkę felietonami, naukowcy przerzucali się sprzecznymi wynikami badań, ekolodzy apelowali o ratowanie niedźwiedzi polarnych, wizjonerzy straszyli karą boską, a politycy zbijali kapitał wyborczy na pro- i antyociepleniowej retoryce. Kilka wysepek zniknęło z map; przez pewien czas modne było nurkowanie w zatopionych belgijskich wioskach i wędkowanie ze szczytów posągów, wystających z oceanu w miejscu, które kiedyś nazywano Wyspą Wielkanocną. W końcu lodowce roztopiły się kompletnie, otwierając nowe szlaki morskie. Wydawało się, że sytuacja wróciła do normy.
Woda nie przestała przybierać.
W programach publicystycznych gadające głowy spierały się o przyczyny potopu; naukowcy zdobywali kolejne tytuły, prowadząc niekończące się badania; ekolodzy lamentowali nad kurczącą się listą gatunków; politycy obiecywali pompę w każdym domu - i tylko wizjonerzy konsekwentnie wieszczyli koniec świata.
Dzień gniewu trwał latami.
Wołamy teraz ze szczytów gór, modlimy się nad wodami, płaczemy z betonowych raf i rozpaczamy znad błękitnych lagun. Grozimy pustemu horyzontowi. Błagamy o arkę.
Nikt nie odpowiada.
***
Uwaga: za poglądy ekologiczne i religijne zawarte w szorcie autorka nie odpowiada. Wen dmie, kędy chce.
Zadaję kryzys ekonomiczny i wróżki. |
|
|
|
|
 |
Amarth 

Dołączyła: 05 Maj 2007 Status: online
Grupy: Alijenoty
|
Wysłany: 05-11-2011, 11:41
|
|
|
No więc motyw na wróżki obudził Wena, niestety nie miał wiele czasu i zmył się w trakcie pisania toteż koncówka jest totalnie drętwa.
Uwaga: trochę puściłam językowi na luz, więc kilka drobnych wulgaryzmów może się pojawić (nie jakieś specjalnie ostre, ale znajdujące się na dobrej/złej drodze).
- - - -
– Ja pitolę!
Cichy syk, który w końcu wyrwał Monikę z odrętwienia, dobiegł gdzieś z okolicy domku dla lalek, którego dziewczynka używała do odgrywania scen widzianych u sąsiadów z naprzeciwka, toczących właśnie sprawę rozwodową („Urodę mi zmarnowałeś, Ken, ty cwelu!”, „Nie było czego marnować, moja droga Barbie, ale byłem zbyt nawalony, kiedy ci dziecko robiłem, żeby to zauważyć.”).
Jakąś minutę wcześniej obudziło ją ciche skrobanie. Pierwsze, na co zwróciła uwagę, to zegarek, który pokazywał, że dochodziła już pierwsza w nocy. Drugie, to to, że ktoś otwierał okno, o czym świadczył lekki podmuch chłodnego nocnego powietrza, który poruszył delikatnie jej rysunkami przypiętymi do tablicy korkowej. Monika mieszkała na piętrze domku jednorodzinnego znajdującego się na przedmieściach, a za jej oknem nie było niczego, po czym można by się wspiąć. Mimo to, bała się, że to może być włamywacz lub gorzej – porywacz. Jeszcze chwila, a zaczęłaby krzyczeć, ale głos, który zaklął gdzieś koło domku dla lalek ją powstrzymał. Brzmiał młodo, trochę jak głos Basi, licealistki, którą rodzice czasami zatrudniali na weekendy w roli opiekunki do dziecka.
– Jak dorwę, tę krowę, Dzwoneczka, to tak jej tyłek skopię, że jeszcze wnuki się ją będą pytały, czemu nie może normalnie siedzieć.
Głos zbliżał się do łóżka Moniki, a gdy dziewczynka wytężyła słuch, usłyszała bardzo cichy dźwięk kroków na podłodze, który brzmiał, jakby właścicielka głosu nosiła ciężkie buty, ale zbyt małe, by wydawać donośne dźwięki. Nagle kroki ucichły, a chwilę później oczom Moniki ukazała się malutka uskrzydlona postać ubrana na czarno – czarne glany, czarne dżinsy z wytartym kolanem, czarna artystycznie poszarpana koszulka z czaszką i czarna bandana na szyi.
– No dobra, smarkata, zwalaj z wyra. Miejmy to już za sobą.
– O matko, emo-wróżka!
– „Emo”? Ja ci dam „emo”! Nosiłam się tak, jeszcze zanim wy ludzie wymyśliliście to całe debilne „emo”.
Poprawka, pomyślała Monika, To wróżka-hipster. Jeszcze gorzej.
– Kto ty jesteś? – zapytała wróżkę, siadając na łóżku.
– Klawiatura – usłyszała w odpowiedzi.
– Tam leży, na biurku.
– Nie, cholera! Nazywam się Klawiatura. I nie próbuj nawet komentować. Ostatnio u nas moda na technologiczne imiona. Mój brat nazywa się Tablet.
– To są nawet męskie wróżki?
– A czy troll sra w jaskini?
– Co?
– Gówno. Kurde, jakie te ludzkie dzieci się głupie porobiły.
– Czego ode mnie chcesz? – zapytała Monika puszczając ostatnią uwagę mimo uszu; ta wróżka najwidoczniej lubiła obrażać ludzi przy każdej nadarzającej się okazji.
– Mam cię zabrać na małą wycieczkę krajoznawczą. – rzuciła wróżka, a widząc kompletny brak zrozumienia na twarzy dziewczynki dodała śpiewnym głosem, wymawiając każdy wyraz przesadnie powoli i dokładnie:
– W prezencie na twoje dziesiąte urodziny zabiorę cię na jedną noc do Krainy Wróżek.
– Odjazd! – Monika niemal krzyknęła zachwycona, ale po chwili zachwyt zmienił się w podejrzliwość dziecka nowoczesnego, które zostało dokładnie poinformowane na temat pedofilów, cukierków i białych vanów. – A z jakiej racji? – zapytała przypatrując się wróżce uważnie.
– Czekaj, muszę sprawdzić – mruknęła Klawiatura, wyciągając z kieszeni mały notes. – A, mam. Prawie osiemdziesiąt lat temu twój dziadek trafił do nas i mieszkał z nami przez dwanaście lat.
– Nie rozumiem.
– Tak coś czułam, że nie zrozumiesz... To jest tak: nasza tradycja wymaga od nas ratowania porzuconych lub osieroconych dzieci, jeśli na jakieś trafimy, i opiekowania się nimi dopóki nie podrosną. Wtedy sprowadzamy je z powrotem do waszego świata i oddajemy ludziom.
– Dziadek Stefan nigdy mi o czymś takim nie opowiadał. Dziadek Lucjan też nie.
– Lucjan u nas był, tak tu mam napisane. Nie dziwię się, pewnie nie pamięta. Większość dzieciaków zapomina o nas, kiedy dorasta. Tak czy inaczej, tradycja wymaga, żeby przez pięć pokoleń każdy potomek dziecka, które u nas mieszkało mogło na jedną noc odwiedzić Krainę Wróżek. To tak w ramach prezentu na dziesiąte urodziny. Nie wiem, co za matoł wymyślił tę regułę, ale każda wróżka musi w swoim życiu sprowadzić przynajmniej jedno takie dziecko.
– A jak my się tam dostaniemy? Polecimy?
– Jasne, że polecimy. Ubieraj się.
– Po co? Przecież mamy polecieć?
– Tak, ale na lotnisko pojedziemy tramwajem, a do tramwaju nie puszczę cię w samej piżamie. Wstyd by się było pokazać, a jakbyś się przeziębiła, to by mi szefostwo nieźle głowę zmyło.
– Tramwajem? Czemu tramwajem? Myślałam, że wróżki potrafią tak zaczarować, żeby człowiek sam latał.
– Bo i potrafią, ale przez ten chrzaniony kryzys wyczerpują się nam rezerwy wróżkowego pyłku, a cała nasza magia się na nim opiera. Dlatego przechwyciliśmy jeden mały samolot i zbieramy wszystkie dzieciaki z jednego dnia na lotnisku, żeby je zawieźć gdzie trzeba.
– No nie wiem – mruknęła Monika. Cała ta sprawa znowu zaczęła jej zalatywać białym vanem.
– Słuchaj no. To moja pierwsza robota i nie wiem jak to się dokładnie powinno odbywać, ale to potem trafi do mojego CV, więc Król Elfów mi świadkiem, że pójdziesz ze mną, czy tego chcesz, czy nie, a jeśli mi będziesz robić problemy to ci w łeb przydzwonię i za włosy zaciągnę, jasne?
– Jak słońce – wymamrotała dziewczynka. Cóż, w końcu i tak była ciekawa, jak wygląda ta cała Kraina Wróżek, a nie sądziła, żeby jakiś porywacz lub pedofil odstawiał taką szopkę, żeby złapać jedno dziecko.
Kwadrans później Monika maszerowała przez oświetlone ulice ku najbliższemu przystankowi tramwajowemu z wróżką siedzącą w kapturze jej kurtki. Martwiła się trochę, że dziesięciolatka wędrująca samotnie po mieście w środku nocy przyciągnie uwagę wszystkich ludzi prowadzących nocny tryb życia, ale nikt nie poświęcił jej drugiego spojrzenia (a czasami nawet pierwszego). Klawiatura wyjaśniła jej, który tramwaj wziąć i na którym przystanku wysiąść. Jak się okazało, nie kierowały się wcale na lotnisko, lecz na jakieś małe prywatne lądowisko znajdujące się w jego pobliżu. Na pasie startowym czekał już mały samolot. Przed wejściem, jak na straży, stały dwie męskie wróżki dzielące się miniaturowym papierosem. Jeden ze strażników (Jeden z wróżków? Czy istnieje słowo „wróżek”?) skinął Klawiaturze i poinformował ją, że czekają jeszcze na jednego dzieciaka, a potem transport bezzwłocznie wyruszy.
W samolocie siedziały już cztery osoby – wszyscy w wieku Moniki i wszyscy, jak ona, trochę niepewni i zdenerwowani. Monika usiadła koło chudego chłopca w okularach, który przedstawił się jej jako Łukasz. Już miała odpowiedzieć swoim imieniem, gdy na pokład wszedł, popędzany przez wróżki, ostatni pasażer. Dzieci zostały usadzone, pasy zapięte, a samolot wystartował.
* * *
– I tak właśnie, Michałku, w wieku dziesięciu lat po raz pierwszy spotkałam Łukasza, który został twoim tatusiem.
– Mama, weź mi takich farmazonów nie wstawiaj, co?
– Całą prawdę i tylko prawdę ci mówię. Sam zobaczysz, jak ci dzisiaj koło pierwszej wróżka wpadnie do pokoju i ci nawrzuca.
– Ta, jasne, a świnie latają.
– O, to mi przypomina jedną rzecz, którą widziałam w Krainie Wróżek...
- - - -
Zadaję: lew i zakład fryzjerski. |
|
|
|
|
 |
|
|
Nie możesz pisać nowych tematów Możesz odpowiadać w tematach Nie możesz zmieniać swoich postów Nie możesz usuwać swoich postów Nie możesz głosować w ankietach Nie możesz załączać plików Możesz ściągać załączniki
|
Dodaj temat do Ulubionych
|
|
|
|