FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy
RejestracjaRejestracja  Galeria AvatarówGaleria Avatarów  ZalogujZaloguj

Poprzedni temat :: Następny temat
  Zderzenie planów.
Wersja do druku
Yuby Płeć:Mężczyzna
Kotosmok


Dołączył: 16 Cze 2003
Skąd: Wrocław
Status: offline

Grupy:
AntyWiP
PostWysłany: 04-09-2007, 14:53   Zderzenie planów.

Biblioteki aartheniańskie należą do najlepiej zaopatrzonych księgozbiorów w swojej części multiuniwersum. Nie oznacza to jednak, że można tam znaleźć wszystko. Z tego też powodu kilka, lub nawet kilkanaście ostatnich godzin Yuby spędził w zatęchłych podziemiach akademii magicznej, zlokalizowanej w świecie, którego nazwa nigdy nawet nie stała się godna uwagi żadnego kronikarza. Pobyt Górskiego Smoka w tym miejscu ograniczał się do metodycznego przetrząsania zawartości uczelnianego skarbca.
-Przypomnij mi, po co właściwie marnujemy tutaj czas? – Marudził siedzący na ramieniu zielonowłosego smok – klejnot imieniem Bakaret.
-Jesteśmy tu, ponieważ według całej wiedzy, jaką zgromadziłem, w zbiorach tego uniwersytetu znajduje się trzynasty, ostatni tom dokumentacji badań nad Klejnotami Smoczych Dusz, spisanej w czasach ich powstawania.
-Gdzie? W tej prowincjonalnej szkole? – Prychnął mały gad.
-Najcenniejsze artefakty, takie jak chociażby niektóre pierścienie, zazwyczaj trafiają w miejsca najbardziej jak to tylko możliwe oddalone od cywilizacji, w ręce istot, które nie mają zielonego pojęcia o ich wartości. To niemal reguła. – Wyjaśnił mężczyzna.. – Właściwie, to mógłbyś wykazać odrobinę zainteresowania. Bądź co bądź, chodzi tu o ciebie i twoich braci.
-Eh… Niech ci będzie. – Bakaret leniwie poderwał się z ramienia swego towarzysza, po czym pofrunął w kierunku najbliższego regału pełnego oprawionych w skórę, bogato zdobionych ksiąg.
-I tak mam nadzieję, że wszystko, co teraz robię, okaże się zbędne… - Mruknął góral do siebie.
-„Lenistwo jako forma medytacji”. Coś dla ciebie, szefie! – Zachichotał smoczek.
-A jak myślisz, dzięki czemu osiągnąłem swój obecny poziom mocy, co? – Odkrzyknął mu z przeciwległej strony sali Yuby.
-„Zastosowanie owoców w magii bojowej”. Że co proszę?
-Zdziwił byś się, jak wiele potrafi zdziałać odpowiednio zaklęta i celnie rzucona truskawka. – Zaśmiał się Górski Smok. – „Sto przepisów na dania z mandragory”. Ciekawe, czy wykraczają poza alkohol i zupy…
-Kiedy zapiekana w cieście mandragora jest całkiem smaczna. – Pokręcił głową z dezaprobatą Bakaret.
-„Miotła jako narzędzie magiczne”. Ciekawe czy autor tekstu przeżył spotkanie z obiektami swoich badań… O, jest! – Zielonowłosy uśmiechnął się, sięgając po oprawiony w czarną skórę niewielki tom, z wygrawerowanymi na okładce srebrnymi runami. Usiadł na ustawionym nieopodal stole i otworzył książkę.

Kolejne strony dzieła zapełnione były wykresami, schematami, dokładnymi opisami zjawisk magicznych i odręcznymi notatkami autora, umieszczonymi na marginesach. Wszystko wyglądało tak, jak Yuby się spodziewał. Owy trzynasty tom okazał się w rzeczywistości osobną publikacją, którą twórca poświęcił na różnorodne przemyślenia dotyczące zagrożeń i efektów ubocznych działania Klejnotów. Dokładnie w chwili, gdy zielonowłosy przewrócił ostatnią kartkę, w całym pomieszczeniu rozległ się donośny huk, a zamknięte dotąd stalowe drzwi dosłownie wyleciały z zawiasów i rozpadły się na kawałki.
-Znaleźli nas? Tak szybko? – Zakpił Bakaret.
-Ohnoes, jesteśmy zgubieni… - Zawtórował mu zielonowłosy, chowając księgę do podręcznej torby.

Trzeba bowiem napisać, iż Górski Smok nie uznał za stosowne starać się o pozwolenie na wejście do uczelnianego skarbca. Nie przeszło mu też przez myśl poinformować władz o swojej obecności. Ba, nawet nie wszedł do budynku przez drzwi, lecz przez wykonaną własnoręcznie dziurę w dachu. Z tej to przyczyny od samego wschodu słońca, kiedy zauważono ślady, korytarzami akademii biegały grupy magów, powodowanych paniką, lękiem, lub wściekłością, poszukujące sprawcy całego zajścia. Teraz właśnie jedna z takich drużyn stanęła na progu świeżo wyłamanych wrót i patrzyła z nienawiścią na usadowionego pośrodku stołu górala. Ten z kolei, z szerokim, odsłaniającym zęby uśmiechem, przyglądał się im, podpierając głowę dłonią.

I w tej właśnie chwili, nim którakolwiek ze stron zdążyła cokolwiek powiedzieć, czy zrobić, z cichym trzaskiem zgasły wszystkie światła w całym uniwersytecie, a chwilę później, przy akompaniamencie przenikliwego wycia, całe pomieszczenie zaczęło rozpadać się, ustępując miejsca czarnej pustce.
-Co jest, do… - Zaklął Bakaret.
-Zderzenie planów. – Odparł z nienaturalnym spokojem Yuby.
-Co takiego?!
-Później ci wyjaśnię.
Zielonowłosy i smok – klejnot wyparowali w blasku zielonkawego płomienia, na oczach osłupiałych z przerażenia magów, rzucających się właśnie do desperackiej ucieczki.

Celem ich podróży była Herbaciarnia. Tam też trafili. Drobny błąd, nieodzowny w całym tym zamieszaniu, sprawił jednak, iż zmaterializowali się kilka stóp nad ziemią, spadając tym samym wprost na jeden ze stolików, roztrzaskując go w drobny mak.

_________________
From the brightest start
Comes the blackest hole
You had so much to offer
Why did you offer your soul?
Przejdź na dół Zobacz profil autora
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość
 
Numer Gadu-Gadu
3010805
Serika Płeć:Kobieta


Dołączyła: 22 Sie 2002
Skąd: Warszawa
Status: offline

Grupy:
Tajna Loża Knujów
WIP
PostWysłany: 04-09-2007, 22:58   

Głośny trzask łamanego drewna sprawił, że siedząca spokojnie przy stoliku dziewczyna poderwała się gwałtownie, o mało nie przewracając przy tym kolejnego nieszczęsnego mebla. Najwyraźniej jednak sprzęty Herbaciarni były nienajgorzej przystosowane do rozmaitych zawirowań losu, gdyż stolik zachybotał tylko przez chwilę, po czym znieruchomiał łypiąc drobnym przebarwieniem na blacie. Ani chybi z wyrzutem.
- YubYub, czyś Ty zwariował?! - wrzasnęła. - Drzwi są tam! A podłoga tu, gdzie leżysz, a nie dwa metry wyżej! Faceci...
- Oczywiście zrobiłem to celowo, Seri - warknął król pewnej dumnej smoczej rasy, niezbyt dumnie usiłując wygramolić się ze stosu drewnianych drzazg.
- I popatrz, co zrobiłeś ze stołem!
- No tak, o to co co sobie zrobiłem to nikt się nie zapyta, tak?
- A zrobiłeś sobie coś przynajmniej? Zrobiłeś? Rączkę złamałeś? Albo nóżkę? Albo na przykład kręgosłupik? - wtrącił się smok Yubego, szczerząc ząbki w złośliwym uśmiechu.
- Oni są prawie niezniszczalni, żadna zabawa... - ze znudzoną minką machnęło ogonem stworzenie będące niemalże jego ciemnoczerwoną kopią.
- Oj, zamknij się, Klejnot... Wstawaj, Yub. Książkę masz?
- Znalazłem i przeczytałem, a co?
- Miałeś ją wziąć ze sobą!
- No i wziąłem, co się pieklisz?- Yuby sięgnął do torby, pogmerał w niej przez chwilę, po czym zmarszczył brwi i pogmerał jeszcze trochę. W końcu nieco zdegustowany zajrzał w przepastną otchłań Podręcznej Torby Smoka (TM).
- ORO?!
- No to teraz nie będziesz miał prawa marudzić, że jesteś notorycznie przepytywany z tego, co w niej było... A tak w ogóle to zaparzę ci herbaty - westchnęła ciężko. Żadne z nich nie zwróciło uwagi na czerwonego smoczka z chytrą minką chomikującego tomiszcze w Szafie.

Picie herbaty w międzywymiarowej Błękitnej Herbaciarni to rytuał, który łączy ludzi i nieludzi, koi nerwy i w ogóle działa zbawiennie na światy. Przynajmniej w przypadku, gdy osoba parząca ten napój bogów (i nie tylko) nie czuje się zobowiązana do równoległego sprzątania resztek mebli, użerając się z nieposłuszną miotłą zachowującą się, jakby żyła własnym życiem - co notabene miało sporo wspólnego z rzeczywistością. Ostatecznie Serika zwinęła się na fotelu z filiżanką herbaty, w nastroju znanym w niektórych kręgach jako "ratuj się kto może!".
- ...czyli chcesz powiedzieć, że nie dość, że istnieją inne rzeczywistości, w co zresztą nie wierzę, to jeszcze w pewnych okolicznościach mogą one zbliżyć się do siebie na tyle, żeby możliwe stało się zajrzenie z jednej do drugiej?
- Owszem.
- I że ma to coś wspólnego z klejnotami?
- Owszem.
- Chrzanisz. Gdyby istniały inne rzeczywistości, prędzej czy później trafiłabym na ich ślad. A nie trafiłam - podsumowała niezwykle skromnie Serika, wzruszajac ramionami.
- W takim razie w jaki sposób wyjaśnisz fakt, że część Smoczych Klejnotów wraz z właścicielami jakiś czas temu zniknęła z multiuniwersum bez śladu?
- Może nie żyją?... - zasugerowała.
- W którychś zaświatach coś by o tym wiedzieli. A najprawdopodobniej w ogóle wywaliliby ich na zbity pysk za szerzenie defetyzmu. Lub chaosu, niepotrzebne skreśli...

PLASK!

- Co to było?... - Yuby rozejrzał się po Herbaciarni, ale nie dojrzał nic podejrzanego. Ta sama co zwykle Szafa kryjąca w sobie inny wymiar, ten sam basen z Wielkim Przedwiecznym drzemiącym spokojnie na dnie (a czasem nawet machającym macką), ta sama metalowa rura pasująca do stylowego wnętrza jak wół do karety... Ot, norma.
- Nie mam pojęcia. W każdym razie ktokolwiek pisał te kroniki, trafiliśmy na fałszywy trop.
- Nie byłbym tego taki pewien. Ale skoro się upierasz, możemy na wszelki wypadek zrobić jeszcze jedną rundkę po rozmaitych piekłach, niebach i inszych śmietnikach. Gdzieś muszą być...
- A w Szafie sprawdzaliście? - wtrącił się czerwony smoczek.
- Ta...

PLASK!

- No dobra, co to do licha było?!

_________________
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość Wyślij email Odwiedź blog autora
 
Numer Gadu-Gadu
1051667
Miya-chan Płeć:Kobieta
Aoi Tabibito


Dołączyła: 08 Lip 2002
Skąd: ze światów
Status: offline

Grupy:
Tajna Loża Knujów
WIP
PostWysłany: 05-09-2007, 23:14   

Wśród poszarpanych górskich szczytów powietrzny lud o wielkich skrzydłach, które potrafiły wywoływać wichurę, toczył walkę z rasą skalników, którzy wyprysnęli z ziemi bez ostrzeżenia, aby podbić te tereny.
Miya pogratulowała sobie w duchu, że posłuchała intuicji i skręciła tutaj po drodze z targu, gdzie wszystko można było dostać. Może i góry pod ponurym niebem nie wydawały się odpowiednim miejscem dla uśmiechniętej od ucha do ucha dziewczyny z koszem pełnym przerośniętych truskawek, ale akurat takimi szczegółami nigdy się nie przejmowała. Zwłaszcza jeśli przed jej oczami rozgrywała się Heroiczna Bitwa, którą mogła spróbować opisać, by wreszcie się trochę wprawić. Ostatnio Serika coś marudziła na brak porządnych opisów batalistycznych, gdzie jednak Miya miałaby takie wcisnąć? Skoro ostatnio w głowie miała przede wszystkim kwiatki i motylki... I oczywiście truskawki.
Upragniona Heroiczna Bitwa przyniosła jej jednak pewien zawód. Polegała bowiem na tym, że skalniki rzucały w skrzydlatych kamieniami i odłamkami skał, ci natomiast odbijali je z powrotem swoim wiatrem. Nie dość, że niewiele się działo, to mogło tak trwać dopóty, dopóki nie zabraknie gór.
Pewnie skończyłoby się na tym, że kronikarka machnęła ręką, ziewnęła i zniknęła, gdyby nie niespodziewany głos w jej głowie... Nie, nawet nie głos. Raczej uczucie czyjejś obecności.
- Mi... eś... owy...!!!
Bardzo znajome, choć od dawna nie zaznane wrażenie.
- Achlama? - odezwała się telepatycznie - Achlamuś, słoneczko, gdzie ty się podziewasz?!
Nie dostała słownej odpowiedzi, lecz oczami wyobraźni zobaczyła nagle miejsce jak z ilustracji do najpiękniejszej bajki. Pełne drzew i kwiatów, ze śnieżnobiałymi górami w tle. Namalowane najżywszymi barwami...
A potem wizja zgasła, jak zdmuchnięty płomień.
Niebo nad górami zaczęło zmieniać kolor - dotąd szare, a teraz tę monotonię zaczęły przenikać różowe pasma. W skałach pojawiały się szczeliny, z których rozkwitały kwia... No, w każdym razie rośliny, bo miały liście. I zębate paszcze do tego.
- Teraz to dopiero mam szczęście... - powiedziała do siebie Miya, kiedy na polu bitwy zjawiła się znikąd trzecia rasa, przypominająca fioletowych jaskiniowców w zielone szlaczki. Pokręciła głową i otworzyła pod sobą portal, póki jeszcze istniała.

PLASK!
Zamyślona nie zwróciła uwagi na to, że jedna truskawka wypadła z kosza i rozpaćkała się na kuchennej podłodze. Ciągle rozpamiętywała wizję, którą - czego była pewna - pokazał jej Achlama, jeden ze smoków-klejnotów, będący pod jej opieką. Dawno już go nie widziała; któregoś dnia po prostu zniknął jej z oczu i mimo wszelkich starań nie potrafiła nawiązać z nim kontaktu. A teraz to miejsce... Zbyt urocze, by nie mieć co do niego podejrzeń.
PLASK! - rozkojarzona poślizgnęła się na truskawce i wylądowała na podłodze. Z kosza wypadło jeszcze co nieco, na szczęście większość cennej zdobyczy ocalała.
- No dobra, co to do licha było?! - kronikarka usłyszała znajomy głos, dochodzący z herbaciarni. Po chwili zasłona z koralików rozsunęła się i ktoś zapalił światło.
- Cześć, dziubki - uśmiechnęła się szeroko na widok przyjaciółki i Górskiego Smoka.
- Miyak... - jęknęła Serika - A już zaczynaliśmy się obawiać, że to coś oślizgłego i mackowatego...
- Znaczy, co? Maskotka znowu próbowała wyjść z basenu?
- Nie, coś gorszego.
- No co wy? Co gorszego mogłoby tu wejść, skoro jesteście w środku?
- Może kreatury z innych rzeczywistości - podsunął Yuby z kwaśną miną.
- Nie. Wierzę. W alternatywne. Rzeczywistości - zaprotestowała twardo Serika.
- Oj, daj spokój. Nie chciałabyś spotkać takiej uroczej drugiej siebie? - zapytała słodko Miya - A co do tych kreatur, dopiero co trochę takich widziałam. Nic, czego moglibyście się obawiać.
Serika i Yuby spojrzeli na siebie pustym wzrokiem.
- YubYub, to co z tą książką o klejnotach?...
- Właśnie! A wasze kochane zwierzaczki też tu są? - przypomniała sobie kronikarka.
- Nazwij je "kochanymi zwierzaczkami" w ich obecności, a... - zaczął Yuby, ale nie dała mu dokończyć:
- Bo może mają jakieś mentalne połączenie z innymi smokami, co? Na przykład z moim!
- TERAZ ci to przyszło do głowy... - westchnęła Serika, kiedy cała trójka przechodziła do herbaciarni. Przedtem jednak truskawki wylądowały na wielkim półmisku. Górski Smok przezornie się odsunął - ciekawe dlaczego, bo przecież nie dlatego, że były cztery razy większe niż normalne?
Powrót do góry Zobacz profil autora
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość Odwiedź blog autora Odwiedź galerię autora Odwiedź listę obejrzanych anime / przeczytanych mang
Mazoku Płeć:Mężczyzna


Dołączył: 20 Lut 2003
Skąd: znienacka ;)
Status: offline
PostWysłany: 06-09-2007, 01:02   

Gdzieś wśród niezliczonych światów Multiświata istniał kawałek przestrzeni. Zawierał w sobie płaski odłamek lądu kilometrowej średnicy. Skalisty dysk porastał gęsty las dziwnie poskręcanych drzew. Uważny obserwator dostrzegłby wśród nich wystający szczyt celującej w niebo parabolicznej anteny. Jeszcze uważniejszy obserwator być może dostrzegłby na jej wewnętrznej stronie resztki złuszczonego napisu, z którego obecnie dało się jedynie odczytać litery A, G i N. Pośrodku tej krainy leżało krystalicznie czyste jezioro. W jego środku wznosiła się wysoka czarna wieża z licznymi wystającymi pomniejszymi basztami i przybudówkami.
Mazocza Mroczna Forteca - bo tak zwał ją nazywać jej zwichrowany psychicznie właściciel - była od dawna niezamieszkana. Co nie oznacza, że nie istniało w niej życie. Budowla, będąca miejscem licznych eksperymentów z pogranicza magii i nauki, zdołała wytworzyć własną świadomość. Nie sposób było stwierdzić, czy tliła się ona w pamięci nieprzerwanie pracujących w jej wnętrzach neuronowych komputerów, czy też była efektem wypełniających ją potężnych zaklęć zdolnych zwinąć rzeczywistość w korkociąg. Prawdopodobie i jedno, i drugie.

***

W najwyższej komnacie głównej wieży urządzony był salon. W salonie była kanapa. Na kanapie oparł łeb pokryty opalizującymi czarno-czerwonymi łuskami smok i wpatrywał się nieufnie w siedzącego na meblu białego kotka Hello Kitty. Ten, nic sobie z tego faktu nie robiąc, lizał swoją łapkę.
- Tego się, prawdę mówiąc, nie spodziewałem - mruknął smok.
- Hmm? - odezwał się ktoś z pogrążonego w mroku pomieszczenia obok.
- Koty. Tu. Jest. Pełno...
Smok zawiesił złowieszczo głos i wskoczył z impetem na sofę. Kotek momentalnie znalazł się na dywanie wśród przynajmniej 10 identycznych stworzonek i spojrzał na agresora z wyrzutem.
- Kotów! - dokończył sadowiąc się wygodnie na zdobytej pozycji.
- Nie są prawdziwe - rzekł arbitralnie niewidzialny głos.
- Tyle to i ja zauważyłem. To bardzo realistyczne holoprojekcje, prawda? Musiał je wytworzyć komputer wieży. Tylko po co?
Z pomieszczenia obok rozległo się głośne miauknięcie, głuchy odgłos uderzenia i cichy jęk.
- Czy to może jakiś rodzaj nowatorskiej śmiercionośnej broni przeciwko intruzom? - kontynuował smok ze sporą dawką złośliwej ironii.
Zerknął na jedną z turlających się na podłodze "śmiercionośnych broni". Ta odpowiedziała spojrzeniem i przekrzywiła łepek.
- Skąd... - stęknął głos. - Nie sądzisz chyba, że jestem aż tak perfidny, co?
Nie doczekał się odpowiedzi, więc ciągnął dalej:
- Podejrzewam, że Forteca czuła się po prostu... no wiesz... samotna.
- Samotna?! I co? Stworzyła sobie rzeszę wyimaginowanych puszystych przyjaciół?
- Na to wygląda. Z dwojga złego dobrze, że nie zaczęła sobie, nie wiem, podcinać... rur kanalizacyjnych? Prawdopodobnie to łatwa do usunięcia anomalia systemowa. Będę musiał się tym później zająć.
Smok poderwał się z miejsca.
- Później? Chcesz powiedzieć, że mamy zamiar zostać tu dłużej?
- Niewykluczone - westchnął głos po chwili namysłu, choć smok był pewien, że usłyszał ledwo wyczuwalną nutę rozbawienia.
- Ale przecież mówiłeś mi, że nigdy już nie wrócimy w ten rejon Multiświata! Że jest tu nudno jak na grzybobraniu w kole podbiegunowym, a tutejsi międzywymiarowi podróżnicy to niezrównoważona banda przeciętnych inaczej...
- Nefeh! Nie wiesz, kto może słuchać... - przerwał mu z irytacją głos. - Poza tym chyba nie sformułowałem tego aż tak dosadnie ^^"
- Może. W każdym bądź razie mógłbyś mi wreszcie powiedzieć co my tu robimy i czego szukasz w tej przeklętej kuchni!
Głos zdawał się tylko na to czekać. W ciemności rozbłysła para fioletowych oczu.
- Tego! - zawołał tryumfalnie.

***

Z cienia wynurzyła się wysoka ludzka postać. Był to młody mężczyzna ze splątanymi czarnymi włosami odziany w równie czarny płaszcz. Rękawy i poły płaszcza wyszyte były dziwnymi fioletowymi runami przywodzącymi na myśl zwinięte macki. Na jego twarzy błąkał się wieczny ironiczny uśmiech, a oczy - na ogół przymknięte, choć w tej chwili szeroko otwarte - błyszczały fioletowym blaskiem. Mazoku nie był oczywiście człowiekiem, ale lubił swoją antropomorficzną postać.
Ruszył dostojnym krokiem w kierunku sofy. Niestety miał na nogach pluszowe kapcie-Cthulhu, w których się trochę ślizgał, co skutecznie zepsuło efekt.
Postawił na stoliku przed kanapą trzymany w rękach przedmiot - zółtą prostopadłościenną puszkę. Nefeh pochylił się nad znaleziskiem z zaciekawieniem i odczytał znajdujący się na wieczku napis. Jego chwilowy entuzjazm szybko opadł.
- Lipton? Czy w środku tej puszki jest...
- Herbata ^^
Smok spojrzał na swojego pana z mieszaniną wyrzutu i zażenowania.
- Ale to oczywiście nie jest powód, dla którego tu przybyliśmy - wyjaśnił Mazoku i dodał po chwili namysłu: - Nie jedyny w każdym bądź razie.
Ściana przed kanapą pokryta była w dużej części ekranami najróżniejszej wielkości i dużą ilością niezidentyfikowanego sprzętu z mrugającymi światełkami. Mazoku podszedł do niej i wziął z półki bezprzewodową klawiaturę (uprzednio zdejmując z niej lekko zaskoczonego kotka). Usadowił się obok smoka i wcisnął kilka klawiszy. Ekrany ożyły i rozbłysły różowością. Na wszystkich pojawiła się biała głowa Hello Kitty na tle skaczących serduszek. Obaj wzdrygnęli się odruchowo.
- Będę musiał coś z tym zrobić - jęknął Mazoku, osłaniając reką oczy. - Na razie jednak spójrz na to.
Wszsytkie ekrany poza jednym zgasły. Na największym pojawiły się dwie przezroczyste sfery - niebieska i czerwona, które niemal stykały się ze sobą. Grafikę otaczały okienka wypełnione niezliczonymi danymi.
- Co to jest? - zaciekawił się Nefeh.
- Choć Forteca mogła sfiksować, jej krytyczne systemy nie przestały działać. Między innymi nieprzerwanie skanuje ona hiperstrukturę Multiświata w poszukiwaniu ciekawych anomalii. Kilkadziesiąt godzin temu dostałem informację o ponadnormatywnym wzroście napięcia wewnętrznego rzeczywistości układającym się w charakterystyczny wzór. Mamy prawdopodobnie przed oczami jedno z najrzadszych zjawisk obserwowanych w Multiświecie... zderzenie planów!
W powietrzy rozbrzmiała precyzyjnie wymierzona dramatyczna chwila ciszy.
- Te dwie kulki się stukną? - podsumował Nefeh. Mazoku przewrócił oczami.
- W sumie to tak. Co prawda to nie są "kulki", tylko trójwymiarowa reprezentacja 13-wymiarowej struktury interplanarnej Multiświata. Co więcej - Mazoku wskazał palcem na czerwoną sferę - ta rzeczywistość nigdy nie kontaktowała się ze znanym nam Multiświatem. Jej dotychczasowe położenie to uniemożliwiało. Właściwie to nawet nie wiadomo czy tak wygląda. Jej wielkość, oszacowana na podstawie energii, jaką wywiera na strukturę naszej rzeczywistości, sugeruje jednak, że mamy do czynienia z setkami nowych, niezbadanych światów!
- A-ha...
- Nie sądzisz, że byłoby fajnie się tam wybrać? ^-^
- Hmm... Tylko jak? Nie można się chyba tak po prostu teleportować poza Multiświat, co?
- Oczywiście, że nie. Trzeba znaleźć miejsce kontaktu. Spójrz na to.
Niebieska sfera - symbolizująca, jak się Nefeh domyślał, znany Multiświat - powiększyła się ukazując niezliczoną ilość bąbelków. Jeden z nich był czarny.
- Implozja energii, która nastapiła jakąś godzinę temu - powiedział Mazoku. - Musiał to być jakiś mały świat, który nie figurował na żadnej znanej nam mapie. I pewnie już nie będzie miał okazji... Co gorsza teraz, kiedy najwyraźniej przestał istnieć, ustalenie jego pozycji zajęłoby wieki. Niemniej tuż przed implozją jakaś istota opuściła to miejsce. Teleportacja przy takiej presji rzeczywistości nie mogła być łatwa. Nie znam wielu, które byłyby do tego zdolne.
Nefeh spojrzał na złowieszczy czarny punkt na ekranie, nie odezwał się jednak.
- I tu dochodzimy do kwestii puszki z herbatą ^^ - Mazoku podniósł z uśmiechem wspomniany przedmiot. - Gdzie spotykają się najlepsi międzywymiarowi podróżnicy Multiświata, kiedy dzieje się coś ciekawego?
- Blue Haven!

***

PLUSK!

Mazoku od dawna podejrzewał, że na Herbaciarnię rzucono och-jak-zabawne zaklęcie, które uniemożliwiało precyzyjną teleportację. To jedyne rozsądne wyjaśnienie faktu, iż zamiast w objęcia miękkiego fotela trafił prosto do basenu. Puszka Liptona zdaje się nie wytrzymała impetu uderzenia. Mazoku patrzył, jak jego pretekst do nagłej wizyty ginie w mrocznej toni. Nie miał jednak czasu jej szukać. Wiedział, że przebywając za długo w basenie może go spotkać coś znacznie gorszego. Z chichoczącym Nefehem na plecach zaczął płynąć w stronę brzegu.

_________________
You should never challenge mazoku for battle. There's nothing more reckless than trying to beat one ^-^


Ostatnio zmieniony przez Mazoku dnia 06-09-2007, 16:42, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość Wyślij email
 
Numer Gadu-Gadu
5003069
GoNik Płeć:Kobieta
歌姫 of the universe


Dołączyła: 04 Sie 2005
Status: offline

Grupy:
AntyWiP
Fanklub Lacus Clyne
Tajna Loża Knujów
PostWysłany: 06-09-2007, 12:27   

Ponure Zamczysko – wspaniałą różową siedzibę AntyWiPu – od kilku dobrych godzin szczelnie otulała Noc. Bezapelacyjnie zasługiwała na wielkie litery, gdyż rozciągający się z zamku widok można było przedstawiać jako definicję mroczności i gotyku: otaczający go gęsty liściasty las szumiał złowrogo w nagłych porywach silnego wiatru. Nie słychać było żadnych zwierząt - od czasu do czasu tylko upiorną ciszę przerywało potępieńcze wycie dobiegające gdzieś spomiędzy drzew. Po aksamitnie czarnym nieboskłonie w szaleńczym pędzie sunęły skłębione chmury, co chwilę przysłaniając i tak ledwie tlące się gwiazdy. Księżyc świecił.

Prawdę mówiąc – świecił tak nachalnie i jaskrawo, jakby ta pełnia miała być jego ostatnią. Blask bezceremonialnie wpychał się w otwarte okna jednej z licznych wież Zamczyska, częściowo zatrzymywany przez szarpane wiatrem zasłony. Śpiąca na wąskim łóżku dziewczyna, mamrocząc coś niezrozumiale, odwróciła się na drugi bok kiedy światło padło na poduszkę… i zaraz poderwała się gwałtownie na równe nogi, wydając z siebie sapnięcie pełne irytacji. To cholerstwo odbijało się w lustrze! Gdy tylko dotknęła stopami podłogi, rozległ się głuchy odgłos uderzenia i tuż po nim ciche, a dosadne przekleństwo. Padła spowrotem na posłanie i zacięcie masowała lewą łydkę, obserwując rosnący w zastraszającym tempie siniak koloru dojrzałej śliwki.

- Szlag by to… Co za idiota postawił tu to pudło!? - Ze złością łypnęła na bezczelnie rozpartą tuż przy łóżku niedużą plastikową skrzynkę. Gdyby wzrok mógł palić niczym kwas… Po chwili westchnęła ciężko i, nadal rozcierając bolące miejsce, pokuśtykała w kierunku okna. Kiedy je zamykała zasłonki łopotały malowniczo, raz po raz odsłaniając jaśniejący jak latarnia księżyc.

Nagle wydało jej się, że wśród zawodzenia wiatru słyszy głos, rozpaczliwie próbujący przebić się przez wichurę. W tej samej chwili srebrna tarcza zamrugała na czerwono… Zamrugała?!

- Nie trzeba było pić tej coli przed snem… - Wymamrotała dziewczyna z nosem przyklejonym do szyby i oszołomiona wpatrywała się w wielkie rubinowe oko o pionowej źrenicy, wiszące w powietrzu częściowo przysłaniając księżycową tarczę. Tuż obok, przy niewielkim wysiłku dało się dojrzeć… drugie. Oraz niewyraźny zarys długiego pyska, sprawiającego dość łuskowate wrażenie. Oko znów mrugnęło. Niemal w tej samej chwili chmura zakryła satelitę i widziadło zniknęło tak nagle, jak się pojawiło. – O-kej… CO to było, na bogów Chałasu!? Któryś z panów znowu testuje nową zabawkę, czy jak? Mięta, potrzebuję mięty… i kawałka czekolady. – Niestety, w Zamczysku można było znaleźć spiżarkę pełną egzotycznych przypraw Zegarmistrza oraz zamknięte niemal na głucho prywatne komórki pozostałych mieszkańców, ale dziwnym trafem nie było w nim ani kawałka czekolady. O mięcie nie wspominając. Jedynym miejscem, do którego mogła się udać, była więc Herbaciarnia. Tak też i zrobiła – przenośnym generatorem portali otwierając właściwe przejście.

***

PLASK!

Ostatnimi czasy teleportacja do wnętrza Blue Haven obfitowała w niespodzianki – nikt nie był pewien, czy zmaterializuje się w kuchni, szafie, czy może tuż nad basenem Cthulhu . Ona wylądowała na czymś miękkim i różowym. Miało macki. I piszczało żałośnie.

- Chibik! Chibik, nie rozpływaj się! – błyskawicznie odkleiła rozpłaszczonego skłiba od podłogi i potrząsając nim energicznie przywróciła mu mniej więcej właściwy kształt. Wrzuciła stwora do zlewu i odkręciła kurek z zimną wodą.

Zza drzwi wychynęła najpierw miska pełna… czegoś. Wyglądało jak truskawki. Z tą różnicą, że owe zazwyczaj były nieco mniejsze od pomarańczy… Zaraz za, niech będzie, truskawkami do kuchni wmaszerowała Miya.

- Goniś, dziubku! Dawno cię tu nie było! – Kronikarka przeniosła wzrok na różową galaretkę. – Czemu skłib leży w zlewie? – spytała zaintrygowana.

- Wteleportowałam się na niego. – Wampirzyca wzruszyła ramionami. – Naprawdę, Miyaczku, powinniście wydzielić kawałek bezpiecznej przestrzeni do materializacji. W końcu ktoś wpadnie do basenu i… - nie dokończyła, gdyż w tym momencie dało się słyszeć głośne PLUSK! Spojrzały na siebie zdziwione i jednocześnie rzuciły się do drzwi. Kogoś rzeczywiście teleportowało nad basen - teraz mężczyzna płynął szybko w kierunku brzegu, a tuż za nim z wody wychynął czubek macki, okręcił się dookoła jakby szukając czegoś i z cichym plop! zanurzył się spowrotem.

_________________
Powrót do góry Zobacz profil autora
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość Wyślij email
Grisznak
-Usunięty-
Gość
PostWysłany: 06-09-2007, 13:18   

Złowrogi mrok nocy rozświetlały złowieszcze płomienie tańczące nad ogniskiem, przy którym siedział Łowca. Kolejna noc spędzona poza domem, bez łóżka, bieżącej wody i wszystkiego, do czego żyjący w cywilizowanych warunkach człowiek przywykł. Cóż, poświęcenie dla sprawy jest rzeczą nadrzędna.

Dorzucił do ognia jeszcze jedną elfią piszczel, których pokaźna kupka piętrzyła się po jego prawicy. Polanka otoczona była systemem ostrzegawczym złożonym z palików przyozdobionych elfimi, bizoniastymi łbami, rzecz godna uwagi, pozbawionymi uszu. Narządy słuchowe martwych przedstawicieli Starszej Rasy leżały teraz po lewicy Łowcy, który co jakiś czas sięgał po długie, elfie ucho i pracowicie nadziewał je na niteczkę. Na przyzwoity Różaniec brakowało jeszcze trochę, ale w końcu czas go nie gonił.

Sięgał właśnie po kolejne ucho, gdy nagle w do jego własnych, znajdujących się tam gdzie trzeba, uszu dobiegł podejrzany hałas. Ruchem szybszym niż blitzkrieg z 1939 sięgnął po pistolet i wycelował go w kierunku, z którego dobiegał podejrzany odgłos. Mogła to być naturalnie jedynie niegroźna celofyza, ale równie dobrze źródłem hałasu mogła okazać się krwiożercza latająca wiewiórka. Instynkt łowcy podpowiadał jednak, że może to być coś innego. Coś dużo gorszego, straszniejszego nawet niż „Yami no Matsuei”.

Cokolwiek tam było, na razie nie atakowało, jedynie obserwowało. Łowca powoli i ostrożnie ruszył w tamtym kierunku, mając broń w pogotowiu. Nie lubił zabawy w Wielkiego Brata, cenił uczciwe konfrontacja w cztery oczy. Sięgnął po płonącą piszczel elfa i rzucił ją na ziemię, niedaleko miejsca, z którego promieniowała aura obecności. Z krzaków dobiegł ponury pomruk. Palec Łowcy nerwowo zacisnął się na spuście broni. I wtedy zrozumiał. Było ich więcej...

Głośne „Muuuuuu!” rozległo się wokół. Łowca poczuł, jak na czole pojawiają się krople potu. Teraz już złowroga obecność była czytelna. Krzaki zaszeleściły, po czym wyłonił się z nich najprawdziwszy na świecie, wielki bizon. Łowca nie musiał się odwracać, by wiedzieć, że za jego plecami znajdowały się co najmniej dwa kolejne. Zaklął podle po rumuńsku, zastanawiając się, jakim cudem w Lothlorien pojawił się inne bizony niż metroseksualne elfy. Nieważne, bestie tu były i trzeba było coś z tym zrobić. Najlepiej coś bohaterskiego. Uciekać? Ale gdzie?

Nim zdążył pomyśleć, bizony zaatakowały. Łowca skoczył do góry, licząc, że uda mu się dostać na grzbiet jednego z nich, lecz gdy był w powietrzu, rozległo się głośne:

PLASK!

...i wszystko pociemniało...

Planował lądowanie na miękkim, pokrytym szczeciną grzbiecie bizona, tymczasem lądowiskiem okazała się zdecydowanie bardziej twarda podłoga, z którą zadek Grisznaka zawarł właśnie dosyć bolesną znajomość.

- Co, do diabła? – mruknął, rozglądając się wokół. Pierwszym, co rzucało się w oczy był smok. Zapewne górski, ale głowy by nie dał. Na szczęście bestia nie zachowywała się agresywnie. Łowca przeniósł wzrok dalej. Ze zdziwieniem skonstatował, że poznaje znajomą twarz wampirzycy.
- Ty? – spytał – Co ty...to znaczy, co ja...tego...co tu się, na Trygława, dzieje?
Powrót do góry
Serika Płeć:Kobieta


Dołączyła: 22 Sie 2002
Skąd: Warszawa
Status: offline

Grupy:
Tajna Loża Knujów
WIP
PostWysłany: 06-09-2007, 23:01   

- .. nie mam bladego pojęcia, co się dzieje, ale chyba powinniście popracować nad celnością - skwitowała Serika.
- Tu jest coś ciężko namieszane, Seriś! - dobiegł z kuchni głos GoNik.
Serika teleportowała się parę razy w różne miejsca i wzruszyła ramionami.
- Nie rozumiem.. U MNIE DZIAŁA! ^^

Zabrzmiało pogardliwe prychnięcie w trybie stereo: z jednej strony z podłogi w okolicy Szafy, z drugiej - z basenu. Odpowiednik lewego głośnika zbierał właśnie do kupy siebie i rozsypane elementy dziwnego naszyjnika (Serika uznała, że chyba nie chce wiedzieć, czym właściwie były), prawy głośnik pięknym stylem klasycznym płynął ku brzegowi basenu, robiąc uniki przed macką wyjątkowo zaciekawionej Maskotki.
Prawie skutecznie.
Prawie robi wielką różnicę!
Macka łagodnie oplotła antropomorficzną formę demona i uniosła w górę, ponad powierzchnię wody. Mazoku twardo robił dobrą minę do złej gry i usiłował wyglądać godnie - co nieco utrudniał fakt, że intensywnie ociekał wodą.
- Cześć, dawno się nie widzieliśmy ^^ - uśmiechnął się szeroko, mrużąc oczy, po czym wyteleportował się z macki. Oraz z wody, która z cichym pluskiem wróciła do basenu. Zapewne niechcący wyteleportował się przy okazji również z Nefeha, który nagle zawisł w powietrzu z mocno głupią miną, zatrzepotał rozpaczliwie skrzydełkami i mruknął pod nosem coś, co brzmiało jak bardzo niecenzuralny epitet odnoszący się do grawitacji. Grawitacja, jak łatwo się domyślić, nie pozostała dłużna - zemsta była słodka i mokra.
Tymczasem zupełnie suchy Mazoku rozsiadł się w fotelu z filiżanką herbaty, która pojawiła się diabli wiedząc skąd, w ręku.
- Wybaczcie, proszę, niezapowiedziane najście, ale mój tajny informator doniósł, że w Blue Haven po raz pierwszy od zarania dziejów zabrakło herbaty - wyjaśnił z powagą.
- Jak to zabrakło, jak to zabrakło?! - Miya wypadła z kuchni z wielką michą truskawek w rękach.
- ... postanowiłem poratować dawnych towarzyszy w potrzebie - kontynuował. - Niestety, na skutek drobnego wypadku... Musicie sobie tę herbatę same wyłowić! - dokończył z triumfalnym uśmiechem na ustach.
- Kto ci takich bzdur... MAZOKU! TY ŻYJESZ!!! *__* - Miya w pierwszej kolejności rzuciła na ziemię miskę, a następnie (również rzuciła) siebie na szyję demona. Ten lekko zzieleniał.
- Naprawdę... nie... trzeba...
- Gdzieś ty się podziewał, ty draniu!? To my się martwimy...

*dwadzieścia minut i trzy tyrady później*

- To czego się napijesz?
Mazoku nie odpowiedział. Siedział nieruchomo w fotelu, w tej samej pozycji, w której zastała go Miya, i wpatrywał się w przestrzeń pustym wzrokiem. Wyglądał, jakby w jego duszy toczyła się właśnie zażarta walka.
- Chyba mu zaszkodziłam...
- Myślisz, że nadmiar pozytywnych uczuć wpędził go w katatonię? - Serika przyjrzała się krytycznie demonowi i pokręciła głową. - To nie to... Widziałam już kiedyś taki przypadek w Herbaciarni. Robocza nazwa przypadłości to Klątwa Długiej Nieobecności - dotyka ona wszystkich, którzy na zbyt długo opuszczają sąsiadujące z naszą siedzibą rejony Multiświata, ale z nieznanych mi przyczyn u większości z nich ma tak lekki przebieg, że pozostaje niezauważalna dla postronnego obserwatora. Istnieje teoria, że kontakt z Maskotką powoduje znaczne nasilenie objawów.
- Wyjdzie z tego? - zatroszczyła się Miya, kompletnie ignorując pozostałych gości (a warto wspomnieć, że GoNik właśnie oprowadzała Grisznaka po herbaciarni, a ten sprawiał wrażenie orka wrzuconego w sam środek elfickiej wioski. To się podobno nazywa "Syndrom WTF").
Serika wzruszyła ramionami.
- Normalnie mija po kilku chwilach, w zależności od natężenia objawów... W sumie mogę oszacować - to mówiąc przyłożyła rękę do czoła Mazoku i chwilę później gwałtownie ją cofnęła z wyrazem ciężkiego zaskoczenia na twarzy.
- Oż w mordę!
- Cio?
- Jeśli przeliczyć to na Standardowe Jednostki Zaburzeń POSTrzegania Świata, to wychodzi dokładnie czterdzieści siedem tysięcy dziewięćset trzydzieści osiem POST'ów! To ponad dziesięciokrotnie więcej, niż najcięższy przypadek, o jakim dotychczas słyszałam...
- I co z nim zrobimy?...
- Może sobie siedzieć, dopóki mu nie przejdzie.
- Ale...
- No dobrze, dobrze...
Serika westchnęła ciężko, zastanawiając się, jakim cudem taki miły, spokojny i leniwy dzień, kiedy to Yub miał szukać informacji, a ona miała z nich bezczelnie korzystać, nagle zamienił się w wijący się kłębek chaosu. Nie, żeby nie lubiła chaosu, ale odrobina przewidywalności światu by naprawdę nie zaszkodziła. Krótkim gestem ręki przywołała do siebie Miotłę - jako narzędzie ładu powinna poradzić sobie ona z natłokiem zignorowanych informacji, które w jednej chwili, jak na komendę, postanowiły dostać się do umysłu Mazoku. Tylko jak to bydlę zastosować?! W końcu niewiele myśląc zdzieliła demona miotłą przez łeb, na wszelki wypadek dodając naprędce wymyśloną inkantację.
- Oznacz Wszystkie Jako Przeczytane!
- Co ty wyrabiasz?! - jęknął.
- O, widzisz, podziałało! ^^

_________________
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość Wyślij email Odwiedź blog autora
 
Numer Gadu-Gadu
1051667
GoNik Płeć:Kobieta
歌姫 of the universe


Dołączyła: 04 Sie 2005
Status: offline

Grupy:
AntyWiP
Fanklub Lacus Clyne
Tajna Loża Knujów
PostWysłany: 09-09-2007, 21:32   

- A tu śpi Maskotka. Znaczy, modlimy się, by spała. Kiedy budzi się, jest skora do zabawy, a oplatania macką i wciągania pod wodę większość ze stałych bywalców nie uważa za godną rozrywkę – GoNik skinęła głową w kierunku basenu Cthulhu. Podążający za nią Grisznak wciąż jeszcze miał na twarzy wyraz lekkiego oszołomienia, spowodowany zapewne nagłym przejściem przez wymiary. Co jakiś czas wydobywał z siebie tylko niepewne „Tak, jasne.”, „Aha…”, bądź mamrotał pod nosem coś o mrocznych bizonich bóstwach, które rzuciły go tu w ramach zemsty za wymordowanie wioski długouchych, wytapetowanych gejów. Dziewczyna zatrzymała się nagle i podniosła coś z podłogi.
- Skłibuś! Przepraszam, ze cię wcześniej rozpłaszczyłam, wybacz… - Odwróciła się do Grisznaka. Na rękach trzymała małą, różową, wielkooką ośmiorniczkę, która mimo radosnego i wyraźnie przyjaznego wymachiwania macką nie mogła pozbyć się złośliwego wyrazu pyska. Nawet ogromne, zgwałcone ślepia jej w tym nie pomagały. – Chibi Cthulhu, bezpieczniejsza w obejściu wersja Maskotki. Można ją ściskać, miętolić, zgniatać, tulić i rozciągać. Należy tylko wystrzegać się krótszej macki, bo pociągnięty za nią woła siostrę. – Spojrzała na towarzysza podejrzliwie. – Um… Dobrze się czujesz?
- Cokolwiek niewyraźnie, powiedziałbym… Wiesz doskonale, że nie podróżuję w TEN sposób. – Tu zrobił dość zniesmaczoną minę. – Poza tym chciałbym wiedzieć, co się tu dzieje. – Potoczył wzrokiem dookoła: Serika bijąca Mazoku Miotłą po głowie, Miya skacząca obok, tuż przy rozsypanych truskawach. Yub przyglądający się temu z bezpiecznej odległości. W końcu Klejnot i Bareket wyśmiewający zmokłego Nefeha, który odwdzięczył się plując obu w pyski kawałkiem tentakla. – Istna paranoja…
- Errr… Całkiem normalna atmosfera Herbaciarni? Słuchaj, usiądź w fotelu, ja przyniosę herbaty, poczekamy aż nieco się uspokoją i wyjaśnimy dlaczego cię tu teleportowało, ok?
- Niech będzie i tak. Sam nie mam żadnego pomysłu. – Grisznak skinął głową, podejrzliwym wzrokiem przyjrzał się najbliższemu siedzisku i ostrożnie umieścił na nim swoją osobę. Fotel najwyraźniej nie żywił względem łowcy żadnych urazów, gdyż ani się nie zawalił, ani nie próbował go zjeść.

*piętnaście minut później, w Blue Haven zapanował względny spokój*

- Miyak! Odklej się od Mazoka, bo znowu się zawiesi! – Serika parsknęła głośno popijając herbatkę.
- Aleeee….
- Miyak!
- No dobrze już, dobrze – kronikarka, udając oburzenie, wypuściła demona z objęć. Ten odetchnął głęboko i zaczął nabierać na twarzy zdrowego, mazoczego koloru.
- Okej. Skoro już wszyscy doszliśmy ze sobą do porządku… a przynajmniej siedzimy i pijemy herbatę – dodała szybko Seri, czując na sobie wzrok Mazoku i Grisza – może dowiem się skąd wziął się tu łowca i dlaczego AntyWiP tak beztrosko dobiera się do moich zapasów mięty i czekolady. Hmmmm?
- Tam od razu beztrosko… Co mam zrobić, jeżeli Zamczysko zaopatrzone jest tylko w tony kawy? – GoNik sięgnęła po czekoladkę i łyknęła naparu z kubka. – Poza tym tej nocy nie da się tam spać – wiatr wyje za oknem, las szumi jakby szaleju się najadł i jeszcze ten księżyc… Pomyślałam, że wpadnę do was, tu przynajmniej ewentualnie widziadła można w miarę rozsądnie wytłumaczyć. W końcu to Herbaciarnia.
- Oro? Widziadła? Czyżby po zamku snuł się duch? – Yuby wyszczerzył w uśmiechu zęby.
- Chciałabym. Widziałam wielkie czerwone oko na księżycu…
W tym momencie Miya i Serika kwiknęły radośnie, mało nie dławiąc się herbatą.
- Dziubku, coś ty piła?
- Ale widziałam!
- Aha… Kolejny dowód na to, ze zamek AntyWiPu na dłuższą metę SZKODZI – stwierdziła Serika poważnym tonem.
- Było oko! Czerwone! I pysk! - wampirzyca rozejrzała się dookoła i zatrzymała wzrok na siedzących nieopodal smokach-klejnotach – O! Taki pysk! Smoczy! Srebrne było i miało łuski!
WiPówki i góral spojrzeli po sobie. Mazoku zamrugał.
- Że JAKI pysk?
- Srebrny smoczy pysk, czerwone oczy. Och, spytajcie kogoś z moich, musieli to widzieć!
- YubYub, nie przypomina ci to czegoś? – Serika z pozornym spokojem odstawiła filiżankę. A przynajmniej próbowała to zrobić. W powietrzu nagle rozszedł się swąd siarki i tuż przy basenie zmaterializowało się pudło z grubsza przypominające telewizor. Przez chwilę dobywały się z niego trzaski i przekleństwa, później obraz pojawił się, zamigotał, zniknął, a kiedy pojawił się znowu, większą część ekranu zajmowała pociągła twarz mężczyzny o ciemnych, krwistoczerwonych oczach.
- Czy słychać, co mówię? Hm, w porządku… Herbaciarnia Blue Haven, mam rozumieć? – Mężczyzna rozejrzał się podejrzliwie. Na twarz opadł mu kosmyk włosów koloru identycznego z kolorem oczu. Miya wydała z siebie cichy pisk, jak zahipnotyzowana wstała z fotela i zrobiła krok w kierunku pudła.
- Miyak! Miyak, nie! – GoNik rzuciła się za kronikarką i złapała ją za rękaw. – Abaddon, cholerniku! Przestałbyś się popisywać!
- Stare nawyki… Posłuchaj, mamy tu w pewnym sensie sytuację kryzysową, Lampka znowu ma odloty. Ze swoim uwarunkowaniem możesz się przydać w ogarnięciu tego chaosu. I nie, to nie jest prośba. Otworzę ci zaraz portal prowadzący tu do mnie.
- Tylko nie na Trawnik tym razem, bardzo proszę, celuj lepiej…
- Zaraz! GoNiś, ten facet chce cię u siebie? – Miya uśmiechnęła się podejrzanie. Bizon! Śliczny! Chcem! – Neee… - Zatrzepotała rzęsami. Tuż obok pojawił się stylowy, ciemnoczerwony portal.
- Miyaczku, czy ty planujesz… - Serika łypnęła na przyjaciółkę porozumiewawczo.
- Tak! Planuję! Jak najbardziej planuję! No poparz na niego… - i ku ogólnemu zdegustowaniu ze strony męskiej części widowni, kronikarka wydała z siebie głośne ‘MRRYYYY’.
Wiedźma zawtórowała jej bezwiednie.
- Gonia! Zabierasz nas wszystkich na wycieczkę po Piekle! W ramach… międzyorganizacyjnej dozgonnej przyjaźni i poszerzania horyzontów. I ku chwale Słodziutkich Zimnych Drani!

PLASK!

Wszyscy, jak na komendę, odwrócili głowy w kierunku Szafy, z której dobył się głośny huk oraz odgłos wskazujący na spłaszczenie czegoś galaretopodobnego. Po chwili drzwi otworzyły się i wyszła z nich dość niska, granatowowłosa dziewczyna trzymając w ręku bardzo płaską różową ośmiorniczkę.
- Przepraszam, chyba na niej wylądowałam…
- Moshi? Idziesz z nami! Idziesz! – Serika, już w euforii, porwała dziewczynę za rękę i pociągnęła w kierunku portalu. Za nią Miya przy pomocy wampirzycy oraz smoczków wpychała tam opierającego się Grisznaka. Mazoku i Yuby zrezygnowani powlekli się za nimi. Wejście zamknęło się z cichym ‘pop!’.

_________________
Powrót do góry Zobacz profil autora
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość Wyślij email
moshi_moshi Płeć:Kobieta
Szara Emonencja


Dołączyła: 19 Lis 2006
Skąd: Dąbrowa Górnicza
Status: offline

Grupy:
Alijenoty
Fanklub Lacus Clyne
WOM
PostWysłany: 09-09-2007, 22:49   

Żar lał się z nieba, mała niepozorna osóbka w szarym swetrze szybkim krokiem przemierzała dziedziniec, mrucząc coś pod nosem.
- Malen, malen, łatwo mu powiedzieć, nic innego nie robię od dobrych kilku lat, ile razy można malować tą samą paskudną mordę i do tego te zachcianki jego „szanownej małżonki”… Na dodatek pogoda jest parszywa, od trzech miesięcy nie było deszczu, ciągle upały i upały, zapewne mieszkańcy tej zapomnianej przez bogów krainy nawet nie słyszeli o śniegu…Było grzecznie siedzieć z mamusią w domu, zachciało mi się „zwiedzać”, teraz mam za swoje…
Nawet nie zauważyła kiedy znalazła się przy wejściu do wieży, z trudem otworzyła ciężkie mosiężne drzwi, nadal zastanawiała się jak to możliwe że jeszcze nikt ich nie ukradł. Schody prowadzące na górę liczyły sobie 568 stopni i wyłożone były malutkimi glinianymi płytkami w różowe motylki… zawsze marzyła o rozmowie z autorem tego pomysłu. Na szczycie czekało na nią kotopodobne stworzenie z różową kokardką na ogonku, na widok swojej pani futrzak przeciągnął się i z gracją wskoczył na jej ramię.
- Nie uważasz że jesteś nieco za stary na takie zabawy Mamusi Króliczku? – jeszcze zanim dokończyła zdanie, futrzak owinął się wokół jej szyi i zasnął.

W komnacie było duszno i ciemno, wszędzie walały się szkice, napoczęte płótna i zwoje, stoły uginały się pod ciężarem książek i dziwnych szkatułek. Moshi nie przyjmowała gości, dlatego nie przejmowała się zbytnio bałaganem, do kurzu już dawno przywykła, zresztą jej dwa pieszczochy również nie należały do miłośników porządku. Od razu skierowała się w stronę kredensu – to zdecydowanie był jej ulubiony mebel, kupiła go na pchlim targu zaraz po przybyciu do tego Świata, piękny dębowy kredens, trzymała w nim swoją kolekcję herbaty i kilka innych skarbów. Nie zdążyła zrobić trzech kroków, kiedy coś spadło jej na głowę, zanim przyłożyła nosem w rozłożoną na podłodze księgę, zauważyła zielony ogon radośnie machający jej przed oczami…
- Przeklęty Smok – wycedziła i zniknęła.

PLASK!

To nie było przyjemne lądowanie, pomieszczenie było zdecydowanie za małe i za ciemne, na dodatek Moshi czuła że wylądowała na czymś galaretowatym. Zrobiła krok do przodu i z impetem wypadła z szafy, w ręce trzymała różowe, płaskie coś…
- Przepraszam, chyba na niej wylądowałam… - zanim zdążyła dokończyć zdanie, Serika chwyciła ją za rękę i pociągnęła w stronę kolejnego dziwnego tunelu.


-Wpadłam jak śliwka w kompot – pomyślała.
- Mrauu – Mamusi Króliczek otworzył jedno oczko, zmierzył wzrokiem towarzystwo, mocniej owinął się wokół szyi właścicielki i znowu zapadł w sen.
Kiedy już Moshi przywykła do ciemności, postanowiła rzucić okiem na resztę wesołej kompanii…
-S..m..o..k…- wybełkotała, faktycznie na przeciwko niej siedział smok, wielki górski smok!
Zaczęła niespokojnie skubać rękaw swetra, jedynego przedstawiciela tego gatunku, a właściwie jego fragment, widziała ostatnio w gospodzie Pod Pstrokatym Nietoperzem, leżał na talerzu ślicznie zrumieniony w towarzystwie kluseczek i sosu koperkowego… Na szczęście nie wykazywał on większego zainteresowania jej osobą. Kiedy już doszła do siebie, zauważyła że miejsce w którym przebywają wcale nie jest tak ciemne jak wydawało się na początku. Stali na środku dużego pokoju, po prawej stronie na kominku radośnie płonął ogień, naprzeciwko kominka stały gustowne skórzane fotele w kolorze fuksji..
- Rozgośćcie się, napijecie się czegoś? – zapytał uroczy bizon z uwieszoną na szyi kronikarką.
- Może od razu przejdziemy do konkretów? – zaczęła niecierpliwić się GoNik.
Odpowiedź bizona zagłuszył wybuch, wszyscy rzucili się do okien, jakieś sto metrów od domu widać było olbrzymi słup ognia, z miejsca wypadku dochodziły niepokojące dźwięki…
- Po prostu bajecznie – rzucił Abaddon i zniknął…

_________________
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość Odwiedź blog autora Odwiedź galerię autora Odwiedź listę obejrzanych anime / przeczytanych mang
Keii Płeć:Mężczyzna
Hasemo


Dołączył: 16 Kwi 2003
Skąd: Tokio
Status: offline

Grupy:
AntyWiP
PostWysłany: 11-09-2007, 00:21   

Ściana zamku eksplodowała. Pośród zgliszcz, w dymie, stał skrzydlaty osobnik.
- Labirynt korytarzy my ass. Dotrę wreszcie do mojej sypialni, nawet, gdyby miała to być ostatnia rzecz, jaką zrobię – Keii był w bardzo złym humorze. Zagrywał się w najnowszego .hacka, kiedy w całym zamku AntyWIPu wysiadł prąd. – I żadna_ściana_mnie_nie_powstrzyma.
Kolejny wybuch światła. Tym razem kamienie pozostały na swoich miejscach.
- Czyli staramy się być niezniszczalne, tak? Phi, nie z takimi sobie już radziłem. Zresztą, to bardzo dobra okazja, żeby wypróbować Bransoletę! – wokół ręki Keiia pojawiła się kolorowa obręcz, z odstającymi, złożonymi z heksów, odstajnikami. Znaczy odstającymi elementami.

Należy tutaj zaznaczyć, że skłonność do monologizowania jest prawdopodobnie wynikiem zbyt długiego przebywania bez żadnego towarzystwa. To ponoć normalne.
Co prawda w zamku nikogo nie dziwiły czerwone oczy pół anioła pół demona, ale mimo to nie rozstawał się ze swoimi przeciwsłonecznymi okularami. Fakt ten, mimo, że pozornie nierelewantny, będzie miał dość istotny wpływ na późniejsze wydarzenia. Albo i nie.
Bransoleta była gotowa do działania. Blondyn wycelował ją w ścianę i z głośnym okrzykiem „DEJTA DREJNO!” wystrzelił niszczący strumień danych. Pech chciał, że niezniszczalne ściany zamku Anty WIPu naprawdę były nie do zniszczenia. W celu zabezpieczenia się przed magami z innych organizacji, posiadały jeszcze włączony na stałe Auto-Reflect. W końcu po co tracić czas i energię na wybijanie przeciwników, skoro mogą zrobić to sami.

Promień odbił się pod kątem padania i trafił skrzydlatego prosto w rękę. Jako, że bransoleta była to dopiero wersja beta, nastąpił jeden z nieoczekiwanych efektów ubocznych. Keiiem rzuciło o ścianę, po czym zniknął. Przed oczami zaczęły mu przelatywać obrazy różnych światów, przez które się, bardzo szybko i na dodatek tyłem, teleportował. Ostatnim, co mignęło mu przed oczami, była fuksja.

PLASK

Po bliższym kontakcie, kolor ów okazał się być fotelem. Nie stanowił jednak przeszkody dla rozpędzonego Keiia. Zatrzymała go dopiero ściana, na której rozpłaszczył się wręcz artystycznie z rozpostartymi skrzydłami. Kiedy spadał na podłogę, przez poteleportacyjny mętlik w głowie, wśród patrzących na niego dziwnie postaci rozpoznał GoNik.
- Cześć kochanie… - resztę wypowiedzi stłumił dywan, na którym wylądował twarzą.

_________________
FFXIV: Vern Dae - Durandal
PSO2: ハセモ - Ship 01
Powrót do góry Zobacz profil autora
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość Wyślij email Odwiedź listę obejrzanych anime / przeczytanych mang
Szaman Fetyszy Płeć:Mężczyzna
Epic One


Dołączył: 07 Maj 2003
Skąd: Z emigracji wewnątrzkrajowej
Status: offline
PostWysłany: 11-09-2007, 21:20   

W Mistycznej Krainie nic ciekawego się nie działo. No, chyba że liczyć mrożące krew w żyłach wyprawy Bambosha i Inai na przyjęcia urodzinowe do ich potomstwa. Warto w tym miejscu wspomnieć, że ilość posiadanych przez nich dzieci w zastraszającym tempie zbliżała do trzydziestu. Nie trzeba mieć doktoratu z matematyki, by domyśleć się, że balowali często i gęsto po kilka razy w miesiącu... A że potomstwo - w dużej mierze adoptowane - było dość dziwne, to i imprezy nieraz należały do osobliwych...

- W końcu nastał ten radosny dzień. - Elf w Bamboshach cieszył się jak dziecko.
- Znaczy kolejna impreza u następnej kochanej naszej córeczki dopiero za miesiąc? Pewnie już się nie możesz doczekać. - Inai tradycyjnie była uroczo złośliwa.

Konwersacja nie trwała długo, ponieważ nad głową zmaterializował mu się zwój, który z impetem spadł mu na głowę. Osłony uchroniły przed guzem niezawodnie i już po chwili Bambosh czytał wiadomość...

- To od Yuba... Skubaniec ma ciężki dowcip. - Mruczał do siebie czytając list. Kiedy skończył, wstał zrezygnowany, jakby szykowała się kolejna impreza i poszedł wyżalić się żonie.
- No nie... człowiek, czy może raczej nie-człowiek nie może mieć nawet chwili spokoju. Nawet porządnie kaca nie wyleczyłem, a tu...
- Kochanie, przecież nie miewasz kaca, chyba że twoje Bamboshe chcą ci spłatać psikusa.
- Ok, punkt dla ciebie, chciałem mieć po prostu wykręt by nie lecieć. Sama zresztą spójrz, pisze o jakichś zderzeniach planarnych i innych diabelstwach, oraz o zbiórce podróżników międzywymiarowych w Blue Haven. Nie wiem, co z tego wyniknie, ale absolutnie nie chcę mieć z tym cokolwiek wspólnego. Zresztą na grzyb się przydam, podczas Wyprawy po Klejnoty byłem nikim więcej, jak statystą...
- Weź mi tu nie chrzań, ok? W końcu załatwiłeś trochę demonów, sukkubów i Cesarza Bambosh Riderów.
- No dobrze, w piekle mój Syndrom Paladyna nieco pomógł, bo na tą bandę chaosu klątwa piekielna działała aż za dobrze. Ale potem mogłem sobie pójść w diabły - ta banda przepaków załatwiłaby Cesarza za mnie. Tylko ja młody i głupi chciałem sam go usiec... Poza tym od Wielkiego Exodusu nie parałem się zabawą w superbohatera.
- Ok, wygadałeś się, wyemowałeś, więc rusz swoje leniwe cztery litery i pomóż swojemu kumplowi, ok? - Urocza półelfka zaczęła tracić cierpliwość.
- Nie chce mi się, mam kaca, chcę odpocząć po serii imprez u potomstwa, a tak poza tym nie chce mi się. - Tradycyjnie już zaczął balansować na cienkiej czerwonej linii.
- BAMB! Ruszaj się i to w tej chwili! - Inai sięgnęła po coś cięższego.
- Ok, ok kochanie, już lecę, tylko się nie gniewaj. - Właściciel niezwykłego obuwia stał się jak zwykle słodki i uległy.
- No, i tak ma być. - Małżonka natychmiastowo zmieniła nastrój i stała się słodka i urocza.
- Wiesz kochanie, w sumie to będzie doskonała okazja by się sprawdzić w boju. Odkąd jestem z tobą, moja moc pokaźnie wzrosła. Zresztą, może tam znajdę jakiś uroczy prezent dla ciebie.
- No i to jest podejście. I nie pogniewam się jak przywieziesz wór łupów. Wprawdzie śpimy na złocie i innej drogocennej materii ale od przybytku głowa nie boli. Pieniąąążkiii...
- Taaa, im więcej pieniążków tym lepszy humor. Dla mnie bomba bo uwielbiam jak jesteś słodka i urocza. Chociaż jak się złościsz również jesteś urocza...
- Mogę to załatwić. - Inai sięgnęła po ciężki zwój od Yubego.
- Chyba podziękuję. Co za dużo to niezdrowo. No to lecę. Do zobaczenia kochanie. - Rzekł Bambosh, po czym wyściskał i pocałował żonę.

Jego nowy wynalazek, Energetyczne Ostrze Planarne, będące w stanie przecinać różne plany rzeczywistości zadziałało niezawodnie. Z reguły służyło jako broń przeciwko istotom astralnym i innym pomiotom z piekła rodem, ale tym razem posłużyło do otworzenia portalu do Blue Haven. Jednakże nie uniknął losu poprzedników i wylądował twarzą na podłodze. Jedyne, co zdołał ujrzeć, to zamykająca się w bardzo szybkim tepmie brama. Nawet nie było sensu biec.

- No i klops, nawet nie poczekali. Jakby się jasny gwint paliło. I oczywiście zapomnieli, że nie umiem tworzyć portali, znaczy - nie umiałem. Zwymyślałbym ich za dychę, ale po pierwsze, raczej do nich dotrę. Po drugie - jakby się Inaiek dowiedział... - elf przełknął ślinę.
- Ok, czyli portal był tutaj. Jeśli przetnę plan materialny w tym miejscu, to powinienem doprowadzić do ponownego otwarcia bramy i wylądować tuż za nimi, chyba że gdzieś poleźli. - W ręku Bambosh Ridera pojawiło się energetyczne ostrze i rozcięło rzeczywistość w miejscu, gdzie był portal.
- No to siup. - Rzekł do siebie i wszedł w rozciętą dziurę. Niestety nie do końca opanował posługiwanie się ostrzem, gdyż wylądował w dziwnej komnacie w piekle, ale... tuż pod sufitem, po czym zaczął spadać. Szybko sobie jednak przypomniał, że umie latać, co uchroniło go od kolizji z Yubem i reszta wesołej kompanii.
- Witajcie. Widzę, że się nie nudzicie, bo coś za oknem wybuchło.
- Bamb... tyle ze to nie my. - Yub skwitował krótko i zwięźle.
Powrót do góry Zobacz profil autora
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość Wyślij email Odwiedź stronę autora
 
Numer Gadu-Gadu
2277120
Momoko Płeć:Kobieta
wiosna jest miau


Dołączyła: 04 Sty 2007
Skąd: z Cudzysłowa
Status: offline

Grupy:
House of Joy
Lisia Federacja
WIP
PostWysłany: 12-09-2007, 21:22   

ŁUP!
W pustej Sali rozległ się głuchy dźwięk uderzenia. Momoko, pojękując cicho, podniosła głowę znad blatu biurka. Rozcierając czoło wierzchem dłoni, utwardziła się w przekonaniu, że miało ono przykry kontakt z klawiaturą. Widać znowu zasnęła.
Spojrzała z nadzieją na świecący w mroku monitor komputera, bo a nuż system w końcu się odblokował. Niestety, pulpit wyglądał dokładnie tak samo, jak osiem godzin temu – prawie wszystko zakrywało niebieskie okno, z dużymi białymi literami:

„Błąd dzielenia przez ogórek!
Włóż hamburgera do stacji dysków.”

Przez ten cały czas starała się doprowadzić złośliwe urządzenie do stanu względnej normalności, ale na próżno – nie pomogły groźby, rzucanie klątw i wyzwisk, ani nawet wpychane do stacji CD-R kanapki naprędce zamówionej z MacRonalda. Brak jakiegokolwiek odzewu ze strony zdradzieckiego pudła zaczynał ją powoli irytować. Chociaż nie, zirytowana była sześć godzin temu. Teraz była bliska permanentnego rozniesienia na małe cząsteczki tego upartego ustrojstwa. I to akurat dzisiaj…

Właściwie, to dzisiejszy dzień obfitował w niespodzianki. Stężenie magii w powietrzu zdecydowanie wzrosło ponad normę. W tym małym spokojnym wrzechświatku naprawdę niewiele się działo, dlatego taki nagły wzrost był czymś raczej podejrzanym. Kogo mogło interesować cokolwiek w tym śpiącym uniwersum, stworzonym prawdopodobnie z kaprysu pomniejszego boga (gdzie przemysł opierał się tam głównie na turystyce; międzywymiarowi podróżnicy lubili ciekawostki z cyklu: „Błędy Stwórcy” i „To jest fizycznie niemożliwe”; drogie dzieci, nie róbcie nigdy nic naprędce)?
W każdym razie… na magii unoszącej się w powietrzu się nie skończyło. Od rana, w Salonie Kosmetycznym Uszków i Ogonków Asiiny Warnye, gdzie pracowała Momoko, szwankowały wszelkie urządzenia elektryczne i czaroelektryczne. Dziewczyna miała jednak nadzieję, że komputer stojący na zapleczu, który dotąd wykazywał cechy bliskie nieśmiertelności i znosił ekstremalną eksploatację, wytrzyma. Oczywiście nic z tego.
System kategorycznie odmówił posłuszeństwa podczas próby zainstalowania zdobytej w pocie czoła, serii limitowanej designu desktopowego z Hello Kitty, automatycznie przystosowującego się do warunków systemowych. Zanim pulpit zakryło wiadome niebieskie okno, zdążyła jeszcze zobaczyć komunikat: „Wiadomość została wysłana”. No pięknie. Ciekawe, do kogo trafił jej drogocenny program. Z całą pewnością jest wniebowzięty…

Cóż, w każdym razie Momoko postanowiła dać już spokój tej wyższej informatyce i pójść spać. Podniosła się z krzesła, a następnie na chwilę stanęła na palcach, by zneutralizować mrowienie w stopach. Gdy poczuła, że może już podjąć próbę wspinaczki po schodach, usłyszała dziwny zgrzyt. Ściany pokoju zaczęły blaknąć, a ich kontury powoli stawały się rozmazane.
A niech to.
Nieprzyjemny dźwięk, przywodzący na myśl odgłos pocierania metalu o metal, który uległ potem zremisowaniu przez szalonego didżeja, ponownie rozbrzmiał w uszach dziewczyny.
Zakrzywienie czasoprzestrzeni.
Wszechświat, w którym się obecnie znajdowała, miał z winy stwórcy bardzo cienkie ściany wymiarowe, nie mówiąc już o licznych niedomkniętych furtkach i szczelinach. Z zewnątrz przypominał trochę starą, połataną skarpetę. No cóż, dla niektórych bardzo piękną skarpetę.
A w sali właśnie tworzyło się ogromne dziursko międzywymiarowe.
Ale spokojnie, jeśli nie będzie wykonywała żadnych gwałtownych ruchów, a w uniwersum, do którego prowadzi ten portal nic poważniejszego się nie wydarzy, wszystko wróci do normy. A teraz powoli się odwróci i pójdzie…

Eksplozja, która miała miejsce po drugiej stronie dziury, zatrzęsła całym salonem. Światło wylewające się z portalu zakryło wszystko. Drżenie podłoża wywołane przez powstanie przejścia międzywymiarowego, doprowadziło do, po pierwsze, utraty kontaktu pomiędzy żyrandolem a sufitem i po drugie, poślizgnięcia się Momoko. W efekcie dziewczyna została wciągnięta przez zdradziecki wir. Przezornie wzięła ze sobą podczas tego wciągania okulary.

Przetarła okulary, sprawdziła, czy Internet ma tu zasięg, po czy rozejrzała się po pomieszczeniu. Lochy jakieś? Niech ktoś zapali światło…
Spore i dosyć zróżnicowane towarzystwo nie wydawało się być zbytnio zdziwione jej pojawieniem. Mieli miny typu: „Nie takie rzeczy się w życiu widziało” oraz ewentualnie ”Ciekawe, kto tym razem spadł nam na głowy”.
Po rozpoznaniu w nikłym oświetleniu kilku znajomych twarzy, Momoko zabrała się za podstawowe czynności, jakimi w tym wypadku były: powiedzenie GoNik, że ma ładny koniuszek ogonka i rzucenie się w celu wyściskania na wszystkich krewnych i znajomych, którzy znaleźli się w zasięgu jej rąk.

Po załatwieniu spraw priorytetowych, dziewczyna zadała konstruktywne pytanie:
- Kochani, gdzie my właściwie jesteśmy?

_________________
Pray tomorrow takes me higher higher high
Pressure on people
People on streets

Powrót do góry Zobacz profil autora
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość Wyślij email
Irian Płeć:Kobieta


Dołączyła: 30 Lip 2002
Status: offline

Grupy:
WIP
PostWysłany: 13-09-2007, 13:04   

Taca była wyładowana po brzegi. Kaelidan westchnął, próbując ułożyć ostatnią puszkę z kocim żarciem na stosiku tak, żeby wszystkie nie rozsypały się z brzdękiem. Muszę sobie uszyć porządną torbę, pomyślał. Uszyć! Śmiech pusty elfa ogarniał na samą myśl. Nie ma co, dostała mu się faktycznie idealna fucha dla elitarnego wojownika, absolwenta Królewskiej Akademii - z wyróżnieniem! - znającego trzydzieści siedem sposobów na pokonanie przeciwnika gołymi rękami. Został gosposiem.

Kiedy świeżo po rozdaniu dyplomów w ślicznym stroju galowym opuścił mury szkoły (za mundurem panny sznurem, o, tak) i od razu dostał wezwanie do stolicy, myślał, że złapał Matkę Świata za nogi. Kiedy zobaczył swój przydział - wiocha zabita dechami daleko na południu - mina mu nieco zrzedła. A kiedy dowiedział się, jakie będzie miał obowiązki... Cóż, wieloletni trening nauczył go nie ulegać instynktom, ale elf naprawdę miał ochotę kogoś udusić. Najlepiej Tę Koszmarną Babę.

Baba na pierwszy rzut oka wydawała się całkiem sympatyczna. Ot, niewysokie, drobne dziewczątko o szczerym uśmiechu i miłym - chociaż może nieco roztargnionym - spojrzeniu. Na drugi rzut oka z Baby wylazło coś takiego, że Kaelidan większość siły woli zużywał na powstrzymanie się od wyrządzenia jej ciężkiej krzywdy.

Już pierwszego dnia Baba oprowadziła elfa po budynku (tu mieszkasz, tu jest kuchnia, łazienka, na strychu biblioteczka, podziemia zajmuję ja, do laboratorium nie wchodź bez pukania, bo coś ci może odgryźć końcówki uszu, jasne?), po czym wręczyła klucze do spiżarni i ulotniła się szybko, rzucając na odchodne 'to zajmij się kotami, bo ja mam bardzo absorbujący projekt.' Ot, koty. Miłe stworzonka. Teoretycznie w domu rezydowały tylko cztery, ale jako, że Baba rozpływała się nad każdą kocią bidą w okolicy, futrzaki szybko zorientowały się, że mają tu darmową jadłodajnię. Kaelidan znienawidził je od pierwszego wejrzenia, a one wchodziły mu na głowę, wyczuwając szóstym zmysłem, że nic nie może im zrobić.

Poza tym Baba miała zwyczaj zapominania o całym świecie, kiedy miała jakiś ciekawszy projekt, do posiłków trzeba było ją właściwie zmuszać (tak, tak, zaraz przyjdę), najchętniej nosa by nie wyściubiła zza drzwi pracowni. Białowłosa, szarooka, w fartuchu - wyglądała jak osobliwa wersja białej damy. Duch w laboratorium. Niby dzięki temu Kaelidan miał dużo swobody, ale na litościwą Matkę, nudził się niemiłosiernie. Nawet tropikalny klimat mu tego nie rekompensował, w końcu ileż można siedzieć na plaży.

Wyglądało jednak na to, że kobieta polubiła nowego współlokatora, bo każda prośba o przeniesienie (elf słał je regularnie raz na dwa tygodnie) wracała z odmową. Potem był ten wypadek w pracowni - naprawdę myślał wtedy, że zginie - po którym wysłał do stolicy już nie prośbę, ale błaganie o zezwolenie na powrót. Widać jednak kierownictwo miało własne problemy, bo zanim dostał jakąkolwiek odpowiedź, Baba wróciła. Zaskoczyła go nad obiadem, mało się nie zakrztusił, ale zanim zdołał się jako-tako pozbierać, dziewczyna poklepała go po plecach, rzuciła tylko 'jestem na dole' i zniknęła w laboratorium.

Jednak coś się zmieniło. Białowłosa zaczęła wynurzać się ze swojego królestwa, żeby porozmawiać, ugotować coś, czy nawet iść na plażę. Raz na jakiś czas zabierała go do miasta, nareszcie trochę kultury! Kaelidan co prawda wciąż nie wiedział, po co dziewczynie ochroniarz, w dodatku - nieskromnie mówiąc - jeden z najlepszych w królestwie, ale już nie protestował. Galowy mundur wisiał w szafie, aż go mole nie zjadły.

***

Mimo wytężonych wysiłków, mech nie chciał grać. To było frustrujące. Irian trząchnęła zielsko patykiem, w odpowiedzi otrzymując modulowany pisk, od którego probówki zatrzęsły się na stojaku. Skrzywiła się z niechęcią. Gdyby to od niej zależało, wyrzuciłaby cały eksperyment w diabły i zajęła się czymśproduktywnym... Niestety, od kiedy obcięli jej dotację, musiała dorabiać na boku, robiąc fuchy dla różnych bogatych pomyleńców. A jeden taki wymyślił sobie ustronny zakątek w cienistym ogrodzie, pokryty mchem, który cicho gra delikatne melodie, zależnie od pory dnia, roku, nastroju i cholera wie, czego jeszcze.
Dziewczyna zastanowiła się chwilkę, po czym wlała do pojemnika z roślinką jakąś błękitną substancję. Znów dźgnęła patykiem, najostrożniej jak się dało. Mech odegrał fragment "Dla Elizy" i Irian już odprężyła się odrobinę, kiedy muzykę przerwał dziki okrzyk złoooo-dziiij! kraaaa-dnooom!. Dziewczyna zaklęła pod nosem i zatrzasnęła nad całością projektu dźwiękoszczelną pokrywę. Widocznie jednak użycie mchu alarmowego było złym pomysłem, był zbyt mocno uwarunkowany. Trzeba będzie zacząć od początku.

Zdjęła fartuch i rzuciła go byle jak na krzesło. Czas na kolację. Otworzyła drzwi, po czym raptownie zatrzymała się. To uczucie, jakby coś się w niej obudziło i poruszyło... Zdążyła tylko pomyśleć no, świetnie, a potem jej sposób postrzegania świata zrobił się znacznie bogatszy.

Gdzieś daleko coś było nie w porządku. Bardzo nie w porządku i bardzo daleko. To musiało być potężne zaburzenie równowagi. Poczuła nagły przymus.Naprawdę mam iść? - westchnęła. Przymus nasilił się, ale jednocześnie napłynęło wrażenie czegoś znajomego. Irian poszukała w pamięci i podniosła głowę, zdziwiona. No dobrze, daj mi pięć sekund - rzuciła się do biurka, złapała kartkę, nabazgrała na niej szybko kilka słów, po czym przestała opierać się wezwaniu.

Nie było żadnych efektów wizualnych ani dźwiękowych - po prostu zniknęła.

Kaelidan był coraz bardziej zniecierpliwiony. Już dawno nie musiał tyle czekać z kolacją. Wiedział, że dziewczyna ma jakieś paskudne zlecenie, ale ileż można? Od stukania palcami w stół bolały go już opuszki. W końcu nie wytrzymał, zerwał się z krzesła i poszedł na dół, powiedzieć pracodawczyni kilka słów prawdy.

Otwarte drzwi do laboratorium zaskoczyły go bardzo. Irian zawsze zamykała pracownię, bo często zostawiała na wierzchu jakiś rozgrzebany eksperyment, a jak wiadomo kot wszędzie mordę wetknie... O, właśnie, jeden już dobrał się do zlewki z czymś niebieskim. Kaelidan podniósł futrzaka, który otworzył pyszczek, jednak zamiast jakiegoś dźwięku normalnego dla czworonogów, wydobył z siebie kilka taktów muzyki klasycznej. Elf parsknął śmiechem - a było tu nos wsadzać? - i wystawił kota za drzwi, po czym rozejrzał się po pomieszczeniu. Nie było widać żadnych śladów walki, za to na biurku leżała kartka.

KIEDYŚ WRÓCĘ
(mam nadzieję)
IRI


Kaelidan przewrócił oczami. Tak, to bardzo uspokajająca wiadomość.


***

A w herbaciarni, chwilę przed wycieczką do Piekła

Nie było żadnych efektów wizualnych ani dźwiękowych. Po prostu jedna z belek pod sufitem, sekundę wcześniej zupełnie pusta (nie licząc kurzu), teraz podtrzymywała niedużą postać. Dość rozkaszlaną zresztą.
- Iriii! - Serika i Miya natychmiast zauważyły nowy dodatek w herbaciarni. - Kopę lat!
- Cztery, według mojego kalendarza - białowłosa wytarła nos i uśmiechnęła się przez załzawione oczy. - Mojej ulubionej belki to chyba nikt nie sprzątał przez ten cały czas - westchnęła dramatycznie, za co oberwała truskawką. Yuby patrzył z lekką dawką znudzenia, Bambosh ze zdziwieniem, pozostali w mniejszym czy większym stopniu nie mieli pojęcia, kim jest nowo przybyła. Mazoku chwiał się lekko, nucąc melodyjnie Spam, spam, spam, spam. Któryś ze smoków próbował zapchać mu usta puszką mielonki.
- Nie zamierzasz zlecieć nam na głowy? - Gonik na wszelki wypadek odsunęła się lekko poza pole rażenia.
- A powinnam? To jakaś nowa, świecka tradycja? - Irian uniosła brwi, zdziwiona. Spojrzała na Serikę, która pokręciła głową, uśmiechając się łobuzersko.
- Jeszcze by tego brakowało, żeby wipówka we własnej herbaciarni nie umiała się precyzyjnie teleportować - wyjaśniła.
- Co, ktoś tradycyjnie odwiedził Maskotkę w basenie? - białowłosa zachichotała ciut złośliwie. - A w ogóle, to co się tu dzieje, na litościwą Matkę? Macie pojęcie, z jakiej odległości mnie tu ściągnęło?

End of intermission

_________________
Every little girl flies.
Powrót do góry Zobacz profil autora
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość
moshi_moshi Płeć:Kobieta
Szara Emonencja


Dołączyła: 19 Lis 2006
Skąd: Dąbrowa Górnicza
Status: offline

Grupy:
Alijenoty
Fanklub Lacus Clyne
WOM
PostWysłany: 17-09-2007, 20:18   

- Kochani, gdzie my właściwie jesteśmy?
- W Piekle słoneczko, a konkretnie w domu Abbaddona. – opowiedziała Moshi.
- I co dalej, będziemy tu siedzieć i czekać, aż pan domu łaskawie raczy wrócić? – zapytał zniecierpliwiony Mazoku.
- Nie liczyłabym na jego szybki powrót…- odparła GoNik.
- W takim razie proponuję małą wycieczkę, najpierw obejrzymy z bliska ten ognisty gejzer za oknem, a potem…to będzie niespodzianka. – stwierdziła Moshi, uśmiechając się tajemniczo.

Po krótkiej dyskusji, którędy będzie najszybciej i czy może lepiej się tam teleportować, drużyna stwierdziła że bezpieczniej będzie udać się tam piechotą, może po drodze dowiedzą się czegoś więcej o wybuchu.
Piekło, a właściwie część w której się znajdowali prezentowała się całkiem okazale, wąskie uliczki były wybrukowane czerwonym kamieniem. Budynki charakteryzowała pewna surowość wykończenia, żadnych zbędnych detali, brak krzykliwych kolorów, klasyczna forma, na pewno nie należały do przeciętnych demonów. Praktycznie każdy dom był otoczony ogrodem, pełnym najdziwniejszych roślin jakie Moshi w życiu widziała. Można było odnieść wrażenie że niektóre drzewa i krzewy poruszają się, kiedy zbliżali się do dużego szarego budynku, coś co z wyglądu przypominało jabłoń stało tuż przy bramie, ale kiedy podróżni później odwrócili się, to samo drzewo znajdowało się już pięć metrów dalej. Momoko przysięgała że gałązki jakiegoś krzewu o wściekle niebieskich owocach próbowały złapać za jej kocie uszka. Na wszelki wypadek towarzystwo postanowiło poruszać się środkiem ulicy, ostatecznie nikt nie miał ochoty skończyć jako posiłek wściekłej winorośli.
Ale to nie rośliny były najdziwniejsze, szli już dobre kilkanaście minut i jak dotąd nie spotkali żywej duszy, ani pół demona. Trudno uwierzyć że nikt nie uciekał z miejsca zdarzenia, zwłaszcza biorąc pod uwagę dźwięki jakie stamtąd dochodziły, zresztą oprócz nich nikt też nie zmierzał w tamtą stronę.

Zbliżali się do miejsca wybuchu, czuli podmuchy gorącego powietrza, wokół robiło się coraz ciemniej od dymu, słyszeli potworne krzyki, ale tak jakby dochodziły zza grubej ściany, chociaż byli blisko nadal nie widzieli nikogo. Zauważyli że słup ognia zmniejsza się, odczuwali też dziwne wibracje, szumiało im w głowach, było pewne że ktoś używa potężnych zaklęć, ale kto i po co?!
- Chyba mnie coś zaraz trafi, jak mamy się czegoś dowiedzieć skoro tu nic nie widać, tak być nie może! – krzyknął Keii i wykonał ręką jakiś znak.
Powietrze zrobiło się przejrzyste, a dziwne dolegliwości minęły, to co zobaczyli zaparło im dech w piersiach… Mieli przed sobą ogromną dziurę, która „wsysała” do środka wszystko co znalazło się w jej zasięgu, to właśnie z niej wydobywał się ogień i okropne krzyki, które na pewno nie należały do ludzi, demonów, diabłów ani innych znanych podróżnikom istot. Wokół dziury krzątały się demony, zapewne wysłane przez Lampkę, próbując zapieczętować źródło ognia i dzięki bogom szło im to całkiem nieźle.
Po około piętnastu minutach wszystko było skończone, w miejscu dziury znajdował się olbrzymi lej, a w promieniu kilkunastu metrów walały się zwłoki, drużyna dziękowała w myślach bogom, że odczekali chwilę zanim podjęli decyzję o „zwiedzaniu” i że zrezygnowali z teleportacji. Ale nadal nie wiedzieli co się stało i co TO właściwie było?!

Jakiś czas później…

- Moshi co to za niespodzianka, powiedz nie bądź taka? – dopytywała się Momoko
- Jak powiem to już nie będzie niespodzianka, poza tym już jesteśmy na miejscu…
Zeszli po schodach w dół i znaleźli się przed wejściem do jakiegoś klubu, ze środka dochodziły śmiechy, krzyki, w tle słychać było muzykę, Moshi zapukała delikatnie.
- Czego, wstęp tylko dla stałych bywalców….o przepraszam to Pani, proszę, szef na pewno się ucieszy…
Klub tętnił życiem, widać było że przeciętny mieszkaniec Piekła, nie ma tu czego szukać, kelnerki w kusych sukienkach i białych fartuszkach uwijały się jak w ukropie, stoły uginały się pod ciężarem wykwintnych dań i kolorowych drinków. Goście (w większości mężczyźni) głośno wyrażali swoje uznanie dla ślicznej diablicy, która w długiej, wydekoltowanej czerwonej sukni, śpiewała dla nich smętne kawałki swoim aksamitnym głosem. Panowie od razu rzucili się do wolnego stolika, nie bardzo wiedząc gdzie skierować wzrok – na kelnerki czy piosenkarkę. Panie jednak zdecydowały się towarzyszyć Moshi, która nie zwracając uwagi na to co się dzieje wokół niej, szła prosto w kierunku drzwi ukrytych koło baru… Za drzwiami znajdowała się komnata, urządzona z barokowym przepychem, ale jednak w granicach dobrego smaku, na środku stał mężczyzna, ubrany w najlepsze jedwabie, z kunsztownie ułożoną fryzurą i pędzlem w dłoni…
- Kompozycja ci się sypie Asmodeuszu słoneczko.
- Witaj Moshi! Jesteś ostatnią osobą którą spodziewałem się tu zobaczyć…- uśmiechnął się czarująco demon i wskazał damom fotele.
- Zakładam że wpadłaś do mnie napić się wina i porozmawiać o sztuce i dawnych czasach?
- Kpisz sobie Asmodeuszku, oczywiście że jestem tu po informacje…ale za wino się nie obrażę.
- Informacje, dlaczego ktoś taki jak ja, czytaj biedny wrażliwy artysta miałby coś wiedzieć?
- Chcesz powiedzieć że osoba która kontroluje wszystkie burdele i kasyna, szara eminencja Piekieł, najzimniejszy drań jaki chodzi po wszechświecie nic nie wie?
- Wystarczy tych komplementów, od czego mam zacząć?
- Najlepiej od początku – powiedziała Serika.

_________________
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość Odwiedź blog autora Odwiedź galerię autora Odwiedź listę obejrzanych anime / przeczytanych mang
Wyświetl posty z ostatnich:   
Ten temat jest zablokowany bez możliwości zmiany postów lub pisania odpowiedzi
Nie możesz pisać nowych tematów
Możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików
Nie możesz ściągać załączników
Dodaj temat do Ulubionych


Skocz do:  

Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group