
| Jenocie Story |
| Wersja do druku |
Amarth 
The Sweetest Monster

Dołączyła: 05 Maj 2007 Status: online
Grupy: Alijenoty
|
Wysłany: 08-06-2010, 09:26 Jenocie Story
|
|
|
W tym temacie będę zamieszczać opowiadania o jenotach. Znajdziecie tu zarówno drabble, jak i dłuższe teksty (pod warunkiem, że jakiś limit znków się do mnie nie uśmiechnie lubieżnie; wtedy albo potnę, czego robić nie chcę, albo założę sobie LJ); każde opowiadanie znajdzie się w oddzielnym poście (co, mam nadzieję, nie rozgniewa moderacji), a zacznę w następnym od dwóch starszych, które już znacie.
Komentarze odnośnie fabuły i stylu (chwilowo nijkiego) zawsze są mile widziane :3 |
_________________
 |
|
|
|
 |
Amarth 
The Sweetest Monster

Dołączyła: 05 Maj 2007 Status: online
Grupy: Alijenoty
|
Wysłany: 08-06-2010, 09:27
|
|
|
Title: Po Imprezie
Rating: PG
Summary: Mały crossover z anime Sengoku Basara.
Po Imprezie
Poranek po imprezie często nie należy do najlepszych. Człowiek budzi się z potwornym bólem głowy, z trudem próbuje ustawić ciało w pozycji pionowej tylko po to, by po chwili ścięły go z nóg powracające wspomnienia. Jest jeszcze gorzej, gdy ta część rzeczy, o których myślało się, że są tylko koszmarnym snem wywołanym przez nadmiar procentów, nagle okazuje się boleśnie realna i ktoś to musi posprzątać. Jedyne, co można zrobić w takiej sytuacji, to zawołać Apapa i jego kumpli z paczki, a potem brać się do roboty mając nadzieję, że się zdąży przed powrotem rodziców.
Biszkopt, Irys, Śliweczka i Granat byli pod pewnymi względami uprzywilejowani. Nie musieli, na przykład, przejmować się rodzicami, ponieważ mieszkali sami. Obce im również było pojęcie „kac”. Niestety, nieobcy był im bałagan, a ten dzisiejszy był wyjątkowo wręcz malowniczy.
Biszkopt wylosował zmywanie naczyń, które nieco zbyt pospiesznie uznano za jedno z najlżejszych zadań. Szybko jednak okazało się, że z wykonaniem tej z pozoru prostej czynności będą pewne problemy. Najpierw trzeba było dotrzeć do zlewu. Zaraz po przekroczeniu progu kuchni Biszkopt musiał trochę się wysilić, żeby odkleić stopy od podłogi, i przypomnieć sobie cały alfabet Morse'a, by odwieść swój zdradziecki umysł od zastanawiania się, czym właściwie była ta lepka maź, do której przywarł. Potem musiał znaleźć naczynia do pozmywania, a te były dosłownie wszędzie. Z zaskoczeniem odkrył, że w lodówce znajdowały się tylko minimalne ilości jedzenia, stała tam za to imponująca piramida zbudowana z pustych kubków. Jej szczyt dumnie zwieńczał fragment czaszki, który natychmiast przypomniał Biszkoptowi, z kim wczoraj imprezowali. Ścisnął palcami grzbiet nosa i zaklął niezbyt cicho:
– Nobunaga i ta jego banda czubków.
No, prawie cała banda czubków; na szczęście Nagamasa i Oichi się nie zjawili. Biszkopt podejrzewał, że postanowili walczyć o miłość, sprawiedliwość i niewyrywanie siedzeń na którymś ze stadionów i miał nadzieję, że jacyś szalikowcy ich wykończą, zanim ta dwójka zacznie się rozmnażać.
Jedno westchnienie i dwa przekleństwa później kucharska dusza Biszkopta wygrała pojedynek z jego lenistwem i surowo nakazała mu nieograniczanie się do samego zmywania garów, lecz popchnęła go do wysprzątania całej ukochanej kuchni. Jego pracy towarzyszyły krzyki pozostałych jenotów dochodzące z różnych części domu oraz myśl, że następnym razem powinni znowu zaprosić dowódców z Oshuu i Kai. Zawsze miło było popatrzeć, jak pijani Masamune i Kojuurou żonglują porami, podczas gdy Shingen i Yukimura okładają się radośnie, cudem tylko powstrzymując się od rozwalania ścian. A wszystko to przy akompaniamencie piosenek śpiewanych przez zwisającego z sufitu Sasuke. Ten facet miał interesujący repertuar i niesamowitą skalę głosu.
Po prawie czterech godzinach wytężonej pracy kuchnia lśniła czystością i Biszkopt zdecydował się zajrzeć do salonu. To tam odbywała się główna część imprezy i to właśnie tam po przebudzeniu odkryli największą katastrofę, jaką ich oczy widziały. Zgodnie postanowili zostawić ten pokój na sam koniec. Zanim jeszcze Biszkopt dotarł do drzwi salonu, usłyszał przytłumione głosy, które w kilku nieprzystojnych słowach sugerowały, że minie jeszcze trochę czasu, zanim w pomieszczeniu zapanuje coś, co choć odrobinę przypominać będzie porządek. Sięgał właśnie do klamki, gdy rozległ się dźwięk dzwonka do drzwi wejściowych. Żywiąc nadzieję, że to nie sąsiedzi wkurzeni zakłócaniem spokoju minionej nocy, Biszkopt zmienił kurs i już po chwili stał twarzą w krocze z Mistrzem Przeciąganych Samogłosek – Odą Nobunagą.
– Cześć – mruknął, nie po raz pierwszy zastanawiając się, czemu ludzie są tacy wysocy.
– No cześć – odpowiedział Nobunaga, niezawodnie kończąc przeciąganie „o” i „e” w czasie, którego jenot potrzebował, by powtórzyć całe powitanie pięć razy. – Słuchaj, nie znaleźliście tu czasem moich boomboxów? Mitsuhide schował je gdzieś dla jaj i nie chce powiedzieć, gdzie.
– Nie sądzę – zamyślił się Biszkopt, wpuszczając Odę do środka. – Ale jeszcze nie skończyliśmy z burdelem w salonie, tam mogą być. A swoją drogą, musiałeś przynosić tę czaszkę? Znaczy, mamy tu mnóstwo kubków, szklanek, kieliszków i czarek. Mamy nawet bardzo ładnego zdobionego steina...
– Wiesz... – burknął Nobunaga, jakby urażony. – Liczy się styl, rozumiesz.
– Taa... Wczoraj w nocy ze stylem rzygałeś do kibla...
Po tym, jak wyżłopałeś nam prawie całe sake, dodał w myślach, a na głos powiedział:
– A Nouhime zrobiła cudowny striptiz. Bardzo stylowy. O karaoke nawet nie wspomnę.
Nie mógł wspominać. Nie chciał nawet pamiętać. Śpiewali głównie Nobunaga i Mitsuhide. Oda standardowo przeciągał samogłoski, jak stare babcie podczas śpiewu w kościele, a Akechi najpierw wył niemiłosiernie, by po chwili zacząć jęczeć, jakby go tekst piosenki osobiście gwałcił. Biszkopt pewnie by ich obu zastrzelił, gdyby Nouhime na czas nie przechwyciła mikrofonu.
Biszkopt, prowadząc Nobunagę do salonu, przechylił głowę i przyjrzał się dokładniej gościowi. Czegoś mu tu brakowało.
– Hej – bąknął, kiedy w końcu dotarło do niego, czemu Nobunaga wydawał się mu niekompletny. – Gdzie twoja peleryna?
– W pralni – odparł Oda, z zaciekawieniem przypatrując się ścianie, na której widniało graffiti powstałe po wyrwaniu strzał, które wypuścił Ranmaru.
– Oszalałeś? Przecież ta peleryna zabiła już trzy praczki!
– A powinienem się tym przejmować, ponieważ...? Zresztą, one nie obchodziły się z nią wystarczająco delikatnie.
Zanim Biszkopt zdążył cokolwiek odpowiedzieć, otworzyły się drzwi do salonu, zza których wyjrzał Irys.
– Bisz, mamy coś w salonie! – krzyknął, po czym zauważył Nobunagę i rzucił mu nieco oskarżycielskie spojrzenie.
– Znaleźliście moje boomboxy? – zapytał Oda z nadzieją.
– Nie. Mamy za to twoją kukułkę.
Nobunaga wlepił w Irysa otępiały wzrok człowieka, który jeszcze nie do końca wytrzeźwiał i po chwili wahania zajrzał sobie do spodni.
– Moja kukułka jest tam, gdzie ją zostawiłem – orzekł z przekonaniem.
– Nie ta kukułka! – warknął Irys. – Ta!
Odsunął się, żeby wpuścić Biszkopta i Nobunagę do salonu.
– Leżał zagrzebany pod poduszkami – wyjaśniła Śliweczka wskazując miotłą zwiniętego w kłębek Matsunagę.
– Uwiesił się naszego steina, a jak próbujemy mu go zabrać, to ściska mocniej i mamrocze coś o jakiejś kolekcji – dodał Irys.
– Ty weź go lepiej zabierz, co? - mruknął Biszkopt do Ody zmęczonym głosem. – Steina też, jakoś przebolejemy. A jeśli znajdziemy jakieś zabłąkane boomboxy, to damy ci znać.
– Dzięki – odparł Nobunaga przerzucając sobie Matsunagę przez ramię. – Idziemy, Hisahide.
Na dźwięk swojego imienia, półprzytomny Hisahide poderwał z wysiłkiem głowę i grożąc ściskanym wciąż w dłoni Steinem, wzniósł schrypnięty okrzyk:
– I rąbnę temu Date te jego mieczyki! A Katakurę przywiążę do słupa, o!
Po czym głowa znowu mu opadła, odbijając się raz od pośladków Nobunagi.
– Taa, jasne. Jak se tam chcesz – odpowiedział Oda. – Tylko przestań wbijać swój nos w mój tyłek.
– Ale ty masz taki fajny tyłek – wybełkotał słabo Hisahide.
Jeśli Nobunaga coś na to odpowiedział, jenoty już tego nie usłyszały, gdyż dwójka złoczyńców opuściła ich dom.
– To wy dalej tu sprzątajcie – wymamrotała Granat – a ja pójdę po mój pamiętnik. Muszę to sobie zapisać.
Koniec. |
_________________

Ostatnio zmieniony przez Amarth dnia 10-06-2010, 19:57, w całości zmieniany 2 razy |
|
|
|
 |
Amarth 
The Sweetest Monster

Dołączyła: 05 Maj 2007 Status: online
Grupy: Alijenoty
|
Wysłany: 08-06-2010, 09:30
|
|
|
Title: Welcome Back
Rating: PG-13 (za wspomnianą mimochodem scenę łóżkową; żadnych szczegółów)
Genre: okruchy życia
Welcome Back
Mieszkanie samemu w wielkim domu ma swoje wady i zalety. Chwilowo wadą było to, że właśnie zadzwonił dzwonek do drzwi, a ja byłem na piętrze. Od południa czekałem na dostawę ważnej części potrzebnej do mojego nowego wynalazku. Wiedziałem, że powinienem był skorzystać z króliczych usług kurierskich, a nie z jakiejś nikomu nie znanej firmy dostawczej, ale chciałem zaoszczędzić. Głupio, przecież jestem bogaty. Z zawrotną prędkością wpadłem na schody – jeśli znudzony (i spóźniony prawie osiem godzin!) kurier sobie pójdzie, to moje następne dzieło sprawi, że ten frajer będzie sikał nosem!
Kiedy w końcu znalazłem się na parterze, potknąłem się (biegać sprintem w KLAPKACH! Co mi, do licha, dzisiaj strzeliło do głowy?) i wyrżnąłem w podłogę niemal łamiąc sobie nos. Podniosłem zdradzieckiego klapka, który zsunął mi się ze stopy powodując ten żałosny wypadek i poczłapałem do drzwi z zamiarem rzetelnego opieprzenia kuriera. Tylko że to nie był kurier. Za drzwiami stał Baton, owinięty pasiastym szalikiem i patrzący, jak zawsze, groźnie. W ręku trzymał papierową torbę.
–Wypieprzyć się o własne piekielne klapki? – zapytał z kpiną w głosie, szybko domyślając się, co się stało. – Tak, to brzmi jak ty.
–Nie na urlopie? – wypaliłem od razu. Nie miałem dziś ochoty na nasze standardowe słowne przepychanki. – Miałeś wrócić w przyszłym tygodniu. Co? Stęskniłeś się za mną? – dodałem. Może jednak mała sprzeczka poprawi mi popsuty przez kuriera nastrój.
–Chyba tak – mruknął Baton szukając czegoś w torbie.
I w tym oto momencie, panie i panowie, spłoniłem się jak panna przyłapana nago. Baton przyznający ot tak, że tęsknił? Baton, najwidoczniej nie zdając sobie z tego sprawy, mówiący coś, co zdradzałoby, że mnie lubi? Baton? Ten Baton?
Zanim zdołałem się opanować na tyle, żeby cokolwiek odpowiedzieć, Baton wyciągnął z torby butelkę, w której rozpoznałem najlepszą sake ze Wschodniej Kwarty.
–Wypijemy? – zaproponował.
–Jasne – odpowiedziałem, gdy po krótkiej chwili oszołomienia na usta wpełzł mi idiotyczny uśmiech. Odsunąłem się i wpuściłem Batona do środka.
Uśmiech nie zniknął nawet na chwilę przez cały wieczór. Ani wtedy, gdy Baton nalewał sake. Ani wtedy, gdy stojąc przed oknem popijaliśmy gawędząc o ostatnich dniach. A już z pewnością nie wtedy, gdy Baton prowadził mnie za rękę do sypialni.
I wcale mnie nie zdziwiło, kiedy następnego ranka obudziło mnie mydło boleśnie lądujące na mojej głowie, a zamiast słodkiego „Dzień dobry, kochanie” usłyszałem litanię narzekań wychodzącego z łazienki Batona, oznajmiającego, że boli go tyłek, a ja mogłem sobie, do diabła, dać trochę na wstrzymanie, a nie szaleć, jakbym dziesięć lat w celibacie spędził.
Taki właśnie jest Baton i nie chciałbym, żeby się kiedykolwiek zmienił.
Koło jedenastej w końcu zjawił się kurier, któremu, jak się okazało, nawalił GPS, a mapy najwidoczniej nikt go nie nauczył używać. Zapomniałem go opieprzyć, czy choćby zagrozić, że zadzwonię do jego szefa. Miałem lepsze rzeczy do roboty. Baton został na cały dzień.
Koniec. |
_________________

Ostatnio zmieniony przez Amarth dnia 10-06-2010, 19:55, w całości zmieniany 1 raz |
|
|
|
 |
Amarth 
The Sweetest Monster

Dołączyła: 05 Maj 2007 Status: online
Grupy: Alijenoty
|
Wysłany: 08-06-2010, 09:44
|
|
|
Title: Niemoc Twórcza
Rating: PG
Genre: nudne okruchy życia, kiepski pseudo-romans
Word-count: 9258
Bet: Eaś (<3)
Summary: Karmel cierpi na niemoc twórczą i ma przez to depresję. Trufla próbuje mu pomóc.
Niemoc Twórcza (cz.1)
Pracownia Karmela była zazwyczaj bardzo zadbana. Wszystko miało w niej swoje miejsce, nawet projekty były dokładnie posegregowane – każdy plan, każdy schemat został odpowiednio oznaczony, a następnie opisany w komputerze. Poza magazynem, było to jedyne pomieszczenie w całym domu, w którym Karmel utrzymywał niemal pedantyczny porządek i nie pozwalał na pojawienie się choćby najmniejszego śladu bałaganu. Było to zadaniem trudnym, wymagającym wytrwałości i samozaparcia, ponieważ, jak powszechnie wiadomo, bałagan ma wyjątkowo irytującą tendencję do niespodziewanego pojawiania się całkiem znikąd – zupełnie jakby był przenoszony z innego wymiaru.
Tamtego dnia jednak już ósma kartka papieru została wściekle zgnieciona i ciśnięta mniej więcej w kierunku kosza na śmieci i, wzorem pozostałych siedmiu, nie trafiła do celu. Wylądowała na dywanie, lecz Karmel nie zwrócił na to nawet najmniejszej uwagi. Tego ranka zrozumiał, że wpadł w Wielkie Kłopoty.
Właściwie to kłopot był tylko jeden i miał imię: Baton.
Już od jakiegoś czasu coś się działo, Karmel zdawał sobie z tego sprawę. Detektyw Baton, pracujący również jako wcale-nie-taki-tajny-agent, ciągle wdzierał się do jego myśli i pomimo wielu prób, Karmelowi nie udało się go wyrzucić z głowy. Ale jak poważna jest ta sytuacja uświadomił sobie dopiero, gdy usiadł przy biurku w pracowni z zamiarem stworzenia jakiegoś nowego wynalazku – czegoś, co powali tłum na kolana, co sprawi, że nawet Baton będzie go podziwiał.
I narysował serduszko.
Myśląc o Batonie.
Cholera.
Było gorzej niż myślał. O tak, lubił gościa. Baton był w końcu jego Wrogiem, a to miało dla niego ogromne znaczenie. Wynajdywanie różnych urządzeń i terroryzowanie nimi jenotów nie ma najmniejszego sensu, jeśli nie ma się wroga – jakiegoś obrońcy dobra, który będzie cię próbował powstrzymać. Bez niego cała zabawa gdzieś znika. Karmel i Baton byli wrogami już od prawie roku i mieli nawet scenariusz każdego spotkania. Zawsze gdy Karmel stworzył coś, czym chciał postraszyć mieszkańców Stolicy, zjawiał się Baton i stawał mu na drodze. Czasami niszczył jego wynalazki, zaś te urządzenia, które przetrwały oraz wszystkie części nadal nadające się do użytku Karmel umieszczał w magazynie. Potem walczyli – nigdy na poważnie, nie chcieli się w końcu pozabijać, to była raczej forma treningu. Następnie udawali się na swoje ulubione miejsce w parku lub do domu Karmela i wypijali po kubku gorącego kakao. Niekiedy grywali w szachy lub oglądali film. A po jakimś czasie Karmel znowu coś tworzył i wszystko zaczynało się od nowa.
To był dobry układ, Karmelowi bardzo się podobał. Miał własnego wroga, który jednocześnie był dla niego czymś na kształt dobrego kumpla. Nie chciał tego zmieniać, nie chciał ryzykować, że to straci. Postanowił więc udawać, że nic się nie dzieje.
* * *
Udawanie było łatwiejsze niż Karmel się spodziewał, przynajmniej początkowo. Wystarczyło, że całą swoją uwagę skupił na czymś, co nie było Batonem. Znalezienie wciągających zajęć nie było trudne. Konstruowanie nowych urządzeń przodowało w odciąganiu jego myśli od detektywa. Musiał też zajmować się ambitną młodzieżą, która brała u niego Wyjątkowo Zaawansowany Korespondencyjny Kurs Mechaniki, Inżynierii i Programowania (niestety, od czasu, gdy Śliweczka i Anyż ukończyli kurs, nie trafiał mu się nikt wybitny). No i zawsze pozostawało czytanie interesujących książek lub oglądanie ciekawych filmów.
Ten system sprawdzał się bardzo dobrze, nawet wtedy, gdy zaczęły pojawiać się Sny. Kiedy po długim, pracowitym dniu Karmel kładł się w końcu spać, jego zdradziecki mózg zamiast się wyłączyć i wypoczywać, podsuwał mu wizje, w których Baton... cóż, robił różne rzeczy... razem z Karmelem... I... Tak czy inaczej, po przebudzeniu Karmel wymagał zimnego prysznica. Jednak nawet wtedy dobrze sobie radził. Prawdziwe kłopoty zaczęły się z chwilą, gdy wizje postanowiły zostawać z nim również na jawie. To było naprawdę uciążliwe, szczególnie w sytuacjach, w których nie było możliwości skorzystania z zimnego prysznica (jak żywe tkwiło w jego głowie wspomnienie pewnego dnia w parku, kiedy to po ataku wizji i braku prysznica, Karmel wskoczył do jeziora).
Po osiągnięciu tego dość kłopotliwego poziomu zauroczenia, Karmel zaczął odczuwać zmęczenie. Wytrzymał już prawie cztery miesiące i zastanawiał się, co będzie dalej. Myślał o tym otwierając drzwi osiedlowego sklepu spożywczego o nazwie „Twoja Stara”, prowadzonego przez Imbir, Cynamona i Goździka (z tego, co wiedział, nazwa sklepu powstała w celu podziwiania jenocich reakcji na słowa „Idę do Twojej Starej, dziś ma promocje.”), który znajdował się niedaleko jego domu. Zawsze przychodził tu robić zakupy. Wszyscy go tu znali, a podchodząc do kasy zawsze mógł liczyć na sprośny dowcip, albo pikantną plotkę. Dziś jednak był tak pogrążony w ponurych myślach, że przywitał się tylko odruchowo i nawet nie zwrócił uwagi na to, kto stoi za kasą. Nie brał koszyka, przyszedł tylko po dużą paczkę kakao i lizaka. Nie zwracał najmniejszej uwagi na otoczenie, dlatego idąc do kasy prawie się z kimś zderzył. Już miał przeprosić, ale znajomy głos go uprzedził:
- Małe zakupy? - zapytał Baton, patrząc Karmelowi na dłonie. Sam miał pełny koszyk. - Zazwyczaj robisz zapasy na co najmniej tydzień - dorzucił, stając przed nim w kolejce. (Przed nim! Z pełnym koszykiem! Podczas gdy Karmel miał tylko dwie rzeczy do kupienia!) Imbir stojąca za kasą parsknęła krótkim, ale wrednym śmiechem, widząc minę Karmela.
- Kakao się skończyło - burknął Karmel patrząc, jak Imbir przesuwa skanerem nad kolejnymi kodami kreskowymi, po czym pakuje zakupy do dużej papierowej torby.
Kiedy w końcu został obsłużony (Imbir musiała jeszcze zmienić rolkę papieru w kasie, żeby wydrukować paragon, co Karmela niezmiernie zirytowało, a ją najwidoczniej rozbawiło), trochę się zdziwił, widząc, że Baton czeka na niego przy drzwiach. Ruszyli razem w stronę domu Karmela.
- Znowu budujesz jakieś ustrojstwo? - zapytał Baton.
- Dzieło sztuki - poprawił go Karmel, próbując bezskutecznie otworzyć lizaka. Papierek uparcie nie poddawał się jego wysiłkom. Zupełnie jakby wszystko dziś sprzymierzyło się przeciw niemu, nawet głupi cukierek na patyku. Zaczął już rozpatrywać rzucenie lizaka na ulicę i poczekanie, aż rozjedzie go jakiś samochód.
- Jak zwał, tak zwał. Kiedy planujesz skończyć? - Baton drążył dalej, jednocześnie wyjmując lizaka z dłoni Karmela i z wprawą rozrywając papierek zębami.
- No? - ponaglił oddając lizaka.
- He? - Karmel, trochę skołowany, odebrał swoją własność i po krótkiej chwili wahania wcisnął do ust. - W czwartek - odpowiedział w końcu. - Najpóźniej w piątek. A co?
- Dobrze - Baton skinął głową. - Bo w niedzielę po południu wyjeżdżamy z Truflą. Lepiej się wyrób w terminie.
- Dokąd?
- Do Kocimiętek.
A ponieważ Karmel wiedział o Batonie więcej, niż byłby skłonny przyznać, od razu zrozumiał, o co chodzi – w poniedziałek wypadała rocznica śmierci jego rodziców.
Baton i Trufla pochodzili z małej miejscowości w Kwarcie Północnej o nazwie Kocimiętki, w której razem z mężem mieszkała również ich siostra cioteczna. Przeprowadzili się ze swoimi rodzicami do Stolicy, ponieważ Trufla marzyła o studiowaniu na Akademii Jenociej, a rodzice nie chcieli puścić jej samej. Zaledwie kilka dni po tym, jak Trufla otrzymała dyplom ukończenia AJ, rodzice jej i Batona zginęli w wypadku samochodowym spowodowanym przez pijanego kierowcę. Baton i Trufla ciężko to znieśli, ale obiecali sobie, że zrobią wszystko, by znów stanąć na nogi. Rodziców pochowali na cmentarzu w Kocimiętkach, koło grobu dziadków. Baton dostał się na AJ i ukończył ją z wyróżnieniem, a Trufla i jej chłopak Maron, z którym Karmel studiował na AJ, otworzyli razem bar – „Studnię”. Po otrzymaniu dyplomu, Baton zdecydował, że będzie prywatnym detektywem, a niedługo później został zwerbowany przez Burmistrza na stanowisko Agenta Do Sprawy Karmela. Jednak regularnie co roku razem z siostrą rzucali wszystko i wracali w rodzinne strony, by uczcić pamięć swoich rodziców i spędzić kilka dni w miasteczku swojego dzieciństwa.
- Masz to załatwione - powiedział tylko, rozgryzając lizaka.
* * *
Ale jedyne, co Karmelowi udało się załatwić, to atak paskudnego bólu głowy. Co prawda uważał się za swego rodzaju artystę, ale do tej pory myślał, że niemoc twórcza zdarza się tylko pisarzom, malarzom i innym takim. Nie jemu. Jednak, kiedy w piątek nadal nie zrobił żadnych postępów, musiał przyznać, że się mylił.
Jeszcze kilka dni temu dokładnie wiedział, jak powinien wyglądać i działać robot bojowy, którego budowę sobie zaplanował. Projekt budowy zaczął przygotowywać jeszcze przed spotkaniem Batona w sklepie, ale niestety na tym się skończyło. Utknął. W piątek, kiedy wszystko powinno być już gotowe, nadal miał pustkę w głowie. Próbował zrobić cokolwiek, ale w sobotę rano, po nieprzespanej i bardzo nerwowej nocy, miał tylko ochotę walić głową w ścianę. Zamiast tego owinął się kocem i usiadł w swoim ulubionym fotelu. Podciągnął kolana pod brodę, otoczył nogi ramionami i wpatrywał się w tapetę na przeciwległej ścianie, śledząc półprzytomnym spojrzeniem nieregularny wzorek. Nieważne jak bardzo próbował się skupić na swoim nowym dziele, myśli uparcie mu się wymykały. Usiłował je zebrać, skoncentrować się, ale im bardziej próbował, tym gorzej się czuł.
Z otępienia wyrwało go puknie do drzwi. Właściwie to brzmiało raczej, jakby ktoś chciał te drzwi wyważyć – zupełnie zbyteczny wysiłek, ponieważ nie były wcale zamknięte. Karmel rozejrzał się, trochę zdezorientowany, i z zaskoczeniem zauważył, że za oknem zaczęło się już ściemniać. Pukanie nie ustawało, ale Karmel postanowił je zignorować i tylko ciaśniej owinął się kocem. Westchnął, kiedy uporczywe łomotanie w końcu ustało. Nie dane mu jednak było nacieszyć się spokojem, ponieważ nim westchnienie ucichło, usłyszał trzask drzwi – ktokolwiek tak się dobijał, nie miał zamiaru łatwo rezygnować.
Nawet w odgłosie zbliżających się nieubłaganie kroków Karmel wyczuwał gniew. Przypomniał sobie, jeszcze zanim zirytowany Baton stanął w progu – robot miał być gotowy przed niedzielą. Świetnie. Powinien był zadzwonić i uprzedzić detektywa, że w tym tygodniu z pojedynku nici. Ale nie, za bardzo był zajęty użalaniem się nad sobą, by wykonać jeden krótki telefon i tym samym oszczędzić sobie wstydu, jaki wywołał fakt, że Baton zobaczył go w takim stanie.
- Nie przejmuj się - wychrypiał do spoglądającego groźnie detektywa. - Nie wygląda na to, żebym miał w najbliższym czasie narozrabiać. Możecie spokojnie jechać.
Baton, milcząc, przeszedł przez pokój, odgłos jego kroków był teraz stłumiony przez miękki dywan. Pochylił się nad Karmelem i przyłożył wierzch swojej dłoni do jego czoła. Mruknął coś niewyraźnie, ale Karmel był pewny, że to jakieś przekleństwo – Baton lubił przeklinać. Detektyw popatrzył na niego mrużąc oczy.
- Kiedy ostatnio jadłeś? - zapytał, najwidoczniej decydując, że to nie gorączka tylko niedożywienie sprawiło, że obiecane nowe dzieło sztuki Karmela jeszcze nie terroryzuje mieszkańców Stolicy. Baton znał go już na tyle dobrze, by wiedzieć, że czasami zapomina o jedzeniu.
Karmel musiał się nad tym trochę zastanowić. Pamiętał, że zjadł kilka miętówek, które znalazł w szufladzie ze śrubokrętami, ale nie mógł sobie przypomnieć, kiedy to było. Jego wahanie najwidoczniej wystarczyło Batonowi za odpowiedź. Warknął cicho i wyjął z kieszeni komórkę.
- Zostań - rzucił i wyszedł z pokoju.
Karmel chciał go poinformować, że nie jest psem, żeby reagować na takie komendy, dziękuję uprzejmie, ale Baton był już za drzwiami, a Karmel nie miał ochoty za nim krzyczeć. Czekał więc, aż detektyw skończy swoją rozmowę i może, przy odrobinie szczęścia, sobie pójdzie. Nieważne jak bardzo go lubił, nie miał dziś ochoty na jego towarzystwo, czym zapewne byłby zdziwiony, gdyby tylko był w stanie zebrać myśli. Był niemal rozczarowany, kiedy Baton wrócił.
- Gdzie klucze?
Nagłe pytanie zaskoczyło Karmela. Baton nie czekając na odpowiedź zaczął przeszukiwać biurko. Znalazł klucze do domu, podszedł do Karmela i szarpnął za kocyk.
- Idziemy – powiedział.
- Dokąd? - zapytał Karmel, wciąż trochę skołowany.
- Do mnie. Trufla powiedziała, że pewnie masz jakąś depresję i mam cię zabrać ze sobą.
Aha, więc to depresja, pomyślał Karmel, pozwalając Batonowi wyciągnąć się z fotela. Ciekawe, kiedy zacznę płakać bez powodu?
* * *
Pierwszy raz znalazł się w kawalerce Batona i nie miał siły, żeby się z tego cieszyć czy choćby porządnie rozejrzeć. Zapytany, pewnie nie byłby zdolny nawet określić, czy mieszkanie było duże, czy małe, czyste czy zagracone. W milczeniu dał się zaprowadzić do kuchni, w której Trufla właśnie szykowała kolację. Karmel wygrzebał z zakamarków umysłu kolejne informacje na temat rodzeństwa i przypomniał sobie, że Trufla zawsze narzekała na niezdrowy sposób odżywiania swojego brata, który uważał, że frytki i kurczak z KFC to całkiem dobry pomysł na codzienną dietę. Prawda była taka, że Baton był zbyt leniwy, żeby ugotować sobie coś zdrowego, więc Trufla regularnie ściągała go do siebie na obiad albo przychodziła do niego coś przygotować.
Trufla stwierdziła z uśmiechem, że teraz ma do nakarmienia dwie osoby, które nie potrafią zadbać o swoje żołądki i posadziła go koło siebie, pilnując, żeby wyczyścił swój talerz. Karmel nie pamiętał, co było na kolację, ani o czym rozmawiało rodzeństwo. Zanim się zorientował, Trufla usadziła ich na podłodze salonu przed telewizorem. Kazała Batonowi przygotować film i przekąski, a sama skoczyła pod błyskawiczny prysznic.
Trufla należała do osób bardzo bezpośrednich i spontanicznych, tych, które gotowe są ściągnąć komuś spodnie, żeby zobaczyć, jakie ma majtki. Potrafiła zadawać najbardziej krępujące pytania, często w towarzystwie, które nigdy nie powinno poznać odpowiedzi, a wtykanie nosa w nieswoje sprawy było dla niej tak naturalne jak oddychanie.
Gdy Trufla wróciła, usiadła obok Karmela na podłodze.
- Nic tak nie pomaga na depresję, jak klasyka komedii – powiedziała, opierając się plecami o kanapę i naciskając guzik na pilocie.
Uznała najwidoczniej, że nocny maraton filmów z Abbottem i Costello z całą pewnością poprawi mu nastrój. Karmel musiał przyznać, że to było słodkie z jej strony i w normalnych okolicznościach sprawiłoby mu to dużą przyjemność, tym bardziej, że miał ogromny sentyment do tych starych filmów z dwójką nieudaczników w rolach głównych. Niestety, teraz był zbyt zmęczony i rozkojarzony, by się dobrze bawić. Ten stan bardzo go irytował. W jednej chwili bardzo chciał rzucić czymś o ścianę, w następnej miał ochotę się rozpłakać. Potem już sam nie wiedział, jak się czuje i nawet nie zauważył, kiedy zapadł w sen.
* * *
Twarz śpiącego Batona był inna od tej, którą pokazywał po przebudzeniu – nie była groźna, a brwi nie marszczyły się gniewnie, była zrelaksowana, spokojna. Karmel przyglądał się jej uważnie, starając się nie poruszyć, by nie obudzić detektywa. Przez chwilę zastanawiał się, czym sobie zasłużył (albo co takiego obaj pili) na to, by obudzić się tuż obok Batona. Zaraz potem poczuł obejmujące go w talii ramiona i czyjś nos wbijający się mu między łopatki. Wspomnienia minionego wieczoru zaczęły powracać – kolacja z rodzeństwem i Komediowa Kuracja Trufli, która miała poprawić mu nastrój. Ciągle leżąc w bezruchu w objęciach Trufli, która chyba lubiła się przytulać, Karmel zastanawiał się czy ta kuracja zadziałała. Niestety, poza chwilową radością spowodowaną przebudzeniem się tak blisko Batona, nic się nie zmieniło.
Usłyszał jakiś pomruk za plecami i ucisk obejmujących go ramion zwiększył się na moment, po czym całkiem zniknął. Trufla z cichym stęknięciem uniosła się na rękach i wpatrywała się przed siebie przymrużonymi i nie całkiem przytomnymi oczyma.
- Kibelek! - wykrzyknęła schrypniętym od snu głosem, zerwała się na nogi i potykając się pobiegła do łazienki.
Zamieszanie obudziło Batona, który obrócił się na plecy i rozłożył ramiona. Zrobił głęboki wdech i leżał tak przez kilka sekund zatrzymując powietrze w płucach. Wypuścił je w końcu ustami i dopiero wtedy otworzył oczy.
- Ja drugi do kibla – oznajmił.
Przetoczył się na brzuch, podniósł się na dłonie i kolana, potem wstał, przeciągnął się powoli i znów odetchnął głęboko. Karmel śledził wzrokiem dłoń Batona, gdy ta powędrowała w dół, zakradła się pod koszulkę, ponownie rozpoczęła podróż ku górze, by podrapać skórę pod obojczykiem.
- Jeżu Kolczasty, ale mam ochotę na Moe Bloba!*
- Żadnych cukierków na śniadanie! - rzuciła Trufla władczym tonem, wychodząc z łazienki.
- To czym mam żyć? - zapytał Baton mijając ją i obierając kurs na łazienkę.
- Na pewno nie słodyczami. Na śniadanie masz płatki albo kanapki z pomidorem.
Odpowiedziała jej cisza, która po chwili została zastąpiona szumem spuszczanej wody.
- I tyle mam w tej kwestii do powiedzenia - burknął Baton wychodząc z łazienki. - Możesz we mnie wmuszać zieleninę i te wszystkie rzeczy, o których mówisz, że są takie zdrowe, ale nie pozbawisz mnie mojej tygodniowej dawki cukru.
Trufla westchnęła w sposób sugerujący, że ręce jej właśnie opadły do samej ziemi i przebiły podłogę. Mruknęła nie całkiem pod nosem coś niepochlebnego na temat upartych matołów, którzy nie wiedzą, co dla nich dobre.
- I kto to mówi? - odgryzł się Baton. - Sama podjadasz czekoladki, kiedy tylko myślisz, że nikt nie patrzy.
- Ale z umiarem!
- I ten umiar pewnie trzymasz w brzuchu, obok czekolady?
Dostał za to poduszką prosto w twarz. Trufla pokazała mu język i odmaszerowała do kuchni.
- Musisz do kibla? - Baton zwrócił się do Karmela, rzucając mu lekko poduszkę. Karmel musiał, więc pokiwał głową.
- Tylko się pospiesz. - odparł Baton. - Bo druga rzecz, na jaką mam teraz ochotę, to gorący prysznic.
Baton zniknął w swojej sypialni, a Karmel skoczył szybko do łazienki, starając się nie wyobrażać sobie Batona pod prysznicem. Następnie postanowił udać się do kuchni. Po drodze minął się z Batonem niosącym ze sobą czyste ubrania. W kuchni Trufla szykowała właśnie kanapki nucąc jakąś wesołą melodyjkę. Karmel uznał, że takie przepychanki z Batonem muszą zdarzać się dosyć często i chyba żadne z rodzeństwa nie bierze ich na poważnie.
- Wstaw wodę na herbatę, dobrze? - poprosiła Trufla, kiedy go zobaczyła.
- Nie pomogło, co? - dodała, gdy nalewał wody do czajnika.
- Nie, przykro mi...
- Przykro ci? - odłożyła nóż i spojrzała na niego. - Daj spokój, przecież to nie twoja wina. Może chcesz o tym pogadać?
- Dziękuję, ale wolałbym nie - odparł Karmel, posyłając jej przepraszające spojrzenie. Był pewien, że w trakcie tej rozmowy jego małe zauroczenie wyszłoby na jaw, a jakoś nie miał ochoty dzielić się tym ze światem. Trufla patrzyła na niego jeszcze przez chwilę, po czym wróciła do krojenia pomidora, Karmel zaś zaczął szukać szklanek i herbaty.
- Szklanki w górnej szafce, herbata i cukier w dolnej, koło szuflad - poinformowała go Trufla układając kanapki na talerzu, a po chwili ciszy dodała:
- Wiesz, myślę, że zmiana otoczenia wyszłaby ci na dobre. Potrzebujesz małych wakacji.
Karmel zerknął na nią, nim jednak zdążył coś powiedzieć, Trufla kontynuowała:
- Pojedź z nami. To raptem trzy dni, ale mogą pomóc. Zresztą samego i tak bałabym się ciebie gdziekolwiek puścić w tym stanie.
Karmel milczał. Cała ta depresja bardzo go irytowała i jeśli krótka wycieczka mogłaby go z niej wyleczyć, to gotów był się na nią wybrać. Z drugiej strony, znał powód wyjazdu rodzeństwa i czuł, że nie powinien mieszać się w ich sprawy osobiste. Powiedział to Trufli.
- Oj, przestań - odparła z łagodnym uśmiechem. - Nie myślisz chyba, że jedziemy tam po to, żeby przez bite trzy dni wylewać wiadra łez nad grobem rodziców? W poniedziałek rano idziemy z Batonem na cmentarz, siedzimy tam trochę i wracamy. Przez resztę czasu staramy się dobrze bawić. A trochę dobrej zabawy ci się przyda.
Karmel zastanawiał się, czemu Trufla to robi, czemu się nim przejmuje. Znali się z Akademii, prawda, ale w Akademii Trufla znała każdego. Może to dlatego, że był w drużynie z Maronem, a niedługo po otrzymaniu dyplomu został głównym wrogiem Batona? Może wszystko to czyniło go przyjacielem rodziny? Wiedział przecież, że Trufla dba o swoich przyjaciół. Nie mógł powstrzymać lekkiego uśmiechu na tę myśl. Odwrócił głowę i skinął tylko na znak, że przyjmuje ofertę.
- Bomba! - powiedziała Trufla, niosąc talerz z kanapkami do stołu.
- Nie no, doprawdy! - usłyszeli nagle przytłumiony głos Batona. Drzwi łazienki trzasnęły i rozległ się dźwięk spieszących ku kuchni bosych stóp. Karmel i Trufla spojrzeli najpierw po sobie, potem na wchodzącego Batona, który niczym dowód zbrodni trzymał w dłoni biustonosz przeznaczony dla kogoś hojnie obdarzonego przez naturę.
- Poważnie, mógłbym tego używać jako hamaku!
- Spadaj! - warknęła Trufla. - I czego w ogóle mi stanik macasz? Przymierzyć chcesz?
- Dziękuję, postoję - mruknął Baton rzucając biustonosz na kanapę w salonie.
- No tak, czegoś takiego spodziewałabym się raczej po Cynamonie.
- Co? - wymknęło się Karmelowi.
- O, kiedyś już coś podobnego zrobił - zaśmiała się Trufla. - Kieckę ubrał.
- Przy tym mnie chyba nie było - powiedział detektyw, siadając za stołem i biorąc kanapkę.
- Wiesz - odpowiedziała - Goździk przez cały czas chodzi w kilcie, a Imbir w tej swojej skórzanej spódnicy. Cymek nie chciał się odcinać, więc raz na występ w Studni założył sukienkę. Czerwoną, bez ramion, z rozcięciem na udzie i obsypaną brokatem. Do tego białe rękawiczki za łokcie i czerwone szpilki. Było całkiem zabawnie, dopóki nie spadł ze sceny. Nikt go nie nauczył chodzić w szpilkach. Więcej tego numeru nie powtórzył.
- Nie chcę sobie tego wyobrażać - mruknął Baton, sypiąc cukier do herbaty. Jedna łyżeczka i trochę mniej niż połowa następnej, zauważył Karmel. - A pamiętasz, co odwalił na imprezie urodzinowej Bezy?
- Weź mi nie przypominaj. - Trufla ukryła uśmiech za kanapką.
- Przebrał się na wielkiego węża - Baton wyjaśnił Karmelowi – pełzał po podłodze i zaglądał dziewczynom pod sukienki.
- Do dziś nie wiem, jak się wydostał z tego kostiumu po tym, jak go Imbir z Gwoździem zawiązali na supeł - dorzuciła Trufla.
- Ani ja, ale później był przy barze i wygrał konkurs picia.
- Tego nie pamiętam. I co zrobił potem?
- Wlazł na bar i ogłosił się władcą świata, królem Cymoteuszem Pierwszym, i powiedział, że w ramach oddania mu czci wszyscy mają się rozebrać.
- Jeżu Miłosierny...
- Rozebrał się tylko Parówka. Dziewczyny piszczały z zachwytu, a Cymek się rozpłakał.
- Biedactwo, pewnie w kompleksy wpadł. - Trufla pokiwała głową.
Po śniadaniu Trufla powiedziała Batonowi o swoim planie zabrania Karmela do Kocimiętek w nadzieli, że mała zmiana otoczenia mu pomoże. Detektyw wzruszył tylko ramionami i mruknął krótkie „Czemu nie?”.
- W takim razie - Trufla zwróciła się do Karmela - idź do domu i się spakuj. Spotykamy się o trzeciej na przystanku koło muzeum. Nie spóźnij się.
*Bardzo popularne w Borze Szumiącym cukierki z nadzieniem owocowym.
C.D.N |
_________________

Ostatnio zmieniony przez Amarth dnia 08-06-2010, 11:26, w całości zmieniany 1 raz |
|
|
|
 |
Amarth 
The Sweetest Monster

Dołączyła: 05 Maj 2007 Status: online
Grupy: Alijenoty
|
Wysłany: 08-06-2010, 09:46
|
|
|
Title: Niemoc Twórcza
Rating: PG
Genre: nudne okruchy życia, kiepski pseudo-romans
Word-count: 9258
Beta: Eaś (<3)
Summary: Karmel cierpi na niemoc twórczą i ma przez to depresję. Trufla próbuje mu pomóc.
Niemoc Twórcza (cz.2)
Cała czwórka, Karmel, Baton, Trufla i Maron, przybyła punktualnie. Odjechali autobusem dziesięć po trzeciej spod Muzeum Historii Nadnaturalnej, które, jak zauważył Karmel, miało mieć w przyszłym tygodniu bardzo ciekawą wystawę. Trufla wyjaśniła mu, że do Kocimiętek zawsze zajeżdżają akurat na kolację, a zatrzymują się u ich siostry ciotecznej Kolendry i jej męża Keksa.
Maron ucieszył się na wiadomość, że w tym roku jedzie z nimi Karmel i rozpoczął rozmowę pod tytułem „Wspomnienia z Akademii”, do której szybko dołączyła się Trufla, a po niej Baton. Przegadali całą drogę i nawet nie zauważyli, kiedy znaleźli się na miejscu. Podróż minęła bardzo miło i Karmel zaczynał myśleć, że ten wyjazd może rzeczywiście okaże się sposobem na pokonanie depresji. Może po powrocie będzie w stanie dokończyć robota bojowego, którego projektowanie rozpoczął.
Wybiła dziewiętnasta, gdy zapukali do drzwi Kolendry i Keksa. Otworzyło im dziecko w wieku, na oko, sześciu, może siedmiu lat, które natychmiast wystrzeliło niczym pocisk i krzycząc radośnie zaczęło przyklejać się kolejno do przybyłych. Po nim nadbiegło kolejne, trochę mniejsze i z nieco dłuższymi włosami. Kiedy już dzieci wyściskały jego towarzyszy, zatrzymały się przed Karmelem i przyglądały mu się w milczeniu. Niemal widział wielkie znaki zapytania unoszące się im nad głowami.
- No, robale - powiedziała Trufla z uśmiechem, wskazując Karmela - przywieźliśmy wam duży prezent i nawet nie potrzebuje baterii, żeby działać!
Dzieciaki zrobiły wielkie oczy, ale podeszły bliżej. Chłopiec przechylił głowę i zmrużył sceptycznie oczy.
- Mi tam on nie wygląda na robota - orzekł tonem eksperta od robotyki.
- Bo nim nie jest - wyjaśnił Maron. - Ale je buduje! To Karmel.
Znowu na niego spojrzały, tym razem otwierając oczy jeszcze szerzej niż poprzednio. Widział w nich zaskoczenie, które szybko ustępowało rosnącemu podziwowi i zachwytowi zmieszanymi z odrobiną lęku. Chciał już powiedzieć, że w obecnym stanie nie mógłby pewnie zbudować choćby tostera, a co dopiero robota, ale spojrzenia powstrzymały go jeszcze zanim zdążył otworzyć usta.
- Karmel? - pisnęła dziewczynka.
- Serio? - dodał chłopiec. Zrobił krok do przodu, wyciągnął rękę i z wahaniem dotknął jego kolana. - Prawdziwy! - sapnął.
Potem obrócił się na pięcie i wbiegł do domu wołając rodziców. Dziewczynka pognała za nim. Trufla zaśmiała się cicho, wzięła Karmela pod rękę i wprowadziła do środka.
- To byli Toffi i Wuzetka. Teraz są w szoku, ale myślę, że od jutra nie będziesz mógł się od nich uwolnić.
- Dlaczego?
- Bo jesteś Karmel, Wielki Szalony Wynalazca, Naczelny Wróg Superbohatera Batona. Jesteś legendą.
- Superbohater? - łypnął na Batona, który tylko wzruszył ramionami, próbując się nie uśmiechać. - Szalony Wynalazca? - zwrócił się z powrotem do Trufli.
- Zawsze, kiedy przyjeżdżamy, opowiadamy dzieciakom historie o tobie i Batonie. No, głównie to Baton opowiada, świetnie mu to wychodzi, a wszystkie dzieciaki z okolicy uwielbiają go słuchać. Niektóre nawet mówią, że kiedyś zrobią o was komiks.
Karmel nic nie odpowiedział, ponieważ nawiedziła go wizja Batona siedzącego na wielkim kamieniu, otoczonego wianuszkiem dzieci i mówiącego: „Dziś wysłuchajcie opowieści o tym, jak niezwyciężony Agent Baton pokonał Doktora Karmela i zniszczył jego okrutny wynalazek sprawiający, że jenoty tyją”.
Czuł, że powinien to jakoś skomentować, ale nie znajdywał słów.
Dotarli do kuchni, w której nastąpiły kolejne powitania i Karmel został przedstawiony Kolendrze i Keksowi. Oni najwidoczniej również usłyszeli swoją porcję historii o zmaganiach dzielnego Batona i strasznego Karmela.
- Trufla uprzedzała, że zrobi nam niespodziankę i zabierze kogoś nowego ze sobą, ale nie myślałam, że odwiedzi nas sam legendarny postrach Stolicy – zaśmiała się Kolendra podając mu rękę. Była drobną kobietą, twarz okalała jej burza brązowych włosów, a zielone oczy kryły się za prostokątnymi okularami w złotych oprawkach. Głos miała głęboki i lekko schrypnięty, Karmelowi bardzo się podobał.
Keks, wysoki mężczyzna o szerokich barkach i krótkich popielatych włosach, śmiał się razem z nią. Dzieci stały koło okrągłego stołu i śledziły wzrokiem każdy ruch Karmela, jakby obawiały się, że za chwilę wyciągnie z kieszeni jakieś urządzenie masowej zagłady. Jednocześnie podziw nie znikał z ich oczu.
- Zostawcie bagaże w salonie i idźcie umyć ręce - poleciła Kolendra. - Zaraz podam kolację.
Obiadokolacja byłaby, zdaniem Karmela, lepszym określeniem. Na swoim talerzu odkrył kotlety z jajka z małym dodatkiem szczypioru, ziemniaki i surówkę z kiszonej kapusty, jabłka i cebuli. Wszystko w dużych ilościach. Czemu wszyscy patrząc na niego uznawali, że jest za chudy i wpychali mu jedzenie na siłę, nie pytając o zdanie? Tym razem jednak nie narzekał. Ostatni raz kotlety z jajka jadł w przedszkolu, ale ciągle pamiętał, jak bardzo je lubił. Toffi i Wuzetka przez cały czas go obserwowali, podczas gdy Kolendra z Keksem streszczali pozostałym najciekawsze wydarzenia, jakie miały miejsce w Kocimiętkach od czasu ich ostatniej wizyty.
Po kolacji dzieciaki przyniosły talię kart i zaczęły domagać się gry w makao. Karmel nie znał zasad, więc przez pierwszych kilka kolejek Maron siedział z nim i dokładnie mu wszystko objaśniał. Toffi pokiwał głową i wytłumaczył siostrze, że prawdziwy geniusz zła nie powinien znać takich gier. Prawda była taka, że zwyczajnie nikt Karmela tej gry nie nauczył. Potrafił za to świetnie grać w szachy.
Koło dziesiątej, kiedy dzieci kiwały się już niebezpiecznie, Kolendra posłała ich wszystkich do łóżek. Łóżko okazało się nie najlepszym pomysłem. Owszem, wyglądało na bardzo wygodne, a Karmel był zmęczony i chętnie przyłożyłby głowę do poduszki. Pies był pogrzebany w innym ogródku. W domu Kolendry i Keksa były tylko dwa pokoje gościnne; jeden zawsze rezerwowali Trufla z Maronem, drugi pozostawał do dyspozycji Batona. Problem polegał na tym, że Karmel będzie musiał albo dzielić łóżko z Batonem, albo spać na podłodze. Nie żeby spanie koło detektywa było czymś, czego nie chciałby powtórzyć. Po prostu zastanawiał się, czy będzie w ogóle w stanie zasnąć w tak dużej bliskości Batona – czując ciepło jego ciała, słysząc jego oddech. Nie wiedział, czy jego serce to wytrzyma.
Gotów był jednak zaryzykować.
- Jeśli nie dostaniesz jutro pomidorem albo jajkiem w twarz, to będzie znaczyło, że Wu i Tofik cię polubili - poinformował go Baton jakiś czas później, kiedy już zgasili światło. Karmel ułożył się na plecach, łóżko było rzeczywiście wygodne.
- Jak do tej pory to tylko na mnie łypali, jakbym miał w każdej chwili wysadzić dom w powietrze.
- Cóż, aniołem nie jesteś. Nigdy nie wiadomo, co zaraz odstawisz.
- Z ciebie też, swoją drogą, żaden święty, a traktują cię jak bohatera narodowego.
- Co się dziwisz? - Karmel mógłby przysiąc, że nawet w tonie głosu Batona usłyszał wzruszenie ramion. - Regularnie ratuję mieszkańców Stolicy przed szalonym wynalazcą, który chce zaprowadzić rządy chaosu.
- Nie jestem szalony - zaoponował Karmel.
- Niektóre twoje wynalazki są. To wystarczy.
Karmel milczał przez chwilę. Dziwiło go, że gdy zamknął usta, naprawdę nastała cisza. Żadnych odgłosów przejeżdżających niedaleko samochodów, żadnych odległych krzyków czy śmiechu, żadnych syren. Tylko ich oddechy.
- Wiedziałem, że w małych miejscowościach jest ciszej niż w mieście takim jak Stolica - pokręcił głową. - Ale żeby aż tak?
- Trudno się przestawić, to prawda - odpowiedział Baton, a po kolejnej chwili milczenia dodał:
- Nie mógłbym tu znów mieszkać, nie tak na stałe. Za bardzo się przyzwyczaiłem do miasta. Ale lubię tu wracać, mam tu sporo dobrych wspomnień.
Baton się poruszył. Oczy Karmela przywykły już do panującego w pokoju mroku, więc widział, jak detektyw przekręcił się na bok i oparł głowę na dłoni.
- Na przykład dzieciaki - ciągnął. - Jesteś w czwartej albo piątej klasie i nie ma mowy, żebyś się zadawał ze smarkaczami z pierwszej czy drugiej. Tutaj jest inaczej. Dzieciaków jest mało, więc trzymają się razem, nie patrzą na to, ile kto ma lat.
W głosie Batona Karmel wyczuwał ciepło, czułość. Może i nie mógłby już tu mieszkać, ale nadal kochał to miejsce, to było oczywiste.
- Ty? - zapytał detektyw.
Tym razem to Karmel wzruszył ramionami.
- Stolica to mój dom, nie jestem przywiązany do żadnego innego miejsca. Nie przepadam za swoją rodziną. Ze wzajemnością zresztą. Poza moim starszym bratem, z nim jakoś potrafię się dogadać.
- Znajomi?
- Ci z Akademii. Wcześniej uczyłem się w szkołach prywatnych, pełnych bogatych, aroganckich snobów, z którymi nie szło się zaprzyjaźnić. Też mnie na takiego wychowywano, ale chyba coś nie wyszło. Rodzice ciągle się na mnie wściekali.
- Ale swoją dolę dostałeś.
- Chodzi ci o pieniądze? To w spadku po babci. Ona też odstawała od reszty rodziny, jak ja. Chyba dlatego tak mnie polubiła. Dzięki temu spadkowi mogłem się urządzić – elegancki duży dom, wspaniały warsztat z odpowiednim wyposażeniem. Mam regularne przychody za moje projekty komputerów, maszyn, pojazdów i innych takich. Nie potrzebuję wsparcia finansowego mojej rodziny, całe szczęście.
- Przynajmniej z bratem się dogadujesz.
- Taa, on też odstaje od reszty rodziny, ale potrafi świetnie udawać.
Rozmawiali tak jeszcze przez jakiś czas o rodzinie, o pracy, po czym zdecydowali, że pora już spać. Serce Karmela nie biło jak szalone, ani nie pękało. Było mu właściwie całkiem przyjemnie.
* * *
Śniło mu się, ze został przykuty do ściany w jakimś ciemnym lochu i miał okropne przeczucie, że czekają go straszne rzeczy, jeśli szybko się nie uwolni. Obudził się z niepokojącym uczuciem skrępowania. Gdy otworzył oczy, zrozumiał, skąd to wrażenie. Ręce w przegubach miał związane skakanką. Tak samo nogi w kostkach.
Świetnie.
Baton uprzedzał go o możliwości zobaczenia latających jajek czy pomidorów, ale słowem nawet nie wspomniał o skakankach. Dwie pary czujnych oczu obserwowały go z bezpiecznej odległości. Toffi trzymał w ręku duży nadmuchiwany młotek.
- Sądzicie, że Baton przespałby spokojnie całą noc, gdyby myślał, że zrobię wam jakąś krzywdę?
Dzieci zerknęły na siebie porozumiewawczo. Toffi skinął siostrze głową. Wuzetka schyliła się i podniosła coś z podłogi.
- Czy wiesz, co to jest? - zapytał Toffi wyzywającym tonem.
- Jasne. Zdalnie sterowany wóz terenowy firmy Bakłażan i Marchewa, model drugi. Robiłem do nich układy sterujące.
Znowu to spojrzenie szeroko otwartych oczu.
- Co z nim nie tak? - zapytał.
- Przestał działać.
- Po tym, jak Tofik go zrzucił z piętra - wyjaśniła usłużnie Wuzetka.
- Cicho siedź, Wu! - Toffi szturchnął siostrę młotkiem. - Dasz radę to naprawić? - znów zwrócił się do swojego więźnia.
Karmel zdecydował, że jego niemoc twórcza nie powinna mu przeszkodzić w naprawieniu prostej zabawki, w budowie której brał udział, więc skinął głową. Dzieci odczekały chwilę, jakby się spodziewały, że ten jego gest wystarczy, by spowodować trzęsienie ziemi. Gdy nic takiego nie nastąpiło, rozwiązały go.
Oswobodzony Karmel ruszył ku swojej torbie podróżnej, do której z przyzwyczajenia spakował swoją miniaturową skrzynkę z narzędziami. Położył samochód-zabawkę na biurku i wziął się do roboty. Uszkodzenie nie było bardzo poważne, więc naprawa zajęła tylko kilka minut. Oficjalnie został bohaterem Wuzetki i Toffiego.
* * *
Wkrótce terenówka śmigała po całym domu, ścigana radosnym śmiechem dzieci, ale najpierw odeskortowała go do łazienki. Karmel umył się, ubrał i zszedł do kuchni, w której siedzieli już Maron, Kolendra i Keks. Maron, który zawsze kiepsko sobie radził z porankami, ułożył sobie głowę na stole i spał. Kolendra czytała gazetę popijając kawę, a Keks robił gofry.
- Dzień dobry – powitał go z uśmiechem. - Słyszę, że naprawiłeś ten ich samochód.
- Dzień dobry. Tak, byli bardzo przekonujący.
- Ciekawe, po kim to mają? - mruknął Keks posyłając Kolendrze przeciągłe spojrzenie.
- Nie mam pojęcia, o czym mówisz, skarbie - odpowiedziała jego żona niewinnym tonem. - Kawusi? - zwróciła się do Karmela.
- Po rękach bym cię całował - powiedział, zanim zdążył się powstrzymać.
- Kolejny wierny sługa do kolekcji! Jak słodko - zaśmiała się.
Karmel usiadł przy stole i stuknął Marona palcem w czubek głowy. Maron poruszył się przez sen i wymamrotał coś, co brzmiało całkiem jak: „A co dla pana?”
- Podwójną martini z lodem - złożył swoje zamówienie.
- Jak pan sobie życzy - odparł śpiący barman.
- To niemal przerażające, że czasem da się z nim prowadzić całkiem sensowną rozmowę, kiedy on śpi - powiedziała Kolendra, stawiając przed Karmelem kubek gorącej kawy.
- Szkoda tylko, że on potem nic nie pamięta - dodał Keks niosąc do stołu duży talerz pełen gofrów. - Dzieciaki! Śniadanie!
Do kuchni wpadła rozpędzona terenówka, a za nią dzieci. Teraz to Wuzetka sterowała zabawką. Toffi biegł ze swoim nadmuchiwanym młotkiem w ręku.
- A-a - Keks podniósł palec wskazujący, kiedy chłopiec rzucił młotek na podłogę. Toffi podniósł go i położył na stojącym w rogu kuchni krześle. Wuzetka zaparkowała terenówkę pod tym samym krzesłem i położyła pilot obok młotka. Potem oboje usiedli do stołu.
Z tego, co wiedział Karmel, Keks był nauczycielem wychowania fizycznego w miejscowym gimnazjum. Żeby pracować w gimnazjum i pozostać przy zdrowych zmysłach, trzeba mieć odpowiedni charakter i podejście do uczniów. Karmel zastanawiał się, czy Keks należał do tych nauczycieli, którzy potrafią jednym spojrzeniem sprawić, że cała klasa siada natychmiast na tyłki, czy może był po prostu bardzo lubiany przez uczniów? Kolendra zaś, jeśli dobrze sobie przypominał, była pielęgniarką.
Zatrzymał się na moment w myślach. Wczoraj wieczorem spotkał te jenoty po raz pierwszy w życiu. A mimo to wiedział kim są, jak się nazywają, kiedy się urodzili, gdzie pracują... Wszystko to dlatego, że zakochał się w Batonie. Ciekawe, czy to już obsesja?
Otrząsnął się z zamyślenia i obudził Marona.
- Mmmcoo? - zapytał przecierając zaspane oczy.
- Podwójną martini z lodem - Karmel powtórzył swoje zamówienie, a Kolendra wybuchła śmiechem.
- Że co? - Maron był wyraźnie zdezorientowany.
- Mówiłem - stwierdził Keks, stawiając na stole słoik dżemu truskawkowego. - Nigdy nie pamięta.
- Znowu gadałem przez sen?
- Tylko troszkę - pocieszył go Keks.
- Po prostu super - burknął Maron, wciskając sobie gofra do ust.
- Więc, panie Okrutny Złoczyńco - Kolendra zagadnęła Karmela, nakładając trochę dżemu na swojego gofra. - Baton jeszcze nie zdążył nam nic opowiedzieć, choć pewnie ma kilka świetnych historii w rękawie, więc poproszę o informacje bezpośrednio u źródła: jakiż to nikczemny wynalazek wyszedł ostatnio spod twojej ręki?
Dzieci nastawiły uszu. Maron zaśmiał się z ustami pełnymi gofra, zakrztusił się i Keks musiał uderzyć go w plecy.
- Wydaje mi się, że pisali o tym w gazetach - odpowiedział Karmel. - Zbudowałem urządzenie emitujące pewien sygnał...
- Pamiętam to! - przerwał mu radośnie Toffi. - Było o tym w telewizji! Każdy, kto odebrał komórkę, zmieniał się w jakieś zwierzę!
- Nie całkiem się zmieniał, nie fizycznie. Przejmował tylko cechy zachowania losowego zwierzęcia - sprostował Karmel. Teraz już wszyscy przy stole się śmiali. Nie usłyszeli przez to dźwięku otwierających się drzwi.
- Nie dziwię się, że nie próbują się ciebie pozbyć na stałe z miasta. Bez ciebie Stolica byłaby o wiele nudniejszym miejscem - chichotała Kolendra.
- Dzięki - mruknął kwaśno Karmel. - Wolałbym jednak nie stać się atrakcją turystyczną czy czymś takim.
- Na to już chyba trochę za późno - rzuciła z progu Trufla. Baton szedł za nią. - Turyści już ściągają do Stolicy w nadziei na zobaczenie któregoś z twoich dzieł. Mówił mi o tym jeden klient. Przyjechał z aparatem i kamerą, chciał się potem móc pochwalić, że „był tam, kiedy to się stało”.
- Czymkolwiek „to” by było? - zapytał Karmel z niedowierzaniem, a Trufla skinęła głową. - Jeżu...
Trufla poklepała go po ramieniu i porwała z talerza gofra.
- Jesteś sławny – stwierdziła.
W sumie... tego chciał. Żeby zapamiętano jego imię. Chyba udało mu się osiągnąć ten cel.
* * *
Po śniadaniu Trufla wyciągnęła ich na spacer. Chciała pokazać Karmelowi jej i Batona ulubione miejsca z dzieciństwa. Poszli wszyscy oprócz Kolendry i Keksa, którzy ogłosili, że skoro goście mają ochotę uwolnić ich na trochę od hałaśliwego potomstwa, to oni chętnie spędzą kilka godzin tylko we dwoje.
Kocimiętki były niewielką, ale sympatyczną miejscowością. Trufla prowadziła tę małą wycieczkę krajoznawczą ku zakątkom, które miały w jej sercu specjalne miejsce i opowiadała historie z nimi związane, podczas gdy Wuzetka i Toffi biegali za motylami lub domagali się niesienia na barana. Karmelowi zapadło w pamięć kilka obrazów pełnych ciepła i dziecięcego śmiechu.
Malutka rzeczka, nazywana Łezką, z drewnianym mostkiem, z którego młodsze pokolenie nigdy nie korzystało. Dzieci wolały przeprawiać się na drugą stronę skacząc po dużych, przebijających się na powierzchnię kamieniach, czasem zatrzymując się dłużej na jednym i usiłując złapać kijankę. Niekiedy zaś kładły delikatnie na wodzie papierową łódkę, którą natychmiast porywał prąd. Wszyscy wtedy gnali jej śladem, biegnąc po łąkach, aż w zasięgu wzroku pojawiało się wzniesione na rzeczce żeremie. Wtedy część pościgu siadała na trawie i obserwowała domostwo bobrów w nadziei, że jeden z nich się pojawi, podczas gdy inni polowali na żaby lub zrywali orzechy z rosnących opodal leszczyn.
Trzy znajdujące się blisko siebie stawy, z których jeden był tak gęsto otoczony trzciną, że ledwo było widać wodę. Na brzegu drugiego zawsze siedział ktoś z wędką, czekając cierpliwie na zdobycz. Rosły koło niego wielkie krzewy pełne jeżyn, które dzieciaki uwielbiały podjadać w przerwie zabawy. Do kolejnego jenoty namiętnie wrzucały kamienie puszczając kaczki i płosząc dzikie ptactwo. A w lecie, gdy w największe upały staw niemal całkiem wysychał, schodziły na dno boso, po kostki w grząskim błocie, by zbierać muszle ślimaków świderków. Tuż koło przejścia między dwoma ze stawów znajdowało się zagłębienie, nad którym wznosiło się niewielkie drzewo. Dzieciaki buszowały pod nim zbierając leżące na ziemi ulęgałki, napełniały nimi kieszenie i maszerowały dalej.
Nieduży lasek pełen wgłębień i wzniesień tworzących prawdziwy labirynt. Na wzniesienia dzieci wprowadzały rowery, by potem móc z radosnym dzikim wrzaskiem zjechać ścieżką w dół. Zimą zaś zabierały ze sobą wielkie worki wypchane słomą, kładły się na nich i zjeżdżały przy wtórze głośnych śmiechów. Do jednego z drzew dorośli przymocowali grubą linę, na końcu której dyndał równo przycięty kawałek gałęzi. Do tej huśtawki ustawiały się kolejki.
Wracali do domu trasą wokół stawów słuchając niewyczerpanego zapasu anegdot Trufli. Ona i Baton byli niesfornymi szkrabami, pchającymi się dosłownie wszędzie i powodującymi mnóstwo drobnych i w zasadzie niegroźnych wypadków, które później mogli opowiadać znajomym i śmiać się do rozpuku. Dochodzili właśnie do jeżynowego krzewu. Dostrzegli wysoką kobietę w bladożółtej sukience i słomkowym kapeluszu, zbierającą jeżyny do dużego wiklinowego koszyka. Gdy zobaczyła jak się zbliżają, uśmiechnęła się szeroko.
- Alga! - wykrzyknęła Trufla, podbiegła do kobiety i objęła ją. - Miałam wpaść wieczorem! Jak się miewasz?
Kobieta ciągle uśmiechnięta odstawiła koszyk i wykonała dłońmi kilka gestów. Język migowy, domyślił się Karmel. Trufla obserwowała dłonie uważnie, czasami poruszając ustami.
- To jest Alga - powiedział cicho Baton, gdy dziewczyny gawędziły używając na przemian głosu i kreślonych w powietrzu znaków. - Najlepsza przyjaciółka Trufli jeszcze z podstawówki. Trufla zawsze ją odwiedza wieczorem następnego dnia po przyjeździe. To już tradycja, jak chodzenie rano na cmentarz.
- I opowiadanie dzieciakom niestworzonych historii ze mną w roli tego złego?
- Powiedzmy - mruknął Baton z krzywym uśmiechem - że to też taka tradycja.
- Chłopaki! - zawołała Trufla posyłając im promienny uśmiech. - Wpadłyśmy na genialny pomysł! Urządzimy ognisko!
Baton spojrzał w niebo zamyślony. Wuzetka i Toffi już wydali okrzyki zachwytu, Maron też wyglądał, jakby mu ten pomysł przypadł do gustu.
- Dawno żadnego ogniska nie mieliśmy… - odpowiedział w końcu detektyw.
- Alga to samo mi powiedziała - skinęła głową Trufla.
- Więc postanowione? - zapytał Toffi, zerkając to na Truflę, to na Batona.
- Jasne, czemu nie?
* * *
Karmel nie mógł wyjść z podziwu. Trufla podjęła decyzję o zrobieniu ogniska koło południa, a wieczorem pojawili się chyba wszyscy mieszkańcy Kocimiętek. Widział dorosłych i dzieci, młodzież i staruszków. A minęło zaledwie kilka godzin. Zdawał sobie sprawę z tego, że Trufla, Baton, Kolendra, Keks i dzieci odwiedzili lub zadzwonili do paru znajomych, by poinformować ich o ognisku. Potem jednak zdawało się, że wiadomość… popłynęła zaglądając do każdego domu w miejscowości. Ognisko miało się odbyć na małej łące koło boiska do piłki nożnej znajdującego się na obrzeżach Kocimiętek. W magiczny niemal sposób pojawiały się tam stoły, przybyli ludzie układający drewna na dwa ogniska (jeden stos był większy od drugiego), ostrzący patyki na kiełbaski, ustawiający ławeczki i rozkładający koce. Szybkość, gotowość mieszkańców i poziom organizacji całkowicie zaskoczyły Karmela.
Jenoty rozsiadły się wygodnie, śmiechy i gwar rozmów niosły się po łące. Oba ogniska płonęły wesoło, stale otoczone przez piekących kiełbaski, jabłka i chleb. Ktoś puścił muzykę, ktoś inny poderwał się do tańca. Karmel zajadając pieczone jabłko obserwował bawiących się. Trufla tańczyła z Maronem, a jej perlistego śmiechu nic nie było w stanie zagłuszyć. Jednak uwagę Karmela przykuł widok Batona tańczącego z Algą. I nie dziwił go wcale fakt, że detektyw potrafił i lubił tańczyć, ani fakt, że ma włosy związane w kucyk i nosi bluzkę bez ramion należącą do Marona (na jego własną dzieciaki wylały sok, a że nie było czasu na przerzucanie wszystkich ubrań z jego bagażu, Maron pożyczył mu jedną ze swoich, które leżały akurat na wierzchu). Nie mógł oderwać wzroku od jego uśmiechu. Był niesamowity. Nie wredny, nie złośliwy, lecz ciepły, serdeczny. Dodawał jego ostrym, surowym rysom łagodności, jakiej nie dało się w jego twarzy dojrzeć na co dzień. Karmel siedział jak zahipnotyzowany, nie zauważył nawet, że upuścił swoje jabłko. To był Baton szczęśliwy, Baton naprawdę cieszący się chwilą i Karmel bardzo pragnął stać się kiedyś powodem tego uśmiechu.
Nie dane mu było dłużej przyglądać się roześmianemu detektywowi, ponieważ Kolendra poderwała go do tańca. Stracił Batona z oczu, ale musiał przyznać, że mimo to bardzo dobrze się bawi.
Po jakimś czasie tańce ustały i ktoś ogłosił, że pora na „śpiewany pojedynek”. Kolendra wyjaśniła Karmelowi, że w tej grze wszyscy obecni dzielą się na dwie drużyny. Sędzia podawał jakiś motyw, na przykład „woda”, a drużyny musiały na przemian śpiewać piosenki, w których ten motyw się pojawił. Wygrywała ta drużyna, która zaśpiewała więcej piosenek. Tym razem motywem była „dziewczyna” i obie drużyny prześcigały się w przypomnieniu sobie jak największej ilości piosenek zawierających to słowo.
Po kolejnych grach i zabawach (wśród których znalazło się rysowanie portretu z zawiązanymi oczami), odśpiewaniu z pokazywaniem piosenek o góralu i o Zorro, odtańczeniu „Łysej Pały” (która okazała się wariacją „Mysiej Pary”, którą Karmel pamiętał z przedszkola), Karmel dowiedział się w końcu, po co zrobiono dwa ogniska. Początkowo myślał, że to w celu uniknięcia tłoku, teraz jednak zobaczył, że mniejsze ognisko będzie potrzebne do kolejnej zabawy – skoków przez ogień.
Chętni do włączenia się do tej zabawy dobierali się w pary, brali się za ręce i we dwójkę przeskakiwali z rozbiegu nad ogniskiem, po czym pary się zmieniały. Najładniejsze skoki były nagradzane oklaskami. Karmel przyglądał się, jak Trufla łapie Marona za rękę i wykonują wspólnie wysoki skok. Zmienili się, Trufla podbiegła do Algi, a Maron wyciągnął z tłumu Batona. Tymczasem Keks podniósł Kolendrę i bardzo ładnie przeskoczył płomienie, trzymając ją bezpiecznie w swoich ramionach, za co otrzymał brawa. Maron z Batonem postanowili nie pozostawać w tyle, posłali sobie porozumiewawcze spojrzenie i trzymając się za ręce skoczyli, wykonując w powietrzu eleganckie salto. Po drugiej stronie stuknęli się pięściami wśród wiwatującego tłumu. Kolejny nagrodzony oklaskami skok należał do Keksa i Marona, którzy przepłynęli nad ogniskiem z Wuzetką i Toffim siedzącymi im na ramionach.
Karmel śmiał się i bił brawo, gdy zobaczył twarz Trufli tuż przed własnym nosem. Chwyciła jego dłoń pociągnęła w stronę skaczących. Nie protestował, poszedł chętnie, również chcąc wziąć udział w zabawie, a kiedy już wylądowali po drugiej stronie ogniska, ukłonił się jej dworsko. Trufla, ciągle śmiejąc się radośnie, pchnęła go ku Batonowi, sama zaś podeszła do Kolendry i obie ruszyły na koniec kolejki. Baton, nie czekając, złapał go za łokieć i poprowadził za dziewczynami.
Później Karmel myślał, że pewnie powinien był się rumienić, a serce powinno było mu walić jak młotem, ale zamiast tego śmiał się cały czas, czerpiąc radość z zabawy, nawet wtedy, gdy poczuł ciepłą dłoń Batona w swojej własnej. Tak dobrze się bawił, że nie zwrócił uwagi na to, że właśnie trzyma się za ręce z obiektem swojego zauroczenia.
Wykonali wysoki, długi skok, a gdy ich stopy dotknęły ziemi, natychmiast przybrali pozycje bojowe, jak podczas swoich zwykłych pojedynków. Nie konsultowali się, nie planowali, po prostu obaj jednocześnie postanowili to zrobić. Dorośli wybuchnęli śmiechem, a dzieci zaczęły piszczeć dziko na widok wielkiego Agenta Batona i złego Doktora Karmela w akcji. Za ten numer otrzymali naprawdę gromkie brawa.
Karmel skoczył jeszcze kilka razy ze znajomymi i, ku swemu zdziwieniu, także z obcymi, którzy zapraszali go nieśmiało. W końcu usiadł zmęczony na jednym z koców, łapiąc oddech i rozkoszując się chłodem wieczoru. Oparł ręce za plecami, odchylił głowę do tyłu i zamknął oczy, wsłuchując się w gwar mniejszego już tłumu. Jenoty zaczynały się powoli rozchodzić. Bardziej poczuł, niż usłyszał, że ktoś koło niego siada. Otworzył oczy, by zobaczyć spoglądającego na niego Batona.
- Wspaniały wieczór - powiedział Karmel i naprawdę miał to na myśli. Czuł się cudownie. - Często to urządzacie?
- Raz na jakiś czas. Robiliśmy tu takie ogniska od kiedy pamiętam.
Milczeli przez chwilę. Karmel trochę zazdrościł detektywowi jego radosnego, ciepłego dzieciństwa. W końcu ciszę przerwał Baton:
- Powiesz mi to wreszcie?
- Co? - zapytał skołowany Karmel. Czyżby obiecał mu zdradzić jakiś sekret, czy co?
- Że na mnie lecisz - odparł Baton poważnym tonem.
- C-co? - wykrztusił z trudem Karmel. Detektyw uniósł tylko brew dając do zrozumienia, że zaprzeczanie nie ma sensu. - Wiedziałeś?
- Musiałbym być ślepy i głupi, żeby nie zauważyć. - Karmel nie słyszał w jego głosie złości, irytacji, odrazy. Zaryzykował więc kolejne pytanie.
- Nie przeszkadza ci to?
- Niespecjalnie - odpowiedział Baton. - Ale też nie jestem zainteresowany, skoro już o tym mowa.
Nie tak sobie Karmel wyobrażał moment, w którym oficjalnie przyzna, że kocha się w Batonie (jeżeli ta chwila miałaby w ogóle nadejść). Miał różne wizje; niektóre kończyły się niezwykle przyjemnie, często w łóżku, inne uwzględniały poważne obrażenia fizyczne i dłuższy pobyt w szpitalu. Nie spodziewał się jednak spokojnej rozmowy, ani tego, że Baton najzwyczajniej zaakceptuje jego uczucia.
- Tak po prostu? - nadal nie dowierzał.
- A co? Mam skomplikować? - detektyw zapytał z krzywym uśmiechem. - Mogę odstawić jakąś scenę, jak w tych serialach, co je Trufla tak namiętnie ogląda.
- Nie, dzięki - Karmel również się uśmiechnął. - Tak jest dobrze.
I było. Tak bardzo dobrze.
* * *
Gdy wrócili do domu, dochodziła już północ. Jednogłośnie zdecydowali, że mycie może poczekać do jutra i każdy runął na swoje łóżko. Karmel, leżąc, wpatrywał się w sufit i rozmyślał o tym, co się wydarzyło. Baton wiedział najwidoczniej od jakiegoś już czasu i nie przeszkadzało mu to. Nie czuł obrzydzenia, nie groził, że go zabije, jeśli nie będzie trzymał łap przy sobie. Nic w tym guście. Co więcej, wiedząc to nadal był w stanie spać z nim w jednym łóżku, trzymać go za rękę. Całkowicie go zaakceptował. Czegoś takiego Karmel nie dostał nawet od swojej rodziny. To wszystko sprawiało, że kochał Batona coraz mocniej, choć zdawał sobie sprawę z tego, że nie powinien robić sobie nadziei. Detektyw dał mu jasno do zrozumienia, że między nimi do niczego romantycznego nie dojdzie.
Karmel, tak cicho jak tylko potrafił, wymknął się z łóżka. Ciało działało samo, podczas gdy myśli wędrowały własnymi torami. Nogi zaprowadziły go do jego torby podróżnej, dłonie odnalazły szkicownik i ołówek. Usiadł przy biurku, zapalił lampkę, otworzył szkicownik i… pofrunął. Pomysły znów kłębiły mu się w głowie. Znów widział przed oczami umysłu urządzenia i maszyny. Znów mógł tworzyć.
Jenoty często dziwiły się, jakim cudem Karmel może budować tak niezwykłe rzeczy, które nie powinny przecież działać. Ale on wiedział. Nie tylko był geniuszem; posiadał też bardzo rzadki dar, potrafił wplatać własną magię we wszystko, co tworzył. Dzięki temu zmieniał rzeczywistość tak, by pozwolić swoim dziełom zaistnieć. I zadziałać.
Przepracował całą noc, kilka kartek szkicownika zapełnił rysunkami i notatkami. Przez jakiś czas czuł na plecach spojrzenie Batona, później nie zwracał uwagi już na nic; pozwolił, by praca porwała go i zamknęła w swoim świecie. Kiedy w końcu był już zbyt zmęczony, żeby dalej pracować, za oknem było już jasno, a na zegarze wiszącym na ścianie krótsza wskazówka osiągnęła ósemkę. Zamknął szkicownik i wrócił do łóżka. Wgramolił się pod kołdrę, przez chwilę próbując znaleźć wygodną pozycję. Śpiący od ściany Baton poruszył się.
- Która? - zapytał nie otwierając oczu.
- Ósma.
- Teraz się kładziesz?
- Straciłem poczucie czasu.
Odpowiedziało mu ciche parsknięcie, po czym Baton wstał. Przechodząc nad nim mruknął:
- Śpij.
A Karmel natychmiast usłuchał.
* * *
Kiedy się obudził, było już po trzeciej. Przegapił śniadanie i obiad, na co jego żołądek bardzo szybko zwrócił mu uwagę głośnym burczeniem. Mimo głodu, Karmel najpierw udał się do łazienki. Miał ochotę na długą relaksującą kąpiel, ale wziął tylko gorący prysznic i umył zęby. Ubrał się i zszedł na dół osuszając mokre włosy puszystym ręcznikiem. W kuchni zastał tylko Truflę krojącą apetycznie wyglądające ciasto. Nie zastanawiając się podszedł do niej, pochylił się nad jej ramieniem i pocałował lekko w policzek.
- Widzę, że komuś się nastrój poprawił - zachichotała. - Wycieczka pomogła?
- Stanowczo, dziękuję.
- Obgadaliście sobie wszystko z Batonem? - przechyliła głowę i posłała mu wiedzący uśmiech, a kiedy milczał, wpatrując się w nią szeroko otwartymi oczyma, wybuchła donośnym śmiechem.
- Taki zaskoczony?
- Czy cały świat już wie?
- Tylko ta jego część, która nie jest ślepa.
- To po co ja się tyle męczyłem z ukrywaniem tego?!
- Doprawdy nie mam pojęcia - odparła Trufla, ciągle chichocząc. - To o to chodziło? Stąd ta depresja?
- Nie wiem, może częściowo. Ale z pewnością przyjazd tu wyszedł mi na dobre.
- No ja myślę! Zrobić ci kanapkę?
- Wolałbym kawałek ciasta.
- Z jeżynami. Upiekłyśmy dziś z Algą. Ona jest mistrzynią ciast. To, co prawda, nie jest najlepszy pomysł, żeby jeść ciasto na śniadanie, ale zrobię dla ciebie wyjątek – wyjaśniła, podając mu spory kawałek.
- Dzięki ci za tę łaskę, o wielka! - wykrzyknął Karmel kłaniając się głęboko. - Twa dobroć nie zna granic!
- Tak, wiem. Jestem wspaniała - powiedziała skromnie.
Wzięła duży talerz, na którym poukładała porcje ciasta i wyszli na dwór, gdzie toczyła się właśnie zacięta gra w dwa ognie. Grali zarówno dorośli, jak i dzieci, wszyscy z równym entuzjazmem. Keks sędziował, a Kolendra uczyła kilka niegrających dziewczynek, jak upleść wianek. Obok niej stał duży koszyk pełen kwiatków, z których Karmel był w stanie zidentyfikować tylko stokrotki. Każdy jednak porzucił swoje aktualne zajęcie, gdy na horyzoncie pojawił się niesiony przez Truflę talerz. Wypieki Algi musiały tu być szalenie popularne, czemu wcale się nie dziwił, zajadając swój kawałek pysznego ciasta.
Kiedy talerz został wyczyszczony, ktoś zaproponował grę w chowanego, w której udział wzięli wszyscy, Karmel również. Kiedy skończyli, nadszedł czas na „wieczór opowieści”, którego królem był Baton. Dzieciaki chętnie słuchały jego historii, które, jak Karmel zauważył, nie odbiegały za bardzo od tego, co w rzeczywistości miało miejsce. Położył się koło dzieci, kładąc ręce pod głowę, zamknął oczy i wsłuchując się w głęboki głos Batona, toczył w myślach ich dawne pojedynki.
Następnego dnia Kolendra, która musiała iść do pracy, pożegnała się z nimi z samego rana, ponieważ w południe mieli wyjechać. Keks i dzieci zostali w domu; były wakacje, więc mogli lenić się, ile dusza zapragnie. Choć akurat Keks do leniwych jenotów nie należał i zabrał się za pielenie ogródka.
Kiedy wsiadali do autobusu, by wrócić do Stolicy, Karmel obiecał sobie, że jeśli tylko nadarzy się okazja, wróci na kilka dni do tego cudownego miejsca.
* * *
Od wycieczki do Kocimiętek minęły prawie trzy miesiące. W życiu Karmela niewiele się zmieniło. Wrócił do pracy, ostatnio zaprojektował nowe ulepszenia dla jednej z ludzkich firm produkujących sprzęty domowe. Wrócił też do pojedynków z Batonem, zapewne przyciągając kolejnych turystów i dając początek nowym historiom, których będą kiedyś z zapałem słuchać dzieciaki z Kocimiętek.
Jeden z takich pojedynków dobiegł właśnie końca. Tym razem Karmel zbudował egzoszkielet mający zwiększyć jego siłę i szybkość, co też mu się udało – to była jedyna ich walka, która zakończyła się remisem. Karmel mógł być geniuszem w swojej dziedzinie, ale Baton był zdecydowanie silniejszy i szybszy i w bezpośrednim starciu zawsze wygrywał (choć nierzadko z wysiłkiem, jak zauważył z dumą Karmel).
Karmel schował egzoszkielet do bagażnika swojego samochodu i siedział teraz obok Batona na trawie, popijając gorące kakao. Baton przyjrzał się swojemu kubkowi marszcząc brwi, uniósł wolną dłoń i ściągnął palcem kożuch, który uformował się na powierzchni napoju. Nie pytając, przełożył go do kubka Karmela, który kożuch lubił, więc nie protestował. Pili dalej w przyjemnej ciszy. W końcu detektyw odstawił pusty kubek i położył się na plecach, obserwując płynące leniwie po niebie chmury.
- Jeżu… Tamta wygląda jak hipopotam z takimi małymi skrzydełkami – powiedział, wskazując palcem.
Karmel spojrzał w górę. Nie widział hipopotama. Jemu wiszące nad nimi chmury kojarzyły się tylko z watą cukrową, o czym poinformował Batona.
- Wiesz? - dodał. - Mam chyba w magazynie moją starą maszynę do robienia waty cukrowej, zrobiłem ją jeszcze w gimnazjum. Mogę po nią pojechać…
Zaczął już wstawać, kiedy Baton złapał go za rękaw i pociągnął mocno, posyłając go z powrotem na ziemię. Karmel spojrzał na detektywa zaskoczony.
- Zmieniłem zdanie - wymruczał Baton niskim głosem, patrząc na niego w skupieniu spod przymrużonych powiek.
- Odnośnie czego? - zapytał zdumiony Karmel, a dłoń detektywa puściła jego rękaw, by zaraz chwycić kołnierz.
- Ciebie - powiedział, pociągnął go w dół i pocałował. Powoli, ostrożnie.
Karmel w szoku otworzył szeroko oczy, a Baton swoich nie zamykał. Patrzyli na siebie, gdy wargi detektywa muskały jego usta. Po krótkiej chwili, która była jak cała wieczność, Baton odsunął się, kładąc głowę na trawie. Czekał, nie odrywając wzroku od jego twarzy i przeczesując palcami jego włosy. Kiedy wreszcie Karmel otrząsnął się z szoku, uśmiechnął się z wyższością, choć w głębi duszy czuł się bardzo niepewnie.
- Nie mogłeś mi się oprzeć, co? - zapytał.
- Taa, to ta twoja niezrównana sztuka uwodzenia skradła mi serce – zaśmiał się Baton i ponownie przyciągnął Karmela do siebie, aż ich usta znów się spotkały.
Tym razem pocałunek był dłuższy, gdy odkrywali siebie nawzajem. Karmel rozchylił wargi, zapraszając język Batona do walki o wiele przyjemniejszej od tej, którą stoczyli niedawno. Nie spieszyli się, poświęcali sobie całą uwagę, ignorując resztę świata. Gdyby nie potrzeba oddychania, Karmel pewnie nigdy by się nie oderwał od ust Batona.
- Mama, a co ci panowie robią!? - usłyszał pisk małej dziewczynki przechodzącej obok ze swoją matką, która natychmiast złapała ją za rękę, oddalając się spiesznym krokiem.
- Pieprzyć - skomentował Karmel, opierając czoło o pierś Batona.
- Z przyjemnością - odpowiedział Baton z cichym śmiechem. - Ale chyba nie tutaj?
Karmel również się zaśmiał. Podniósł głowę i spojrzał na twarz detektywa, a on tam był – ten ciepły, łagodny uśmiech, który widział podczas tańców w Kocimiętkach. Ale teraz był skierowany tylko na niego. To on był jego powodem tak, jak tego pragnął.
Koniec. |
_________________
 |
|
|
|
 |
Amarth 
The Sweetest Monster

Dołączyła: 05 Maj 2007 Status: online
Grupy: Alijenoty
|
Wysłany: 10-06-2010, 14:47
|
|
|
Znalazłam dziś kartkę wetkniętą między strony książki, na której spory czas temu naskrobałam miniaturkę z Szafranem, Eklerem i malutkim Biszem. Oto ona:
Title: Brudna Robota
Rating: G
Genre: okruchy życia
Word-count: 336
Beta: brak
Summary: Mały drabble o trudach rodzicielstwa po obiedzie.
Brudna Robota
Biszkopt milczał.
Nie płakał, nie krzyczał. Spoglądał tylko na Szafrana pełnym skupienia wzrokiem i marszczył zabawnie brwi. Wyglądał, jakby chciał przekazać telepatycznie jakąś bardzo ważną wiadomość. Cóż, wiadomość istotnie była ważna, ale Szafran nie potrzebował żadnego szóstego zmysłu, by ją odebrać. Wystarczył mu węch.
- 'Kler! Ratuj! - zawołał niemal rozpaczliwie.
- Co się stało? - zapytał Ekler wychodząc z kuchni. W ręku miał dziecięcą butelkę do karmienia; właśnie zmywał po obiedzie Biszkopta.
- Tu coś jest, o tu - poskarżył się Szafran wskazując na leżącego na specjalnie przygotowanym stole bobasa.
- A rusza się?
- Nie. Chyba... Nie chcę na to patrzeć...
- Ja karmiłem, Ran. Ty przewijasz - odparł niewzruszony Ekler.
- Ale tego tu tak dużo! Pewnie waży z połowę tego, co mały! Gdzie on to wszystko trzymał? Jak się zmieściło? I czemu tak cuchnie? - Szafran wyraźnie zaczynał panikować.
- No akurat z tego końca to się chyba perfumy nie spodziewałeś, co?
- Mmmnmmh – jęknął Szafran robiąc wielkie oczy i wykrzywiając usta w podkówkę.
- I ty myślisz, że to zadziała? - Ekler potrząsnął głową i z powrotem zniknął w kuchni. - I otwórz okno, dobra? - zawołał jeszcze.
Szafran posłuchał, a potem powoli odwrócił się do swojego syna. Bisz nadal patrzył na niego uważnie, ale teraz wydął drobne usta z oczywistą irytacją. Gdyby potrafił mówić, pomyślał Szafran, pewnie już by klął.
Nie pozwolił sobie na głęboki uspokajający oddech, zacisnął tylko dłonie w pięści i po chwili znów rozprostował palce. Powtórzył tę czynność kilka razy, aż wreszcie poczuł, że jest gotowy.
- No dobra - mruknął sprawdzając, czy kosz na śmieci i czyste pieluchy są w zasięgu ręki. - Do roboty.
* * *
- A jakiś czas później - powiedział Szafran, poklepując dorosłego już Biszkopta po plecach. - urządziliśmy wielką bibę, żeby uczcić ten wspaniały dzień, w którym po raz pierwszy zaznajomiłeś się z Wujkiem Kiblem i nawet sam spuściłeś wodę. Do dziś wszyscy w Borze pamiętają tę imprezę.
To była jedna z tych niewielu okazji, kiedy Biszkopt miał ochotę przyłożyć swojemu ojcu. |
_________________
 |
|
|
|
 |
Sasayaki 
Dżabbersmok

Dołączyła: 22 Maj 2009 Status: offline
Grupy: Melior Absque Chrisma WOM
|
Wysłany: 10-06-2010, 19:31
|
|
|
| Podobało mi się :3 Czyta się dobrze i lekko, zwłaszcza katusze Karmelowego zadurzenia. Niestety nie kojarzę kto zawitał u Biszkopta i paczki na imprezie. |
_________________ Gdy w czarsmutśleniu cichym stał,
Płomiennooki Dżabbersmok
Zagrzmudnił pośród srożnych skał,
Sapgulcząc poprzez mrok!
 |
|
|
|
 |
Mononoke 
Pissed off Yōkai

Dołączyła: 07 Sty 2010 Skąd: Wroclove Status: offline
Grupy: Alijenoty Lisia Federacja
|
Wysłany: 10-06-2010, 19:40
|
|
|
Ama, jesteś boska!
Niemoc twórcza jest świetna. Czyta się bardzo lekko i przyjemnie. Żarty słowne w wykonaniu Trufli i Batona są naprawdę udane. Brakowało mi tylko tego jak wyglądają Kolendra, Keks i Alga (Chyba że są gdzieś w twojej galerii, ale nie znalazłam) Zwłaszcza ta ostatnia. Niewiele o niej napisałaś, a szkoda, bo bardzo mnie zaciekawiła (możesz ją narysować? /me patrzy błagalnym wzrokiem) Dodatkowo fakt, że głównymi bohaterami są Baton i Karmel już jest super. I to jak się zeszli. O mrrrr... Ach mój Baton kochany :D taki z niego zimny drań, ale jednak zdolny do okazywania uczuć ^^
Co do Welcome Back, to już komentowałam w innym temacie. Natomiast Po imprezie podobało mi się średnio. Nie za bardzo rozumiałam o co chodzi. Zdaję sobie sprawę, że występują tam bohaterowie Sengoku Basara, którego niestety nie widziałam i to w dużej mierze dlatego.
A Brudna robota --> kfiiiik!!!
W każdym bądź razie, pisz więcej! Jak będzie Baton i Karmel to przeczytam na pewno, a jak inne jenoty to też :D |
_________________ 'I love talking about nothing... It is the only thing I know anything about.'
 |
|
|
|
 |
Hisayo 
Koci łypacz

Dołączyła: 11 Kwi 2009 Skąd: Warszawa Status: offline
|
Wysłany: 10-06-2010, 19:45
|
|
|
| Amarth, więcej! Cudnie ci te jenoty wychodzą. "Niemoc twórcza" i zachowanie Trufli było urocze i takie prawdziwe. "Brudna robota" zaś była wręcz kwikogenna, szczególnie ostatni akapit. To było coś, po prostu. |
_________________ Hisa: Jamnikiem jestem i nic, co długie, nie jest mi obce!
Hisa: ...łożeż, jak to zabrzmiało
 |
|
|
|
 |
Amarth 
The Sweetest Monster

Dołączyła: 05 Maj 2007 Status: online
Grupy: Alijenoty
|
Wysłany: 10-06-2010, 19:53
|
|
|
Sas, Mononoke, Hisayo dziękuję bardzo za komantarze <ściiisk!> Koffane jesteście :3
Cieszę się, że nie zasnęłyście przy lekturze, bo się bałam, że wyszło piekielnie nudne.
Po Imprezie to, jak zauważyła Mononoke (a ja zapomniałam wspomnieć, co zaraz naprawię), mały crossover z Sengoku Basarą, którą trzeba obejrzeć, żeby wiedzieć, o co mi chodziło (czaszka, kukułka, Mistrz Przeciąganych Samogłosek, boomboxy, śpiewanie jak gwałt, etc. - wszystko to nawiązania do serii, a także, w przypadku boomboxów, fazy zbiorowego oglądania).
Edit: info dodane.
| Mononoke napisał/a: | | Brakowało mi tylko tego jak wyglądają Kolendra, Keks i Alga (Chyba że są gdzieś w twojej galerii, ale nie znalazłam) Zwłaszcza ta ostatnia. Niewiele o niej napisałaś, a szkoda, bo bardzo mnie zaciekawiła (możesz ją narysować? /me patrzy błagalnym wzrokiem) |
Mało, rzeczywiście, napisałam. I może ich kiedyś narysuję, przynajmniej Algę, bo ją widzę najwyraźniej. |
_________________
 |
|
|
|
 |
Vodh 
Masked Serpent.

Dołączył: 27 Sie 2006 Skąd: Edinburgh. Status: offline
Grupy: Alijenoty Fanklub Lacus Clyne
|
Wysłany: 10-06-2010, 23:45
|
|
|
<szczęśliwy banan na twarzy>
Nigdy tak naprawdę nie czytałem fików, zupełnie nie pociągała mnie ta forma twórczości. Przeczytałem właśnie "Po Imprezie" i się cieszyć przestać nie mogę :D Amiś, jesteś zdecydowanie i stuprocentowo boska, a genialny talent masz stanowczo nie tylko do rysowania :D Ja to sobie będę dawkował, za dobre żeby pożreć całość od razu xD Kfik... kukułka...
<wyszczerz and zaciesz> |
_________________ Sephiroth: You think you could beat me, Cloud!? You could never beat me!
Cloud: Hey! Look!! It's Jenova!!
Sephiroth: <turns around> MOTHER?!?!
Cloud: <cross slash from behind> Hah. Works every time.
 |
|
|
|
 |
Sasayaki 
Dżabbersmok

Dołączyła: 22 Maj 2009 Status: offline
Grupy: Melior Absque Chrisma WOM
|
Wysłany: 11-06-2010, 10:07
|
|
|
| A na umilenie powiem jeszcze, że przeczytałam siostrze "Brudną Robotę" (takie zboczenie, uwielbiam czytać na głos i naśladować głosy bohaterów) i dziewczyna z krzesła mało nie spadła. Dodaj ostrzeżenie- Uwaga można dostać ostrej śmiechawki. |
_________________ Gdy w czarsmutśleniu cichym stał,
Płomiennooki Dżabbersmok
Zagrzmudnił pośród srożnych skał,
Sapgulcząc poprzez mrok!
 |
|
|
|
 |
Amarth 
The Sweetest Monster

Dołączyła: 05 Maj 2007 Status: online
Grupy: Alijenoty
|
Wysłany: 11-06-2010, 17:26
|
|
|
| Vodh napisał/a: | | Ja to sobie będę dawkował, za dobre żeby pożreć całość od razu xD |
Ty lepiej uważaj z dawkowaniem, bo na shounen-aica wpadniesz z rozpędu XD
A za komentarz dziękuję - cieszę się, że Basarowcowi się podoba :3
| Sasayaki napisał/a: | | A na umilenie powiem jeszcze, że przeczytałam siostrze "Brudną Robotę" i dziewczyna z krzesła mało nie spadła. |
Cieszy mnie to :D |
_________________
 |
|
|
|
 |
Enevi 
「ハリフグ」

Dołączyła: 20 Lut 2006 Skąd: 薑菓子市 Status: offline
Grupy: Alijenoty Fanklub Lacus Clyne
|
|
|
|
 |
Nanami 
Nya~

Dołączyła: 18 Mar 2006 Skąd: Kraków Status: offline
Grupy: Alijenoty Fanklub Lacus Clyne House of Joy
|
Wysłany: 12-06-2010, 18:09
|
|
|
| Ama, masz talent. O mało się nie popłakałam ze śmiechu miejscami. Żądam jeszcze! |
_________________
 |
|
|
|
 |
|
|
Nie możesz pisać nowych tematów Możesz odpowiadać w tematach Nie możesz zmieniać swoich postów Nie możesz usuwać swoich postów Nie możesz głosować w ankietach Nie możesz załączać plików Możesz ściągać załączniki
|
Dodaj temat do Ulubionych
|
|
|
|