FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy
RejestracjaRejestracja  Galeria AvatarówGaleria Avatarów  IRC (qchat mibbit)  ZalogujZaloguj

Poprzedni temat :: Następny temat
Idź do strony 1, 2, 3  Następny
  Code Geass: Świat w konflikcie
Wersja do druku
Slova Płeć:Mężczyzna
Panzer Panzer~


Dołączył: 15 Gru 2007
Skąd: Hajnówka
Status: offline

Grupy:
Samotnia złośliwych Trolli
PostWysłany: 17-09-2010, 18:33   Code Geass: Świat w konflikcie



Słowem wstępu chciałbym od razu zaznaczyć, iż tekst poniżej i ten w "Braterstwie" przedstawia tę samą historię. Powodem założenia nowego wątku jest ilość zmian, jakie wprowadziłem w stosunku do starego tekstu, oraz chęć rozbudowania fabuły o nowe wątki. Pierwotnie nie chciałem wprowadzać znanych z serii telewizyjnej postaci, no, może na samym końcu. Z pewnością fani Leloucha będą zawiedzeni. Ostatecznie jednak nieco popuściłem pasa i postanowiłem wykorzystać mocno zaniedbaną w anime postać Luciano Bradleya, Dziesiątego Rycerza, który walczył na froncie białoruskim. Starałem się również rozwinąć kwestie polityczne, ale nie wiem, czy zrobiłem to jak należy. W każdym bądź razie moderacja wie, co zrobić ze starym tematem. Bardzo dziękuję osobom, które komentowały poprzednią wersję tekstu, Wasze sugestie bardzo mi pomogły. Liczę na podobne, a nawet większe zainteresowanie również i tym razem. Na początek dwa pierwsze rozdziały, dalszy ciąg wkrótce, a jeżeli się spodoba i nie będzie wielkich zgrzytów, to utwór wstawię na czytelnie.
Aha, wzorem Grisznaka ułożyłem sondtrack... Tak, wiem, nikomu to nie potrzebne, mało oryginalne, ale jednak wspomaga pana Wena. Miłego słuchania ; )
1. Szarża polskiej kawalerii
2. Pierwsze straty
3. Pierwszy triumf
4. Ostra Brama
5. Siła sowietów
6. Przemarsz czołgów
7. Duma proletariatu
8. Ostatni rzut
9. Berylem i bagnetem
10. Śpiący rycerze
11. Stal w niebiosach
12. Pięść Imperatora
13 Nowa historia
14. Twierdza
15. All Hail Britannia!
16. Wampir
17. Biały rycerz
18. Mistrzowie
19. Zimowa ofensywa
20. Rycerski pojedynek



Goście ze wschodu, kariera reportera, kobiece paliwo i mogiły.


Pociąg pancerny "Piłsudczyk" ciężko i mozolnie wtoczył się na stację dworca głównego we Lwowie. Potężny, pomalowany na biało w szare łaty skład rozpoczynał idący na przedzie wagon artyleryjski, pchający przed sobą szeroki, podniesiony pług śnieżny. Osadzona na szczycie beczkowatej konstrukcji wieża dumnie eksponowała długą lufę przeciwpancernej armaty 120mm, położoną teraz w pozycji marszowej. Frontalnie zamontowane krótkie działo o dość nietypowym kalibrze zdawało się być tylko grubą rurą, wbitą w pancerną płytę. Kilka armatek automatycznych i ciężkich karabinów maszynowych bezwładnie zwisało z lufami skierowanymi w ziemię.
Za pierwszym wagonem szła potężna lokomotywa, kształtem przypominająca położony walec z mało wystającym ponad dach rzędem kominów i kilkoma przeszklonymi, wąskimi lufcikami po bokach, z przodu i z tyłu. Uśmiechnięty maszynista spoglądał na peron przez podniesioną stalową żaluzję. Wąsaty pan pomachał zgromadzonym na dworcu pasażerom. Większość z nich entuzjastycznie wymachiwała biało-czerwonymi chorągiewkami.
Pociąg w końcu zatrzymał się i tłum podszedł bliżej, ale stojący przy krawędzi torowiska policjanci nie dopuścili ludzi bliżej, niż na pięć metrów od wagonów. W tym znajdującym się tuż za lokomotywą otwarły się potężne, pozbawione szyby drzwi i na peron wyskoczyło kilkoro odzianych polowe mundury żołnierzy. Kilku dołączyło do policjantów, reszta ruszyła w kierunku następnego wagonu, który od poprzedniego różnił się tylko powiewającymi po bokach proporczykami, ukazującymi białego orła trzymającego w szponach skrzyżowane ze sobą buławy. Kilku młodszych oficerów w pełnych wieczorowych mundurach w kolorze khaki ustawiło się przed drzwiami, z których po chwili zaczęli wychylać się ich przełożeni, w dodatku ci najstarsi szarżą.
Jako pierwszy nogę na lwowskim peronie postawił Henryk Jauner, generał brygady. Był niewysokim człowiekiem o dość wątłej sylwetce, ale błyszczące się na kołnierzu płaszcza patki dodawały mu majestatu. Żołnierze zasalutowali. W ślad za Jaunerem ruszył minister spraw zagranicznych Jakub Pracz, którego okulary momentalnie zaszły parą w kontakcie z mroźnym powietrzem. Potem powoli, stanowczym krokiem na stację wszedł marszałek Karol Wigierski, naczelny wódz sił zbrojnych Drugiej Rzeczpospolitej Polskiej. Narzucony na ramiona polowy płaszcz odsłaniał połyskujące na patkach buławy. Idąc tak za poprzednikami, w pewnej chwili stanął i huknął na całe gardło:
- Czołem żołnierze!
Na odpowiedź nie musiał długo czekać. Chóralny, basowy ton rozbrzmiał w hali dworca, odbijając się pogłosem od gładkich ścian jeszcze długo po tym, jak delegacja odjechała podstawionymi przed budynek samochodami.

Dwa luksusowe, rządowe mercedesy sunęły pustymi alejami Lwowa, eskortowane przez kordon policyjnych motocykli. Z okazji wizyty notabli z ruchu publicznego wyłączone zostało prawie całe centrum miasta i większość dróg prowadzących do hotelu "Grand", w którym od wczoraj przebywała delegacja ZSRR. Polski rząd potraktował tę wizytę nad wyraz poważnie, do dyspozycji gości rezerwując cały gmach i zwiększając środki bezpieczeństwa do maksimum. Rzadko kiedy nadarzała się okazja, by oglądać w jednym miejscu tyle różnych służb, które skutecznie uprzykrzały życie normalnym mieszkańcom miasta, a także sobie nawzajem. W obliczu zbliżających się limuzyn ubrani w czarne garnitury agenci jeszcze bardziej wzmożyli czujność i teraz przypominali rój rozjuszonych szerszeni. W całym tym zamieszaniu wnętrze hotelu wydawało się być oazą spokoju. W pustym holu panowała cisza, jedynie ze strony recepcji dało się słyszeć stukot komputerowej klawiatury. Dziennikarze nie zostali dopuszczeni nawet pod drzwi budynku, ale i tak było wiadomo, że jakiś paparazzi zawsze się prześlizgnie, by zdobyć "gorący temat", chociaż w istocie nikt nie wiedział, o czym mieli rozmawiać przedstawiciele rządów dwóch dość chłodno nastawionych względem siebie państw.
Spotkanie zostało zaaranżowane w przestronnej bankietowej sali, na środku której ustawiono w szerokim okręgu stoły. Zagraniczni goście nieoficjalnie wymieniali ze sobą ostatnie poglądy przed rozpoczęciem narady. Wszyscy jednak ucichli, kiedy przez wysokie wrota do wnętrza wkroczyli polscy notable. Zbędne osoby natychmiast, po kryjomu, wyszły z sali.
- Witam serdecznie przedstawicieli Związku Socjalistycznych Republik Radzieckich - rzekł Pracz, podając rękę swojemu odpowiednikowi po stronie gości, a potem następnym delegatom.
- Cieszę się, że udało nam się spotkać - odpowiedział Dymitrij Nestupin, ambasador ZSRR.
- My też, ale w jakim celu? - zapytał marszałek Wigierski i po uściskaniu rąk gości, usiadł na miękkim, obitym skórą krześle. Pozostali uczynili tak samo. Nestupin westchnął.
- Zapewne wiedzą panowie, w jakiej sytuacji znalazł się mój kraj. Telewizyjne relacje i oficjalne informacje to tylko wierzchołek góry lodowej. - mężczyzna zawahał się i spojrzał pytająco na kolegów z delegacji. Wśród nich siedział Aleksander Hałuszkinow, dowódca radzieckiego frontu południowego na wschodzie.
- W rzeczywistości sytuacja jest jeszcze gorsza - ciągnął ambasador łamiącym się głosem - Nasze szanse na odparcie brytyjskiej inwazji są nikłe. Prawdę powiedziawszy, rozważamy ewakuację rządu z Moskwy do Leningradu. Imperium Brytyjskie już niedługo zapuka do bram naszej stolicy, wszelkie działania mogą jedynie opóźnić dopełnienie się najczarniejszego scenariusza. Tak więc my, delegacja Związku Sowieckiego, przybyliśmy prosić Rzeczpospolitą o pomoc w walce z naszym wspólnym wrogiem.
Zapadła cisza. Dla obu stron te słowa były ciężkie do zrozumienia. Sowieci nie mogli uwierzyć w zbliżającą się klęskę, a Polaków niepokoiła siła Imperium Brytyjskiego. Zmuszenie ZSRR do błagania o pomoc to nie lada wyczyn.
- Muszę pomówić z prezydentem i premierem. Poza tym taka decyzja wymaga głosowania w sejmie. To nie taka prosta sprawa...
- Przecież Polska zobowiązała się do uczestnictwa w akcji zbrojnej, gdyby tylko Schneizel wylądował na wybrzeżach Europy - przerwał mu Hałuszkinow, nerwowo ściskając w rękach swoją czapkę z okazałym rondem.
- Tak, ale do tej pory Brytyjczycy nie wypowiedzieli nam wojny. Nawet państwa nad atlantyckie nie poprosiły nas jeszcze o pomoc. Poza tym...
- Niech pan poczeka - przerwał ministrowi marszałek - Co ma dla Polski Związek Radziecki do zaoferowania?
Sowieccy delegaci wyraźnie wzdrygnęli się, słysząc te słowa, jakby obawiali się tego właśnie pytania, jednak spokój nadal gościł na ich twarzach.
- To zależy, czego Polska oczekuje. Chociaż byliśmy pewni, że nasz sojusz zbudujemy na słowiańskim braterstwie. - odparł Hałuszkinow, ważąc każde słowo.
- Bzdura - rzucił znienacka Wigierski, skupiając tym samym na sobie uwagę Pracza, którego ten niedyplomatyczny ton wybił z rytmu i udaremnił przygotowywany w myślach plan rozmowy - Nie ofiarujemy wam czegoś, czego sami nie możemy oczekiwać. Związek Sowiecki już dawno pokazał, że wszelkie więzi się dla niego nie liczą. Ale nie mówimy nie... - urwał w pół zdania marszałek, czekając na reakcję rozmówców.
Hałuszkinow poczerwieniał na twarzy ze złości, ale nic nie powiedział. Przez moment rozważał ordynarne opuszczenie sali, ale poczucie obowiązku wzięło górę. Teraz już wiedział, że ta rozmowa będzie bitwą samą w sobie, na dyplomację zabrakło miejsca.
- Czego więc Rzeczpospolita oczekuje? - zapytał wprost ambasador.
Minister spraw zagranicznych obrzucił chłodnym spojrzeniem marszałka, ale ten zdawał się je zignorować. Mieszanie się do polityki to nie zadanie żołnierza, ale tutaj już nie było odwrotu. Pracz w myślach spisywał swoje podanie do dymisji.
- Przede wszystkim utworzenia niepodległej Republiki Ukrainy, w granicach sprzed wojny z 1920 roku. To na pewno - dodał, nie dając chwili wytchnienia rozmówcom, których wyraźnie zszokowały te słowa, jeszcze bardziej, niż poprzednie.
- Czyli to nie byłby koniec żądań? - zapytał retorycznie Nestupin, ale marszałek znowu wszedł mu w środek zdania.
- To chcielibyśmy mieć zagwarantowane jeszcze przed wysłaniem wojsk. Reszta wyjdzie w trakcie. Wiedzą panowie, to już większa polityka, nie mnie się w to mieszać - zażartował ironicznie Wigierski, ale nikomu nie było w tej chwili do śmiechu.
- Czy moglibyśmy zrobić przerwę w naradzie? Muszę zatelefonować do przełożonych. - poprosił niepewnie ambasador.
- Oczywiście - odpowiedział Pracz, wyprzedzając nieprzewidywalne słowa marszałka i wstał od stołu, nie oddalając się, zanim pozostała trójka nie podniesie się z krzeseł.

- Czy pan oszalał!? - rzucił się minister, kompletnie już wyprowadzony z równowagi - A gdzie kolejność urzędowa, a gdzie kompetencje? Ani ja, ani pan, nie możemy wystosowywać takich żądań bez porozumienia...
- Prezydenta przekonam ja. Pan zajmie się rządem. - przerwał mu Wigierski, spokojnie popijając kawę z małej filiżanki, która niemal znikała w objęciach jego palców - na razie proszę nikogo nie informować, takie informacje nie mogą wyjść na jaw przedwcześnie. Pismaki tylko czekają na ciepły ochłap.
- Ale... - zawahał się członek rządu - tak nie można. To może mieć nieprzewidywalne konsekwencje. To prawie tak, jakbyśmy już złożyli komunistom obietnicę.
Marszałek spojrzał na niego srogo. Uważał swojego rozmówcę za dobrego polityka, ale teraz zobaczył, że bardzo zależy mu na swojej posadzie. Ryzyko było dla niego zbyt wielkie, już stanął na krawędzi usunięcia z rządu i bał się iść dalej wzdłuż tej linii.
- Jeżeli sowieci proszą nas o pomoc, to oznacza, że nie mają innego wyjścia. Niełatwo wywołać wśród nich skruchę, a Imperium ich zaszachowało. A wie pan, kto będzie następny w kolejce do aneksji, zaraz po ZSRR?
- Myśli pan, że to nastąpi aż tak szybko? - odpowiedział pytaniem minister, ogłaszając tym samym swoje braki w wiedzy o wojskowości.
- Szybciej, niż mogłoby się panu wydawać. Jeżeli nie uda nam się pomóc sowietom, to chociaż damy więcej czasu samym sobie. Po ostatniej rebelii w Japonii, Brytania jeszcze przez długi czas nie będzie w stanie otworzyć kolejnego frontu w Europie. Jeżeli więc Imperium nie może wykonać następnego ruchu, my musimy go zawczasu uprzedzić. Niech pan zapamięta, ja tutaj nie pomagam bolszewikom, ale Polsce. W tej sytuacji bezczynność może nas tylko zgubić.
Pracz zastanowił się przez chwilę nad słowami marszałka, wziął tabletkę na żołądek i zapił ją wodą ze szklanej buteleczki. Czuł, że wrzody zaczynają znowu mu doskwierać. Nawet, jeżeli nie zabiją go Brytyjczycy, to dzieła dokończy polityka.
- Dobrze, ale tak, jak pan powiedział, przekonuje pan prezydenta, ja nadstawię karku przed rządem. Teraz siedzimy w tym obydwaj. Po same uszy.
Wigierski nic nie odpowiedział, jego okraszony zmarszczkami uśmiech mówił sam za siebie.

Wydawać by się mogło, że tego dnia nawet powietrze przy hotelu „Grand” jest inwigilowane, zanim przeniknie do systemu wentylacyjnego. W swoim mniemaniu ochrona i rządowi funkcjonariusze nie mieli sobie nic do zarzucenia. Nic do zarzucenia nie miała sobie również Magda, wschodząca gwiazda prywatnej telewizji, gdy kilka dni wcześniej na podstawie fałszywych dokumentów zatrudniała się na okres próbny jako sprzątaczka, ba! Była z siebie wręcz dumna, że znosiła poniżającą (jej zdaniem) fuchę konserwatora powierzchni gładkich. Ale czegóż się nie robi dla gorącego materiału, zwłaszcza, gdy konkurencja kłębi się pod hotelem w oczekiwaniu na chociażby najmniejszy ochłap nowinek, bo konferencji prasowej nie przewidziano. Magda już wczoraj umyślnie stworzyła plamę przed drzwiami do sali plenarnej, by dzisiaj po prostu ją posprzątać, a przy okazji wyłapać kilka słówek przez drzwi. Zdesperowana nawet nie nałożyła rano makijażu, by prezentować się bardziej wiarygodnie.
Tak jak sądziła, pewni siebie ochroniarze skupili całą uwagę na wejściach do budynku, któż niepowołany mógł bowiem umknąć ich uwadze? Nikt i za to im chwała, bowiem nieświadomie zagwarantowali Magdzie wyłączność na informacje.
Sala plenarna była okrągłym pomieszczeniem, odciętym od korytarza ciągnącymi się do samego sufitu ścianami przeszklonymi u sklepienia. Dziennikarka powoli obeszła całość dookoła, dźwigając w rękach wiadro i środki czyszczące, których i tak nie miała zamiaru użyć. Rozejrzała się po okalającej korytarz galeryjce, upewniając się, że nikt jej nie widzi i migiem znalazła się przy drzwiach. Rozłożyła przybory do mycia dywanów i uklękła na podłodze. Drzwi, mimo swojej masywności, przepuszczały na zewnątrz wystarczająco dużo dźwięków. Magda wpierw przysłuchała się rozmowie, wyłapując pojedyncze słowa. Zafascynowana sięgnęła do kieszeni po mały cyfrowy dyktafon z wbudowanym miniaturowym mikrofonem kierunkowym – cud techniki prosto z Francji - i delikatnie wetknęła go w szczelinę między podłogą a framugą. Urządzenie poczęło rejestrować dźwięki, a dziennikarka liczyć premię za unikalny materiał. A może nowa posada, kontrakt na lepszych warunkach w zagranicznej agencji? Jak zaczarowana, skulona pod drzwiami wsłuchiwała się w słowa. Braterstwo, wzajemność stosunków, sytuacja sowietów... Zupełnie przestała się przejmować możliwością nakrycia, co najwyżej wyleci z pracy. Bliskie jej głowy kliknięcie odbezpieczanego pistoletu momentalnie wyrwało ją ze świata fantazji. Zimny dreszcz przechodzący wzdłuż kręgosłupa sprawił, że aż cichutko jęknęła z wrażenia. Poza tym skamieniała, widząc oczyma wyobraźni pistolet wycelowany w tył pokrytej blond włosami głowy.
- Wie pani może, co grozi szpiegowi złapanemu na gorącym uczynku? - głos mężczyzny świadczył, że z pewnością nie należy do najmłodszych.
- Ależ ja tylko... - sterroryzowana Magda nie była w stanie wymyślić nawet najgłupszego tłumaczenia.
- Dla kogo pracujesz? - mężczyzna zmienił ton rozmowy, jeszcze bardziej dominując wystraszoną dziennikarkę. - Z pewnością nie dla sowietów, dla nas też nie. Agentka jej cesarskiej mości? Możesz być nie lada gratką dla naszego kontrwywiadu... - ciągnął dalej, a serce Magdy z sekundy na sekundę zbliżało się coraz bardziej do przełyku.
- Ja tylko... -szepnęła tak cicho, że niemal niesłyszalnie i odruchowo odwróciła głowę w kierunku mężczyzny, chcąc ujrzeć jego twarz. Szybko potępiła siebie za ten pomysł, gdyż widok gwintowanej lufy pistoletu o mało nie przyprawił jej siwizny.- Jestem dziennikarką! - pisnęła cichutko i groteskowo, ale tak wysoko, że aż boleśnie dla potencjalnych słuchaczy. Oficer, bo tylko tyle zdążyła odnotować, nieco opuścił broń i z jeszcze większym zainteresowaniem przyjrzał się obliczu dziewczyny.
- Rzeczywiście, – przytaknął z lekkim powątpiewaniem w głosie – skądś tę twarz kojarzę...
- Naprawdę? - Madzia z radości prawie zerwała się na równe nogi.
- Jesteś z publicznej telewizji?
- Z prywa... - dziennikarka nie zdążyła dokończyć, wylot lufy znowu znalazł się na wysokości jej oczu.
- Zła odpowiedź, – rzucił beznamiętnie żołnierz – w koszarach nie ma satelity. - dodał jakby żartobliwie, ale Magdzie wcale nie było do śmiechu. Tym bardziej, że oficer chyba zauważył dyktafon.
- Cóż to za urządzenie? - zapytał z zaciekawieniem i wskazał końcem broni na obiekt między podłogą a framugą. - Daj mi to zaraz! – dodał z nieznoszącym sprzeciwu tonem.
W tym też momencie Magdę olśniło. Chwyciła za dyktafon i ściskając go kurczowo, przełamując strach i bezsilność oznajmiła:
- To dyktafon, jest na nim zapis całej rozmowy. Niech pan zabierze broń, albo... Albo zaraz wszystko prześlę do wozu transmisyjnego!
Mężczyźnie wyraźnie drgnęła mierząca pistoletem ręka, jakby zrozumiał, że dziewczyna nie blefuje, ale nie cofnął broni.
- Ja jednak nadal nalegam, abyś mi to oddała, dla twojego własnego dobra. – w jego głosie nie było ani nutki troski.
- Proszę zabrać broń! - powtórzyła zdesperowana Magda, której ręce drżały jak przy wysokiej gorączce. Oficer przez chwilę zbierał myśli do kupy, a potem schował ViSa wz.35/96 do kabury. W tym momencie dziennikarka o mało nie zemdlała ze szczęścia.
- Dziękuję... - westchnęła ciężko – Kim pan jest?
Mężczyzna spojrzał na Magdę nieufnie, jakby brakowało jej przynajmniej połowy mózgu.
- Oficerem Wojska Polskiego, jak pani widzi, a konkretniej mówiąc generałem... Więc dla pani własnego dobra nalegam, byś mi oddała te nagranie...
- Pod jednym warunkiem – przerwała mu hardo dziennikarka, która coraz lepiej radziła sobie ze strachem – chcę pojechać do Rosji razem z naszym wojskiem!
Generał spojrzał na nią krzywo i z niedowierzaniem.
- O czymś nie wiem?
- Marszałek zgodził się wysłać na pomoc sowietom nasze wojsko! - szybko dokończyła Magda. - Oddam panu nagranie, jeżeli zagwarantuje mi pan, że pojadę tam z nimi jako korespondentka wojenna!
Oficer spojrzał na dziewczynę z niedowierzaniem. Dziennikarka, widząc w jego oczach niepewność, przełączyła dyktafon na odtwarzanie. Pełen szumów, ale wciąż wyraźny głos wydobył się w małego głośnika. Generał sam nie wiedział, co o tym myśleć, nie wiedział, o czym rozmawiają goście za zamkniętymi drzwiami, sam przybył do Lwowa w innym celu. Teraz jednak był pewien, że taka informacja nie może wydostać się poza mury budynku.
- Dobrze, – wydusił z siebie w końcu – zrobię co w mojej mocy, by zapewnić pani wyłączność na relacjonowanie poczynań naszych sił na wschodzie. Pani zaś zachowa milczenie.
Magda, wyraźnie ucieszona z interesu, była w siódmym niebie. Wyłączność na informacje - To brzmiało zachęcająco, znacznie bardziej, niż gorąca informacja, którą teraz trzymała w ręku i chciała podać oficerowi. W ostatniej chwili jednak cofnęła dłoń, a generał spojrzał na nią krzywo.
- Coś się stało? - zapytał zdezorientowany. Nie chciał używać siły i wolał, by cała sytuacja nie nabrała rozgłosu. Niekompetencją ochrony zajmie się kto inny, byleby tylko goście o niczym nie wiedzieli.
- Jaką mam pewność, że dotrzyma pan umowy?
- Daję pani słowo - odparł oficer, wyciągając ku kobiecie otwartą dłoń.
- To niewiele - ciągnęła dalej. Żołnierz spojrzał na nią z góry i zripostował.
- To przyrzeczenie polskiego oficera, droga pani. - rzucił, jakby jego słowa były najoczywistszą rzeczą na świecie i po chwili dodał - Droższe od złota.
Magda sama nie wiedziała, dlaczego wierzy temu człowiekowi, ale ile można blefować? Wyłączyła dyktafon i oddała go generałowi, a ten bez słowa schował go do wewnętrznej kieszeni marynarki. Był zadowolony, że zakończył sprawę w ten sposób. W końcu z tą misją to jeszcze nic pewnego, tylko rozmowy. Ale jeżeli wszystko wypali, to zamierzał dotrzymać obietnicy. Ze swoimi wpływami to dla niego niewielka cena, za zachowanie dobrego wizerunku Polski na arenie międzynarodowej. Gdyby prasa się o wszystkim dowiedziała, wybuchłby z pewnością wielki skandal.
Wymienili między sobą spojrzenia i rozeszli się. Madzi było trochę szkoda nowego narzędzia, drugiego takiego prędko nie dostanie, ale to pryszcz, w porównaniu z tym, co mogła zyskać. Jeżeli znać charyzmę marszałka, to jej ekipa już może szykować się do podróży. Tak rozmarzona już całkowicie zapomniała o widoku pistoletu wymierzonego w jej głowę, ale oprzytomniała momentalnie, jakby o czymś jeszcze zapomniała.
- Nie zapytałam o pańską godność. - Zwróciła się jeszcze do generała. Ten odwrócił się powoli, przypięta z boku szabla stanowiła oparcie dla lewej dłoni i dodawała majestatu.
- Henryk Jauner, miła pani. A teraz radzę już się pani ulotnić - dodał i odszedł w swoją stronę, a Magda zaraz zastosowała się do rady.

Po kilkuminutowej przerwie przedstawiciele ZSRR wydawali się być nieco spokojniejsi, aczkolwiek na ich twarzach nadal malował się niepokój. Z pewnością żądania Polaków odbiją się echem wśród kremlowskich murów, kilka osób straci stanowiska na rzecz bardziej uległych politycznej doktrynie, ale ostatecznie sowieci wiedzieli, że wielkiego wyboru nie mają. Kraje skandynawskie ogłosiły neutralność zaraz po rozpoczęciu działań wojennych w rejonie basenu Morza Śródziemnego, tym samym odcinając się od stanowiska reszty Unii Europejskiej, która agresję na kraje Afryki Północnej stanowczo potępiła. Każdy kraj wspólnoty przyjął inne strategie w związku ze zbliżającym się zagrożeniem. Włochy wraz z Niemcami szykowały się do wojny, Francja stawiała podwaliny do potencjalnych pertraktacji, przy okazji również prężąc muskuły. Mniejsi zmuszeni zostali do podzielenia ze stanowisk któregoś z krajów przewodniczących. Polska, o której z góry było wiadomo, że przystąpi do ewentualnej wojny przeciwko Brytanii, była jedyną liczącą się siłą militarną w tej części części Starego Kontynentu, a sojusz z prężnie rozwijającą się Rumunią jeszcze bardziej umacniał tę pozycję na arenie międzynarodowej. Problem w tym, że narody polski i rosyjski od dawien dawna nie były wobec siebie pozytywnie nastawione. Przez blisko sto lat niepodległości Rzeczpospolita budowała swój wizerunek strażnika Europy, broniącego wrót demokratycznego świata przed ekspansją komunizmu. ZSRR natomiast z biegiem lat coraz bardziej łagodził swój stosunek do krajów ościennych, przez kryzys gospodarczy zmuszony do prowadzenia handlu międzynarodowego, za partnera biznesowego obierając sobie nawet Polskę. Dalszy Zachód nie był zainteresowany radziecką gospodarką i jej wyrobami.
Wigierski jako pierwszy wznowił rozmowę, tym razem operując w bardziej dogodnych dla siebie tematach.
- Słyszałem, że wielu resocjalizowanych w placówkach na wschodzie oficerów waszej armii przeszło na stronę brytyjską. - Marszałek celowo uniknął konkretnych określeń sowieckich obozów karnych na dalekim wschodzie. - Ponoć Brytyjczycy rekrutują żołnierzy spośród... - oficer starannie dobierał słowa - nierdzennych mieszkańców Syberii. - Zabrzmiało to dość dziwnie, ale Wigierski nie chciał już drażnić rozmówców. Hałuszkinow wyraźnie nie miał ochoty wyjaśniać tej sytuacji, ale wiedział, że kłamstwo i tak nie ma w tym przypadku sensu.
- Zdrajcy, - wycedził przez zęby - jak widać niczego się nie nauczyli. Faktem jest jednak, że przez to przeciwnik zyskał wiele cennych informacji, znają nasz sposób walki, strategie. Wielu starszych szarżą otrzymało nawet pod komendę siły adekwatne do pozycji. Walczymy z ludźmi, których sami wyszkoliliśmy. W zamian otrzymali honorowe obywatelstwo brytyjskie.
- Ponadto nikt się nie spodziewał tego kierunku natarcia, - dorzucił ambasador - przynajmniej nie przed samą zimą. Na szczęście teraz ofensywa brytyjska zwolniła, co dało nam czas na przygotowanie obrony i ewentualnego kontrataku. Nasza armia jest znacznie lepiej przygotowana do walki w zimowych warunkach. Niestety, chwilowo to wróg trzyma inicjatywę. Trzymają już niemal cały Okręg Dalekowschodni, a z danych naszego wywiadu wynika, że szykują się do uderzenia na najważniejsze obiekty we wschodniej i południowej części Okręgu Syberyjskiego. - Dodał Nestupin, wykazując się niemałą orientacją w bardziej wojskowych dziedzinach.
- Sądzę, że pierwsze partie niewojskowej pomocy powinny ruszyć jeszcze w do końca tego roku. Stronie polskiej bardzo odpowiadałoby wspomożenie Związku Radzieckiego na podstawie handlu towarami... - przystopował na chwilę Pracz, sprawdzając reakcję rozmówców, ale nie zauważając żadnych zmian, ciągnął dalej - na przykład dostawy polskiej żywności w zamian za gaz i ropę.
Nestupin zanotował coś na leżącej przed sobą kartce.
- To nie najgorszy pomysł, - odparł - jeszcze dziś przedstawię propozycje i żądania strony polskiej dla Komitetu Centralnego. Oczywiście na tym kończą się moje kompetencje, reszta zależy od demokratycznych decyzji naszego rządu.
- Oczywiście, to zrozumiałe. Ja, wraz z panem ministrem Praczem również jesteśmy zależni od decyzji większości. - odparł marszałek, starając się nie zwracać uwagi na niezamierzony komizm w wypowiedzi ambasadora. - Rozumiem, że to pewnie nie ostatnie tego typu spotkanie? - zapytał.
- Tego nie umiem określić. W razie czego na pewno mój kraj będzie gotów odwdzięczyć się za gościnę - odpowiedział Nestupin, porządkując dokumenty i tym samym dając pozostałym do zrozumienia, że jego strona nie ma w planie poruszenia innych kwestii. Przyszła pora na pożegnalne gesty i spotkanie zakończyło się.

Było już długo po południu, kiedy Jauner z okna swojego służbowego auta ujrzał sylwetkę gmachu Politechniki Lwowskiej. Majestatyczny neorenesansowy budynek budził podziw, stanowiąc jeden z ważniejszych zabytków miasta i będąc powodem do dumy miejscowej inteligencji. Brygadiera jednak niewiele interesowały burzliwe losy uczelni i znamienite grono jej absolwentów. Po wyjściu z samochodu, w towarzystwie swojego adiutanta ruszył ku ozdobnemu wejściu, wzbudzając niemałe zainteresowanie studentów. Ochrona obiektu nie zareagowała, widząc uzbrojonego w spoczywające przy boku szable i pistolet oficera. Dużo wcześniej zostali poinformowani o charakterze wizyty generała, na którego powitanie wyszedł sam rektor uczelni. Obydwaj mężczyźni uścisnęli sobie dłonie i ruszyli w głąb budynku, za cel obierając wydział chemii.
Profesor Czajkowski czekał na gości przy drzwiach do swojego gabinetu, wyraźnie znudzony. Siwe włosy, długie do ramion opadały na biały kitel związane przy głowie i całkowicie odsłaniały wysokie czoło rozryte w poprzek głębokimi zmarszczkami. Szkła okularów przesłaniały zmęczone, starcze oczy, spoglądające w zamyśleniu w jakiś niewidoczny punkt przestrzeni. Smukła, pociągła twarz dopełniała wizerunku sześćdziesięcioletniego naukowca. Mężczyzna zanotował ruch w głębi korytarza i wyszedł na powitanie gości. Kościstą rękę wyciągnął wpierw do generała, potem do adiutanta.
- Witam panów. - Rzekł, akompaniując sobie szczerym uśmiechem. - Proszę za mną.
Ruszyli długim korytarzem, a wśród panującej powszechnie ciszy (trwały właśnie wykłady) dźwięk kroków niósł się daleko, wyprzedzając pochód. W końcu znaleźli się przy masywnych, przeszklonych drzwiach jednej z pracowni. Weszli do środka, ale personel nie zwrócił na nich uwagi. Podeszli do równoległej drzwiom przeszklonej ściany, za którą pracowali następni naukowcy, tym razem odziani w kombinezony. Czajkowski zauważył zaciekawione spojrzenia wojskowych i postanowił nie czekać na pytanie.
- Sakuradite to radioaktywny materiał. Może nie tak, jak uran czy pluton, ale wymaga użycia odpowiednich środków ochronnych. Poza tym jeden nieostrożny ruch i cała sala wyleciałaby w powietrze. - Profesor zanotował kolejną serię pytających spojrzeń i postanowił ciągnąć dalej – Uprzedzając pańskie pytania, generale, nie, nie udało nam się wytworzyć tego minerału sztucznie. A raczej udało, ale z miernym efektem.
- To znaczy? - dopytywał się Jauner.
- Sakuradite swoje właściwości energetyczne zawdzięcza między innymi bardzo dużej gęstości, a do osiągnięcia tejże potrzeba, jak szacujemy, miliarda lat głęboko pod ziemią. Niewielka ilość minerału wystarcza do napędzenia tak energochłonnej maszyny, jak brytyjskie Knightmare Frames do końca jej służby, a potem daje się jeszcze odzyskać i zasilić masę innych maszyn.
- Znam właściwości tego pierwiastka. – Przerwał generał, dając do zrozumienia naukowcowi, by przeszedł do meritum.
- To bardzo dobrze, że odrobił pan lekcje. - Odparł z przekąsem Czajkowski.
- Wolę wiedzieć co nieco o projektach, których dofinansowanie forsowałem. Niech pan przejdzie do rzeczy, jak długo jeszcze?
- Do tego właśnie zmierzałem, – odpowiedział spokojnie profesor – jak pan doskonale wie, nie mamy miliarda lat, by wytworzyć tak zbitą strukturę. Jedyną alternatywą jest w tym przypadku ciśnienie, ale potrzebne do osiągnięcia zadowalających rezultatów jest nieosiągalne w żaden sposób. Tak więc szukamy innej opcji, a to może zająć jeszcze trochę czasu.
- Jak długo jeszcze mogą potrwać badania? - generał postanowił być bezpośredni na równi z rozmówcą.
- Nie umiem tego określić. Szukamy metodą prób i błędów. Niestety, matka natura ciągle udaremnia nasze starania. Doprawdy ciężko jest skopiować jej cuda.
- Do rzeczy, profesorze.
- Drogi panie generale, wiem, jak bardzo wojsku zależy na tym paliwie, ale doprawdy, nic więcej nie możemy zrobić. Sztuczne wytworzenie sakuradite jeszcze nikomu się nie udało. Dlatego też nie gwarantuję powodzenia, aczkolwiek efekt naszych prac przerósł najśmielsze oczekiwania. - Na twarzy naukowca wykwitł skromny uśmiech, jakby przez całą rozmowę czekał tylko na tę chwilę.
- Mianowicie?
- W zeszłym tygodniu przeprowadziliśmy próbę naszego dzieła. Było w stanie zasilić odbiornik o poborze mocy zbliżonym do bojowego robota przez nieco ponad pięć minut.
- To niewiele – zauważył oficer, uważnie przyglądając się pracy odzianych w skafandry naukowców.
- Ale zawsze coś. Jak dotąd najlepszy wynik na świecie. I daje widoki na przyszłość.
Jauner milczał. Dla niego przyszłość nie odsłaniała żadnych perspektyw. Nie po tym, czego się dzisiaj dowiedział. Jednak w gruncie rzeczy bardziej bał się o marszałka. Jeżeli to prawda, decyzją o udzieleniu wsparcia dla ZSRR przysporzył sobie wielu nowych wrogów.

Wigierski zdawał się nie zwracać uwagi na przenikliwy mróz i hulający między mogiłami wiatr. Stał zadumany i wpatrywał się w jakiś niewidoczny punkt w powietrzu. Pomimo dość bogatego oświetlenia glorietta Pomnika Chwały rzucała cień na jego sylwetkę. Jedynie światło setek palących się pod monumentem zniczy rysowało na kolumnach pełgające cienie.
Jauner zbliżył się do przełożonego prawie bezszelestnie. Nawiany na deptak śnieg tłumił stukot oficerskich butów. Generał sięgnął ręka pod płaszcz i wyciągnął srebrną olejową zapalniczkę, której użył do podpalenia znicza.
- Długo tu stoisz, - zwrócił się do marszałka - coś cię trapi?
- Nie. - Odpowiedział - Przyszedłem by odwiedzić bliskich.
Brygadier zdziwił się wyraźnie. Wigierski, wyprzedzając jego pytanie, dopowiedział:
- Mój pradziadek bronił Lwowa.
Teraz Jauner zdziwił się jeszcze bardziej.
- Przecież on umarł długo potem.
- Nie spoczywa tutaj. Po prostu ci, których tu pochowano, są mi bliscy. I teraz nie wiem, czy się za mną wstawią u Pana Boga, że pospieszyłem komuchom na pomoc. Wiesz, niektórzy zginęli właśnie z nimi walcząc.
- Skąd nagle te wątpliwości, co? To do ciebie niepodobne. A oni... Zrozumieją. Ważne jest to, by umieć się dostosować do sytuacji. Na romantyzm jeszcze przyjdzie czas.
- Nie o to chodzi. Po prostu zdaje sobie sprawę z tego, że nawet z tej pomocy mogą wyjść nici.
- Jeszcze Polska nie zginęła, Karol. Zwłaszcza, że my też będziemy mieli asa w rękawie.
Marszałek spojrzał na kolegę. Znali się od dawna, jeszcze z czasów szkoły średniej. Wigierskiemu chwile, kiedy w końcu mogli nieoficjalnie porozmawiać, przynosiły ukojenie. Odkąd przyjął nominację na marszałka Polski, poza obowiązkami naczelnego wodza zaczęła go dobijać polityka, w którą z własnej woli nie chciał się mieszać.
- Czyżby jednak Śpiący Rycerze dali się obudzić? - zapytał.
- Nie. - odparł brygadier psując nastrój zagadkowości - W laboratoriach pracują jeszcze nad metodą sztucznego wytworzenia sakuradite. Bez tego dalej nie ruszymy.
- Rozumiem... A ty jak, poradzisz tam sobie?
- Będzie dobrze, Karol. Tylko wiesz, trochę by się więcej w ramach modernizacji nowych czołgów przydało. - Zaśmiał się generał.
- Przecież wiesz, że ja rozdaje wedle potrzeb, a nie po znajomości - odpowiedział mu marszałek akompaniując sobie pobłażliwym spojrzeniem.
- Ech, zawsze te twoje zasady. No, ale to nic, ja już muszę ruszać. Czuję, że jak do jutra się na stołku nie zjawię, to mi wszystko zastępcy wywrócą do góry nogami. W takim razie ku chwale ojczyzny! - pożegnał się Jauner starannie salutując i odszedł. Jego sylwetka szybko zniknęła w zamieci, która rozszalała się podczas rozmowy.


Ostatnio zmieniony przez Slova dnia 18-09-2010, 10:03, w całości zmieniany 3 razy
Przejdź na dół Zobacz profil autora
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość
Slova Płeć:Mężczyzna
Panzer Panzer~


Dołączył: 15 Gru 2007
Skąd: Hajnówka
Status: offline

Grupy:
Samotnia złośliwych Trolli
PostWysłany: 17-09-2010, 18:35   

Wampir, mądre głowy i audiencja


Pomimo, że tegoroczna zima zaskoczyła całą Europę, atakując już na początku listopada, to w głębi rosyjskiej tajgi nikogo z tubylców nie dziwiły nadchodzące znienacka śnieżyce. Przebywający w rejonie Obwodu Amurskiego Brytyjczycy zdecydowanie nie radzili sobie tak dobrze rosnącym z nocy na noc mrozem, tym bardziej, że spece od logistyki nie przewidzieli, że sprawdzone w warunkach Alaski zimowe mundury okażą się mało skuteczne w azjatyckiej części Związku Radzieckiego. W tym czasie żołnierze ubierali więc się w to, co mogli, a raczej co udało im się zdobyć na sowieckich żołdakach lub zarekwirować miejscowej ludności. Efektem tego był nieregulaminowy ubiór większości jednostek liniowych, którego nie dało się znormalizować w żaden sposób. Wizualnie dobrze prezentowały się tylko siły skupione wokół mobilnej kwatery dowództwa.
Lord Bradley zdawał się nie przejmować losem zwykłych szeregowych, pod groźbą kary śmierci żądając bezwzględnego dostosowania się do regulaminu. Nie na wiele się to zdało, gdyż jego faktyczne wpływy kończyły się na kontrolowaniu starszych rangą dowódców polowych, którzy nie zamierzali skazać żołnierzy na zamarznięcie. Tym bardziej bali się reakcji Dziesiątego Rycerza, więc po prostu nadsyłali fałszywe raporty. Oczywiście ten, pogrążony w swojej ignorancji, nawet nie miał chęci do osobistego sprawdzenia faktycznego stanu rzeczy. W końcu dopóki dowodzony przez niego front posuwa się naprzód, dopóty nie powinien się o nic martwić.
Mróz nie ma w zwyczaju pobłażania błękitnokrwistym, toteż przechadzający się po okolicy Bradley musiał schronić swoją okraszoną rudą czupryną głowę w wysokiej, gustownej czapce o cylindrycznym kształcie, jakie ostatnimi czasy kreowano na najnowszy krzyk mody w zbliżającym się sezonie narciarskim. Odpowiadający jedynie przed Imperatorem rycerz sam sobie zadał pytanie, dlaczego właściwie nie urozmaicić czasu tym właśnie rodzajem sportu zimowego, przy okazji inaugurując okres dyscyplin zimowych. O takim wyczynie z pewnością pisaliby obszernie w prasie kolorowej.
Podmuch zimna ostudził zapały lorda, bezczelnie wdzierając się przez każdą szczelinę ubrania. Mężczyzna poczuł szczypanie w nozdrzach i zaraz zasłonił twarz i nos wysokim, puchatym kołnierzem pomarańczowej peleryny, która zarzucona na ramiona zatrzepotała na wietrze. Bradley obrzucił czujnym spojrzeniem swoją świtę i zauważył, że trzem towarzyszącym mu w kampanii doborowym pilotkom ze Szwadronu Walkirii nieprzyjazny klimat daje się we znaki jeszcze bardziej. Urocze, młode dziewczyny, bez problemów mogące stanowić ozdobę najprzedniejszych rewii mody, musiały ukryć swoje wdzięki pod grubymi warstwami ubrania. Co więcej sytuacja wymogła na nich stosowanie uniformu typowego dla żeńskiej kadry Królewskiej Piechoty Pancernej. Rycerz nie mógł już więc podziwiać ich ponętnych kształtów, doskonale eksponowanych przez skąpe stroje formacji. Westchnął. Dla niego przebywanie w tej części świata nie niosło ze sobą żadnych uroków.
Przechadzali się wzdłuż głównej ulicy dość rozległej wioski. Daleko za plecami zostawili G1, mobilne centrum dowodzenia, tymczasowo doskonale zamaskowane w obawie przed zwiadem powietrznym lub satelitarnym, ale z ziemi nadal dobrze widoczne i odcinające się kanciastą sylwetką od zimowej, wyżynnej panoramy. Dalej przed sobą mieli usytuowany obok rzeki kołchoz. Bradley wciąż nie mógł się nadziwić, w jaki sposób w ZSRR prowadzono gospodarkę rolną. Sam na wsi przebywał niewiele, właściwie to brzydził się wszystkim, co można było określić mianem sielanki, ale obraz gospodarstwa bez pana i stojącego niemal na końcu drabiny społecznej chłopa wydawał mu się nierealny. Z zadowoleniem stwierdził, że ma rację, widząc zaniedbane zabudowania, których dobry czas minął w połowie ubiegłego wieku. Lord wraz ze swoimi Walkiriami obcym sobie aspektom rzeczywistości przyglądali się z zaciekawieniem, czego nie można było powiedzieć o prowadzącym ich baronie Michaelu Edwardsie, pewnie stawiającym krok za krokiem i zmierzającym do jedynego wyglądającego porządnie domu w całej okolicy, wypuszczającego z komina czarny dym. Na ścianie widniała czerwona tabliczka, ale Bradley nie znał cyrylicy i nie zamierzał jej zgłębiać. Weszli do środka, nie otrzepując butów i wewnątrz strząsając śnieg z wierzchnich ubrań. Adiutant barona otworzył im uprzejmie drzwi, od strony których nadeszło bardzo ciepłe powietrze. Rycerz ściągnął czapkę i rozpiął zapiętą pod szyję ocieplaną grubym misiem pelerynę. Znajdowali się w salonie urządzonym w typowo myśliwskim stylu, przyozdobionym licznymi trofeami i ciemnymi wykończeniami jasnej, drewnianej boazerii. Bradley rozsiadł się na środku wielkiej kanapy, a jego podkomendne ustawiły mu się równo za plecami. Baron zajął miejsce w fotelu po lewej stronie przełożonego, a jego adiutant nalał obydwu notablom koniaku, wyciągniętego z kufra obłożonego niedźwiedzią skórą. Wielka głowa bestii zdawała się strzec ukrytych w środku skarbów.
- Jak na taką dziurę, to nie najgorszy. - Stwierdził Luciano Bradley, smakując rozgrzewającego trunku. Uszczknął niewielką ilość i odstawił grubą szklankę. Adiutant wprowadził osobnika ubranego w niestarannie skrojony garnitur. Podstarzały, łysiejący mężczyzna wyglądał na przygnębionego, a widok korzystających z luksusów obcych zdawał się go jeszcze bardziej dobijać. Stanął przygarbiony naprzeciwko Bradleya, a ten zlustrował go wzrokiem.
- To zarządca tego... wspólnotowego gospodarstwa. - Rzekł Edwards, nie mogąc znaleźć w pamięci angielskiego odpowiednika wyrazu „kołchoz”. - Schwytaliśmy go wczoraj na drodze prowadzącej na zachód, chyba nie spodobała mu się obecna sytuacja.
- Po co przedstawiacie mi tę płotkę, baronie? - zapytał zażenowany widokiem lord.
- Uważam, że można by go nakłonić do przekonania lokalnej społeczności co do naszych planów. - Odparł szlachcic, upijając łyk trunku. - A potem mianować, w nagrodę oczywiście, jakimś lokalnym urzędnikiem. Jeżeli mamy kontrolować te terytorium, musimy już teraz zacząć budować uległe nam struktury, skomponowane na bazie miejscowych. - Zauważył błyskotliwie i dodał: - Nie możemy powtórzyć błędu ze Strefy Jedenastej. W moim odczuciu tamtejsze zrywy to jedynie wynik braku poczucia przynależności lokalnego społeczeństwa do Świętego Imperium. Odpowiednio dobrani lokalni pracownicy administracji mogliby działać stymulująco na tłuszczę.
Luciano milczał, trawiąc w umyśle pomysł barona. Bez wątpienia ten czterdziestoletni dowódca z niemałym doświadczeniem bojowym i politycznym miał dużo racji. Z jego słów znać było, że oprócz wojskowości orientował się w naukach społecznych. Przedstawił bardzo błyskotliwy i oryginalny pomysł, ale w milczącym zarządcy coś się rycerzowi nie podobało. Nie wiedział, czy była to prześwitująca łysiną fryzura, produkowany masowo garnitur, z którego wystawała masa nitek, czy też przygarbiona sylwetka. W każdym bądź razie rudzielec nie miał zamiaru się nad tym zastanawiać. Płynnym ruchem zanurzył prawą rękę pod połą płaszcza i powoli wyciągnął sztylet, zakończony czerwoną rączką i o diamentowym w przekroju ostrzu. Nonszalancko obrócił broń w palcach, by mieć pewność, że Rosjanin dokładnie się jej przyjrzy. W oczach tubylca pojawił się strach, czysty i pierwotny, taki sam, jaki okazuje osaczone i przyparte do ściany zwierze. Rozejrzał się na boki, uświadamiając sobie, że nie ma dokąd uciec. Baron niemal podskoczył w fotelu, nie mogąc wykrztusić słowa, jego adiutant instynktownie odsunął się skocznym ruchem od stołu. Bradley dalej bawił się sztyletem, z uśmiechem na ustach rozkoszując się chwilą. Jedynie dziewczyny ze Szwadronu Walkirii stały niewzruszone jak przedtem.
Ciężko było odgadnąć, w którym momencie młody szlachcic cisnął ostrzem. Rosjanin stał jeszcze przez chwilę ze sztyletem wbitym między żebra. Rzut okazał się idealny, wszedł głęboko i przedziurawił serce. Nieszczęśnik upadł na ziemię i skonał w ciszy. Baron przyglądał się całemu zajściu z niedowierzaniem. W końcu zapytał wzburzonym głosem:
- Ale dlaczego!? Czy lord wie, jak ciężko nam było namówić lokalną społeczność do współpracy, do wstąpienia w szeregi naszej armii? Takie incydenty nie pozwalają budować wzajemnego zaufania...
- Dość! - Przerwał kategorycznie Luciano Bradley, siłą swojego popartego majestatem głosu natychmiast sprowadzając Edwardsa do parteru. - Oczywiście, rozpatrzę twój pomysł, baronie Edwards, ale nie zapominaj, jak mnie zwą i dlaczego.
Podniósł się z kanapy i ruszył ku wyjściu, zawczasu zakładając czapkę i otulając się szczelnie płaszczem i kołnierzem peleryny. Adiutant starszego wiekiem szlachcica otworzył rycerzowi drzwi. Zapominając kompletnie o swoim sztylecie, Wampir Brytanii udał się na dalszą przechadzkę, chcąc bez ograniczeń napawać się pięknem tego mroźnego dnia.

Granatowy mercedes sunął powoli Alejami Ujazdowskimi pokrytymi pośniegowym błotem, które zmieszane z solą i piaskiem przybrało konsystencję nieprzyjemnej wizualnie kaszy, rozpryskującej się na boki pod naporem kół.
Wyciągnięty na tylnej kanapie minister Pracz czuł się niewyspany i przygnębiony, ale przede wszystkim zaniepokojony wizją zebrania rządu. Ze spotkania we Lwowie wrócił późno w nocy, nawet nie wiedział, o której, gdyż natychmiast położył się spać. Poranny zimny prysznic tylko nieco ocucił przejętego urzędnika. Dochodziła jedenasta, a Pracza ogarniała coraz większa trema, jak nigdy. Próbował w myślach sklecić coś na kształt sprawozdania, ale gdy tylko dochodził do meritum, czuł nieprzyjemne pieczenie w żołądku.
Limuzyna płynnie zatrzymała się naprzeciwko wejścia, co w tych warunkach pogodowych było nie lada wyczynem ze strony kierowcy. Czekający przed gmachem ochroniarz otworzył drzwi i minister wysiadł na chodnik, auto odjechało na parking, a wraz z nim ostatnia droga ucieczki. Pracz dość sztywnym krokiem podążył ku nieubłaganemu przeznaczeniu. Przeszedł przez hol i skierował się do łazienki. Spojrzał w lustro i stwierdził, że prezentuje się lepiej, niż czuje. Poprawił krawat i koszulę, obciągnął w dół marynarkę i ruszył ku drzwiom sali Świetlikowej, które z niemal automatyczną precyzją otworzył ochroniarz. W środku przy podłużnym stole zasiadało już kilkoro ministrów, czekając na pozostałych kolegów i premiera. Pracz obszedł pomieszczenie, witając się z już zebranymi. Zazwyczaj zamieniał z każdym po kilka słów, wdawał się w mniejsze dyskusje, ale dzisiaj zupełnie nie miał na to ochoty. Postawił teczkę na ziemi i zajął swoje miejsce. Spojrzał w sufit, szukając inspiracji, ale dopatrzył się jedynie niekwestionowanej kompetencji ekip sprzątających. Przekonać rząd, wczoraj to było tak proste do wypowiedzenia, dzisiaj Pracz miał wrażenie, że postąpił o krok za daleko i szybko zakończy polityczną karierę.
Premier Alfred Gałecki zajął swoje siedzisko jako ostatni i rozpoczął posiedzenie. Minister spraw zagranicznych rozejrzał się po zebranych. W sali Świetlikowej panowała dość przyjazna atmosfera, mimo że wizja zaplanowanych do omówienia spraw nie jednemu politykowi przysporzyłaby bólu głowy. Prezes Rady Ministrów przejrzał swoje notatki, palcem przyciskając do nosa okrągłe okulary. Na chwilę zapadła cisza.
- Może na początek... - rzekł niepewnie, zastanawiając się, od czego zacząć – A może inaczej. Chętnie posłuchałbym relacji z wczorajszego spotkania z delegatami sowieckimi.
No to ładnie. Od razu z grubej rury. Z drugiej strony jednak lepiej mieć już to za sobą. Pracz splótł palce na stole i nieco pobladł. Kołnierzyk zdawał się dusić niczym stryczek, uniemożliwiając mówienie. Niech się dzieje wola nieba, pomyślał i zaczął przemowę, ku swojemu pozytywnemu zdziwieniu całkiem płynnie.
- Jak koledzy wiedzą, wczoraj ja i marszałek Wigierski, szef GISZ, spotkaliśmy się z radzieckim ambasadorem, panem Nestupinem, któremu towarzyszył generał Hałuszkinow. Do samego końca nie wiedzieliśmy, czego się na owym spotkaniu spodziewać, nikt wcześniej nie znał tematu rozmowy. - Pracz przystopował, starając się przygotować na reakcję ministrów i premiera, bo zamierzał od razu przejść do meritum. - Jak się okazało, sowieci poprosili nasz kraj o pomoc w wojnie z Imperium Brytyjskim.
Panująca w trakcie mowy powodowana zaciekawieniem cisza teraz nabrała złowrogiego charakteru. Po chwili jednak przerwały ją szepty i wypowiadane pod nosem uwagi. Członkowie rady z niedowierzaniem oswajali się z najnowszą informacją., premier zaś wlepił wzrok w roztrzęsionego Pracza.
- Proszę kontynuować. - Gałecki najwidoczniej chciał dodać nieco odwagi mówcy, ale dla ministra spraw zagranicznych ponaglenie brzmiało bardziej jak wyrok śmierci.
- No więc sowieci poprosili nas o pomoc gospodarczą i militarną, argumentując swoje potrzeby braterstwem krwi narodów polskiego i rosyjskiego. - Mężczyzna na chwilę zamilczał, speszony słabo skrywanymi parsknięciami ironicznego śmiechu kilku kolegów.
- Chyba się pan nie zgodził? - wtrącił się minister spraw wewnętrznych i administracji.
- Znaczy... - Zająknął się osaczony Pracz, jeszcze bardziej skupiając na sobie wzrok słuchaczy. - No więc oczywiście, ich argumentacja okazała się być całkowicie odstająca od rzeczywistości i nie na miejscu, zważywszy na obecną sytuację polityczną i wzajemne stosunki pomiędzy obydwoma narodami. - Minister w akcie ostatecznej desperacji skorzystał z jednej ze swoich politycznych zdolności – formułowania ogólnikowych zdań pozbawionych treści. Kilkoro jego kolegów odetchnęło z ulgą tylko po to, by za chwilę nie znaleźć się na granicy zawału serca.
- Marszałek Wigierski wyśmiał ich propozycję i stwierdził, że w zamian za taką pomoc strona polska oczekuje proklamowania niepodległej Ukrainy jeszcze przed wysłaniem w głąb ZSRR naszych wojsk.
To było jak uderzenie gromu, lecz w tym przypadku szok był krótszy. W stronę Pracza zaraz posypały się głosy niedowierzania i pretensje, a ze strony reprezentantów lewicy nawet gratulacje i pochwały. Krótko mówiąc w sali Świetlikowej zapanował kompletny chaos. Przed szereg zdołał wyrwać się minister obrony narodowej.
- Che mi pan powiedzieć, że pozwolił pan negocjować polityczne decyzje wojskowemu? To skandal! Jeszcze dzisiaj powiem marszałkowi, co o tym myślę!
- Ma pan może jakiś pomysł, aby wykaraskać się z tej niefortunnej sytuacji, w którą nas pan zapędził? - dorzucił swoje trzy grosze minister spraw wewnętrznych i administracji.
- Ja... ja się sprzeciwiłem, ale marszałek nalegał... - Próbował tłumaczyć się osaczony mówca, lecz przerwał mu wzburzony głos premiera.
- Panowie, proszę o spokój! - zaapelował podniesionym głosem, sprowadzając krzyki i kłótnie do poziomu irytujących szeptów. - Czyli mam rozumieć, że wspólnie z marszałkiem Wigierskim zdecydowaliście o udzieleniu pomocy pogrążonemu w wojnie Związkowi Socjalistycznych Republik Radzieckich, podejmując decyzję bez wiedzy władz i społeczeństwa i narażając tym samym nasz kraj na akcję ze strony Imperium Brytyjskiego? - zadał dość retorycznie brzmiące w tej sytuacji pytanie. Pracz przez chwilę wahał się z odpowiedzią, bo przecież przed chwilą już o tym mówił.
- Tak, panie premierze, - odpowiedział niepewnie – z początku nie chciałem podejmować żadnej decyzji, ale marszałek nalegał. Postanowiłem wysłuchać jego uwag i stwierdziłem, że ma dużo racji.
- Na przykład? - dopytywał Gałecki, starając się spokojnie podejść do całej sprawy.
- Przedstawił mi bardzo realistyczną wizję rozwoju konfliktu na wschodzie. Co gorsza, sowieci wydawali się być naprawdę zdesperowani, o czym świadczyło ich podejście do sprawy. Uważam, że żaden z panów by się nie spodziewał, że poproszą o wsparcie swojego pierwszego wroga.
Ministrowie zamilkli, w uwadze przysłuchując się koledze, któremu spokojny ton prezesa rady dodał nieco odwagi i pozwolił pozbierać myśli.
- W dodatku nie sprzeciwiali się, gdy marszałek stwierdził, że lista żądań jest nadal otwarta.
- A jaką to wizję przedstawił panu marszałek? - przerwał minister obrony narodowej.
- Już mówię. – odparł Pracz, nieco luzując uwierający coraz bardziej krawat. - W jego mniemaniu sowieci nie zdołają wygrać tej wojny, pomimo niesłychanego sukcesu na Morzu Czarnym i zablokowania się dużych sił brytyjskich w rejonie Afganistanu. Jednak machina wojenna Imperium okazała się być niepowstrzymana, o czym świadczą jej dotychczasowe postępy. Armia Czerwona nie spodziewała się takiego kierunku natarcia, to jest od wschodu, nie przerzucając zawczasu swoich straszaków z zachodniej granicy. Teraz okazało się, że stacjonujące w rejonach granicznych dywizje, o których powszechnie wiadomo, że miały stanowić pierwszy rzut w razie ataku na zachodnią Europę, a więc i wykazujące najwyższe walory bojowe, nie mogą zostać zawczasu przetransportowane na wschód. Prawda jest taka, że jak dotąd sowieci przegrywają głównie przez zawodną logistykę, a Brytyjczycy zmagali się w większości z siłami tyłowymi i pośpiesznie zmobilizowanymi rezerwistami. - Minister przystopował na chwilę, aby odetchnąć i zwilżyć gardło nalaną do szklanki Krynką.
- A co to ma wspólnego z nami? - drążył szef MONu.
- Tylko tyle, że po aneksji ZSRR naszym wschodnim sąsiadem będzie Imperium Brytyjskie.
Temperatura w sali Świetlikowej zdawała się spaść o kilka stopni, przyprawiając wszystkim słuchaczom marsowe miny. Premier, już od dłuższej chwili pogrążony w zadumie, teraz wyraźnie się zakłopotał, podpierając brodę na piąstkach i wpatrując się w stół.
- Proszę mówić. - Ponaglił.
- Wedle marszałka pomoc zbrojna udzielona ZSRR leży w naszych interesach. Nawet, jeżeli sowieci przegrają, to zyskamy cenny czas, by przygotować się na ewentualne następstwa. Ponadto oddalilibyśmy widmo osaczenia Europy. Jeżeli Brytyjczycy nadwyrężą swoje siły na wschodzie, nie będą mogli przystąpić do inwazji na Unię Europejską. To da nam wszystkim czas, by przygotować się na najgorsze. Ponadto w ramach współpracy moglibyśmy rozwiązać wiele problemów gospodarczych.
- Na przykład? - dopytywał przewodniczący MSWiA.
- Ambasador Nestupin obiecał przedstawić nasze wizje ich organom rządzącym. Osobiście uważam, że się zgodzą. Zaproponowałem między innymi sprzedaż produktów żywnościowych i towarów w zamian za dostawy gazu i ropy. Od kilku lat mamy w tej części Europy nadwyżkę w produkcji zboża, którego nikt nie chce kupić. To byłaby doskonała okazja, by pozbyć się kłopotu i rozpędzić nasze rolnictwo. Nie od dziś wiadomo, że sowieci wezmą wszystko, niezależnie od jakości., byleby się do czegokolwiek nadawało. Ponadto akcja zbrojna ożywiłaby nasz przemysł zbrojeniowy, a co za tym idzie wszystkie pośrednie mu gałęzie przemysłu. Proszę pomyśleć, jak długotrwałe i wymierne korzyści płyną z takiej współpracy.
Pracz skończył, dziwnie zadowolony z osiągniętego przez siebie efektu. Liczył na lincz, a tymczasem wyglądało na to, że odniesie sukces. Ministrowie w ciszy i zadumie trawili teraz jego słowa.
- Bo bardzo mądre, co pan mówi, - premier przerwał narastający niepokój – ale ostateczna decyzja i tak zależy od prezydenta. Przekonanie go może wykraczać poza nasze, zwłaszcza moje, możliwości.
Szef MSZ odetchnął z ulgą, gdy wyobraził sobie, ile energii kosztowałaby go dyskusja z głową państwa, a potem podziękował marszałkowi, że najcięższą część planu wziął na swoją głowę.

Tego dnia w Pałacu Prezydenckim panował mały ruch. Ospali z samego rana urzędnicy krzątali się po pokojach i gabinetach, wypełniając swoje obowiązki wobec głowy państwa. Wigierski siedział wygodnie w głębokim, umiejscowionym w głównym holu fotelu i podziwiał klasycystyczny wystrój wnętrza, przy okazji oczekując na wyznaczoną na godzinę jedenastą audiencję. Mimo że dawno nie gościł w siedzibie prezydenta, to wcześniejsze doświadczenia przyzwyczaiły go do panującego w niej podniosłego nastroju, który kiedyś zarezerwowany był dla zamków królewskich. Tutaj wszystko wyglądało i działało idealnie, przynajmniej z zewnątrz. Adiutant marszałka, major Henryk Bożydar siedział w takim samym fotelu, co jego przełożony, lecz wyraźnie nie czuł się dobrze w tym miejscu.
Ktoś podszedł do nich i poprosił do gabinetu prezydenta, przy otwarciu drzwi głosząc „Generalny Inspektor Sił Zbrojnych marszałek Polski Karol Wigierski”. Wewnątrz wytwornego pomieszczenia znajdowali się teraz tylko jego właściciel i szef GISZ. Prezydent podniósł się z czerwonego fotela i przez biurko podał rękę oficerowi, wskazując mu także na jedno z krzeseł. Wigierski spoczął na czerwonej tapicerce.
- Od samego rana zastanawiam się, jaki jest powód pańskiej wizyty tutaj, majorze. Ostatnio rzadko pana tu widywałem. - Rzekł przyjaznym tonem Kułaszewski, spoglądając uważnie na rozmówcę.
- Obowiązki, panie prezydencie. - Odparł grzecznie żołnierz. - Chciałbym porozmawiać z panem o wczorajszym spotkaniu z delegatami Związku Radzieckiego.
Zwierzchnik sił zbrojnych wygodnie oparł się w fotelu, w oczekiwaniu na sprawozdanie.
- Proszę mówić, - zachęcała głowa państwa – prawdę powiedziawszy jeszcze nikt mnie nie powiadomił o szczegółach, a chętnie poznałbym kilka informacji z pierwszej ręki.
- Krótko mówiąc sowieci poprosili nas o pomoc militarną. A ja się zgodziłem.
Kułaszewski z początku wpatrywał się w oficera z większym niż dotychczas zaciekawieniem. Ostatnie słowa zdawały się brzmieć w powietrzu przez długą chwilę. Prezydent z zakłopotaniem poprawił się w fotelu, prostując plecy. Miał czterdzieści kilka lat, pociągłą twarz i szerokie oczy, które teraz wydawały się świdrować Wigierskiego na wylot.
- Czyli, również krótko mówiąc, - zwierzchnik sił zbrojnych najwidoczniej postanowił być równie konkretny, co rozmówca – podjął pan stricte polityczną decyzję, która należy w ostateczności do mnie. Miło mi, że chce mnie pan wyręczyć w obowiązkach, ale zapewniam, że sam sobie świetnie radzę. - Dopowiedział ironicznie, a marszałek westchnął.
- Przecież zna pan moje ostatnie raporty, a także informacje wywiadu. Jest źle, panie prezydencie. Bierność w sprawie sowieckiej może się na nas odbić z echem za jakiś czas, a wtedy będzie za późno na żale, że nie przeciwdziałaliśmy zagrożeniu. - Zripostował wojskowy.
- Wiem, - odparł prezydent – powiem więcej, ja również znam sytuację na świecie i w gruncie rzeczy nie zdziwiło mnie, że bolszewicy zgłosili się do nas ze swoimi problemami. Dlatego ja pana decyzję popieram.
Marszałek, wyraźnie zdziwiony, aż otworzył usta ze zdziwienia, ale po chwili zdołał się opanować.
- To oznacza, że ewentualną prośbę strony radzieckiej rozpatrzy pan pozytywnie? - zapytał z niedowierzaniem.
- Owszem, ale chwilowo nasi... powiedzmy, wątpliwi przyjaciele, nie podjęli żadnych oficjalnych kroków. No i wniosek musi mi przedłożyć premier, a wie pan...
- Minister Pracz odbył rozmowę z szefem rządu. On również podziela mój punkt widzenia i, jeżeli w rzeczywistości jest dobrym politykiem, to przekona do niego także kolegów. Myślę, że dojdziemy do porozumienia.
Prezydent nie odpowiedział, rozmyślając. Chwilowo postanowił nie wyciągać konsekwencji wobec Inspektora Generalnego Sił Zbrojnych. Na razie myślał, jak decyzja o udzieleniu pomocy ZSRR odbije się na jego notowaniach.
Powrót do góry Zobacz profil autora
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość
Grisznak
-Usunięty-
Gość
PostWysłany: 17-09-2010, 19:06   

Dobre, jak już wcześniej pisałem. Aczkolwiek w II RP obowiązywała nazwa "ZSRS" nie "ZSRR" (po używaniu drugiej łatwo było rozpoznać sympatyka komunizmu). JEdnak to detal w sumie, a całość napisana przyjemnie (choć BRadley nadal jest świrem jakim był w oryginale).
Powrót do góry
ZUBEK Płeć:Mężczyzna
Niestety, to ja ...

Dołączył: 31 Sie 2009
Status: offline
PostWysłany: 26-09-2010, 20:13   

Bardzo mi się podoba. Fajnie że dodałeś te nowe wątki, rozwinięcie sprawy rozmów i reporterki dobrze wyszło. Teraz czekam na rozwinięcie "tradycyjnych" kontaktów polsko- rosyjskich. Na pewno wyjdzie z tego fajne i dłuższe opowiadanie, a wciąga od początku. Tak od siebie dodam, że fajne byłoby rozwinięcie takiej sprawy jak wywiad. Bo takie akcje, jak kradzież informacji i technologi, czy "załatwianie" oficerom wroga szybszego przejścia w stan spoczynku są fajne. I tak mi chodzi po głowie jedna rzecz. Jeśli Polska jest w unii (zakładam że jest) to czy inne kraje tej wspólnoty nie mają trochę do powiedzenia w tej sprawie, i czy będą pomagać. Bo mi się wydaję że mogłyby się posypać, skargi na tak pochopną i ważną dla europy decyzje (jeśli Polska się liczy tak jak napisałeś, i w końcu jest granicą unii) bez konsultacji z resztą państw, a szczególnie wspomnianą przez ciebie Rumunią.
Nie jestem jakimś wielkim znawcą, więc jeśli coś pomieszałem, albo zrobiłem z siebie głupka to sorry.

_________________
Lubię dobre Anime
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość
Slova Płeć:Mężczyzna
Panzer Panzer~


Dołączył: 15 Gru 2007
Skąd: Hajnówka
Status: offline

Grupy:
Samotnia złośliwych Trolli
PostWysłany: 26-09-2010, 23:40   

Nie, nie robisz z siebie głupka. Szczerze mówiąc bardzo się nad tym nie zastanawiałem, jednak to chętnie poruszę tę sprawę z następnym rozdziale, który właśnie kończę. Ostatecznie postanowiłem trochę odciągnąć chwilę wprowadzenia akcji militarnych do fabuły, gdyż za dużo rzeczy jest do wyjaśnienia i czytelnikowi będzie łatwiej, gdy dam mu szansę rozeznać się w swoim wyobrażeniu. No, ale zszedłem z tematu.
Tak, Polska jest w Unii, aczkolwiek, tak, jak napisałem w jednym z rozdziałów, każdy z krajów członkowskich ostatecznie zaczął podejmować działania na własną rękę. Ostatecznie cały sojusz zachodniej Europy, w moim wyobrażeniu, ma się posypać. W Anime była przedstawiona inwazja na Półwysep Apeniński i tutaj również o niej wspomnę. Może to duży spoiler (dla mnie nie), ale akcję mam zamiar zakończyć w chwili wstąpienia RP do Lulusiowej Ligii Narodów, tym samym wracając fabułę na dawny tor.

A kradzież technologii będzie, aczkolwiek w innej formie. Akcje ścinania wrogich "głów" również ; )

_________________
Mam przywilej [nie] być Człowiekiem
But nvidia cards don't melt, they just melt everything within 50 meters.

Powrót do góry Zobacz profil autora
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość
ZUBEK Płeć:Mężczyzna
Niestety, to ja ...

Dołączył: 31 Sie 2009
Status: offline
PostWysłany: 27-09-2010, 18:12   

Ok, teraz bardziej łapie. Fajnie że będzie ścinanie głów, bo na to bardzo liczyłem. Mam nadzieję, że skoro kończysz niedługo ukaże się kolejny rozdział tego wprowadzenia.
Jak rozumiem kwestia Rumuni i tego sojuszu militarnego będzie poruszona, bo w sojuszu militarnym chyba warto uzgadniać tak duże akcje wojskowe, albo chociaż poinformować. Oczywiście skoro decyzja była tak szybka, że nawet władza dowiedziała się z opóźnieniem, to sojusznicy też pewnie z opóźnieniem się dowiedzą.
Przy okazji. Dla mnie to nie spoiler, i dla reszty chyba też. Bo do ci którzy to czytają raczej znają anime (bez tego chyba dość trudno zrozumieć akcję). A tam, jak wspomniałeś, o tym było.

PS: A właśnie. Tak mi chodzi ostatnio po głowie pytanie, odnośnie mapy europy. Zakładam że ma granice z przed II wojny światowej, tylko nie wiem czy już po aneksji Litwy, Łotwy, Estonii i części Rumuni przez ZSRR czy jeszcze przed.

_________________
Lubię dobre Anime
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość
Slova Płeć:Mężczyzna
Panzer Panzer~


Dołączył: 15 Gru 2007
Skąd: Hajnówka
Status: offline

Grupy:
Samotnia złośliwych Trolli
PostWysłany: 06-10-2010, 19:39   

Z góry napiszę, że wcale nie jestem zadowolony z tego rozdziału, ale poprawię go w przyszłości. Publikuję dlatego, żeby nie odkładać i popchnąć historię do przodu.

Po godzinach, w ciemnym borze i bolesna prawda


Magda rozsiadła się wygodnie w podniszczonym, starym fotelu, pamiętającym jeszcze czasy młodości jej rodziców i wyciągnęła nogi na pufie. Nie miała na nic ochoty, zupełnie, co nie oznacza, że humor jej nie dopisywał. Wręcz przeciwnie, ostatnio samopoczucie było w świetnej formie. Rozejrzała się po pokoju gościnnym usytuowanego na ósmym piętrze mieszkania, podziwiając swój gust w doborze kolorów. Ogólnie to w salonie nie było wiele mebli, półka na telewizor, duży stół, barek oraz kanapa z kompletem foteli i krzeseł. Ściany również świeciły pustką, jeżeli oczywiście nie liczyć oprawionych w antyramy wycinków najlepszych artykułów prasowych Magdy.
Dziewczyna leniwie nalała sobie wina do kieliszka i pociągnęła niewielki łyk. Czerwony napój dawał jej ukojenie i pomagał odprężyć się po pracowitym dniu, ale starała się tej przyjemności nie nadużywać. Myląca mogła okazać się kryształowa popielniczka, dociskająca do blatu wykończony koronkami obrus. Dziennikarka nigdy nie paliła i nie miała zamiaru zaczynać, co było trudne, jeżeli w jej ekipie dziennie napędzano tygodniowe obroty przemysłu tytoniowego, a w wozie transmisyjnym cała klimatyzacja przesiąkła nikotynowym dymem. Mimo to lubiła swoich kolegów, razem nie jedno już widzieli i przeżyli, nakręcili masę dobrych reportaży i zawsze starali się być w centrum wydarzeń. Przypomniała swoje pierwsze kroki w telewizji i jak trudno jej było relacjonować niektóre makabryczne historie. Wścibski obiektyw kamery potrafił wcisnąć się w każdy kąt, ale ludzkie oko nie jest w stanie oglądać niektórych rzeczy z taką mechaniczną obojętnością. I chyba za to ludzie ją lubili, bo potrafiła ze szczerym strachem, radością lub smutkiem przedstawiać wieści z kraju, a wkrótce może i ze świata.
Dobyła pilota i włączyła starego Philipsa, którego oddali jej rodzice, gdy postanowiła wyjść na swoje. Kineskop wydał stłumione buchnięcie, a potem nieco rozjaśniał, rozgrzewając się przez kilka sekund. Po chwili na wypukłym ekranie o przekątnej dwudziestu dziewięciu cali pojawił się czysty i wyraźny obraz, a z głośników popłynął dźwięk. Właśnie zaczynały się Wiadomości. Tak, Magda oglądała nie tylko swoją stację, jako dziennikarka i reporterka wiedziała, że najlepiej jest czerpać informacje z różnych źródeł. Poza tym była ciekawa materiałów przygotowanych przez konkurencję.
Z ekranu zniknęła czołówka programu i prezenter wyrecytował jedną z wielu wyuczonych formułek. Potem na szkle zaczęły przewijać się urywki wiadomości, streszczające przebieg audycji. Magda znowu sięgnęła po kieliszek, tym razem jednak opróżniła go do połowy za jednym zamachem i wlepiła oczy w odbiornik. Zadzwonił telefon, ale dziewczyna jak zaczarowana dalej wpatrywała się w niezauważalnie migający obraz. Intuicyjnie sięgnęła po bezprzewodową słuchawkę, którą zawsze nosiła przy sobie w domu. Odebrała i po drugiej stronie usłyszała głos Bronka, operatora kamery z jej ekipy. Nie słuchając, co ten ma jej do powiedzenia, odparła beznamiętnie:
- Oglądam.
Po obu stronach słuchawki zapadła cisza, ale nikt się nie rozłączył. Właśnie skończyły się zapowiedzi i przystojny prezenter przeszedł do pierwszego tematu. Magda cicho jęknęła z przejęcia.
Dzisiaj prezydent Wiktor Kułaszewski podpisał przedłożony mu przez premiera wniosek o utworzenie polskich sił ekspedycyjnych, mających wspomóc Związek Sowiecki w walce z Imperium Brytyjskim. Podpisana została także umowa o współpracy gospodarczej i wymianie surowców.
Madzia z powrotem wyłożyła się w fotelu, oniemiała przez chwilę. Przyłożyła słuchawkę do ucha i spojrzała na prawie pełną butelkę czerwonego wina, które kiedyś dostała od zalotnika.
- Zdzwoń wszystkich, zapraszam was do mnie, weźcie co trzeba, a ja skoczę do sklepu. Dzisiaj świętujemy. - Rzekła i rozłączyła się, unikając jakichkolwiek pytań. Poza parapetówką, po której musiała tydzień sprzątać, w jej mieszkaniu nigdy nie było żadnych imprez. Dzisiaj jednak zamierzała w dobrym stylu wyjawić przyjaciołom tajemnicę, którą skrywała od czasu spotkania z generałem Jaunerem.

Śnieg skrzył się muskany promieniami porannego słońca, które mozolnie i niechętnie wychylało się zza ciężkich, szarych chmur zasłaniających cały nieboskłon. Mroźna noc powoli odchodziła, pozostawiając po sobie zlodowaciałą pokrywę białego puchu i zesztywniałe od zimna gałęzie drzew, które pękały pod naporem wiatru. Czasem w lesie dało się nawet usłyszeć trzask łamiącego się drewna, ale poza tym panowała nienaturalna wręcz cisza. Było spokojnie, a strużki jeszcze słabego światła przebijały się przez zwarty okap świerczyny.
Rozjeżdżona, pokryta zlodowaciałą krupą droga zdawała się zupełnie nie pasować do tego iście bajkowego krajobrazu, wdzierając się w serce lasu i krętą wstęgą przeszywając go na wylot. Sunąca po niej powoli kolumna pojazdów zakłóciła spokój poranka. Warkot silników i szum trzaskającego pod kołami zamarzniętego śniegu niósł się już z daleka, zwiastując nadciągające zagrożenie. Dopiero po kilku minutach zza zakrętu obok gęstego, świerkowego młodnika wyłonił się pierwszy samochód. Głęboki bieżnik na oponach zdawał się nie wystarczać i nadmiernie obciążony pojazd ślizgał się po zewnętrznej krawędzi drogi, ale w końcu wyszedł na prostą. Sunąca za nim czteroosiowa ciężarówka pokonała wiraż znacznie spokojniej, powoli i bez większych trudności łagodząc tor jazdy po poboczu. Następny w kolejności był nietypowego kształtu lekki czołg poruszający się na kołach, a za nim następny samochód ciężarowy i zamykająca karawanę terenówka.
Huk wystrzału przeszył momentalnie powietrze, wyraźnie odcinając się od dźwięków wojskowej kawalkady. Szyba pierwszego samochodu rozprysnęła się tysiącami szklistych, błyszczących w słońcu odłamków. Czaszka siedzącego po prawej stronie kierowcy pękła z jeszcze większą łatwością. Kość ustąpiła pod naporem snajperskiego pocisku, który spenetrował głowę nieszczęśnika i przeszedł na wylot, przelatując obok siedzącego po lewej pasażera. Bezwładne ciało upadło na kierownicę i samochód z impetem uderzył w najbliższe drzewo, strącając z konarów lawinę śniegu. Jadąca z tyłu ciężarówka nie zdążyła wyhamować i uderzyła w tył poprzedzającego pojazdu, miażdżąc drzwi zabudowanej paki i skutecznie blokując drogę ucieczki siedzących wewnątrz żołnierzy. Ktoś krzyczał wydając chaotyczne polecenia. Z okrytej plandeką skrzyni ładunkowej zaczęli zeskakiwać jeszcze oszołomieni ludzie. Kierowca sunącego z tyłu czołgu w ostatniej chwili odbił w lewo unikając kolejnych ofiar, dwa dalsze pojazdy zatrzymały się bez problemu.
Świst przeszył lodowate powietrze. Szara smuga kondensacyjnego dymu znaczyła tor lotu kumulacyjnego pocisku z granatnika przeciwpancernego. Pierwsza ciężarówka zniknęła w kuli ognia, która pochłonęła również rozbitą na drzewie terenówkę i stojących obok żołnierzy. Grad odłamków zadzwonił o pancerz czołgu. Wtedy odezwało się staccato karabinu maszynowego. Deszcz ołowiu przeszył brezentową plandekę drugiego samochodu ciężarowego. Kilku ludzi wypadło bezwładnie na ziemię, stojący na ziemi rozproszyli się, szukając schronienia za pniami drzew. Strzelec obsługujący zamontowany na dachu ostatniego samochodu karabin wystrzelił kilka serii w kierunku, z którego nadleciał pocisk z granatnika. Zorientował się, że celuje w powietrze, kiedy wieżyczka lekkiego czołgu wzbiła się w powietrze, ciągnąc za sobą pióropusz bijącego z wnętrza wozu ognia. Zamarznięty śnieg momentalnie zaczął topnieć. Uzbrajający karabin maszynowy żołnierz padł, rażony kulą snajpera. Maszynowy ogień rozrył pień, za którym chował się inny ocalały z ataku.
Nagle wznoszący się nad drogą pagórek jakby ożył. Kilka krzewów poruszyło się, rozrzucając na boki obłoki śniegu. Padły kolejne strzały. Teraz sylwetki zamaskowanych żołnierzy były dobrze widoczne. Biegli przez moment, a potem schronili się za drzewami. Za nimi ruszyli następni i osłaniani przez poprzedników podbiegli jeszcze bliżej do zalegających przy drodze Brytyjczyków, którzy przyduszeni maszynowym ogniem nie byli w stanie skutecznie odpowiedzieć na atak. Tymczasem kilku napastników odbiło na boki, okrążając pobojowisko.

Sierżant spojrzał w dół stoku, lekko wychylając się zza świerkowego pnia. Pierwsza część ataku przebiegła pomyślnie, ale teraz było już dużo trudniej. Brytyjczycy zalegli obok drogi, ale najwidoczniej nie chcieli się poddać, co działało na niekorzyść atakujących. Nie trudno było się domyślić, że wezwali już wsparcie.
- Czugun!, Wania! Na lewo, załatwimy ich granatami. - Krzyknął Rybakow do wiszącego obok ust mikrofonu i wystrzelił kilka razy, osłaniając podkomendnych. Potem poderwał się do biegu i ruszył na prawo. Klepnięciem w ramię oznajmił innemu żołnierzowi, żeby szedł za nim.
Eksplozja pierwszego granatu rozeszła się echem po lesie, strącając śnieg z pobliskich drzew. Potem wybuchły trzy kolejne ładunki, wzbijając w powietrze bryły lodu i zmarzniętej ziemi. U podnóża pagórka ktoś krzyczał.
Rybakow długimi susami zbiegał w dół stoku. W ślad za nim puścił się inny czerwonoarmista, osłaniając dowódcę. Sierżant dopadł do drzewa rosnącego raptem kilkanaście metrów od drogi. Kilka pocisków uderzyło w i tak już postrzępioną korowinę.
Nagle kilku Brytyjczyków poderwało się z ziemi, zmuszając nadbiegających z prawej strony Rosjan do znalezienia kryjówki.
- Wierabiej, co wy tam robicie do cholery!? - Rybakow znowu krzyczał do mikrofonu. - Pięciu, plecami do was! Adam, widzisz ich!? - zapytał się snajpera. Jakby w odpowiedzi jeden z imperialistów padł na twarz, trzymając się za krwawiący brzuch. Idący najbliżej kolega przykucnął, starając się odciągnąć rannego z linii strzału.
- Da... - Zabrzmiało w słuchawce. Mając świadomość wsparcia ze strony snajpera, sierżant wyskoczył zza pniaka i puścił długą serię w stronę nadbiegających Brytyjczyków. Było ich już tylko dwóch. Ogień z karabinu odrzucił pierwszego do tyłu, drugi upadł na ziemię i odtoczył się za ścięty pniak. Rybakow, pędząc ile sił w nogach, wślizgiem znalazł się tuż obok prowizorycznej osłony. Długi nóż błysnął złowieszczo w jego dłoni, ale przeciwnik najwyraźniej był przygotowany na takie posuniecie i również dobył swojego sztyletu. Sierżantowi zdawało się, że przez wizjery w pełnym hełmie widzi twarz Brytyjczyka, który szerokim łukiem wyprowadził cięcie od góry, celując w szyję Rosjanina. Ten chwycił wroga za nadgarstek i oparł stopę na jego klatce piersiowej, przewracając się na plecy. Zdziwiony imperialista przeleciał nad Rybakowem, ciężko padając na śnieg. Nim się zorientował, zmatowiałe ostrze było do polowy zatopione w jego szyi. Sierżant jednym wprawnym ruchem wyciągnął nóż z martwego ciała i cisnął nim w kierunku żołnierza, którego przed momentem postrzelił. Zimna stal przeszyła strugę światła i zniknęła w przedramieniu trzymającej karabin ręki. Mężczyzna z jękiem upuścił broń i chwycił się za kolejną ranę. Rosjanin w biegu podniósł z ziemi swój karabin i bez namysłu zdzielił nim w twarz zwijającego się z bólu przeciwnika, momentalnie go uciszając. Spod popękanej maski hełmu na śnieg spłynęła strużka krwi.
Chwila wytchnienia. Rybakow zaryzykował dłuższe spojrzenie na miejsce potyczki. Czugun i Wania szukali żywych, Misza zdzielił w tył głowy Brytyjczyka pochylonego nad postrzelonym przez snajpera kolegą, pozbawiając nieszczęśnika przytomności. Chyba było już po wszystkim.
- Wszyscy cali? - krzyknął sierżant, podchodząc do zamykającego kolumnę samochodu. Strzelec cekaemu leżał martwy z głową odchyloną do tyłu w bardzo nienaturalnej pozycji. Rybakow otworzył drzwi pojazdu i wyrzucił z niego martwego kierowcę.
- Tylko Anton zlał się w gacie, jak mu zaczęły pociski nad łbem latać! - zażartował Wierabiej, wychodząc ze swojej kryjówki. Dobrze zamaskowany wyglądał niczym żywy, poruszający się krzew.
- Ty tam mordę zamknij! - odpowiedział obrażony żołnierz, zarzucając RPG-7 na plecy.
- Dobra, - rzekł Rybakow, - kto chce, niech bierze pamiątki i zwiewamy. Czugun, wezwij śmigłowiec. Na pewno będą szukać tego patrolu, musimy się pospieszyć.
Rzekłszy to, sierżant odpalił brytyjską terenówkę. Usytuowana z prawej strony kierownica niezbyt mu odpowiadała, ale innej opcji nie mieli. Do samochodu wsiadło ośmiu żołnierzy, meldując się po kolei, a potem ruszyli, zostawiając z tyłu pobojowisko. Kłęby czarnego, smolistego dymu wznosiły się wysoko nad lasem, skutecznie zdradzając miejsce potyczki.

Wnętrze mobilnego centrum dowodzenia G1 w środku dnia zawsze wypełniali ludzie. Mostek poruszającej się na gąsienicach machiny tętnił życiem wielu oficerów sztabowych i dowódców poszczególnych jednostek, które nie były w danej chwili zaangażowane walkę. Wiele z nich miało za sobą pierwszy bój jeszcze przed wkroczeniem na terytorium ZSRS, niekiedy będąc wcielonymi do nowego frontu bezpośrednio po wycofaniu z innego miejsca walk. Wśród weteranów dominowali żołnierze biorący udział w inwazji na Strefę Jedenastą i Afrykę Południową. Część z nich nie zdążyła jeszcze odpocząć po krwawym stłumieniu niedawnej rebelii, zwanej Czarną. Mimo wszystko pion sił brytyjskich nadal stanowiły jednostki sformowane w ciągu ostatniego roku i było wśród nich wielu Honorowych Brytyjczyków, którzy otrzymali obywatelstwo w zamian za służbę w armii Imperium.
Dla Luciano Bradleya doświadczenie bojowe podkomendnych nie grało żadnej roli. Mieli się bić i zwyciężać, nikt niczego więcej nie oczekiwał i jak dotąd Dziesiąty Rycerz się na nich nie zawiódł. Jednak z tygodnia na tydzień życie w kamaszach stawało się coraz cięższe, a wrogi opór coraz trwalszy. Każdy kolejny sukces kosztował więcej krwi, a Bradley doskonale zdawał sobie sprawę, że nie może dopuścić do przekształcenia się szybkiej inwazji w wojnę na wyniszczenie i wyczerpanie, tym bardziej, że zaangażowana w różnych częściach świata armia Brytyjska napotykała liczne problemy kadrowe.
- Lordzie, właśnie ominęliśmy wrogie pasma zagłuszania. - Oznajmił oficer łączności. - Czy chce pan poznać wieści ze świata?
Rudzielec kiwnął głową, chwilowo nie miał nic lepszego do roboty, a lubił być na bieżąco z informacjami. Zwisający z sufitu ekran rozbłysnął delikatnie, prezentując logo kanału informacyjnego brytyjskiej telewizji, której sygnał z założenia miał docierać do wszystkich zakątków Imperium. Znudzony Rycerz bez większych emocji przyglądał się dłuższą chwilę skrótowi wiadomości, ale w pewnym momencie aż otworzył usta ze zdziwienia. Nie miał ochoty na wydawanie poleceń, sam podniósł słuchawkę telefonu i zwołał naradę. Mostek natychmiast opustoszał, na stanowiskach pozostały tylko niezbędne osoby.
- Mam nadzieję, że moi dowódcy znają obecną sytuację? - zapytał retorycznie Bradley, bo przecież on jako pierwszy miał dostęp do informacji.
- Lordzie, czy chodzi o wysadzenie ostatniego transportu? - odparł speszony oficer logistyczny, - Sam się niedawno dowiedziałem, miałem to przekazać natych...
- Jaki znowu transport do cholery!? - wybuchnął Luciano Bradley, – Co znowu takiego!?
Młody oficer teraz już nie mógł wydusić z siebie ani słowa i tylko spoglądał z przerażeniem na Dziesiątego Rycerza, zdezorientowany całą sytuacją.
- Skład kolejowy numer piętnaście został zaminowany podczas postoju spowodowanego wysadzeniem torowiska. - Młodszemu koledze przyszedł z pomocą dowódca 4. Dywizji Królewskiej Piechoty Pancernej, generał Henry Johnson. - Sprawcy wyszli z lasu w środku nocy, uporali się z ochroną i zniszczyli cały transport. Metodyka ich działania wskazuje, że tego zbrodniczego czynu dokonała grupa dobrze zorganizowanych i wyszkolonych żołnierzy regularnej armii, najprawdopodobniej przerzuconych za linię frontu już jakiś czas temu.
- Ile takich grup może działać na naszych tyłach? - zapytał Bradley, próbując wydobyć z siebie resztki spokoju i opanowania.
- Sądzę, że jakiekolwiek szacunki nie mają sensu. Wprawdzie stanowiące największe zagrożenie sowieckie armie pancerne jeszcze długi czas będą przerzucane z zachodu, ale wojska aeromobilne zostały szkolone do właśnie tego typu akcji. Ich transport przebiegł szybko, a na tak dużym odcinku frontu wykrycie nisko lecących śmigłowców jest niemożliwe. Zdradziła nas szybkość naszych postępów, w takim tempie nie damy rady zabezpieczyć tyłów. Nie będę już wspominało o wrogich niedobitkach, ich pozostałości również zbierają się w niewielkie grupy i prowadzą zwiad. Udało nam się przechwycić kilka meldunków, ale sami dywersanci są nieuchwytni...
Bradley klapnął ciężko na swój tron. Jako główny dowódca dowiedział się ostatni, że jego armie za szybko brną do przodu, co przyprawiło młodego arystokratę o wywołane złością dreszcze. Dłuższą chwilę pogrążał się w zadumie, zupełnie zapominając o głównym powodzie zwołania narady. Jak się okazało, są ważniejsze sprawy do rozpatrzenia.
- Dlaczego nie byłem informowany na bieżąco? - wydusił w końcu z siebie Dziesiąty Rycerz, spokojny i opanowany jak nigdy. Powaga na jego twarzy zdawała zapierać dech w piersi każdego, kto chociaż raz miał wątpliwą przyjemność rozmowy z nim.
- Dowódcy woleli sami załatwić ten problem i nie niepokoić Lorda. Niestety, jak się okazało, sytuacja wymaga skoordynowanych działań...
- Nakazuje, aby sztab w tej chwili opracował instrukcję dla jednostek rezerwowych i skierował je do walki z sabotażystami. Schwytanych wrogów zabijać na miejscu, nie potrzeba nam jeńców. Oficerów kierować na przesłuchania. - Rzucił rudzielec i zaraz dodał: - Co ze zniszczonym transportem? Co przewoził?
- Były to uzupełnienia sprzętowe, - oficer logistyczny w końcu odzyskał głos, - pięćdziesiąt czołgów, siedemdziesiąt trzy transportery opancerzone, sto dwanaście Knightmare Frame typu Glasgow i Sutherland, piętnaście Gloucesterów w wersji dowódczej... - Młody oficer wymieniał szkody i przyglądał się zmieniającemu się grymasowi na twarzy Luciano Bradleya, który zdawał się powoli kipieć ze złości, a najgorsze dopiero przed nim.
- Dwadzieścia procent sprzętu, w tym broni ręcznej, uległo całkowitemu zniszczeniu. Blisko trzydzieści procent będzie wymagało odesłania do zakładów w Ameryce Północnej, dwanaście procent posłuży za części zamienne, reszta zostanie poddana naprawom polowym, ale ich czas może być różny...
Luciano nieco się rozchmurzył. Nie było aż tak źle, skoro część sprzętu dało się naprawić na miejscu. No i to nie jedyny taki transport, w drodze jest kilka następnych, a dwa właśnie są rozładowywane. Te optymistyczne myśli tak ograniczyły czujność Rycerza, że następna informacja okazała się dla niego niebywałym szokiem, prawie obezwładniającym ciosem w kark.
- Z przykrością muszę również poinformować, że to właśnie tym pociągiem transportowano Percivala i Vincenty dla Szwadronu Walkirii...
Bradley nie wytrzymał. Zerwał się z siedziska i stanął naprzeciwko oficera. Uderzył go w twarz raz, potem drugi, trzeci, zamachnął się do czwartego, ale młody człowiek zatoczył się z rozbitym nosem i krwawiącymi wargami. Luciano nie był mężczyzną nadzwyczajnej postury, ale bił z nieopisaną i zupełnie pozbawioną adresata nienawiścią. Niczemu nie winna ofiara upadła z jękiem na ziemię i kopniak w twarz pozbawił ją przytomności. Rycerz przystanął, jakby nieco się opanowując. Spojrzał na hrabiego Johnsona, który całemu zajściu przyglądał się ze spokojem i bez jakiegokolwiek poruszenia. Tylko wiszący u boku ozdobny miecz i wymalowana na hełmie korona świadczyły o arystokratycznej krwi ubranego w polowy, szary mundur żołnierza.
- Zabierzcie to ścierwo, - rzucił nadal niepocieszony Bradley do siedzących przy komputerach wojskowych informatyków, - jeżeli tak dalej pójdzie, to możemy nie zdobyć zimowych przyczółków na czas...
- Ależ lordzie, przecież dotychczasowe działania idą zgodnie z planem. - Zripostował szlachcic.
- Dotychczasowe... A co dzieje się teraz? Mów, tylko bez owijania w bawełnę! - Zagroził Wampir, wskazując na ciągniętego za ramiona nieprzytomnego oficera. Johnson westchnął ciężko. Tego się obawiał, ale w końcu oliwa zawsze wypływa na wierzch, optymistyczne wizje roztaczane przez dowódców musiały ustąpić brutalnej rzeczywistości.
- Skoro tak... - zawahał się hrabia, ale w końcu zasięgnął pokładów swojej odwagi, - Sytuacja się pogarsza. Prawda jest taka, że dopiero teraz inwazję można nazwać wojną. Sowieci otrząsnęli się z pierwszego szoku i zaczynają walczyć. Nasza armia inwazyjna była kompletowana z myślą o szybkim zajęciu zimowych przyczółków tanim kosztem. Dotychczas nie mieliśmy do czynienia z walką w całkowicie otwartym terenie, w kraju, gdzie miasta są oddalone od siebie o setki kilometrów. Sowieckie czołgi, mimo iż nie mogą się równać kunsztem myśli technicznej z naszymi maszynami, zadają ogromne straty Piechocie Pancernej. Knightmare nie posiadają uzbrojenia, które mogłoby zniszczyć wrogą broń pancerną z odległości ponad tysiąca metrów, a same są wrażliwe na ogień nawet na dystansie dwóch tysięcy metrów... Musimy jak najszybciej zdobyć przyczółki i przebudować siły, by na wiosnę przeprawić się przez Ural.
- Wtedy może być już za późno. - Sprzeciwił się Bradley. - Owszem, przyczółki należy zdobyć, ale do wiosny Sowieci zdołają zgromadzić znaczne siły, tym bardziej, że na jakikolwiek ruch naszych sił z Afganistanu nie ma co liczyć. Ugrzęźliśmy tam na dobre... - Westchnął, przechadzając się po mostku miarowym krokiem. - No i ta klęska na Morzu Czarnym. Wszystkie wysiłki są teraz na naszej głowie.
- Z całym szacunkiem, lordzie, ale przeprawianie się zimą przez góry to samobójstwo, zwłaszcza z taką ilością sprzętu. Pierwotnie plan zakładał, że po osiągnięciu Uralu resztę działań zostawilibyśmy...
- Pierwotny plan spalił na panewce, - w pomieszczeniu rozbrzmiał nowy głos, którego właściciel pokłonił się wysoko Rycerzowi, - a Pendragon był tak zadowolony z naszych szybkich postępów, że nikt tam nawet nie pomyślał, by jakoś rozwikłać tę nieprzyjemną sytuację.
- Miło pana widzieć, baronie Edwards. - Przywitał się Johnson.
- Mnie również, aczkolwiek okoliczności są dość nieciekawe. - Spostrzegł nowo przybyły. - Jak mniemam, ta narada ma zapewne związek z najnowszymi wieściami...
- Czy ja o czymś nie wiem? - Zapytał się zdziwiony hrabia, a baron w odpowiedzi podsunął mu raport. Johnson zastygł na dłuższą chwilę ze wzrokiem wlepionym w blok maszynowego tekstu.
- Tego chyba nikt nie przewidział...
- Owszem, to nie małe zaskoczenie. - Przytaknął Edwards. - Wróg zwraca się do wroga o pomoc, a ten decyduje się udzielić mu wsparcia. Scenariusze filmu są bardziej wiarygodne.
- Wróg? - Zdziwił się Luciano Bradley, zdradzając tym samym swoje braki w rozeznaniu politycznym.
- Nie oficjalny, ale idea komunizmu od zawsze zakładała rozprzestrzenienie tej, nazwijmy to utopijnej, wizji na cały świat. A Polacy raczej jej nie przyjęli i tak oto mamy dwa wiecznie zwaśnione państwa.
- To tylko utwierdza mnie w przekonaniu, że w Europie powinien zapanować imperialny porządek. - Skwitował rudzielec, zaciskając pięść w akcie groźby, jak mu się zdawało, skierowanym na zachód. - Ale nie ma co rozprawiać o tym fenomenie, chcę znać możliwości polskiej armii i skalę pomocy udzielonej sowietom.
Edwards skrzywił się lekko. Spodziewał się takiego pytania, ale i tak nie mógł przygotować na nie żadnej konkretnej odpowiedzi, co najwyżej mógł dobrać słowa w taki sposób, aby nie rozwścieczyć dowódcy.
- Niestety, mój lordzie, ale nie znamy konkretów. - Odparł krótko, może za krótko, takie odniósł wrażenie, widząc wzrok Bradleya. Przenikliwy, dziki, władczy, zdający sobie sprawę z mocy swojej pozycji, to dało się odczytać w tym złowrogim spojrzeniu. Ku ogólnemu zdziwieniu ton głosu Wampira pozostał bez zmian.
- Co mam przez to rozumieć?
- Nikt nigdy nie traktował Polski jako źródła zagrożenia. Oczywiście, mamy agentów w Europie, ale ci bardziej skupili się na inwigilacji sojuszu jako całości, oraz najistotniejszych europejskich mocarstw, jak Niemcy, Francja, Włochy czy Szwecja, na resztę zabrakło już ludzi. Ale trochę wiemy... - Przystopował baron, zauważając, że Dziesiąty Rycerz powoli się uspokaja. - Polska przez cały czas od chwili odzyskania niepodległości stale się zbroiła, gotując się na odparcie sowieckiej agresji. Sto lat ciągłego zbrojenia, przebudowy arsenału, zmian organizacyjnych i modernizacji, badań i doskonalenia planów i strategii. Z tym, że to wszystko było nastawione do walki ze wschodem, a potem na współpracę w obrębie Unii Europejskiej. Pierwotny plan podboju Starego Kontynentu zakładał, że po rozbiciu armii głównych krajów członkowskich mniejsze nie będą stanowiły zagrożenia, gdyż sam sojusz, jako taki, jest mocno niestabilny. Teraz jednak obawiam się, że w obliczu opóźnienia inwazji trzeba będzie najechać Europę od wschodu, zaczynając od Polski.
- Dużo wiesz, baronie, - podsumował Bradley, dziwnie zadowolony z tego, co przed chwilą usłyszał, - ciesze się, że mam w swoim sztabie takich ludzi. Coś jeszcze?
- Tak! - Odparł zachęcony pochwałą Edwards. - W latach osiemdziesiątych nastąpiła dość ciekawa rzecz. Otóż ZSRS, zmuszony przez światowy kryzys ekonomiczny do otwarcia się na rynki spoza układu, podjął próby handlu z krajami Unii Europejskiej. Te jednak nie były zainteresowane wschodnią technologią, bo po prostu ich własna była lepsza. Jednak wiele mniejszych i biedniejszych krajów skorzystało z oferty, w tym Polska, która u swojego wroga kupiła... licencję na produkcję różnego rodzaju broni! - Ostatnią część wypowiedzi baron zwieńczył teatralnym okrzykiem, jakby rozwikłał detektywistyczną zagadkę. Bradley zmarszczył czoło i uśmiechnął się jeszcze bardziej.
- Czyli ich armia technologicznie nie przewyższa wojsk sowieckich? - Dopytywał się rudzielec.
- Na to wygląda, w tygodniu postaram się przedstawić szczegółowy raport.
Luciano Bradley Rozsiadł się w swoim tronie i na wbudowanym w podłokietnik globusie zaczął przyglądać się nowemu przeciwnikowi. Zastanawiał się, jak tak małe państewko może przeciwstawić się kontrolującemu pół świata kolosowi i doszedł do wniosku, że jego mieszkańcy muszą być albo bezgranicznie głupi, głupsi nawet od tych upartych jedenastostrefowiczów, których uważał za podludzi, albo tak odważni, że męstwem i oddaniem przyćmiewają nawet brytyjskich żołnierzy. Zaraz jednak wykluczył tę drugą opcję jako nierealną, bo znał swoich podwładnych i wiedział, że nie zawahają się przed niczym.
Zakręcił kulistym odzwierciedleniem ziemskiego globu. Wpierw podbije ZSRS, potem przedstawi władcy błyskotliwy plan inwazji na Europę od wchodu i sam go zrealizuje. A potem zatknie brytyjską flagę na gmachu Parlamentu Europejskiego w Brukseli i zostanie mianowany Pierwszym Rycerzem Jego Królewskiej Mości, dziewięćdziesiątego ósmego władcy Świętego Imperium Brytyjskiego, Charlesa vi Britannia. A Monika? Ona się nie liczyła, w końcu sama była z krwi Polką i w ostateczności osobiście ukarze ją za konszachty z Polakami i zdradę.

_________________
Mam przywilej [nie] być Człowiekiem
But nvidia cards don't melt, they just melt everything within 50 meters.

Powrót do góry Zobacz profil autora
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość
ZUBEK Płeć:Mężczyzna
Niestety, to ja ...

Dołączył: 31 Sie 2009
Status: offline
PostWysłany: 09-10-2010, 23:56   

Ten pierwszy kawałek z reporterką, trochę nijaki jak dla mnie, ale rozumiem że konieczny dla jakiegoś wypełnienia tego wątku (spodziewam się że rozwinie się on za dalszy front niż zdawanie relacji z wojny). Z atakiem fajnie wyszło, chociaż trochę to krótkie, i nie wiem czy to miało być jakieś wprowadzenie do nowego wątku, czy swego rodzaju demonstracja. Więc wstrzymam się z oceną. Bardzo ciekawa akcja po brytyjskiej stronie, podoba mi się to całe "raportwanie". Pokazuje że po tamtej stronie też są jacyś bohaterowie, a nie tylko szarzy "źli Brytyjczycy", co daje nam ukształtować sobie trochę większy obraz przeciwnika, oraz zobaczyć że tam też jest jakaś akcja, reakcje ludzi i ogólnie coś się dzieje.
No i oczywiście powtórzę swoje pytania o mapę Europy i Rumunie.

_________________
Lubię dobre Anime
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość
Slova Płeć:Mężczyzna
Panzer Panzer~


Dołączył: 15 Gru 2007
Skąd: Hajnówka
Status: offline

Grupy:
Samotnia złośliwych Trolli
PostWysłany: 10-10-2010, 00:12   

Europa o mapie sprzed 1939, aczkolwiek bez obecności Anglii, której wyspy należą do Francji. A z tą Rumunią to mam niezły orzech do zgryzienia, serio, poruszyłeś problem, o którym wcześniej nie myślałem i nie mam wizji na jego rozwinięcie, aczkolwiek staram się coś wyczarować, by miało to ręce i nogi. Całość jest jeszcze plastyczna, więc jeżeli nie poruszę tego wątku w przyszłości, to po prostu dopisze go we wcześniejszych rozdziałach.

_________________
Mam przywilej [nie] być Człowiekiem
But nvidia cards don't melt, they just melt everything within 50 meters.

Powrót do góry Zobacz profil autora
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość
ZUBEK Płeć:Mężczyzna
Niestety, to ja ...

Dołączył: 31 Sie 2009
Status: offline
PostWysłany: 10-10-2010, 08:40   

A czyli wszystkie kraje są na mapie. Co o tej Rumuni, to rzeczywiście nie masz teraz łatwo, bo ogólnie to jeszcze zanim podjęli decyzje powinno być poruszone. Na szczęście ratunkiem jest pochopność i szybkość decyzji, oraz jej swego rodzaju niezależność od władz Polskich. Jednak po oficjalnym przystąpieniu do wojny powinno coś z tym być, czyli generalnie jakoś w następnym rozdziale chyba. Możesz po prostu zrobić tak że będzie krótkie spotkanie na którym władze Rumuńskie się po prostu nie zgodzą, na oficjalną pomoc, ale trochę Polskę wspomogą i wtedy będzie to mały nieważny wątek godny pominięcia.
A i jeszcze do mapy mam pytanie. Tym razem o Niemcy, czy mają już Czechy i Austrię czy nie. Domyślam się że raczej nie, ale wolę się spytać.
Sorry że tak się tego czepiam, ale chcę sobie ukształtować to uniwersum.

_________________
Lubię dobre Anime
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość
Slova Płeć:Mężczyzna
Panzer Panzer~


Dołączył: 15 Gru 2007
Skąd: Hajnówka
Status: offline

Grupy:
Samotnia złośliwych Trolli
PostWysłany: 10-10-2010, 09:38   

Nie, nie mają. Ogólnie w moim założeniu Hitler obawiał się zaatakowania Francji, która posiada także Wyspy Brytyjskie, więc jego polityka nie była tak agresywna i IIWŚ nie wybuchła. Chociaż w fabule anime nigdzie tego nie wyjaśniano, jak również granice państw są takie, jak po IIWŚ i tu właśnie jest jedna z istotnych różnic. Zasadniczo to najłatwiej wyjaśnić pozycję Chin, na które wygnana z Europy i osłabiona Brytania nie miała już wpływu. Tym samym ekspansja Japonii się nie odbyła.

_________________
Mam przywilej [nie] być Człowiekiem
But nvidia cards don't melt, they just melt everything within 50 meters.

Powrót do góry Zobacz profil autora
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość
ZUBEK Płeć:Mężczyzna
Niestety, to ja ...

Dołączył: 31 Sie 2009
Status: offline
PostWysłany: 15-11-2010, 15:40   

Nie chcę cię popędzać, ale tak z ciekawości. Trwa to tak długo, bo to będzie jakiś duży rozdział, masz jakiś zastój twórczy, czy po prostu czasu nie starcza ? Bo trochę czasu już minęło i się zastanawiam czego się spodziewać.

_________________
Lubię dobre Anime
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość
Slova Płeć:Mężczyzna
Panzer Panzer~


Dołączył: 15 Gru 2007
Skąd: Hajnówka
Status: offline

Grupy:
Samotnia złośliwych Trolli
PostWysłany: 16-11-2010, 08:28   

Hmmm. Trochę tego, trochę tego i trochę tamtego. Napisałem już osiem stron, kilka fragmentów jest zamkniętych, ale zostały dwa, które zacząłem i nie wiem, jak napisać je dalej (a wiem, co chcę przekazać) i jeden, których chcę dodać, ale jeszcze nie zacząłem go pisać. Tak więc ostatecznie może wyjść z tego ponad dziesięć stron. Tymczasem czasu także nie starcza tyle, ile potrzeba. Mam sporo weny do tekstu, ale zazwyczaj nie do tego, czego aktualnie mi potrzeba. Zacząłem już pisać jeszcze następny rozdział oraz fragment, który zawrę w nawet nie wiem której części (na pewno nie prędko). Cały czas do głowy przychodzą mi nowe wątki. No i łatwiej mi jest opisywać akcję, niż rozmowę kilku ludzi na raz (a właśnie to jest mi potrzebne do zakończenia rozdziału...).

Na pocieszenie playlista, której słucham podczas pisania:
http://www.youtube.com/watch?v=nPWv3b8leOk&p=624E8EAB55BAD10F&feature=BF&index=3&shuffle=172

Dzięki za zainteresowanie!

PS:
Aha, w dotychczasowych rozdziałach rozbudowywałem fragmenty już wcześniej napisane, teraz wszystko tworzę od podstaw i dlatego pracuję wolniej.

_________________
Mam przywilej [nie] być Człowiekiem
But nvidia cards don't melt, they just melt everything within 50 meters.

Powrót do góry Zobacz profil autora
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość
ZUBEK Płeć:Mężczyzna
Niestety, to ja ...

Dołączył: 31 Sie 2009
Status: offline
PostWysłany: 16-11-2010, 20:52   

Bardzo się cieszę, że to będzie coś obszernego, bo już się bałem, że po prostu w ogóle nie masz czasu i zbyt wiele tego jeszcze nie ma. Trochę dużo razy zaczynasz od podstaw, ale mam nadzieję, że będzie tych kilka rzeczy natury politycznej. Jak ta Rumunia i może jakieś drobniejsze wprowadzenie do europy. Na szczęście nawet jeśli tych dodanych rzeczy w rozdziałach które już były jest mało, to piszesz na tyle dobrze, że nie przeszkadza mi czytanie tego tekstu po raz któryś.

Tak od siebie dodam, że możesz, w jakimś innym miejscu (może na jakimś forum literackim) zamieścić część wersji roboczej z którą masz problem. Napisać mniej więcej o co chodzi i poprosić o małą pomoc w konstruowaniu zdarzeń.

PS: Fajna playlista.

_________________
Lubię dobre Anime
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość
Slova Płeć:Mężczyzna
Panzer Panzer~


Dołączył: 15 Gru 2007
Skąd: Hajnówka
Status: offline

Grupy:
Samotnia złośliwych Trolli
PostWysłany: 16-11-2010, 23:28   

Jedyne forum literackie, które znam, to Fahrenheit, ale tam nie tolerują tasiemców.

_________________
Mam przywilej [nie] być Człowiekiem
But nvidia cards don't melt, they just melt everything within 50 meters.

Powrót do góry Zobacz profil autora
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość
Wyświetl posty z ostatnich:   
Strona 1 z 3 Idź do strony 1, 2, 3  Następny
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików
Możesz ściągać załączniki
Dodaj temat do Ulubionych


Skocz do:  

Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group