FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy
RejestracjaRejestracja  Galeria AvatarówGaleria Avatarów  IRC (qchat mibbit)  ZalogujZaloguj

Poprzedni temat :: Następny temat
Idź do strony Poprzedni  1, 2, 3 ... 7, 8, 9, 10, 11  Następny
  BISHOUJO SENSHI (H)ARCHER(Z) MAYA
Wersja do druku
LunarBird Płeć:Mężczyzna
Chaos Master & WSZ


Dołączył: 30 Maj 2005
Skąd: Hellzone
Status: offline

Grupy:
Lisia Federacja
PostWysłany: 15-11-2006, 15:04   

Buahaha! XD

Nie śmiem nawet zgadywać jak się ta cała heca skończy. Jak by to powiedziały Mai i spółka? "Kwikogenne"? Tak, chyba tak. ^^

A przy okazji bardzo mnie interesują losy Mai, gdyż jej dar i to, co ona robi z otoczeniem momentami bardzo mi przypomina losy Jane Grey z Dark Phoenix Saga, którą uwielbiam (pomijając zakończenie może><).

Ta sekwencja łączenia się mecha na końcu była celna jak diabli! Te neopety są powalające... Wbrew moim oczekiwaniom z ich knowań jednak wyszło coś konkretnego. Tylko jak długo się to utrzyma to już osobna kwestia... ><

Ysen, masz dopisać dalszy ciąg, bo cię ukarzę w imieniu Księ... eee... to znaczy w imieniu wkurzonych czytelników (ze mną na czele)!

_________________
Cytat:
- Mulder... To jest... to chyba żółć...
- Powiesz mi jak to z siebie zdjąć zanim stracę kamienną twarz?
"The X-Files", #4 "Squeeze"


Autor posta: rip LunarBird CLH
Przejdź na dół Zobacz profil autora
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość Wyślij email Odwiedź stronę autora
 
Numer Gadu-Gadu
5146592
 
Numer ICQ
Ysengrinn Płeć:Mężczyzna
Alan Tudyk Droid


Dołączył: 11 Maj 2003
Skąd: дикая охота
Status: offline

Grupy:
AntyWiP
Tajna Loża Knujów
WOM
PostWysłany: 19-11-2006, 20:34   

Wszystko wskazuje na to, że częstotliwość wychodzenia wróciła jako tako do normy... Tak poza tym wszystko po staremu.
_________________________________________________________________________

DA GREJT KONTINIUEJSZYN PART SEWEN


- Więc nie zawarłeś z nimi żadnego mistycznego przymierza, a chodzi po prostu o… Czar przywołania z internetu?
- Jakiś młodociany szatanista zamieścił na swojej mrocznej i gotyckiej stronie. Następnie kilkunastu innych młodocianych satanistów, plus co najmniej jedna młodociana wiccanka, poumieszczało na swoich mrocznych i gotyckich blogach. Poza tym zacytowano je na kilku forach, równie mrocznych i gotyckich. Wszystkie te strony mają w sumie około stu tysięcy gości miesięcznie i nawet zakładając, że przywołać mnie spróbuje jeden na dziesięć tysięcy odwiedzających, to i tak liczby są zdecydowanie przeciwko mnie.
- Hmm... Myślę, że potrafilibyśmy coś zrobić z tą niedogodnością panie... Zegis de Xan. Wpierw jednak prosiłabym o małą przysługę, do której wielce przydatna będzie twoja niezwykła zdolność samowskrzeszania. Jak mieliśmy okazję się przekonać - jest idealna do całkowicie niezauważonego omijania nieprzyjaznych sił.
- Chyba, że nieprzyjazną siłą jest cholerny anioł...
- Akurat tych nieprzyjaznych sił o posiadanie anioła bym nie podejrzewała.
- Cóż... Nie mam wyboru, co?

* * *

- Już się uspokoiłeś?
- Tak – burknął Xeniph, siedząc ze skrzyżowanymi rękami i pochyloną głową.
- Cóż za słownictwo – parsknęła Vanille, podnosząc do ust jedną z nielicznych filiżanek, jakie przetrwały kataklizm. Oboje siedzieli obok siebie przy stole, mając naprzeciw siebie trolle, gapiące się w przestrzeń nieobecnym wzrokiem. – Ja rozumiem, że to stado potworków Seriki nie powinno pchać łapek w nieswoje rzeczy, ale tak reagować?
- Phi.
- Dobra, wystarczy już – westchnęła Maya, drepcząc w kółko i rozmyślając. - Xeniph powiedział, co myśli o wykorzystywaniu nie swoich planów podboju świata. My powiedzieliśmy, co myślimy o takim zachowaniu, temat zamknięty. Zamiast się sprzeczać, może ktoś mi powie, co robić?
- Ja bardzo chętnie...

Rudowłosa błyskawicznie odwróciła się w kierunku, skąd dobiegł głos, nie zauważyła jednak wiele poza kurtyną czarnej peleryny i stalowym ostrzem wzniesionym nad prawym barkiem rycerza. Z prychnięciem irytacji wystawiła głowę zza pleców Ysengrinna, na wszelki wypadek z prawej strony, nie chcąc wchodzić w trajektorię jego ostrza. Wtedy dopiero dane jej było ujrzeć przybysza – niewysokiego, czarnowłosego chłopca o poważnym spojrzeniu, okrytego dziwnym długim płaszczem, ale poza tym wyglądającego podejrzanie normalne. Zwłaszcza jak na kogoś, kto pojawia się znikąd w chatce unoszącej się kilkaset metrów nad ziemią.

- Skąd on się tu wziął?
- Zmaterializował się – stwierdził rycerz, nie mówiąc jej niczego specjalnie nowego.
- Najpierw pojawił się szkielet, potem mięśnie, a na końcu skóra – uściśliła Biała Wiedźma, lekko drżącym głosem, kierując w stronę nieznajomego swą różdżkę. – Dość niecodzienna technika teleportacji...
- Bez obaw, środki przymusu nie będą potrzebne – odezwał się wreszcie przybysz, uśmiechając się i unosząc dłonie. – Przybywam w celach pokojowych. Przynoszę wam wieści od waszych przyjaciół.
- To miło z ich strony, nie mogli po prostu napisać?
- Trochę im się spieszy, więc poprosili mnie o pomoc.
- Jaką niby mamy mieć pewność, że faktycznie przychodzisz od kogoś z naszych?
- Hmm... Właśnie, kazali to przekazać – W stronę najbliższej osoby, którą okazał się być Ysengrinn, wyciągnął rękę ze złożonym w kostkę ubraniem. – Niejakiej Mayeczce.
- Czy ja wyglądam na Mayeczkę?
- Mój strój gimnastyczny – jęknęła Maya, przypominając sobie. Kozue miała tyle przyzwoitości, biorąc ją do niewoli, że pozwoliła przebrać się w zwyczajny mundurek, by nie musiała biegać w spodenkach gimnastycznych po czyichś tajnych bazach. Oczywiście ze zdenerwowania zostawiła go w szkole. – To mogła być tylko Avellana...
- Kto?
- Bursztynowa Wiedźma. Opuść miecz, to rzeczywiście nasz człowiek.
- Z tym człowiekiem to bym nie przesadzał...
- What-ever!

* * *

- MRÓWKOJADOWY BICZ!!!

Z prawej dłoni olbrzymiego różowego robota o kobiecych kształtach wypłynął cienki, długi i jarzący się czerwienią bat. Dainyuu zrobiła szeroki zamach, otaczając się świszczącą spiralą i strącając dwa Ж-wingi, nurkujące w jej kierunku. Z przeciwnego kierunku nadlatywały trzy mechy bojowe Thotema, te jednak zatrzymały się w bezpiecznej odległości i wystrzeliły salwę rakiet. Kilka z nich robot zdołał strącić biczem, większość jednak uderzyła w cel i eksplodowała, strącając go na dach pobliskiego wieżowca.

- NEKOLASER!!!

Z chmury dymu i pyłu, jaka podniosła się z budynku, wystrzeliły dwa różowe promienie, przecinając powietrze, a przy okazji także dwa z mechów. Podmuch wiatru wreszcie rozproszył zasłonę, ukazując Dainyuu, demonstrującą łokieć w dość niepolitycznym geście.

- I co wy na to, frajerzy?! I co wy na to?! Chcecie jeszcze?!
- Ifusia...!
- Ifusiu, jakby pańcia to widziała...
- Nie wygłupiajcie się, jesteśmy w środku bitwy!!! – Wrzasnął do mikrofonu Miya, próbując przemówić do rozumu swym mimowolnym towarzyszom broni. Wtedy właśnie zaświeciła się czerwona lampka i coś zaczęło wściekle pikać. – Niech zgadnę, włączyliście autodestrukcję...
- Nie, jesteśmy namierzani.
- CO?!

Jakby w odpowiedzi „Aurora”, oddalona o kilka kilometrów, oddała w ich stronę salwę ze wszystkich dział lewej burty, trafiając pociskami nie tylko w nich, ale i wieżowiec na całej wysokości. Siła uderzenia przeniosła Dainyuu aż na drugą stronę ulicy, gdzie wbiła się głęboko w kolejny budynek. Siła wstrząsu była zresztą tak wielka, że ten zaczął się z rumorem zapadać w siebie. Po niedługim czasie w jego miejscu unosił się tylko szary, wolno opadający słup pyłu. Ciszę nad gruzowiskiem zakłócał tylko daleki warkot silników myśliwców. Dopiero po dłuższej chwili spod gruzu dało się słyszeć ciche, przytłumione słowa z głośnika.

- Słuchaj Miya-kun, może to jednak ty przejmiesz sterowanie?
- Nikt mnie nie kocha…
* * *

- Gdzież on poszedł, już dawno musiał znaleźć tę cholerną miotłę...
- Więc Noma, Avellana i Aniołki Małgorzaty są w Tokio, w budynku mojej szkoły?
- Tak.
- Aniołki Małgorzaty?
- Nie chcesz wiedzieć – zapewniła Ysengrinna Maya, po czym wróciła do Zegisa. – I mówisz, że obeliski generują nad miastem potężną antymagiczną barierę, uniemożliwiając im ucieczkę?
- Tak. I proszą was o zniszczenie przynajmniej kilku z nich, by mogły przystąpić do działania.
- Pójdę go poszukać...
- Vanny, siedź. Co ty na to, rycerzu?
- Hmm... Jeśli rozdzielilibyśmy się na małe grupki, szybko uderzali i wycofywali się, moglibyśmy spowodować znaczne zniszczenia, nim wróg zlokalizowałby nas i skierował przeciwko nam swe główne siły. Zresztą póki co skupia się głównie na walce ze zwierzakami panny Seriki.
- Brzmi kusząco. Jest jakieś „ale”?
- Prawdopodobnie wszyscy zginiemy.
- Oh well...
- Zbliżamy się do pierwszego obelisku – stwierdził Xeniph, beznamiętnie jak zawsze.
- Dobrze. Ktoś musi się nim zająć, reszta zaś jak najszybciej zabrać stąd i uderzyć na następny.
- Rozumiem. Życzę powodzenia Mayeczko.
- Ano neEEE!?! – Łuczniczka nagle przestała czuć grunt pod nogami, po czym momentalnie otoczyła ją świetlista biel.
- Ty chyba też idziesz, rycerzu?
- Później się policzymy – mruknął Ysengrinn, po czym wskoczył do połyskującego portalu na środku podłogi, który przed chwilą pochłonął jego podopieczną. Przejście zamknęło się błyskawicznie, ucinając mu skraj peleryny, który opadł na nieposprzątane szczątki serwisu.
- Będę się modliła za wasze grzeszne dusze – Vanille ukłoniła się miejscu, w którym zniknęli, ze złożonymi rękami. Nie wiadomo kiedy ubrała się w białe kimono i czarną perukę miko, jedno i drugie rozpłynęło się jednak w białą chmurkę, gdy pstryknęła palcami. – Xeniph! Skieruj nas do następnego obelisku.
- Okej...
- Jak będziemy na miejscu kopnij do akcji Zegisa i Szamana.
- Okej...
- Ja zaraz wracam. To naprawdę nie w stylu Miya-kuna wymigiwać się od pracy, mam nadzieję, że nic mu się nie stało...
- Okej...

* * *

- Zabiję ją. Wydrapię oczka. Wydłubię jajniki. Łyżeczką.
- Porywające – burknął rycerz krzywiąc się, jakby to jemu groziło wydłubywanie jajników. Motocykl, nad którym majstrował, wreszcie zaskoczył i zaniósł się kaszlem, po dodaniu gazu zaś zaterkotał. – Możemy jechać, wskakuj do przyczepki, panienko.
- Heh...

Magiczny portal Białej Wiedźmy wyrzucił ich dokładnie pod miejscem, gdzie lewitowała chatka, do obelisku był więc kawał drogi. Oboje byli zgodni, że skradanie będzie miało sens, gdy już się znajdą blisko, w obecnej chwili zaś i tak działo się za wiele dziwnych rzeczy, by mieli rzucać się w oczy. Wkrótce zresztą zauważyli, że wybranie motoru było genialnym pomysłem, gdyż drogi była całkowicie zapchane korkami trąbiących samochodów. Rycerz bez zwłoki skierował motocykl na pobocze i dodał gazu zaraz po przejechaniu krawężnika, zmiatają po drodze wszystko, łącznie ze stolikami kawiarnianymi i roznosicielami ulotek. Maya, skulona za szybą przyczepki by nie oberwać fruwającym krzesłem, nie przyglądała się zbyt uważnie otoczeniu, nieco się jednak zdziwiła, gdy mijali przyczynę korku. Ta okazała się być unieruchomionym fiatem 126p, z którego tylnej klapy unosił się malowniczy słup dymu. Nie interesowała się nigdy markami samochodów, nawet dla niej jednak podejrzane było, że ów cud techniki ni stąd i zowąd znalazł się w Japonii i to nawet nie w galerii osobliwości. Szybko jednak zapomniała o nim, słysząc krzyki policjantów na blokadzie, którą forsowali i chowając się głębiej do przyczepki.

Dalsza droga była dużo łatwiejsza, wjechali bowiem do obszaru ewakuowanego, w bezpośredniej bliskości czerwonego monumentu, gdzie drogi i pobocza były już puste. Co ciekawe nie walały się na nich nawet żadne odpadki, jakby służby porządkowe wysprzątały ulice przed odejściem, tak na wszelki wypadek. Puste ciche ulice, oświetlone tylko światłami motoru i czerwoną poświatą emanującą z obelisku, tworzyły dość wokół dość ponurą i niepokojącą atmosferę. Nagle, niewiadomo skąd, jakby w celu jeszcze większego zagęszczenia nastroju, rozległo się wycie wilka. Maya wzdrygnęła się, wsłuchując w przeciągły zaśpiew, gdy nagle uświadomiła sobie, że wycie wilka w betonowej dżungli nie daje się słyszeć codziennie i może znaczyć coś więcej niż tylko obecność leśnego drapieżnika. Ysengrinn najwyraźniej doszedł do tego samego wniosku, gdyż zaczął zwalniać i zjeżdżać na pobocze. Wtedy właśnie oboje usłyszeli za sobą jakiś odgłos.

Było już za późno na jakąkolwiek akcję, atak nastąpił w mgnieniu oka. Coś z olbrzymim impetem uderzyło w motocykl, przebiło przez złącze z przyczepką jak przez masło i poleciało dalej, zaś łuczniczka i rycerz polecieli w powietrze w przeciwnych kierunkach. Dziewczyna, niewytłumaczalnym cudem, wygramoliła się z lecącego pudła i wylądowała zwinnie na ziemi, kawałek dalej opadł Ysengrinn, dobywając miecza natychmiast po dotknięciu ziemi stopami. Oboje rozglądali się gwałtownie dookoła, szukając źródła zagrożenia, gdy znowu rozbrzmiało wycie, tym razem ze znacznie bliższej odległości, bezpośrednio przed nimi. W słabym świetle obelisku ujrzeli, iż na środku drogi stoi samochód, na nim zaś pokraczna postać, wygięta w łuk i wyjąca przenikliwie. Powoli ruszyli w jego kierunku, nie do końca pewni, czy nie powinni skierować się w kierunku wprost przeciwnym. Gdy znaleźli się już blisko dziwna istota przestała wyć, zeskoczyła z dachu auta i stanęła przed nimi, krzyżując łapy. Rycerz westchnął ciężko, poznając wilkoczłeka, którego miał już okazję poznać w wiedźmiej chatce, w jeszcze dziwniejszych okolicznościach niż obecne.

- Domyślam się, że to ty jesteś strażnikiem obelisku?
- Nom – stwierdził stwór wyluzowanym tonem, przymykając lekko ślepia. - Jestem Ryuzoku, dla przyjaciół Wuff.
- Miło nam. I raczej nas nie przepuścisz, co?
- No ba.
- Rycerzu, mógłbyś?
- Tak jest, panienko – odparł rycerz, błyskawicznie wyrzucając spod peleryny kolczastą sztabę na łańcuchu. Wilkoczłek uskoczył i pocisk przebił szybę samochodową, Ysengrinn jednak był już przy nim i ciął mieczem. Ryuzoku odbił cios pazurami, uderzając drugą łapą, ujrzał jednak, że Maya omija ich i biegnie dalej. – Powodzenia z obeliskiem.
- Nie dziękuję!
- Hej! Wracaj tu! – Warknął strażnik, wyrywając się za nią, zatrzymał się jednak jak wryty, niemal przewracając. Rycerz korzystając z nieuwagi wyrzucił kolejny łańcuch, którym teraz wilkoczłek miał spętaną prawą rękę.
- Na razie walczysz ze mną.
- Upierdliwy jesteś, wiesz? – Rzekł Ryuzoku, nie mniej spokojny niż na początku rozmowy.
- Wiem.

Wilkowaty potwór niespodziewanie skoczył do przodu, wyraz jego twarzy, a raczej pyska, momentalnie się zmienił, oczy rozwarły maksymalnie, a wargi odsłoniły potężne kły. Cios był jednak chybiony, Ysengrinn uskoczył zwinnie, jakby nie okrywała go potężna zbroja i długaśna peleryna, natychmiast uderzając potężnym pchnięciem w bok przelatującego wilkoczłeka. Ten jednak wykręcił się w locie, unikając śmiertelnego ciosu, przy okazji udało mu się nawet zadrapać ramię rycerza. Gdy tylko łapy Ryuzoku dotknęły ziemi odbił się i znowu skoczył na rycerza, chcąc uderzyć nim ten odzyska równowagę po ciosie, ten jednak okręcił się wokół osi robiąc jednocześnie szerokie cięcie mieczem, które sparowało cios przeciwnika.

Przez jakiś czas skakali wokół siebie, próbując się trafić, unikając i parując, w dalszym ciągu zresztą połączeni łańcuchem. Wreszcie rycerz dojrzał szansę i gdy wilkoczłek uskakiwał pociągnął łańcuch w swoją stronę i natychmiast tnąc. Nim zaskoczony Ryuzoku się obejrzał ostrze odcięło jego wyprężone prawe ramię. Odskoczył poza zasięg miecza, zostawiając za sobą łapę związaną łańcuchem i strugę posoki.

- Ał! – Powiedział z wyrzutem. Spojrzał na kikut, broczący obfitą strugą krwi.
- Przykro mi.
- No ja myślę!
- Poddajesz się?
- Jeszcze czego!

Strażnik znowu rzucił się do ataku, machając jedyną łapą jak cepem, stracił jednak wiele ze swej sprawności. Rycerz bez trudu schodził mu z drogi, omijając pazury tylko lekkimi ruchami głowy. Jedyne, co Ryuzoku zdołał osiągnąć, skacząc wokół niego, to obfite spryskanie juchą peleryny. Ysengrinnowi się w końcu znudziło i przy kolejnym natarciu sam także zaatakował. Ułamek sekundy później obaj wojownicy stali do siebie plecami, na ziemi zaś leżała w kałuży krwi druga łapa.

- Kurde no...
- Dziękuję za pojedynek – rycerz zasalutował plecom przeciwnika zakrwawionym mieczem, po czym przetarł go szmatą i schował do pochwy. – Byłeś godnym przeciwnikiem.

Wilkoczłek nie odpowiedział, zamiast tego obrócił się błyskawicznie i rzucił na niego z rozwartą paszczą. Rycerz nie dał się zaskoczyć, natychmiast ponownie dobył miecza i zasłonił się. Potężne szczęki zamknęły się na stalowym ostrzu, przez chwilę obydwaj napierali na siebie i próbowali obalić jeden drugiego, wreszcie Ysengrinn zaparł się mocniej nogami i odepchnął przeciwnika na pewien dystans. Ryuzoku, który ani przez chwilę nie przestał krwawić strumieniami z obu ramion, z trudem odzyskał równowagę, szybko jednak znowu skoczył do ataku. Rycerz zanurkował pod kłapiącą paszczą, jednocześnie odrąbując cięciem z dołu prawą nogę.

- Szlag... – Mruknął strażnik obelisku, patrząc na trzeci krwotok tętniczy.
- Teraz się poddajesz?
- Phi! To powierzchowna rana!
- Zaraz się wykrwawisz – powiedział rycerz, zapewniając sam siebie.
- Tchórz cię obleciał, co? No chodź, zobaczymy, na co cię stać!
- Nie mam na to czasu – burknął Ysengrinn, kierując się w stronę obelisku i starając ignorować groteskowego przeciwnika. Ten jednak wyprzedził go, podskakując na jedynej nodze.
- Cykasz się, co? Przyznaj się!
- Przecież nie będę walczył z kimś bez rąk i jednej nogi...
- Cy-kor! Cy-kor! Cy-kor!
- Idź do diabła – rycerz stracił cierpliwość i ciął w jedyna nogę, obalając Ryuzoku niczym młode drzewko. Następnie przyspieszył kroku, złorzecząc i wycierając ręce w płaszcz, nie mniej mokry od krwi.
- No dobra, powiedzmy, że remis...

* * *

- Bene, a teraz niech mi ktoś powie JAK mam zniszczyć ten obelisk...

Maya patrzyła dość beznadziejnym spojrzeniem na gigantyczny słup, jakby mając nadzieję, że sam okaże grzeczność i się zapadnie pod ziemię. Niestety nic na to nie wskazywało, westchnęła więc przeciągle, odwróciła wzrok i pogrążyła w gorączkowych rozmyślaniach. „Przecież nie będę go obrzucała fireballami jak jakaś furiatka, to nie wyglądałoby zbyt inteligentnie, a i skuteczność jest dyskusyjna. Hmm”. Nagle przypomniała sobie, że przecież jej moc nabrała ostatnio zupełnie nowego wymiaru, do tego nieco wcześniej tego dnia odbyła przecież fascynującą dyskusję z czymś w rodzaju duchów opiekuńczych swego rodu, więc poproszenie ich o pomoc byłoby nie od rzeczy.

- No dobra, tylko jak to niby zrobić – mruknęła, powracając wzrokiem w stronę obelisku. Niepewnie wyciągnęła przed siebie ręce. – Przybądź, o Adar-Farnbagu? – Nic. – Wzywam cię, złotoskrzydły Eltaninie, Strażniku Ognia Więzi! – Krzyknęła już bardziej imperatywnym tonem, w dalszym ciągu nie było jednak efektu. Zaczynała tracić nadzieję, zdecydowała się jednak spróbować do trzech razy. – Daerian, wybieram cię!

W jej rękach niespodziewanie błysnął potężny czerwony płomień, urósł do rozmiaru słonia i przybrał kształt smoka. Po chwili jednak, równie niespodziewanie, zaczął się kurczyć, by zniknąć zupełnie, ukazując małe stworzonko, które stanęło na ziemi na tylnych łapkach i złożyło jej pokłon.

- Jam jest Daerian, strzegący Adar-Gusznasp – wydeklamował lekko skrzekliwym, choć donośnym głosem. - Czego żądasz, pani?
- Ano ne... SHOYRU?!
- Khem, wypraszam sobie... – Powiedział mały okrąglutki smoczek o wielkich niewinnych oczach.
- Czemu wyglądasz zupełnie inaczej niż poprzednio?!
- Tamta postać jest na pokaz, ale jest zbyt energochłonna, by przybierać ją za każdym razem. – A. Ha.
- Mogę jednak zaręczyć, że w tej postaci mogę wykorzystać pełnię mocy swego Płomienia.
- Bogowie... Dobrze. Jeśli jesteś taki potężny, to rozwal ten czerwony kamulec.
- Nie mogę tego zrobić. Mogę tylko dać ci pani broń, której ty użyjesz.
- Argh! To DAJ mi jakąś broń, którą będę mogła tego dokonać!
- Tak pani...

Stworek ponownie skłonił łepek, jednocześnie zaczynając się jarzyć karminową czerwienią. Następnie wystrzelił w górę i zawisnął pół metra nad ziemią, tracąc zupełnie swój kształt i zmieniając się w coś na pierwszy rzut oka przypominającego kwiat na długiej i prostej łodydze. Dopiero gdy przestał promieniować światłem Maya ujrzała, że jest to miecz. Długi, o wąskiej kończystej klindze długości około dwóch stóp, z rozbudowaną osłoną rękojeści, uformowaną z ozdobnych esów floresów stylizowanych na kształt płomieni. Sprawiał wrażenie bardziej delikatnego dzieła sztuki niż broni

- Kire... Niby CO ja mam z tym rożnem na Boga zrobić?! Zdziabać tynk?!
- To nie jest rożen – wyjaśnienie grzeczne, choć z lekkim akcentem irytacji, padło, jak jej się wydawało, ze strony niezwykłej broni. Dziewczyna mogłaby przysiąc, że na mieczu przez chwilę widziała nabrzmiałą żyłę. - To rapier, broń biała kłująca, posiadająca jednak wystarczająco szerokie ostrze, by używać także do cięcia.
- Między innymi obelisków?
- Dzięki rozbudowanej gardzie, osłaniającej dłoń, umożliwia pojedynkowanie zarówno z przeciwnikiem władającym inną bronią kłującą, jak i szablą, półtoraręczna rękojeść pozwala zaś na wyprowadzanie ciosów obiema rękami.
- Fascynujące, doprawdy...
- Klinga uformowana jest z zestalonej energii duchowej, toteż jest w zasadzie niezniszczalna, przynajmniej tak długo, jak długo kontrolujesz swoje zdolności. Umożliwia ona perfekcyjnie precyzyjne korzystanie z mocy destrukcyjnej Wiecznego Ognia i...
- JAK! MAM! TO! ROZ! WA! LIĆ?! - Wrzasnęła Maya, wskazując energicznie na czerwony monument.
- Ale to proste, wystarczy go walnąć...
- I nie mogłeś zacząć od tego, że ten miecz działa tak a tak?!
- Jak już mówiłem jest to rapier. Bardzo mi przykro, że musiało to trochę potrwać, ale nie jest to rzecz, którą można wyjaśnić w kilku słowach...

Łuczniczka nie słuchała już dalszej części wywodu, miast tego chwyciła rękojeść miecza, który upierał się, że jest rapierem i ruszyła w stronę obelisku. Gdy była już półtorej kroku od niego z rozmachem wbiła w niego klingę, która o dziwo zagłębiła się w kamień niemalże po jelec. Przez chwilę stała tak, zaskoczona i wpatrzona w swą broń, gdy nagle na czerwonej ścianie z trzaskiem powstało pęknięcie, wyrastając z punktu uderzenia. Nie minęła sekunda, gdy zaczęły powstawać kolejne, pokrywając zygzakowatą siatką coraz większą powierzchnię obelisku. Maya zdecydowała, że jest to dobry moment na podanie tyłów i rzuciła na siebie czym prędzej czar lewitacji.

Gdy wylądowała, o dziwo bez przygód po drodze, kilkaset metrów dalej, pęknięcia najwyraźniej przekroczyły punkt krytyczny, gdyż obelisk nagle z ogłuszającym rumorem rozpadł się na kawałki i runął, podnosząc olbrzymią różową chmurę pyłu.

- Dobra robota - pochwalił zza jej pleców Ysengrinn, niespiesznie zbliżając się.
- Nooo - zgodziła się, bawiąc się nową bronią. - Naprawdę przydatny ten mieczyk.
- W zasadzie to jest to rapier, nie mieczyk...
- Nie mów, że ty też... CHRYSTE, CO CI SIĘ STAŁO!?!
- Hmm? - Rycerz dopiero teraz spojrzał po sobie. To, co ujrzał, mimo półmroku, sprawiło, że niemal zalała go, nomen omen, krew. - Oż...!
- Wyglądasz, jakbyś szykował karpie świąteczne dla całej armii, człowiecze!
- Hmm... - Ysengrinn kontemplował przez chwilę swą, brunatnoczerwoną teraz, pelerynę, wreszcie zamaszyście zrzucił ją z ramienia i ruszył przed siebie. - Niedaleko widziałem pralnię chemiczną...
- Podobno nam się spieszyło.
- Trzecia zasada dynamiki urbanistycznej - szybkość maksymalna, z jaką ciało może się poruszać przez miejski układ odniesienia, jest odwrotnie proporcjonalna do ilości krwi, w jakiej ciało jest unurzane.
- ... Oh well...

* * *

- OBCASOOSTRZA!!!

Dainyuu spadła z dachu wieżowca jak jastrząb na o wiele mniejszego mecha, przebijając go sztyletem z obcasa prawie na wylot. Odbiła się od niego, jakby był latającą platformą i zaatakowała kolejnego.

- KOP Z PÓŁOBROTU!!!

Potężny cios rozerwał robota w ognistej kuli eksplozji, Dainyuu zaś zrobiła salto i runęła w dół jak kamień. O ułamek sekundy uniknęła dzięki temu salwy kilkudziesięciu rakiet, które nadleciały chaotycznymi torami i uderzyły w ścianę drapacza chmur. Dwa kolejne mechy, które ową salwę wystrzeliły zbliżyły się i zawisły w pobliżu rosnącego słupa dymu, przepatrywały okolicę.

- Kyoko, widzisz coś? – Zapytała pilotka jednego z nich za pośrednictwem radia.
- Nie, Azumi-chan, nic a nic...
- NYU!!!
- KYA!!!

Nim zdążyły zareagować Dainyuu, która wychynęła nagle z czarnej chmury za nimi, uchwyciła je rękoma i rozbiła jednego robota o drugiego. Następnie opadła na dół, w dymie i deszczu odłamków i stanęła na dachu niższego budynku w dole.

- Yatta! Yatta! Yatta Miya-kun! – Wrzeszczały chóralnie neopety wymachując łapkami, każdy w swoim kokpicie. Miya starał się nie zwracać na nie uwagi. Spocony i zasapany, z drżącymi palcami zaciśniętymi na dżojstikach sterujących, patrzył dzikim wzrokiem to w jeden ekran, to w drugi, oczekując ataku w każdej chwili. Zdecydowanie nie był typem wojownika, w poprzedniej pracy był jednak wykorzystywany między innymi jako pilot testowy, nabył więc niezłe umiejętności pilotażu, zwłaszcza zaś nauczył się jak nie dawać się zabić. Był przygotowany na wszystko, na pewno jednak nie na to, że nagle usłyszy wewnątrz swej głowy głos.

Miya-kun…

- KYAAAAA!!!

* * *


- Szybciej, Serika-sama!

Serika i Irian biegły w dół po schodach na złamanie karku, mimo iż ledwie widziały swoje sylwetki w skąpym świetle. Pielęgniarka prowadziła je, trzymając w ręce niewielki kaganek i przebierając ściśniętymi spódniczką nogami szybko niczym karaluch. Gdy dotarły na najniższe piętro mogły już usłyszeć huk przewracanych mebli i brzęk tłuczonego szkła, dobiegające z jednego z korytarzy. Kręciło się tam sporo pensjonariuszy i członków personelu, wyraźnie zaaferowanych, rozszeptanych i zerkających z niepokojem w stronę źródła hałasu. Serika minęła ich z kamienną miną, Irian szła kilka kroków z tyłu. Dotarły wreszcie do drzwi, przy których zebrał się tłumek gapiów, zerkający do środka. Białowłosa zauważyła z niepokojem, że do pomieszczenia za nimi prowadzi ścieżka krwi i kawałków ceramiki.

- Drizzt, co tu się wyrabia?
- Serika-sama…

Pokój, będący kuchnią dla personelu, wyglądał strasznie. Szafki, stoły i krzesła były połamane i zakrwawione, zastawa leżała w kawałkach na podłodze. Pod przeciwną ścianą przycupnęło, twarzą do niej, dziwne pokraczne stworzenie, pochylone nad jakimś niebieskim światełkiem. Irian nie widziała go wyraźnie, bez trudu jednak oceniła, że jest przestraszone i skrajnie wyczerpane. Gdy stwór się odwrócił stwierdziła, że nic w tym dziwnego – mroczny elf miał pourywane obie ręce, z kikutów zaś lała się strumieniami krew. Zamiast przedramion miał wprawione przerażająco okrwawione, metalowe kilof i młot.

- DRIZZT CO CI SIĘ STAŁO!? Nie mów mi, że…
- Ja… Ja tylko chciałem… Zawsze chciałaś wiedzieć…
- O bogowie…
- Co z tego, że chciałam wiedzieć?! To, że ciekawiło mnie, jak gnom może normalnie żyć, mając narzędzia górnicze zamiast rąk, nie znaczy, że kiedykolwiek zażądałabym od kogoś… Boże!
- Nie rozumiesz, Serika-sama – pokręcił smutno głową. – To ja ci opowiedziałem, o tym nieszczęsnym stworzeniu, tak straszliwie okaleczonym przez mych krewniaków. Zasiałem w twym wspaniałym, krystalicznie czystym sercu ziarno ciekawości, więc to do mnie należało, by rozwiać twe wątpliwości…
- Drizzt przestań chrzanić, musimy w tej chwili zatamować ten krwotok!
- … I udało mi się! Udało mi się odkryć, jak radzić sobie z tak groteskowymi parodiami cielesnych rąk – ponownie się odwrócił w stronę ściany i wziął między młot a kilof maleńką filiżankę, którą postawił ostrożnie na podłodze przed sobą. Następnie z kuchenki gazowej, którą się okazało światło, podniósł czajnik i niezgrabnie nalał wody. – Potrafię nawet zaparzyć herbatki!
- DRIZZT, JA NIE ŻARTUJĘ! Zaraz się wykrwawisz!
- Może życie jest nieistotne! – Zaręczył, podrywając się na nogi. – Wszystko, co zrobiłem, uczyniłem dla cie… - Mroczny elf chciał zaakcentować swe słowa uderzając się z całej siły w serce, zapomniał jednak, że gdy zamiast prawej ręki ma się kilof, to nie jest to najlepszy pomysł. – Khhh…
- Drizzt! – Blondynka wrzasnęła histerycznie, skacząc do przodu i łapiąc go, nim runął na ziemię. – Drizzt! Drizzt!
- Se… Rika… Sama…
- Drizzt…


* * *

- Drizzt… - Szepnęła przez sen Serika. Łzy, jakie spłynęły jej z oczu, natychmiast wyparowały z powodu żaru płomieni, które zajęły już połowę stosu i dalej szły coraz wyżej.

* * *

Musimy porozmawiać.

- KYA! KYA! KYAAA!!!
- Miya-kun, co ci się stało?
- Wygląda jak wtedy, gdy reperował schodu na strych i co chwila walił się w palce.
- Ciii, Ifusia…
- NIE SŁYSZĘ CIĘ!!! ODEJDŹ!
- Ja?
- Jesteś demonem!
- No bez przesady…

Miya-kun, Miya-kun, jak mało jeszcze wiesz. Nie wiedziałeś nawet, że gdy jeszcze dla mnie pracowałeś, wszczepiłem ci do mózgu czip…

- Czip?
- Teraz ćwierka. On chyba oszalał…
- Raczej czwierka…
- To tym bardziej oszalał…
- Czego chcesz ode mnie!?

Miałbym małą prośbę. Właściwie to rozkaz, bo pragnę zauważyć, że nigdy nie rozwiązaliśmy naszej umowy o pracę. W chwili obecnej jestem w nieco niewygodnej sytuacji i potrzebna mi pomoc z zewnątrz. Widzisz ten latający statek?

Dainyuu, która ostatni kwadrans spędziła na dzikim miotaniu i łapaniu się za głowę, wyprostowała się i wolno obróciła w kierunku „Aurory”. W kilku miejscach jej stalowych pleców otworzyły się ukryte wnęki i rozjarzyły się w nich ognie silników odrzutowych. Z ogłuszającym hukiem i świstem robot wystartował, kierując się na okręt oraz dziesiątki mechów i myśliwców, wylatujących mu naprzeciw.

* * *

- Gdzie… Gdzie ja jestem… - Spytała słabo Vanille, podnosząc z trudem powieki.
- Tutaj – stwierdził wyczerpująco Jurg, który jedną ręką trzymał jej głowę, a wierzchem drugiej właśnie przestał poklepywać jej policzek.
- …
- Zemdlałaś.
- KYA!!! – Pisnęła, wbijając mu w twarz obcas i odsuwając się gwałtownie. – NiedotykajmojejtwarzybrzydaluniedotykajtylkoMiyakunmożejejdotykaćakysz!!!
- Nie bij mojego trolla – zażądał z pretensją Xeniph, nie odrywając wzroku od dziury w miejscu dachu.
- Co się w ogóle... Ktoś mi powie, czemu zemdlałam?
- Nie wiem. Znaleźliśmy przy tobie to – mężczyzna zademonstrował jej błękitny żakiet.
- O nie... Miya-kun... JAK ON MÓGŁ?!
- Moim zdaniem to bardzo romantyczne – stwierdził Jurg z przekonaniem, po czym zmienił się, z głośnym pufnięciem, w olbrzymiego borowika z oczkami.
- Milcz – warknęła Biała Wiedźma, opuszczając różdżkę. Następnie zwróciła się ponownie do jego pana. – Gdzie on teraz jest?
- Hmm – Xeniph wydobył jakiś aparacik, postukał klawiszami i przez chwilę patrzył na ekranik. – Leci w stronę głównego okrętu wroga.
- Za nim!
- ...
- Natychmiast!
- No dobra...

* * *

- Jeden mech? – Spytał drwiąco Caibre, opierając skroń na pięści. - Nie potraficie sobie poradzić z jednym mechem?
- Ano... – Dziewczynka w mundurku skuliła się, nie przestając stać na baczność. - To był duży mech...
- Pathetic.
- Hai, Kaibure-sama...

- Zbliż się.
- H-hai... – Gimnazjalistka postąpiła kilka kroków do przodu, spuszczając głowę. Nagle poczuła na nogach silny podmuch gorącego powietrza. – KYA!
- Dobra, starczy już – powiedział rudowłosy, odkładając aparat fotograficzny i wyłączając dmuchawę zamontowaną pod podłogą. – Przygotować mój myśliwiec!
- H-h-hai!
- Pokażę wam jak to się robi, nooby – Caibre uśmiechnął się niemalże od ucha do ucha, mrużąc lekko oczy. – Hmm? – Jego słuch przykuł dzwonek komórki, sięgnął więc do kieszeni płaszcza i odebrał połączenie. – Moshi moshi? O? – Uniósł brwi na znak zdziwienia, po chwili jednak uśmiechnął się jeszcze bardziej jadowicie niż wcześniej. – Bardzo ciekawe. Zaraz wydam odpowiednie rozkazy. Pa.

* * *

- NEKOLASER!!! - Wiązki świetlne prześlizgnęły się po atakującej formacji Ж-wingów, roznosząc je momentalnie w strzępy.
- FOCZA OGNISTA PIŁKA!!! – Dainyuu utworzyła w lewej dłoni ognistą kulę, po czym podrzuciła ją do góry i wybiła do przodu prawą ręką. Pocisk uderzył w burtę „Aurory”, wybuchając i pokrywając ogniem znaczną powierzchnię, łącznie ze stojącymi tam i strzelającymi mechami.
- Miya-kun, co ty wyprawiasz!
- Muszę... Muszę... – Powtarzał w kółko młodzieniec, patrząc przed siebie bezrozumnym wzrokiem.

O ile roboty uległy zniszczeniu, stopione bądź rozerwane wybuchem, to burta, gdy płomienie wygasły, okazała się praktycznie nietknięta. Rząd wieżyczek sterczących z pokładu okrętu poruszył się wolno, kierując swoje działa w stronę humanoidalnego mecha. Bluznęła świetlista salwa pocisków energetycznych, zmuszając Dainyuu do lawirowania i wielokrotnego zmieniania kierunku lotu. Mimo to w dalszym ciągu zmniejszała dystans do statku, wreszcie, będąc nie dalej jak kilkaset metrów, zanurkowała gwałtownie prosto w dół. Obsługa armat dała się zaskoczyć, gdyż dopiero po chwili lufy zaczęły kierować się w dół, tymczasem różowy mech zatrzymał się dosłownie metr nad dachem jednego z wieżowców i zawisł w powietrzu. W mgnieniu oka części jego ciała zaczęły się przesuwać i przekształcać, aż cały robot zamienił się w olbrzymie różowe działo o długiej wysmukłe lufie i trzech nogach. Dopiero wtedy osiadł na dachu i zaczął brać „Aurorę” na cel.

- Muszę... Muszę...
- Miya-kun!
- Minna, spójrzcie tam!
- Co tam jest, Kiopek? Daj zbliżenie.
- To... To Serika-sama!
- Muszę... Co!?

Na jednym z monitorów ukazał się obraz stosu, do którego przytwierdzona była kobieta, ubrana w strój zbyt charakterystycznym, by można było mówić o pomyłce. Wisiała bezwładnie na łańcuchach, przytwierdzonych do rąk, a płomienie zaczynały już sięgać jej stóp. Miya wlepił w obraz rozgorączkowane spojrzenie, trzęsąc się i stękając jakby walczył z myślami.

- Serika... SERIKA-SAMA!!!

Działa przetrasformowało się, znowu przybierając kobiece kształty, po czym Dainyuu skoczyła z dachu w kierunku stosu. Silniki odrzutowe uruchomiły się w ostatniej chwili, gdy robot był już kilka metrów nad ziemią i na takiej właśnie wysokości ruszył do przodu, miażdżąc wszystko, co stanęło mu na drodze – drzewa, ciężarówki, wiadukty kolejowe. Tuż nad stosem zatrzymał się, wyłączył silnik i opadł na ziemię, po czym pochylił się i zaczął dmuchać na ogień ze swych metalowych ust. Płomienie najpierw skuliły się, potem wpełzły pod zwęglone szczapy, wreszcie zakrztusiły się dymem i wygasły. Dainyuu uklękła niczym gejsza, z jej pępka zaś spłynęła smuga silnego, różowego światła. W punkcie, gdzie padało zmaterializował się Miya w lśniąco białym mundurze z fioletowymi sznurami i epoletami, a nagły powiew wiatru zatarmosił jego równie białą peleryną.

- Serika-sama! – Krzyknął młodzieniec, rzucając do biegu i wyciągając rękę w stronę Wrzosowej Wiedźmy.


Ostatnio zmieniony przez Ysengrinn dnia 06-12-2006, 13:12, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry Zobacz profil autora
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość Odwiedź galerię autora
Mai_chan Płeć:Kobieta
Spirit of joy


Dołączyła: 18 Maj 2004
Skąd: Bóg jeden raczy wiedzieć...
Status: offline

Grupy:
Fanklub Lacus Clyne
Tajna Loża Knujów
WIP
PostWysłany: 19-11-2006, 21:06   

Jak mogłeś, taki cliffhanger?!

Trzy perełki odcinka - Mhrrrroczna przeszłość Seriki, remis i problematyczna nazwa broni :D

Oj kwikam, kwikam radośnie...

_________________
Na Wielką Encyklopedię Larousse’a w dwudziestu trzech tomach!!!
Jestem Zramolałą Biurokratką i dobrze mi z tym!

O męcę twórczej:
[23] <Mai_chan> Siedzenie poki co skończyło się na tym, że trzy razy napisałam "W ciemności" i skreśliłam i narysowałam kuleczkę XD

Powrót do góry Zobacz profil autora
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość Wyślij email Odwiedź blog autora Odwiedź galerię autora
LunarBird Płeć:Mężczyzna
Chaos Master & WSZ


Dołączył: 30 Maj 2005
Skąd: Hellzone
Status: offline

Grupy:
Lisia Federacja
PostWysłany: 19-11-2006, 21:42   

Jak zwykle bylo niezwykle. :]

Szkoda tylko, że Mai już nie jest tak podobna do Phoenix jak przedtem... Teraz bliżej jej do trenerki pokemonów.><

_________________
Cytat:
- Mulder... To jest... to chyba żółć...
- Powiesz mi jak to z siebie zdjąć zanim stracę kamienną twarz?
"The X-Files", #4 "Squeeze"


Autor posta: rip LunarBird CLH
Powrót do góry Zobacz profil autora
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość Wyślij email Odwiedź stronę autora
 
Numer Gadu-Gadu
5146592
 
Numer ICQ
Serika Płeć:Kobieta


Dołączyła: 22 Sie 2002
Skąd: Warszawa
Status: offline

Grupy:
Tajna Loża Knujów
WIP
PostWysłany: 19-11-2006, 21:52   

Ysen, jesteś potworem! Dokonałeś niemożliwego! Drizzt jest jeszcze większym idiotą, jak w ksiazkach _^_ A przez to będzie mi się śnić po nocach, załatwiłeś mi traumatyczne przeżycia X_x

_________________
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość Wyślij email Odwiedź blog autora
 
Numer Gadu-Gadu
1051667
Sm00k
-Usunięty-
Gość
PostWysłany: 19-11-2006, 22:39   

Wentylator w podłodze....
Powrót do góry
IKa Płeć:Kobieta

Dołączyła: 02 Sty 2004
Status: offline

Grupy:
WIP
PostWysłany: 19-11-2006, 23:51   

Drizzit...
._.
*trauma mode on*
Jak mogłeś...
Powrót do góry Zobacz profil autora
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość
wa-totem Płeć:Mężczyzna
┐( ̄ー ̄)┌


Dołączył: 03 Mar 2005
Status: offline

Grupy:
Fanklub Lacus Clyne
WIP
PostWysłany: 20-11-2006, 00:22   

Ech ten Caibre :3
"- To był duży mech... "
xD

_________________
笑い男: 歌、酒、女の子                DRM: terror talibów kapitalizmu
Powrót do góry Zobacz profil autora
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość Odwiedź listę obejrzanych anime / przeczytanych mang
 
Numer Gadu-Gadu
3869750
Sm00k
-Usunięty-
Gość
PostWysłany: 20-11-2006, 01:52   

Mechy mają dwa zastosowania.
Mają robić "itano circus".
Mają duże bum robić.
Mam osobiste pilotki w króciutkich mini! Wai!
Powrót do góry
Irian Płeć:Kobieta


Dołączyła: 30 Lip 2002
Status: offline

Grupy:
WIP
PostWysłany: 20-11-2006, 10:29   

Mi się dzisiaj przyśnił Drizzt. Ysen, czuj się winny... _^_

_________________
Every little girl flies.
Powrót do góry Zobacz profil autora
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość
GoNik Płeć:Kobieta
歌姫 of the universe


Dołączyła: 04 Sie 2005
Status: online

Grupy:
AntyWiP
Fanklub Lacus Clyne
Tajna Loża Knujów
PostWysłany: 20-11-2006, 13:44   

Już wiem do czego potrzebny był ci opis przejścia ze spektralnego... rotfl!
RAPIER!
Daer jako smocza kulka, urocze...
I mhoczna przeszłość Seriki..
I pojedynek! Wspaniałe wykorzystanie jednego z najlepszych gagów filmu, zaiste...

_________________
Powrót do góry Zobacz profil autora
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość Wyślij email
wa-totem Płeć:Mężczyzna
┐( ̄ー ̄)┌


Dołączył: 03 Mar 2005
Status: offline

Grupy:
Fanklub Lacus Clyne
WIP
PostWysłany: 20-11-2006, 14:15   

Sm00k napisał/a:
Mam osobiste pilotki w króciutkich mini! Wai!

Ane ne~~!
One są mnie zarekwirowane.
Chwilowo.
Ciesz się, póki możesz ;3

_________________
笑い男: 歌、酒、女の子                DRM: terror talibów kapitalizmu
Powrót do góry Zobacz profil autora
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość Odwiedź listę obejrzanych anime / przeczytanych mang
 
Numer Gadu-Gadu
3869750
Ysengrinn Płeć:Mężczyzna
Alan Tudyk Droid


Dołączył: 11 Maj 2003
Skąd: дикая охота
Status: offline

Grupy:
AntyWiP
Tajna Loża Knujów
WOM
PostWysłany: 20-11-2006, 19:05   

Nie tyle zarekwirowane co khem... Znacjonalizowane:P

Cytat:
Mi się dzisiaj przyśnił Drizzt. Ysen, czuj się winny... _^_


Ups, czyżbym przypadkiem zapewnił traumatyczne wspomnienia dwóm biolożkom;p?

Cytat:
Mechy mają dwa zastosowania.
Mają robić "itano circus".
Mają duże bum robić.


Sm00ku, obawiam się, że w formie tekstowej cyrk itano nie będzie taki widowiskowy...

_________________
I can survive in the vacuum of Space
Powrót do góry Zobacz profil autora
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość Odwiedź galerię autora
Irin Płeć:Kobieta

Dołączyła: 09 Kwi 2005
Status: offline

Grupy:
House of Joy
WIP
PostWysłany: 21-11-2006, 06:25   

Więcej?

Ah rapier, ah remis, ah! Biedna Seri.

Więcej!
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość Odwiedź galerię autora
Ysengrinn Płeć:Mężczyzna
Alan Tudyk Droid


Dołączył: 11 Maj 2003
Skąd: дикая охота
Status: offline

Grupy:
AntyWiP
Tajna Loża Knujów
WOM
PostWysłany: 06-02-2007, 20:54   

Dobija mnie to, jak przy kolejnych będę miał podobne obsuwy, to wcześniej skończę magisterkę (której nie zacząłem) niż to... Dziękuję za pomoc wszystkim, którzy pomagali, zwłaszcza Maieczce, Totemowi i Wojciechowi Jaruzelskiemu (nie żeby ten ostatni świadomie...). Read & Review, people!

_____________________________________________________________________-

DA GREJT KONTINIUEJSZYN PART EJT

Zatoka Sagami płonęła. Paliwo ze zniszczonego tankowca rozlało się po niemal całej jej powierzchni, niebo zasnuwały kolumny czarnego dymu. Olbrzymia flota poruszała się bez ładu i składu, każdy okręt w swoją stronę, niczym gigantyczne zwierzę wstrząsane konwulsjami. Nie było w tym zresztą nic dziwnego, skoro serce i mózg zwierzęcia, potężny lotniskowiec, szedł w szybkim tempie na dno, przechylając się i zrzucając z pokładu do morza samoloty. Część okrętów stała nieruchomo, część próbując uciec wpłynęła na mieliznę, część zaś próbowała uratować nielicznych rozbitków, którzy nie zginęli w płomieniach i w efekcie sama przybliżała swą zagładę. Z pokładu na pokład, niczym wielka pchła, skakała Kyuuketsuki Neko Meido Samurai Gotikku Mahou Shoujo, odbijając swymi mieczami pociski działek vulcan. Mniejsze jednostki przecinała na pół zaraz po wylądowaniu, większe zajmowały jej więcej czasu, gdyż wpadała pod pokład i biegła korytarzami w stronę maszynowni, ścinając po drodze każdego, kto się nawinął. Pozostałe okręty zresztą tylko ułatwiały jej zadanie, posyłając za nią salwy tomahawków, rozrywające atakowane statki nawet szybciej od niej.

Wysoko, ponad kilometr nad zatoką, wśród kolumn czarnego dymu, majestatycznie unosiła się „Arkadia”. Znajdowała się poza zasięgiem krwiożerczej istoty, sama mając do dyspozycji długodystansową artylerię pokładową, zdolną niszczyć całe miasta. Mimo to jej potężne działa milczały.

- USS Vincennes zniszczony! - Krzyczał Irhis, patrząc w monitor. – USS Antrim idzie na dno! Dokonano abordażu na USS Valley Forge! Pani kapitan, co robimy?
- Nic.
- Ale...!
- Chcąc zniszczyć tę dziewczynę musielibyśmy zniszczyć też jeden z okrętów, to zaś natychmiast zostałoby odczytane jako akt agresji - Wytłumaczyła czarnowłosa, stojąc za kołem sterowym ze skrzyżowanymi rękoma. - Nie dysponujemy zaś niczym wystarczająco precyzyjnym by tego uniknąć.
- Pani kapitan! - Wtrąciła nagle Mia, pochylona nad innym monitorem. - Właśnie runął jeden z obelisków! To na pewno ktoś z naszych!
- No masz... Typowe. Zamiast zostawić rozbijanie monumentów mi sami się tym zajmują, podczas gdy IKa sobie wisi...
- Może nie wiedzą, że tu jesteśmy?
- Meow... W takim razie musimy im przekazać tę dobrą nowinę, najlepiej w możliwie dyskretny sposób. Specjalistką od dyskrecji jest zaś Szara Wiedźma, mistrzyni iluzji, czyż nie?
- Czy kiedy byłem na urlopie dostaliśmy jakąś nową Szarą Wiedźmę?
- O czym ty mówisz Irhis? - Prychnęła jednooka kotka. - Urlop? Jesteś piratem, piraci pracują projektowo.
- Tym bardziej się dziwię, że umknęły mi jakieś przetasowania na górze.
- Gdybyśmy mieli urlopy nie spędzalibyśmy zeszłego sylwestra na pokładzie...
- Nic ci nie umknęło, szara tiara dalej należy do Tristis.
- Więc...
- Więc lepiej dla niej, by okazała się specjalistką od dyskrecji - zakończyła czarnowłosa tonem zamykającym dyskusję.

* * *

Maya odgarnęła z twarzy kosmyk włosów, porwany przez wiejący nad wzgórzem powiew. Siedziała na niedużym murku i machając lekko nogami spoglądała na rozpościerającą się w dole stolicę Japonii. Co prawda miejsce, jakie wybrała, wystawione było na podmuchy wiatru, był on jednak dosyć ciepły, widoki zaś całkowicie wynagradzały niedogodności. Tokijskie światła, dodatkowo okraszone blaskiem czerwonych monolitów, poświatą pentagramu bez jednego wierzchołka i światełkami dziesiątków walczących w przestworzach mechów i myśliwców, prezentowały iście urokliwy widok. Do szczęścia brakowało jej tylko gorącej czekolady.


Zza jej pleców tymczasem dobiegły odgłosy wybuchów i ludzkich krzyków, które dziewczyna skwitowała tylko cichym westchnieniem. Po chwili dołączyły wystrzały z karabinów maszynowych i dźwięki odpalania rakiet, rumor walących się murów i niszczonego metalu. Wreszcie hałas ucichł, został tylko szum buzującego ognia, rzucającego na Mayę i jej otoczenie malownicze światłocienie. Ciężkie kroki zdradziły nadejście wielkiego białego robota z potężnymi silnikami odrzutowymi i wyrzutniami rakiet na plecach, z niepojętego powodu okrytego kamizelką kuloodporną. Mech stanął kilka metrów od niewielkiej postaci łuczniczki i przemówił modulowanym głosem:

- Jeśli panienka gotowa to możemy ruszać.
- Jest gotowa.
- Swoją drogą ciekawi mnie, na jaką cholerę komendzie policji są kilkunastotonowe bydlaki uzbrojone w rakiety i działka...
- Nie wiem - odparła melodyjnie. - Jesteś pewien, że nie będą nas ścigać?
- Jeśli to był ich jedyny hangar, to nie mają czym. Załatwiliśmy sobie chyba jednak dożywotnie persona non grata w tym kraju.
- Oh well...

* * *

- Dobra, co teraz?
- Musimy go zniszczyć.
- Co do tego jesteśmy zgodni. Masz jakiś pomysł?
- Mam kilof.

Zegis, będący teraz w swej "bojowej", niebieskoskórej i świetlistookiej, postaci, nie skomentował. Nie skomentował też, gdy troll faktycznie zatrzymał się przed obeliskiem z kilofem wielkości kotwicy pancernika na ramieniu i popluł w swe wielkie łapska. Gdy rozległy się dudniące odgłosy ciosów demon położył sobie tylko dłoń na czole i pokręcił głową. Postanowił trzymać się możliwie daleko i interweniować dopiero gdyby pojawili się jacyś strażnicy monolitu, tych jednak póki co nigdzie nie było widać. W sumie, pomyślał, ucieczka na widok takich kuriozów jak on i Szaman była prawidłową reakcją.

Nagle, bez jakiegokolwiek ostrzeżenia, poczuł, że ktoś zaciska na jego szyi i barkach morderczy uścisk, całkowicie go unieruchamiając. Zareagował natychmiast, kierowany instynktem i przeniósł się na plan astralny. Ku swojej zgrozie odkrył jednak, że choć przestaje brakować mu tchu, to uchwyt bynajmniej nie zniknął. Zza ucha dobiegł go czyjś chrapliwy szept.

- Raziel...

* * *

- Czymże mogę służyć, o pani?
- Hmm, ty jednak też pokazałeś się jako shoyru. A już miałam nadzieję na skeitha...
- Że co?!
- Panienko, w tym kokpicie jest ciasno i bez zwierzaków - burknął zajęty wciskaniem przycisków i przestawianiem suwaków rycerz, któremu ruda czupryna i złote skrzydełka zasłaniały połowę kontrolek. Kabina pilota zdecydowanie nie była dostosowana do wymiarów zakutego w zbroję wielkiego gaijina, pomijając już, że oczywiście była jednoosobowa. - Nie można z tym było poczekać, aż wystartujemy?
- Oj tam, poradzisz sobie. Dobra Eltaninie, czy możesz sprawić, byśmy poruszali się szybciej? Trochę nam się spieszy...
- Niżej głowę...
- Ależ oczywiście, pani. Mogę dać ci moc, dzięki której twój żelazny rumak pobiegnie szybciej niźli spadająca gwiazda i nigdy nie zapadnie na żadną chorobę.
- No to wyczes.
- Nie wierćcie się tak, startujemy...

Kokpit zalało jasne złociste światło akurat w chwili, gdy robot odrywał się od ziemi i zaczynał nabierać wysokości. Blaskowi towarzyszył wrzask rycerza, który nawet nie zdążył zasłonić sobie oczu, za to szamocząc się zdołał uruchomić syrenę i koguta na głowie mecha. Maya, przygotowana na wybuch światłości, zawczasu zacisnęła powieki, gdy zaś ponownie je otworzyła ujrzała na swym przedramieniu przepiękną złotą osłonę, pokrytą dekoracją imitującą wężowe kształty w fantazyjnych splotach.

- Faaajne... Słuchaj, może byś tak wyłączył to wycie?
- Jak tylko moje oczy przestaną dymić...
- Dobra, to ja w tym czasie trochę się pobawię.

* * *

- Raziel-sama! Daisuki desuuuuuuuuu!
- Khhhh...
- Co powiedziałeś, Raziel-sama? - Spytała blada istota o długich kruczoczarnych włosach, zwalniając nieco chwyt na gardle demona. Przemknęło mu przez myśl, że czasami pozory niemiłosiernie mylą.
- Nie jestem Raziel, wariatko, nazywam się Zegis!
- Zegis?
- Zegis de Xan!
- Też ładnie! - uśmiechnęła się niczym zadowolona kotka, przytulając jeszcze mocniej i głaskając po gęstej czuprynie. – Goniku deeesuuu! Twarz Zegisa przybierała coraz to ładniejszy odcień niebieskiego, a umysł rozpaczliwie starał się nie eksplodować.

* * *

Szaman westchnął, ocierając pot z czoła, po czym ponownie chwycił kilof i wrócił do pracy. Powierzchnia monolitu dalej była gładka jak tafla jeziora, pojawiały się już jednak pierwsze żyłki pęknięć.

* * *

- KYAAA!!!
- AAAARGH!!!
- zwooolniiij!!!
- Staaaraam sięęę!!!

Maya trochę za późno sobie zdała sprawę, że przedobrzyła. Silniki odrzutowe policyjnego mecha, z efektywnością zwiększoną, dzięki mocy złotego płomienia, o jakieś 400 procent, w mgnieniu oka rozpędziły ich do szybkości około trzech machów. Oczywiście gdy znaleźli się w zasięgu działania pozostałych czterech obelisków moc ta momentalnie przestała działać, co doprowadziło silniki do natychmiastowego przegrzania i eksplozji. Ponad połowę trasy pokonali zatem siłą rozpędu i bezwładności, cały czas wpatrując się w rosnący monolit. Dopiero około kilometra od celu rycerzowi udało się wreszcie uruchomić silniki rezerwowe i spadochrony, dzięki czemu nieco zmienili trajektorię i ze znacznie już zmniejszoną prędkością rozbili się w zagajniku wiśniowym, rosnącym kilkaset metrów za obeliskiem.

Syrena zaczęła cichnąć i wreszcie zamilkła, pogrążając zagajnik w ciszy tak głębokiej, że niemalże było słychać opadanie na ziemię tysięcy płatków. Mech policyjny, z oderwanymi ramionami i jedną nogą, leżał na plecach w głębokim leju, cichy i ponury niczym grobowiec. Dopiero po długiej, bardzo długiej chwili zabrzmiał z jego wnętrza niski głos:

- Jakkolwiek dotarliśmy tu w iście rekordowym tempie, to element zaskoczenia się chyba nie udał.
- Oh well... Ale rycerzu...
- Tak?
- Następnym razem - nim wsiądę z tobą do kokpitu - poobijam ci tę pierońską zbroję poduszeczkami.
- ... Przykro mi.
- Spoko. Ale serio mówię.

* * *

- Serika-sama! - Krzyknął Miya, delikatnie podtrzymując przykutą dziewczynę i niepewnie stąpając po nadpalonym drewnie stosu.
- Nie wydzieraj się, Miya-kun, przeszkadzasz - prychnął Dorf, zwisając do góry nogami z łańcucha i manipulując przy zamku kajdan Wiedźmy za pomocą agrafki.
- Wybacz, Dorf-cha... Serika-sama!

Zamek wreszcie puścił i blondynka opadła bezwładnie, prosto w ramiona młodzieńca. Miya zsunął się pod jej ciężarem ze stosu, trzymając ją mocno i jakimś cudem zachowując równowagę, a przy okazji brudząc swe śnieżnobiałe spodnie i pelerynę czernią popiołu. Gdy już stanął pewnie na ziemi wziął dziewczynę na ręce, przeniósł dalej od stosu i ostrożnie ułożył w pobliżu kolan Dainyuu. Klęcząc nad nią sięgnął pod pelerynę i wydobył niewielką, białą książeczkę.

- Pierwsza pomoc, pierwsza pomoc... Pierwsza pomoc w przypadku poparzeń...
- Usta-usta!
- Urusai, Dorf-chan, to nie jest zabawne!
- UWAGA!!! - Ryknęły potężne głośniki robota.

Potężna stalowa dłoń zasłoniła ich w ostatniej chwili, ocalając przed rozerwaniem serią z broni energetycznej. Miya z wrzaskiem padł na czworaki, nie wypuszczając jednak z rąk książeczki. Już po sekundzie wrócił do jej wertowania, nie zważając na ogłuszający huk silników Ж -winga, który przeleciał tuż nad głową Dainyuu i natychmiast zaczął manewr zawracania.

- NEKOLASER!!!

Różowe promienie o włos ominęły kadłub myśliwca. Zamiast niego uderzyły w olbrzymią figurę gimnazjalistki w czarnym seifuku, skonstruowaną na dachu jakiegoś domu towarowego, rozbijając ją w drobny mak i zasypując okolicę gradem plastikowych kawałków. Pilot Ж –winga wykorzystał tę nieoczekiwaną zasłonę, zniżając lot tak bardzo, że niemalże zahaczał o uliczne latarnie i wleciał między budynki, nim chmura odłamków opadła ujawniając załodze robota jego ruchy. Następnie prześlizgiwał się wąskimi uliczkami, zataczając wielkie koło wokół całej dzielnicy, aż wreszcie znalazł się za plecami Dainyuu. Gdy dotarł do przecznicy skręcił niemalże w miejscu, pomagając sobie wektorowanym ciągiem i skierował się prosto w stronę wielkiego mecha, gwałtownie przyspieszając.

* * *

- Abunai! – Krzyknął Miya w stronę Dainyuu. - Za tobą!
- CO?

Robot odwrócił się, ostrożnie przestępując młodzieńca i Wiedźmę, po czym natychmiast został zasypany gradem pocisków. Nie było to coś zdolne przebić jego pancerza, skutecznie jednak oślepiło załogę na kilka cennych sekund. Oraz równie skutecznie wkurzyło.

- Teraz mnie wkurzyłeś, skurczyflaku! – Warknęła Ifusia, szarpiąc sterami robota. Dainyuu ruszyła do przodu szybkim krokiem, wyciągając przed siebie dłonie i zasłaniając się nimi od pocisków. – Poczuj gniew Christmas Zafary!
- Khem...
- I Darrigan Eyrie...
- ZWŁASZCZA Darrigan Eyrie.

* * *

Caibre uśmiechnął się wrednie, wciskając przycisk otwierający kabinę. Mógł zniszczyć robota odpalając torpedy jonowe, to jednak nie byłaby żadna zabawa. Zresztą, ktoś się przecież bardzo postarał, by zbudować tak wielkiego i niezwykłego mecha, sama przyzwoitość nakazywała więc, by zniszczyć go w sposób widowiskowy i warty uwagi. Spokojnie ustawił myśliwiec na kurs kolizyjny, włączył ogień ciągły i autopilota, po czym odpiął pasy. Pokrywa kabiny odpadła wreszcie, wpuszczając do środka potężny strumień powietrza, po chwili zaś katapulta wystrzeliła go wraz z fotelem w powietrze. Nabierając wysokości zobaczył, jak Dainyuu miażdży jego myśliwiec niczym muchę i uśmiechnął się jeszcze szerzej, wciągając nogi na fotel i kładąc ręce na rękojeściach sierpów.

* * *

Szaman walił miarowo, systematycznie, wszystkie ciosy starając się kierować w jeden punkt. Owo miejsce otaczała już spora pajęczyna pęknięć, nieznacznie rozrastająca się po każdym uderzeniu. Troll nie zaprzestał pracy nawet, gdy tuż za sobą usłyszał dziwny hałas.

- Pomóż mi! - Wrzasnął Zegis przebiegając między nim a obeliskiem, na ułamek sekundy przed ciosem.
- Raziel-sama! - Pisnęła blada, czarno odziana dama, prześlizgując się tą samą drogą ułamek sekundy po oderwaniu kilofa od muru.
- Zegis! - Warknął demon, znów w ostatniej chwili unikając przebicia na wylot.
- Zegis-sama!
- Ratunku!

Troll nie wydawał się zauważać biegających wokół niego istot, uderzał dalej jak w transie. Po jakimś czasie istoty zdematerializowały się, jakby były tylko fatamorganą. Pęknięć przybywało.

* * *

Zagajnik nie był ani zbyt duży, ani zbyt gęsty, nienaturalne światło obelisku nadawało mu jednak wygląd nie z tej ziemi. Czarne pnie i konary kontrastowały z różowymi koronami drzew i kobiercem płatków opadłych na ziemię, w smugach czerwonej poświaty zaś ciągle widać było wirujące drobinki, sypiące się z gałęzi. Do tego wypełniała go zupełna cisza, aż przytłaczająca po hałaśliwym locie i ogłuszającym lądowaniu. Łuczniczka miała jednak ograniczoną ilość czasu na jego kontemplację - tyle ile potrzeba było rycerzowi na wygramolenie się jej śladem przez właz robota na zewnątrz, wyczołganie się spod jego kadłuba i wydostanie z leja. Gdy tylko to zrobił ruszyli dalej, najszybciej jak na to pozwalała widoczność i wystające korzenie. Wkrótce zresztą zagajnik skończył się, zaczęło brukowane, nieoświetlone co prawda, pobocze i mogli przyspieszyć.

Zmysły Mayi były zbyt wyczulone, by dało się ją zaskoczyć, gdy tylko więc usłyszała szum lecącego pocisku instynktownie zrobiła unik, nie przerywając biegu.

- Uważaj!

Ysengrinn, biegnący nieco za nią i po lewej, nie był w stanie równie zwinnie się wywinąć, automatycznie jednak dobył miecza, tnąc na odlew i odbijając atak. Pocisk, przypominający krótki oszczep, zakręcił się w powietrzu, łopocząc szerokim pasmem czerwonej materii, po czym wbił się w szczelinę między kostkami bruku. Materiał rozpostarł się na chodniku, ukazując kontury gwiazdy, i złote skrzyżowane sierp i młot.

- Co to na Boga...
- Szturmówka.
- Co?!
- Taka flaga, noszona podczas wiosennych orgiastycznych obrzędów pewnych pogańskich kultów.
- Dobra, nie wnikam - warknęła dziewczyna obserwując intensywnie obszar zagajnika, z którego nadleciał dziwny sztandar. - Chyba ktoś tu na nas czekał, nie wydaje mi się, by te obrzędy polegały na rzucaniu przedmiotami w przechodniów.
- Zdziwiłaby się panienka.
- What-ever!

Jeszcze nie przebrzmiały te słowa, gdy nadleciały cztery kolejne szturmówki, tym razem z drugiej strony ulicy, skrytej w ciemności. Rycerz strącił je dwoma szerokimi zamachami, jednocześnie jednak usłyszał świst następnych pocisków z lasu, wymierzonych prosto w jego plecy. Te jednak zatrzymała Maya - wyciągnęła rękę w ich stronę, przyzywając wielką ognistą spiralę w kolorze płynnego złota, w kontakcie z którą szturmówki momentalnie się spopielały. Łuczniczka tak się zapatrzyła w fenomen, jaki udało jej się przywołać, że nie zauważyła kolejnego zagrożenia. Coś ciężkiego i twardego trafiło ją w brzuch i obaliło na ziemię z taką siłą, że zobaczyła gwiazdy, czerwone niczym krew.

- Panienko! - Wrzasnął rycerz, na ułamek sekundy spuszczając gardę. Natychmiast oberwał niemal identycznym pociskiem w twarz. Zamroczony cofnął się o kilka kroków trzymając za twarz, ale nie upadł. Gdy z wymamrotanym przekleństwem oderwał dłoń od twarzy miał na czole wyraźnie odbite lustrzane odbicie napisu w cyrylicy. Rozejrzał się wokoło wściekłym wzrokiem. Dookoła niego i skulonej na ziemi dziewczyny krążyło w powietrzu kilkadziesiąt, jeśli nie kilkaset, wielkich ksiąg w czerwonych okładkach.

- Klasycy marksizmu-leninizmu - burknął pod nosem. – Uroczo.

* * *

Kilkadziesiąt metrów dalej, zakryta od dwójki bohaterów konarami jednej z wiśni, unosiła się w powietrzu niewysoka postać. Okrywał ją długi czerwony płaszcz sprawiający wrażenie ciężkiego, łopoczący jednak pod najmniejszymi podmuchami wiatru. Tajemnicza istota zdawała się trwać w zupełnym bezruchu, jakby otaczający ją świat zupełnie jej nie dotyczył i nie obchodził. Była to jednak tylko częściowa prawda - niewidoczne w ciemności oczy postaci wodziły od zajętego walką rycerza do czołgającej się łuczniczki. Usta zaś, jedyny punkt ciała oświetlony smugą światła, wykrzywiały się w złowieszczym uśmiechu.

* * *

Maya pełzła powoli po bruku, zasłaniając głowę ramionami i z trudem łapiąc oddech. Nad nią co jakiś czas śmigał miecz Ysengrinna, starającego się odpędzić atakujące przedmioty od ich obojga, z coraz bardziej jednak mizernym skutkiem. Łuczniczka nie mogła nie słyszeć, że sapie jak parowóz, a jego ciosy są coraz wolniejsze i coraz bardziej rozpaczliwe. Nie miała jednak nawet możliwości by stanąć na nogi, nie mówiąc już o udzieleniu mu jakiejś pomocy.

Rozejrzała się desperacko wokoło, szukając jakiejkolwiek osłony od pikujących co chwila tomiszczy. Ku swemu zdumieniu zaledwie kilkanaście metrów dalej ujrzała ją - budka telefoniczna, wyglądająca w tej chwili w jej oczach niczym obronna wieża, stała w pobliżu, oczywiście nieoświetlona, jak reszta dystryktu. Niewiele myśląc poderwała się na nogi i runęła w jej stronę. Niemal natychmiast oberwała w plecy tak mocno, że się zatoczyła, ani na moment jednak nie przerwała biegu. Już po chwili szarpnęła za klamkę otwierając drzwi i wpadła do środka, zamykając je za sobą. Opadła na ścianę z pleksiglasu, łapiąc oddech i wpatrując się w "Kapitał" i "Woprosy leninizma", odbijające się raz po raz od drzwi. Po chwili dołączyło do nich czternaście z sześćdziesięciu dwóch tomów dzieł zebranych Lenina i cztery książki jakichś pomniejszych klasyków. Nie miała wiele czasu.

- Punyan, przyzywam cię!

W błysku białego światła duch białego płomienia pojawił się, skompresowany do rozmiarów zwykłego białego kota. Maya mimowolnie zdziwiła się, że jego „ekonomiczna” postać nie przypomina maskotki, jak postacie dwóch pozostałych strażników. Po chwili omal nie dostała zawału. Stwierdziła, że źle wymierzyła i stworek zmaterializował się na zewnątrz budki, tuż pod wojowniczymi książkami. Na szczęście sam też to zauważył.

- Punyuuu! - Zamiauczało białe kotopodobne stworzenie, po czym znikło z głośnym "puff!" i ponownie zmaterializowało się za plecami łuczniczki, na telefonie. - Czego żądasz, pani?
- KYA!!! - Wrzasnęła dziewczyna, odwracając się jak oparzona. - Ty chyba chcesz, żebym zeszła na serce!
- Bynajmniej nie jest to moim pragnieniem, o pani.
- No ja myślę! Słuchaj, nie mamy czasu. Potrzebuję całej mocy, jaką jesteś w stanie mi dać.
- Rozumiem...
- To na co czekasz?!

* * *


Dwa potężne uderzenia na krzyż przecięły pancerz na piersi Dainyuu niczym papier, krzesząc strumienie iskier. Caibre odbił się od olbrzymiego biustu ledwie postawił na nim nogę, przeskakując w stronę prawego ramienia. Szybkimi susami przemieszczał się po całym ciele robota, o wiele za szybko, by olbrzymie mechaniczne ręce zdołały go chwycić, tnąc na lewo i prawo. Po dwukrotnym okrążeniu mecha, przy jednoczesnym schodzeniu spiralą coraz niżej w dół, rudowłosy wreszcie oderwał się i zeskoczył podwójnym saltem, z wysokości około drugiego piętra. Po wylądowaniu za plecami Dainyuu przez chwilę tkwił w bezruchu, klęcząc z wyciągniętymi sierpami, po czym powoli wstał. Mech tymczasem się odwrócił i ruszył w jego kierunku, lecz rudowłosy jakby tego nie zauważył. Dalej stał nie reagując, wreszcie jakby od niechcenia lekko tupnął.

W mgnieniu oka pancerz Dainyuu rozleciał się na dziesiątki kawałków, podzielonych ciosami sierpów. Potężne płaty metalu rozsypały się po całej okolicy, niszcząc samochody i przebijając ściany budynków, kilka upadło nawet w pobliżu Caibre’a. Robot pochylił głowę, po czym natychmiast zasłonił ramionami dwa reaktory i system chłodzenia, jakie do tej pory zakrywał stalowy napierśnik. Zaczął rozpaczliwie dreptać w miejscu i piszczeć, zupełnie jakby zyskał własną osobowość. Dreptanie oczywiście powodowało skutki podobne trzęsieniu ziemi, krusząc asfalt i powodując chwianie się okolicznych budowli, na szczęście dostosowanych do wstrząsów.

Rudowłosy uśmiechnął się lekko, dalej się nie odwracając. Patrzył na leżące przed nim wielkie kawały blachy i wsłuchiwał się w pandemonium za plecami. Nie przestał się uśmiechać nawet, gdy smukłe dłonie Miyi umieszczały na jego głowie stalową śrubę wielkości taboretu.

* * *

- Brawo Miya-kun! – Piszczał Dorf, unosząc się nad nieprzytomnym Caibre’em. - Yatta! Yatta! Yatta Miya-kun!
- Przeciwnik unieszkodliwiony – mruknął młodzieniec z arcypoważną miną, niewiadomo dlaczego przykładał palce do skroni. - Co teraz, Thotem-sama?
- Hę? – Oczy grundo rozszerzyły lekko się ze zdziwienia i stworek zaczął się rozglądać wokoło. Nikogo poza Miyą, rudowłosym i Seriką nie zauważył.

Subarashi, Miya-kun. Teraz musisz skręcić w ulicę za tobą. Dwie przecznice dalej znajdziesz tajną kryjówkę, gdzie czeka w gotowości bojowy mech. Uruchomisz go i... BZZZZZZZZYYYT!

- Itai! Hidoi, Thotem-sama! – Wrzasnął młodzieniec, łapiąc się obiema rękami za głowę i zaciskając powieki. Po chwili jednak otworzył oczy jak mógł najszerzej. – Thotem-sama? Moshi moshi? Jest pan tam? Thotem-sama?!
- Caibre!

Miya spojrzał w górę. Momentalnie tego pożałował, ujrzał bowiem dziewczynę z wilczymi uszami i długim ogonem, nadlatującą na miotle uginającej się od wszelkiego rodzaju torebek i reklamówek. Przybyszka ubrana była w czarnobiały koronkowy kostium z gorsetem, stanowiący coś w rodzaju wariacji na temat stroju Alicji z Krainy Czarów, czarne buty na obcasach oraz białe rękawiczki. Błyskawicznie wylądowała obok nieprzytomnego rudzielca, odwróciła go na plecy i pochyliła się nad nim. Przez dłuższą chwilę gorączkowo sprawdzała jego stan, wreszcie uspokoiła się i powoli wstała. Niepokojąco powoli. Niewiadomo skąd w jej ręce znalazła się magiczna różdżka, jarząca się od energii. Młodzieniec chciał się wycofać, nogi miał jednak jak przyśrubowane do asfaltu. Poczuł na sobie wściekłe spojrzenie jej zielonych oczu.

- Zaraz ci pokażę - wycedziła. - A jak ci pokażę to dopiero zobaczysz.

* * *

- Chyba nie myślałeś, że to się uda – spytał kpiąco Yuby, stojąc ze skrzyżowanymi rękami na środku korytarza sektora więziennego. Dwie z Kyuuketsuki Neko Meido Samurai Gotikku Mahou Shoujo wyprowadzały naukowca z celi, opierając dłonie na rękojeściach mieczy, trzecia stała obok zielonowłosego i jadła lizaka.
- Prawdę mówiąc myślałem – odparł, bezosobowo jak zawsze, Thotem, poprawiając okulary. – No nic, gdy już zdobędę władzę nad światem będę musiał większą wagę przykładać do wyboru stażystów.
- Error. No cóż, póki co masz większe problemy.
- Obawiam się, że obaj macie większe problemy – niespodziewanie dobiegło z głośników. Niemal natychmiast otworzyły się drzwi wszystkich pozostałych cel i wybiegły z nich misie z pepeszami, biorąc na muszkę wszystkich obecnych. Inny oddział wybiegł z przejścia na inny korytarz.
- Uhrmacher? Co to ma znaczyć?! – Warknął Yuby, otrząsając się z zaskoczenia.
- Zbłądziliście, towarzyszu Yuby. Odeszliście od światłej ścieżki, wytyczonej przez Ojców Rewolucji. Nie mogę na to pozwolić, w związku z czym pozbawiam was stanowiska przywódcy naszej organizacji.
- Niech zgadnę... Wkurzyło cię, że stworzyłem catgirle zamiast foxgirli...
- ZAMILCZ HERETYKU!!! Tym oszczerstwem przekreśliłeś wasze szanse na ułaskawienie! Wyrok zostanie wykonany niezwłocznie!
- A uczciwy proces?
- Niezwłocznie po uczciwym procesie, oczywiście.

* * *

Łuczniczka się starała. Nawet bardzo starała. Mimo najszczerszych wysiłków jednak już po zaledwie kilku sekundach osunęła się, pokonana, na kolana, obejmując się ramionami i drżąc na całym ciele.

Po czym wybuchła śmiechem. O ile śmiechem można nazwać spazmatyczne miotanie się, gwałtowne wciąganie powietrza, momentami przechodzące w coś w rodzaju cienkiego kwiku. Ktoś nieznający Mayi niechybnie uznałby to za oznaki dogorywania w męczarniach.

Około pół metra nad nią unosiła się magiczna różdżka. Była biała z błękitną rękojeścią, u podstawy miała złoty dzwoneczek, w dwóch trzecich długości małe skrzydełka, a zamiast gałki miała główkę białego kotka, niepokojąco przypominającego Dear Daniela, towarzysza Hello Kitty. Całość sprawiała wrażenie, jakby została zrobiona z tandetnego plastiku.

Różdżka początkowo znosiła zachowanie łuczniczki ze stoickim spokojem, gdy jednak minęło kilka chwil a nic nie wskazywało, by jej stan miał się poprawić, pozwoliła sobie na odchrząknięcie. A przynajmniej na wydanie dźwięku brzmiącego jak odchrząknięcie.

- Wybacz... Ja... – Maya niechcący spojrzała w górę. Nie był to najlepszy pomysł. - Kwiiiiiiiiiiiik!
- Czy moglibyśmy przejść do następnego punktu?! – Choć wydawałoby się to niemożliwe, na główce Dear Daniela pojawiła się mała, napęczniała żyłka.

* * *

Ysengrinn oberwał w głowę ładnych parę razy i to dość ciężkimi tomiszczami. Wzrok mu się zaczynał rozjeżdżać i niespecjalnie go zdziwiło, gdy kątem oka zobaczył potężny błysk. Zdziwił się dopiero, gdy wirujące wokół niego książki, flagi i spryskiwacze do malowania trawy zamarły nagle w bezruchu, jak gdyby zaskoczone. Obejrzał się.

Budka telefoniczna, której zresztą do tej pory nawet nie zauważył, rozleciała się w dziesiątki odłamków, w jej miejscu wyrosła zaś potężna kolumna białego światła. Rycerz zasłonił oczy ręką, zauważywszy, że nie sposób przebić jej wzrokiem. Przez jakiś czas świetlista kolumna utrzymywała się, pulsując nieco, po czym zaczęła się zwężać. Gdy zmalała do średnicy dużego drzewa nagle jej powierzchnia pofałdowała się niczym tkanina, zaczęła kurczyć, aż wreszcie pękła, ukazując Mayę, lewitującą półtorej stopy nad ziemią z zamkniętymi oczyma. Zamiast szkolnego mundurka miała na sobie karmazynową sukienkę z szerokimi rękawami i ząbkowanymi brzegami, czerwone rękawiczki, czarne buty i skarpetki za kolana w białoczerwone pasy. Świetlista powłoka kolumny całkowicie się odkształciła, otoczyła jej głowę, plecy oraz ramiona i rozpostarła wokół niczym aniele skrzydła. Nagle przestała się jarzyć i zmieniła kolor na czerwony, opadając w dół i przykrywając całą figurę dziewczyny aż do kolan. Wokół głowy uformował się obszerny kaptur.

Wreszcie Maya otworzyła oczy, których niesamowity blask było widać nawet spod kaptura i uniosła rękę, w której rycerz zauważył białą różdżkę. Dość zresztą kiczowatą jak na jego gust. Dziewczyna zrobiła ręką powolny zamach, zakreślając w powietrzu koło, następnie wpisując w nie skomplikowany symbol.

- Tajemnicza istoto, stojąca nam na drodze! – Wydeklamowała. - Nie masz dość odwagi, by stanąć ze swymi przeciwnikami twarzą w twarz, zamiast tego atakujesz ich symbolami nieludzkiego ustroju! Ja, Czerwona Wojowniczka, w imieniu Faerielandu ukażę cię!
- ... – Rycerz dla pewności uszczypnął się w policzek. Bolało.
- Abrakadabra! Pom poko pom! Trele morele! Zielony Słoń! GREEN GREEN!

Kilkanaście metrów nad lasem otworzył się świetlisty okrągły portal magiczny, przez który przeleciało coś wielkiego i bryłowatego. Ze straszliwym trzaskiem i metalicznym brzękiem uderzyło w korony drzew, miażdżąc listowie i gałęzie, dodatkowo wydając dźwięk niepokojący do trąbienia. Po sekundzie do trzasku dołączył przeraźliwy wibrujący wrzask, przechodzący w skowyt, tak przenikliwy, że łuczniczka i rycerz musieli zasłonić uszy. Hałas skończył się, gdy tajemnicze coś uderzyło z hukiem w ziemię, wstrząsając całą okolicą i strącając nieliczne trzymające się jeszcze gałęzi płatki. Jak na komendę wszystkie szturmówki, książki, spryskiwacze i inne sprzęty runęły na ziemię, po czym wreszcie zapadła zupełna cisza.

- Czerwona Wojowniczka? – Zapytał cicho Ysengrinn, gdy cisza się przedłużała.
- Wiesz... Mogłam krzyczeć „ja, Czerwony Kapturek”, ale to miałoby słabszy efekt psychologiczny.
- W sumie...
- Chodź, zobaczmy, co upolowałam.

W pierwszej chwili rycerz nie zauważył „co upolowała”, przytłoczony widokiem pocisku, jakiego użyła. Między drzewami, oświetlona światłem obelisku padającym przez wielką dziurę w koronach, tkwiła w ziemi olbrzymia metalowa balia. W owej balii, wśród piany i pływających na powierzchni wody kąpielowych utensyliów, siedział słoń. Wielki jak słoń, z potężną trąbą i imponującymi, inkrustowanymi złotem kłami. Zielony. Ze staroświeckim czepkiem kąpielowym na głowie, szczotką wielkości łopaty w trąbie i spojrzeniem wyrażającym mieszankę szoku i oburzenia. Ysengrinn poważnie rozważał zemdlenie.

- O! Tutaj jest! – Samozwańcza Czerwona Wojowniczka wskazała na coś na brzegu podstawy balii. Rycerz ostrożnie spojrzał, zastanawiając się, czy może być coś gorszego od zbulwersowanego zielonego słonia w trakcie ablucji. Na szczęście zobaczył tylko parę kobiecych nóg w długich czerwonych oficerkach. – Ciekawe czyje to nogi... One znikają!

Rzeczywiście, karmazynowe oficerki najpierw okryły się chmurą błyskających ogników, po czym zdematerializowały. Po chwili Maya cicho pisnęła i spojrzała w dół, podnosząc skraje peleryny - niewytłumaczalnym cudem buty znalazły się na jej nogach. Tymczasem stopy wystające spod balii z cichym szmerem zwinęły się niczym małe dywaniki i schowały pod spód wanny.

- Ej no! Ja nie chcę tych butów?! Po co mi czerwone oficerki?!
- Na twoim miejscu cieszyłbym się, że to nie czerwone walonki...
- Tysz Recht... Ale są mokre!

* * *

- A w ogóle to, czemu tak wyglądasz?
- Starałam się tu dotrzeć niezauważenie, to chyba oczywiste.
- Nie masz nawet stopy wzrostu. Jaki jest sens ma przebieranie się za ninję?
- Odczep się, co?
- Zwłaszcza jasnoszarego...
- Zgiń przepadnij, biała maro!!!
- Sama przepadnij, burczymucho!

Szara Wiedźma i Biała Wiedźma mierzyły się wzrokiem, generując dużo chłodu i od czasu do czasu niewielką błyskawicę. Jurg przytomnie trzymał bezpieczny dystans, patrząc na nie obojętnie. Xeniph nie ruszał się, wpatrzony w widok za oknem. Po jego zbroi biegały dwa wiewiórkopodobne zwierzaki, wyrywając sobie ciasteczko i zostawiając wszędzie okruszki.

- Czemu ja? – Warknęła w końcu Vanille, przerywając milczenie. – Czemu nie Mayeczka, na przykład?
- A skąd ja mam wiedzieć, gdzie znaleźć tą rudą zarazę?! Brałam namiar na tę latającą chałupę, nie będę się rozdrabniać i szukać was po mieście!
- Wrr...
- Swoją drogą dobrze wiem, czemu tu przyleciałaś.
- O?
- No oczywiście, że za Miya-kunem! – Obwieściła triumfalnie Tris, podlatując nieco wyżej. - Pozwalasz sobie na prywatę w trakcie misji!
- Ha, czyżby ktoś tu był zazdrosny?
- Zazdrosny?! O takiego bladego wypłosza?! Miya-kun jest koneserem, potrafi poznać prawdziwą kobietę!
- Khem... No właśnie – Prychnęła sarkastycznie białowłosa, przykładając ręce do stóp i czubka głowy małej Wiedźmy. – Prawdziwą kobietę...
- Ty... Tyyy...
- Miya-kun z kimś się bije – obwieścił nagle Jurg, wyglądając za okno.
- CO!?!

„Bije się” nie było raczej najtrafniejszym określeniem rozpaczliwego unikania magicznych pocisków, w trakcie biegu dookoła olbrzymiego mecha i lawirowania między kawałkami metalu. Miyę ścigała nieznana dziewczynom długowłosa panna, ubrana w gotycki kostium, który tylko w Japonii można było kupić, jak też tylko w Japonii ktokolwiek odważyłby się pokazać się w nim na ulicy. Dainyuu nie zwracała na nich uwagi, zajęta konstruowaniem bikini z plandek trzech ciężarówek i rumienieniem się. Oznaczało to, że neopety wewnątrz jej albo straciły nad nią kontrolę, albo oszalały.

- Musimy mu pomóc!
- Małpo, nie waż się tknąć mojego pysiaczka!

* * *

Niespodziewanie wszystkie cztery obeliski zajarzyły się intensywnie, przyciągając uwagę wszystkich – Mayi i Ysengrinna, Miyi i Chimerii, Białej i Szarej Wiedźmy, Jurga i Zegisa, a na chwilę nawet Gonik, zwanej Duchem Wielkiej Czystki. Oczywiście zainteresowały także mieszkańców Tokio, którzy ze zdziwieniem obserwowali, jak rozpraszają się nocne ciemności. Po chwili tuż nad czubkami monolitów uformowały się świecące kule i szybko rozszerzyły się do znacznych rozmiarów. W kulach wyświetlił się jakiś obraz, początkowo mętny, lecz szybko nabierający ostrości.

- O, nauczyciel angielskiego...

Felix Uhrmacher siedział w mundurze generalskim za stołem, trzymając w rękach jakieś papiery, flankowany z lewej strony przez flagę Japonii. Przemówił twardym, beznamiętnym głosem, dobrze słyszalnym w całym mieście.



Obywatelki i obywatele Japonii!

Zwracam się dziś do Was jako żołnierz i jako szef tymczasowego rządu japońskiego. Zwracam się do Was w sprawach wagi najwyższej. Ojczyzna nasza znalazła się nad przepaścią. Dorobek wielu pokoleń, wzniesiony z popiołów japoński dom ulega ruinie. Struktury państwa przestają działać. Mnożą się wypadki terroru, pogróżek i samosądów moralnych, a także bezpośredniej przemocy.

Trzeba powiedzieć: dość!

Obywatelki i obywatele!
Ogłaszam, że w dniu dzisiejszym ukonstytuowała się Rada Anty-„WiP” – Anty-„Wykorzystywanie i Pasożytnictwo”. W zgodzie z postanowieniami Konstytucji, wprowadzono dziś o północy stan wojenny na obszarze miasta Tokio.

Osoby na stanowiskach kierowniczych, winne zaniedbań służbowych, marnotrawstwa i partykularyzmu, nadużywania władzy i bezdusznego stosunku do spraw obywateli, będą na wniosek pełnomocników-komisarzy wojskowych zwalniane ze stanowisk w trybie dyscyplinarnym. I rozstrzeliwane.

Zwracam się do wszystkich obywateli — nadeszła godzina ciężkiej próby. Próbie tej musimy sprostać!

Rodacy!
Wobec całego narodu japońskiego i wobec całego świata pragnę powtórzyć te nieśmiertelne słowa:
Banzai!

Obraz blondyna znikł. Zamiast niego pojawiła się czarnowłosa gimnazjalistka z warkoczykami i w okularach, sprawiająca wrażenie jakby się miała rozpłakać albo umrzeć ze strachu. Przez chwilę walczyła sama ze sobą, wreszcie wzięła się w garść, zasłoniła drżące usta czytanym tekstem i przemówiła.

- W-w d-dniu d-dzisiejszym wydano prawomocny wyrok na wroga ludu i zbrodniarza przeciwko ludzkości, z-właszcza prze-przeciw dzie-dzie... Dziewicom! Khem... Krwiożerczego tyrana i gnębiciela - Yubego. T-trasmisja z rozstrzelania odbędzie się za pół g-godziny. Nat-tomiast t-teraz pokażemy egzekucję innnego wroga ludu, zdradzieckiego imperialisty, Thotem-sam... Walentego Anatola Thotema! Skazanego prawomocnym wyrokiem sądu na powieszenie z-z-za p-poślednie ziobro!

Przy ostatnich słowach nie była już w stanie ukryć łez, jakie spływały jej po policzkach, jej obraz jednak już znikał, a zamiast tego ukazana została dziwna wysoka konstrukcja, wbita w środek ulicy. Był to olbrzymi stalowy krzyż, do końców ramion miał przymocowane łańcuchy zakończone wielkimi hakami. Na tych hakach właśnie, wbitych w klatkę piersiową, wisiał wysoki mężczyzna. Ręce miał skrępowane za plecami, głowę zaś nisko opuszczoną na pierś. Bezwładnie dawał się kołysać wiatrem.

* * *

- Thotem-sama – jęknął Miya, wpatrując się w obraz nad obeliskiem. Nogi załamały się pod nim i padł na kolana. Zapomniał o stojącej tuż za nim dziewczynie, jeszcze przed sekundą próbującej go zabić, zapomniał o wszystkim. Poczuł się wyjątkowo okropnie. – Shitsubou wo yurushite, Thotem-sama...

_________________
I can survive in the vacuum of Space
Powrót do góry Zobacz profil autora
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość Odwiedź galerię autora
Wyświetl posty z ostatnich:   
Strona 8 z 11 Idź do strony Poprzedni  1, 2, 3 ... 7, 8, 9, 10, 11  Następny
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików
Możesz ściągać załączniki
Dodaj temat do Ulubionych


Skocz do:  

Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group