FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy
RejestracjaRejestracja  Galeria AvatarówGaleria Avatarów  IRC (qchat mibbit)  ZalogujZaloguj

Poprzedni temat :: Następny temat
Idź do strony Poprzedni  1, 2, 3, 4 ... 9, 10, 11  Następny
  BISHOUJO SENSHI (H)ARCHER(Z) MAYA
Wersja do druku
Ysengrinn Płeć:Mężczyzna
Alan Tudyk Droid


Dołączył: 11 Maj 2003
Skąd: дикая охота
Status: offline

Grupy:
AntyWiP
Tajna Loża Knujów
WOM
PostWysłany: 20-01-2006, 12:16   

Ano;P

Cytat:
BUHAHA! ^v^V


Ej no, nie zrozumiałeś Guembi i Pszesuanja tej serii! Przecież Walenty Anatol wcale nie jest zły, tylko Skrzywdzony Przez Życie i Nierozumiany (jak na bizona przystało). Jak na razie nie mam pomysłu na kontynuację, muszę wreszcie napisać jakieś recenzje, potem się zobaczy.

_________________
I can survive in the vacuum of Space
Przejdź na dół Zobacz profil autora
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość Odwiedź galerię autora
wa-totem Płeć:Mężczyzna
┐( ̄ー ̄)┌


Dołączył: 03 Mar 2005
Status: offline

Grupy:
Fanklub Lacus Clyne
WIP
PostWysłany: 23-01-2006, 14:06   

Ysengrinn napisał/a:
Ej no, nie zrozumiałeś Guembi i Pszesuanja tej serii! Przecież Walenty Anatol wcale nie jest zły, tylko Skrzywdzony Przez Życie i Nierozumiany (jak na bizona przystało).

xD ale to Miya-kunowi w teście wyszedł bizon. Wiem z dobrze poinformowanych źródeł, że W.A.thotemowi wyszedł villain xP

_________________
笑い男: 歌、酒、女の子                DRM: terror talibów kapitalizmu
Powrót do góry Zobacz profil autora
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość Odwiedź listę obejrzanych anime / przeczytanych mang
 
Numer Gadu-Gadu
3869750
Ysengrinn Płeć:Mężczyzna
Alan Tudyk Droid


Dołączył: 11 Maj 2003
Skąd: дикая охота
Status: offline

Grupy:
AntyWiP
Tajna Loża Knujów
WOM
PostWysłany: 23-01-2006, 14:22   

Proszę mi podać przykład vilaina-niebizona z ostatnich lat. I Maestro Delfine z Last Exile się nie liczy;P. Zresztą co się rozdrabniać - Przecież Walenty Anatol był Skrzywdzony Przez Życie i Nierozumiany - jak na 3vil vilaina przystało!!!

Ale doszedłem do wniosku, że faktycznie tego nie idzie tak zakończyć. Przecież nie było jeszcze:

a) sceny w japońskiej szkole;
b) sceny na Tokyo Tower;
c) wielgachnego pentagramu rozrywającego całe miasto;
d) ukrzyżowania;
e) sceny zagłady czyjejś floty morskiej/kosmicznej;
f) i przede wszystkim - Thotem nie miał MONOLOGU!!!<zapada się ze wstydu do sąsiadów piętro niżej>

Więc ciąg dalszy być musi...

_________________
I can survive in the vacuum of Space
Powrót do góry Zobacz profil autora
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość Odwiedź galerię autora
wa-totem Płeć:Mężczyzna
┐( ̄ー ̄)┌


Dołączył: 03 Mar 2005
Status: offline

Grupy:
Fanklub Lacus Clyne
WIP
PostWysłany: 23-01-2006, 15:41   

W.A.thotem musi wygłosić monolog uświadamiający Miya-kunowi ZUO tego że się dał przygarnąć? A przedtem, przygarnięty Miya-kun może mieć rozterki?
Pentagram w kodzie już był, ale fakt - mały xD za to ognisty...
Flota...
szkoła... taaaak xD
Umm... nie było żadnych obcych z mackami? Chociaż nie, byli tentaklowaci choć swych macek nie pokazali... PRAWDA IKa? <patrzy niewinnie> ~_^ Wreszcie wiem skąd wziął się Maskotka xD

_________________
笑い男: 歌、酒、女の子                DRM: terror talibów kapitalizmu
Powrót do góry Zobacz profil autora
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość Odwiedź listę obejrzanych anime / przeczytanych mang
 
Numer Gadu-Gadu
3869750
Eltanin Płeć:Mężczyzna
?????


Dołączył: 17 Lis 2004
Skąd: Ciemna strona słońca
Status: offline

Grupy:
WIP
PostWysłany: 23-01-2006, 17:18   

Waluś, ty nie piskaj, że Ci bizon nie wyszedł, mogłeś trafić DUUUUŻO gorzej... *rozgląda się konspiracyjnie i ma szczerą nadzieję, że nikt nie pamięta co jemu wyszło*

_________________
Hubba Hubba Zoot Zoot
Deba Uba Zat Zat A-num Num
A-hoorepa Hoorepa A-huh-hoorepa A-num Num.


Be kind to dragons, for thou art crunchy and taste good with ketchup.
Powrót do góry Zobacz profil autora
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość
 
Numer Gadu-Gadu
1777110
Mai_chan Płeć:Kobieta
Spirit of joy


Dołączyła: 18 Maj 2004
Skąd: Bóg jeden raczy wiedzieć...
Status: offline

Grupy:
Fanklub Lacus Clyne
Tajna Loża Knujów
WIP
PostWysłany: 23-01-2006, 17:26   

Właśnie, Ysen, jeszcze maskotki zabrakło >3

_________________
Na Wielką Encyklopedię Larousse’a w dwudziestu trzech tomach!!!
Jestem Zramolałą Biurokratką i dobrze mi z tym!

O męcę twórczej:
[23] <Mai_chan> Siedzenie poki co skończyło się na tym, że trzy razy napisałam "W ciemności" i skreśliłam i narysowałam kuleczkę XD

Powrót do góry Zobacz profil autora
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość Wyślij email Odwiedź blog autora Odwiedź galerię autora
wa-totem Płeć:Mężczyzna
┐( ̄ー ̄)┌


Dołączył: 03 Mar 2005
Status: offline

Grupy:
Fanklub Lacus Clyne
WIP
PostWysłany: 17-02-2006, 19:23   

Trochę czasu to zajęło, ale jest wreszcie gotowe...
Radujcie oczy!
;3


_________________
笑い男: 歌、酒、女の子                DRM: terror talibów kapitalizmu
Powrót do góry Zobacz profil autora
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość Odwiedź listę obejrzanych anime / przeczytanych mang
 
Numer Gadu-Gadu
3869750
Redvampire
-Usunięty-
Gość
PostWysłany: 17-02-2006, 20:01   

Podchodzac do tego pragmatyczno realistycznie przykucnoł bym około 50 m od takiej spokojnie przycelowal i strzelił bo z takiej pozycji i punktu podparcia takiej broni co ona ma nie ma prawa we mnie trafić nawet jakby była super silnym robotem z układem celwoniczym. :P Ale Maido fajna tylko torche za młode do haremu
Powrót do góry
Ysengrinn Płeć:Mężczyzna
Alan Tudyk Droid


Dołączył: 11 Maj 2003
Skąd: дикая охота
Status: offline

Grupy:
AntyWiP
Tajna Loża Knujów
WOM
PostWysłany: 17-02-2006, 20:54   

Red nie znasz się, tu nie chodzi o realizm tylko Intertekstualizm (no dobra, Rambo to nie książka, ale też podpada)! A jak wiadomo taki Rambo strzelając z biodra potrafił rozwalić ruską dywizję, w przerwach między dłubaniem sobie w zębach swym byczym Rambo Najf. Poza tym to robocik, w związku z czym:

a) może mieć systemy celownicze jak F-15
b) harem zdecydowanie odpada, chyba, że jara Cię seks wirtualny.

_________________
I can survive in the vacuum of Space
Powrót do góry Zobacz profil autora
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość Odwiedź galerię autora
Irin Płeć:Kobieta

Dołączyła: 09 Kwi 2005
Status: offline

Grupy:
House of Joy
WIP
PostWysłany: 18-02-2006, 13:59   

O_O biedne roztrzęsione dziewczę...

A tak poza tym, niezła robota Thot...
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość Odwiedź galerię autora
Ysengrinn Płeć:Mężczyzna
Alan Tudyk Droid


Dołączył: 11 Maj 2003
Skąd: дикая охота
Status: offline

Grupy:
AntyWiP
Tajna Loża Knujów
WOM
PostWysłany: 12-03-2006, 22:42   

At last. Błędy poprawię potem...
____________________________________________________________

DA GREJT KONTYNIUEJSZON


Ogień. Jasny, czerwony płomień pośrodku ołtarza, nie wydzielający dymu, za to rozsiewający piękny zapach drzewa sandałowego. Kwilenie maleńkiego dziecka, wyciągającego rękę w stronę światła. Potężny błysk i ciemność. Odgłosy szybkiego stąpania po kamiennej posadzce, akompaniowanego ciężkim oddechem przestraszonej i zmęczonej kobiety.

- Uciekaj, Denya, uciekaj! – Dobiegł skądś okrzyk. Niemalże zagłuszał go szczęk mieczy, wrzaski ginących i głuche odgłosy ciosów. - Powstrzymamy ich jeszcze chwilę, uciekaj!

Dalszy bieg ciemnym korytarzem, nieliczne pochodnie rzucają światło na zdyszaną dziewczynę w czerwonej sukni, niosącą jakieś zawiniątko. Po jakimś czasie zaczęła się oddalać, odgłosy przycichły, aż wreszcie kompletnie zamilkły. Cały obraz wypełniła czarna mgła niepamięci.

* * *

- Zieeew… To ci dopiero dziwny sen – stwierdziła Maya, trąc zaspane oczka. Półleżała na swym łóżku, malowana na zielono przez światło, przesączające się przez takież zasłony. Z półek zawieszonych wokół łóżka patrzyło na nią kilkadziesiąt żabich mordek i kolorowych panieneczek z okładek różnych mang. – Ciekawe co mógł ozna… - Błędne spojrzenie rzucone po pokoju zatrzymało się na budziku. Konkretnie na perwersyjnie odchyloną w stronę cyferki „8” wskazówkę tego budzika. – O psia morda, spóźnię się!

Łuczniczka natychmiast wzięła się w garść i zaczęła skakać po całym pokoju z szybkością kilku machów, dla potencjalnego obserwatora wyglądając jak zamazana, błękitno-miedziana smuga. Po drodze pozbierała ubranie, książki, piórnik, szczoteczkę i inne sprzęty, tak że z pokoju wybiegła kompletnie ubrana w szkolny mundurek i umyta, z teczką w ręku. Mundurek ów składał się z białej bluzki, skarpetek, trzewików, brązowej, plisowanej spódniczki do kolan, takiejże marynarki i czerwonego krawata. Był nowiutki, gdyż dopiero od niedawna chodziła ona do szkoły Hosen Gakuen Kyuugaku, gdzie był on obowiązkowym ubiorem, błyszczał więc świeżością. Ledwo mijając sprzęty w korytarzu wpadła na schody, zjechała po poręczy, w salonie chwyciła zielone obento z karteczką „Dla Mayeczki” i wyskoczyła głównym wyjściem.

- Ittekimasu!
- Itterashai! – Dobiegło gdzieś z dalszych pokoi parteru.

Na werandzie Maya wpadła na kręcone schody i zaczęła zbiegać na dół. Oczywiście można się sprzeczać, czy coś co znajduje się dobra pięć metrów nad ziemią zasługuje na miano werandy, a nie tarasu, niewątpliwie byłoby jednak werandą, gdyby nie pewna specyficzna cecha owego domu. Mianowicie – kurza stopka. Wyglądająca najzupełniej tak, jak kurza stopka wyglądać powinna, pomijając naturalnie ponadwymiarowość. Jakby samego domku było mało wokół niego tkwiły w ziemi trzy potężne, pokryte tajemniczymi wzorami, menhiry. Oczywiście łuczniczka była już przyzwyczajona do tego niecodziennego widoku, więc nawet na chwilę nie zwolniła kroku, przeciwnie, natychmiast, gdy stanęła na ziemi przyspieszyła kroku i parkowymi alejkami pobiegła w stronę przystanka tramwajowego. Nie wiedziała, że obserwują ją czyjeś oczy. Całkiem spora ilość oczu.

* * *

Zza jednego z drzew sprint dziewczyny obserwował mężczyzna olbrzymiego wzrostu, który wycofał się za nie, gdy tylko zniknęła z pola widzenia. Gdyby ktoś go widział dostrzegłby, że ma kruczoczarne włosy do ramion i różne oczy – jedno piwne, drugie błękitnoszare, oba z niewidocznym białkiem. Ponieważ jednak cały park Yumenoshima Rouen, od kiedy pojawił się w nim domek na kurzej stopce, był zaplombowany przez policję, to nikt nie mógł go zobaczyć. A fakt, że zlekceważył zakaz władz wskazywał, że był gaijinem nawet bardziej niż wzrost.

* * *

- Mayeczka poleciała?
- Aha… - IKa odeszła od okna, przez które śledziła swą uczennicę i podeszła do stołu. Obie z Wrzosową Wiedźmą krzątały się po kuchni, urządzonej w typowo wiedźmim stylu, z pękami różnorodnego zielska i suszoną gadziną w każdym kącie.
- Zrobiłaś jej śniadanie? – Spytała Serika, zajęta pakowaniem papierów do walizki.
- Miya-kun zrobił – mruknęła, biorąc parujący kubek z jakimś naparem. – Wszystko masz przygotowane na spotkanie?
- Myślę, że tak. Nie ma jeszcze raportu Mayeczki, ale to się wyśle faksem jak go już napisze.
- Dobrze. Szef policji się niecierpliwi, wolałby już otworzyć park dla ludzi. Mam nadzieję, że bez problemów załatwimy czar Niezauważalności, bo trzeba będzie znaleźć inne miejsce.
- Wiesz, nie przypuszczam, by Szara Wiedźma robiła problemy. Ale jeśli trzeba by było szukać to faktycznie, pewnie w całym Tokio nic nie znajdziemy, a Mayeczka musi przecież dojeżdżać.
- Ano...

* * *

W zamglonym wnętrzu szklanej kuli widać było Mayę, biegnącą po brukowanym chodniku między drzewami. Wokół artefaktu panowała ciemność, rozlegający się cichy rechot świadczył jednak, że ma on co najmniej jednego obserwatora.

- Już wkrótce się spotkamy, moja droga. Już wkrótce.

Ponownie rozległ się rechot, a wnętrze kuli zapełniła mlecznobiała mgła.

* * *

- Nigdy się nie… Khu khu khu! – Zielonowłosa dziewczyna, ubrana w żółtoseledynowy mundurek, padła na kolana wstrząsana drgawkami i kaszlem, zaś rękawiczka na ręce, którą zasłoniła usta, zaczęła barwić się na bordowo.
- Kyoko! – Dopadła do niej niebieskowłosa okularnica i objęła za ramiona. – Nie powinnaś była walczyć w twoim stanie. Powinnaś leżeć w łóżku.
- Mizuko, nie mogę leżeć, gdy wy… Ekhu khukhukhu!
- Buahahaha!!! – Ryknęła śmiechem wysoka kobieta o dwóch długich warkoczach w kolorze zboża, okryta niebieską zbroją. - Wy nędzne śmiertelniczki! Nie macie żadnych szans w starciu ze mną. Ukorzcie się przed Cesarzową Terry, a daruję wam wasze nędzne życia!
- Nigdy!
- A więc gińcie – odparła złowieszczo, wyciągając w ich stronę rękę dzierżącą kulę mrocznej energii. – ULTRAMAR DEVASTA…!!!
- SLAANESH VIOLET ORGASM!!! – Niespodziewanie dobiegło z wysokości. Dziewczyny spojrzały tam i dostrzegły fioletowowłosą dziewczynę o imponujących kształtach, ubraną w sznurkowe bikini i stringi z falbanką nieudolnie podszywającą się pod spódniczkę. Z jej rąk wystrzelił fioletowy promień o niepokojąco fallicznym kształcie i uderzył dziewczynę w błękitnej zbroi.
- Nie!!! – Napastniczka przerwała w pół czaru, objęła się ramionami i zaczęła konwulsyjnie miotać. – Nie! Nie! Przestań! Och! Ach! Przestań! Nie!
- Skrzywdziłaś Kyoko, moją najlepszą przyjaciółkę – deklamowała fioletowa, wznosząc w groźbie pięść. – Znęcasz się nad ciężko chorą, skrzywdzoną przez los dziewczyną jakbyś była zupełnie wyzuta z uczuć! Ja, Lolita Slaanesha, przykładnie cię ukażę!
- Nantsu! Wróciłaś…Ekhukukhu!!!
- Głupia dziewczyno! – Blondwłosa wojowniczka zdołała się w końcu opanować. – Myślisz, że taki żałosny atak wystarczy by pokonać mnie, Ultramarynę? ORBITAL BOMBARDING!!!
- KYAAA!!!

* * *

- Szaman-san? – Miya Mizuno niezręcznie się uśmiechał w kierunku olbrzymiego, zielonego trolla, który wydawał się zahipnotyzowany tym, co działo się na ekranie. - Przyniosłem popcorn.
- Dobry uke. Postaw – Szaman nawet nie zaszczycił go spojrzeniem, gdy czerpał swą olbrzymią łapą w misie z prażoną kukurydzą. Określenie „uke”, wymyślone przez IKę, było niespecjalnie trafne, nie wspominając, że troll nie miał pojęcia co ono znaczy, zadziwiająco szybko jednak przylgnęło do nieszczęsnego, srebrzystowłosego młodzieńca. – Chcesz oglądać z nami?
- W sumie czemu nie…
- Siadaj – troll przesunął się nieco, robiąc na kanapie miejsce między sobą a Jurgiem, swym uczniem.

Gdy IKa z Seriką weszły do pokoju z torbami podróżnymi ich oczom ukazała się nie za duża, fioletowobłękitna sofa ich pokoju gościnnego, na której siedział sporych rozmiarów tajemniczy osobnik w czerwonej zbroi, i hełmie barbucie, obdarzony sporymi, stalowymi skrzydłami, stoicko pijący colę przez słomkę, dwa ogromne, przysadkowate trolle wcinające popcorn z nieobecnymi minami oraz wciśnięty między nie jak szpilka Miya-kun, z miną wyrażającą coś między dezorientacją a przerażeniem. Wszyscy byli porządnie ściśnięci, ale najwyraźniej im to nie przeszkadzało specjalnie, nie licząc oczywiście delikatnego młodzieńca. Na podłodze przed nimi siedziało w rządku kilkanaście kolorowych zwierzaków, z grubsza przypominających pieski, kotki, wiewiórki, lamy oraz inne gatunki i również gapiło się z przejęciem w ekran. Na ekranie zaś kilka dziewczyn jeszcze bardziej kolorowych niż zwierzaki była atakowana spadającymi z nieba pociskami świetlnymi.

- Xeniph, co wy oglądacie? – Spytała IKa, patrząc w telewizor ze zmarszczonym nosem.
- Anime – mruknął beznamiętnie osobnik w zbroi, nie drgnąwszy o milimetr. Choć wyglądał raczej na wojownika z jakiejś postapokaliptycznej wersji przyszłości, był on szanowanym technomagiem, zajmującym się konstrukcją i drobnymi naprawami sprzętów z pogranicza technologii i magii.
- Tyle widzę. Co to za anime?
- Chaos Lolita Undivided. Walczą właśnie z Ultramaryną, która chce przebudzić swą panią, uśpioną na Złotym Tronie. Do tego potrzebuje krwi dziewiczej.
- Czy ja wcześniej słyszałam „orgazm”?
- Bardzo możliwe.
- A-ha…
- Miya-kun, my idziemy – rzekła Serika, kładąc na stoliku gruby plik kserówek. – Tu masz opisy jak postępować z jakim zwierzakiem. Jedzenie jest w lodówce, a karma pod schodami na strych. Bawcie się dobrze.
- Dobrze, Serika-sama – odparł słabym głosem młodzieniec, starając się nie patrzeć na rządek straszliwych mutantów, które tylko czekały na okazję, by, nie nadzorowane, rozszarpać go i rozwlec jego wnętrzności po całym domu. To, że niemal wszystkie z tej armii bestii piekielnych miały wielkie, niewinne oczy wcale go nie uspokajało. – Do widzenia.
- Pa pa Miyaczku. Trzymajcie się Chłopaki.
- Hej.
- Hej.
- Hej.
- Pa – pożegnała się IKa, stojąc już w drzwiach. – Xen, dopilnuj by chłopaki nie zjadły naszego bizona, dobrze?
- Oni nie jadają zagrożonych wymarciem pustorożców.

Wiedźmy, zielona i wrzosowa, obrane zresztą w swe najelegantsze płaszcze i kapelusze, wyszły na werandę trzymając w rękach swe miotły. Nie były to zwyczajne miotły – miotła Seriki miała wrzosowy fotelik z pasami bezpieczeństwa i kierownicę podobną do rowerowej, z lusterkiem i trąbką. IKa miała na swojej tylko coś w rodzaju damskiego, zielonego siodła, i doczepioną, brązową torbę. Po niedługim czasie Miya-kun usłyszał cichy świst, świadczący, że miotły wystartowały. Westchnął ciężko i wrócił do patrzenia w ekran. Przynajmniej dopóki trwał film miał chwilę spokoju.

* * *

- KHORNE RED BATTLE FURY!!! – Pisnęła drobniutka, ruda dziewczynka z rozczochraną grzywą, skacząc i zamierzając się potężnym, czerwonym toporem.
- Hitomi! Ekhukhu! – Zielonowłosa Kyoko zaczęła znowu pluć krwią.
- NIEEEE!!! – Wrzeszczała Ultramaryna, widząc zbliżające się narzędzie mordu.
- III-KEEE!!!!

* * *

- Maya-chan, Maya-chan! – Dopadła do ławki zdyszana dziewczynka o różowych włosach. – Słyszałaś? Będziemy miały nowego nauczyciela angielskiego!
- Ohayo, Kozue – uśmiechnęła się łuczniczka, starając się specjalnie nie krzywić na nienaturalny kolor czupryny. – Co masz na myśli i czemu o aż taka afera?
- Gaijin desu!
- Gaijin? – Wytrzeszczyła oczy panieneczka o włosach fosforyzująco zielonych. – Taki jak w zeszłym roku? Młody, rudy i otaku krwawych gier?
- Um-um – zaprzeczyła różowa Kozue. Następnie, gdy przeszła do opisu, oczy jej się roziskrzyły – Jest podobno baronem z Niemiec. Ma piękne niebieskie oczy i wspaniałe blond włosy! Do tego rusza się z takim wdziękiem i zdecydowaniem… Ach, jakże chciałabym go zobaczyć w czarnym mundurze z czerwoną opaską na ramieniu!
- Czemu akurat czarnym z czerwoną drogie dziecko? – Zapytała rzeczowo Maya, starając się ukryć przerażenie.
- A nie wiem, jakoś tak mi przyszło do głowy…
- Chyba właśnie idzie – szepnęła zielonowłosa. – Kozue, chodź do ławki.
- Hai, Naomi-chan!

Usłyszały dochodzące z korytarza odgłosy ciężkich, marszowych kroków. Gdy dźwięki dobiegały tuż zza drzwi te wyleciały nagle z szyn i runęły na podłogę. Do pokoju wkroczył wysoki, jak na japońskie standardy, dystyngowany mężczyzna o krótkich, kręconych blond włosach. Przechodząc wzdłuż pierwszych ławek nieświadomie przeczesał sobie grzywkę, sprawiając, że włosy mu zafalowały, a błękitne oczy złapały refleksy światła. Niemal wszystkie dziewczęta w klasie wydały głośny „ach” zafascynowania. Jedyną „nieachającą” była Maya, dla której naturalny blondyn nie był czymś niezwykłym. Gospodarz klasy stanął na baczność i kazał uczniom wstać i ukłonić się, nim jednak otworzył usta, by kazać usiąść, nauczyciel kopnął go w pachwinę z taką siłą, że aż poderwał w powietrze. Gdy padł na kolana blondyn chwycił go skraj mundurka i szarpnął, pchając go w stronę ławek.

- Do ławki śmiertelniku, nie pozwalałem ci wstawać – warknął beznamiętnie, po czym ruszył do tablicy. Szybkimi ruchami ręki napisał na niej „Pherixe bon Ulmachel”, odrzucił kredę i skierował się do swojego biurka. - Nazywam się, jak możecie odczytać swymi kaprawymi, niedoskonałymi oczami, Felix von Uhrmacher – obwieścił, rozglądając się po sali. - Ale możecie się do mnie zwracać per „Panie i Władco” bądź „Krynico Mądrości”. W uzasadnionych i wyjątkowych przypadkach wolno wam zwracać się do mnie „sensei”.

Postawił na biurku swą torbę, otworzył ją i wyjął dziennik klasowy, pokryty jakimiś brunatnymi zaciekami. Przekartkował szybko, zatrzymał się na jednej ze stron, szybko przeleciał oczami po wszystkich uczniach, najwyraźniej porównując ich ze stanem w dzienniku. Szybko schował dziennik i chwilę grzebał w torbie, po czym wyciągnął grube tomiszcze, oprawne w czerwoną skórę i pokryte złotymi napisami po angielsku i jakimś nieznanym, ale fajnie i egzotycznie wyglądającym języku.

- Josif Stalin„Woprosy leninizma”. Z tej książki będziemy się uczyć angielskiego. Jest to od dzisiaj lektura obowiązkowa.
- Ale sensei – wtrącił Takeshi, najbardziej bezczelny i, co często idzie z tym w parze, najgłupszy chłopak w klasie, machając w powietrzu jakąś książką ze stylową ilustracją. – My już mamy lekturę. Zgodnie z planem zajęć…

Książka wyleciała z jego ręki, trafiona kulą jakiegoś absurdalnego kalibru i rozsypała się na ścianie w czarnobiałe konfetti. Wzrok całej klasy skupił się na dymiącym jeszcze pistolecie maszynowym, który niewiadomo kiedy i skąd znalazł się w ręku nauczyciela. Nawet klasowi otaku pukawek nigdy nie widzieli tego typu broni – wyglądała, jakby skonstruowano ją z pancernej blachy i miała na boku wygrawerowanego orzełka. Pokaz nie trwał długo, już po chwili sensei Felix schował pistolet za połę kurtki i wziął do ręki czerwoną książeczkę.

- Uwaga dyktuję. Bumelantom, którzy nie będą nadążać skonfiskowane zostaną racje żywnościowe. Zaczynamy…

* * *

- Udało ci się Hitomi! Udało ci się! – piszczała fioletowowłosa, tuląc do siebie drobnego rudzielca.
- Mfyfif mfie…
- Słucham? – Spytała, odsuwając drobną twarzyczkę od swych olbrzymich piersi.
- Uuufff! Powiedziałam, że mnie dusisz Nantsu-chan! – Sapnęła rudowłosa, rumieniąc się uroczo.
- Och wybacz. Hihihi – po zawtórowały jej niebieska okularnica Mizuko i zielonowłosa Kyoko, ta ostatnia o dziwo nie przechodząc w gruźlicze rzężenie. Nie trzeba było długo czekać, gdy dołączyła i mała Hitomi. Jak na komendę zaczęła dobiegać przerażająco słodka i kiczowata muzyczka, kamera zaś powoli wycofywała się ze zbliżenia.

* * *

- Wzruszyłem się – westchnął Szaman, koniuszkiem chusteczki wycierając łezkę z oka. Jurg był tak przejęty, że tylko pokiwał łepetyną, śledząc wzrokiem napisy końcowe.
- Chłopaki, wracamy do maszynowni – ogłosił Xeniph, wstając i ruszając w stronę korytarza.
- Tajest! – zakrzyknęły chórem trolle, nie słuchając już lektorki ogłaszającej, że za tydzień Chaos Lolity zmierzą się z demonicą Blond Raven, podającą się za nieśmiałą bibliotekarkę.
Miya-kun westchnął rozdzierająco, wziął misę po popcornie i ruszył do kuchni. Na sofie wylądował fioletowy, osopodobny owad wielkości psa i chwycił pilota, zmieniając kanał na Animal Planet. Leciał akurat program o modliszkach. Reszta kolorowej menażerii nie była zadowolona.

- Ej, dawaj pilota!
- Ja chcę moje kreskówki!
- Przełącz na MTV!
- Zaraz będzie Playboy, przełączaj!
- Przecież ty nawet nie masz roku, jesteś niepełnoletni!
- Pytał cię ktoś ropucho?!
- Buu! Chionodon się przezywa!

Zwierzyniec zaczął się kotłować pod sofą, podnosząc imponującą chmurę kurzu. Kilka obdarzonych skrzydełkami bądź odnóżami skocznymi dostało się na górę i zaczęło wyrywać pilota insektowi. Dwa zwierzaki nie brały udziału w bójce. Srebrzysta zafara, czyli skrzyżowanie królika i dinozaura, odkicała sobie za sofę, zaraz za nią przyczłapał szary, panteropodobny kot ze skrzydełkami, czyli halloween kougra. Pierwszy zwierzak stanął słupka i oparł głowę na łapkach, robiąc minę jakby kombinował. Drugi zatrzymał się kawałek dalej i patrzył nań z szacunkiem.

- Hej Ifusiu – zaczął kot. – Co będziemy robić dziś w nocy?
- To samo co robimy każdej nocy, Kiopku – stwierdziła zafara, zacierając przednie łapki. – Starać się opanować świat!

* * *

Po wielkiej, słabo oświetlonej sali krążyło mnóstwo pokojówek z notatnikami oraz gimnazjalistek, dźwigających przeróżne utensylia chemiczne i techniczne. Jedną ze ścian zajmował ogromny komputer z wielkimi ekranami, przedstawiającymi widoki z różnych części Tokio, obsługiwany przez kilka pokojówek. Kilka metrów od niego stała potężna, szklana tuba, wypełniona nieokreśloną, przezroczystą substancją, w której pływała naga dziewczyna, oświetlana błękitnozielonym światłem. Z drugiej strony sali wznosił się mostek dowodzenia, z którego prace obserwował Walenty Anatol Thotem, jeden z najbogatszych ludzi świata i samoistny geniusz. Szalony geniusz, dodajmy. Ostatecznie normalny naukowiec nie ma potrzeby posiadania mostka dowodzenia, nieprawdaż? Podobnie jak normalny naukowiec wie, że pomieszczenie pracy powinno być dobrze oświetlone. Thotem wychodził jednak z założenia, że gdyby wszyscy wizjonerzy podporządkowywali się normom świat stałby w miejscu

Thotem śledził przez swe okulary poczynania swych podwładnych, gdy nagle usłyszał wybuch z lewej strony. Gdy spojrzał ujrzał swą bodigaado no meido osuwającą się na ziemię w chmurze dymu, otoczonej językami prądu. Nim się odwrócił druga strażniczka, która go zasłoniła i próbowała uruchomić swe uzbrojenie strzeleckie, także została zniszczona nieznaną siłą, rozerwała ją od środka. Spojrzał w mrok jaki go otaczał, wydawało mu się, że coś słyszy. Nie mylił się, zbliżał się do niego cichy, męski chichot, akompaniowany powolnymi, jakby odmierzonymi krokami. Przybysz zatrzymał się na granicy światła, przez co Thotem mógł ujrzeć tylko kontury jego olbrzymiej, okrytej czarnym płaszczem sylwetki i lśniące zielono, długie, opadające aż na tors włosy.

- Witaj, sługo – odezwał się niskim, głębokim głosem. – Przybyłem zobaczyć postępy twej pracy. Co to, czyżbyś mnie nie poznawał?
- Nie... To niemożliwe, ty nie żyjesz.... Ill Palatzo!?
- ................... – Być może, gdyby ktoś mógł przebić wzrokiem absolutne ciemności, dostrzegłby z tyłu głowy mrocznego olbrzyma wielką kroplę. Naturalnie jednak nikogo takiego nie było, więc nie możemy być pewni, czy faktycznie ta kropla się tam pojawiła. -Naprawdę nie poznajesz mojego głosu?
- Ehm... Rezo?
- Nie.
- Aya Fujimiya?
- Nie.
- Takehito Koyasu?
- YUBY, ty palancie!!! YUBY! – Ryknął wielkolud, wystawiając wreszcie głowę z ciemności. Miał sporą, sterczącą grzywkę, wydłużoną, chudą twarz i ciemne oczy. -
Ten który dał ci dar nieśmiertelności, ty jajogłowa parodio burżuazyjnego oprawcy!
- Aa, no tak, zapomniałem – Thotem pacnął się w czoło. Po chwili opadł na kolano i zgiął kark w głębokim ukłonie. – Witaj, o panie ciemności, zniszczenia i rozlewu krwi. Twój pokorny sługa czeka na rozkazy. Czego pragnie mój pan?
- Jak postępują prace nad Bundaabafe?
- Nad... Nad czym?
- Bundaabafe.
- ...... – Szalony naukowiec poczuł, że zlewa go zimny pot. Na szczęście niespodziewanie spłynęło olśnienie. – Ach! Mój pan ma na myśli Wunderwaffe!
- A co niby powiedziałem?
- Proszę spojrzeć! Całe to pomieszczenie służy tylko i wyłącznie badaniu interesującego nas fenomenu! – Thotem, w mgnieniu oka podniósłszy się z kolan, wskazał gestem wielką salę, modląc się, by udało mu się zmienić temat. – Jak wiadomo, w Tokio działa kilkaset zespołów magical girls. Wszystkie one są przeze mnie monitorowane i dostarczają całych terabajtów bezcennych informacji. Gdy tylko udaje nam się z tych danych uzbierać pełny obraz jakiegoś aspektu niezwłocznie przeprowadzamy symulacje. Gdy te zakończą się pomyślnie – próbujemy zaimplementować ów aspekt do naszego Prototypu mahou shoujo.
- Hmm – Yuby oparł podbródek na ręce, zamyślając się. – Jak bardzo zaawansowane są te prace?
- Prototyp skończony jest już w osiemdziesięciu procentach! Jeśli pomyślnie przejdzie testy polowe - rozpoczniemy produkcję seryjną. Wszystko to powinno to zająć nie więcej niż miesiąc, jeśli praca będzie dalej postępowała w tym samym tempie.
- Doskonale – wielkolud się uśmiechnął, uśmiech ten jednak bynajmniej nie rozjaśnił jego twarzy. Wręcz przeciwnie. - Pamiętaj, by dostarczyć mi wszystkie dane, jak już osiągniecie swoje cele. I odesłać z powrotem moich ludzi.
- Oczywiście, panie.

* * *

- Ifusiu, co to takiego?
- To, mój drogi Kiopku, są magiczne nasiona fasoli. Dzięki nim dostaniemy się do krainy olbrzymów i skradniemy ich złoto.
- I wykupimy za to przemysł anime? – Podsunął entuzjastycznie skrzydlaty kotek.
- Nie, to byłoby zbyt oczywiste. My rzucimy to złoto na rynek, obniżając wartość kruszców szlachetnych. Zachwiejemy tym światową gospodarką i zaczniemy przejmować upadające firmy!
- Świetny plan Ifusiu! – Bił brawo kotek. – Jesteś genialna!
- Wiem – odparła butnie, zakładając rękę na rękę. – Teraz chodź, musimy skombinować doni...
- A! Tu ją zostawiłem – Miya, nieświadom swej wiekopomnej roli w ocaleniu światowej wolności i demokracji, podniósł worek z fasolą leżący między zwierzakami. – Mam nadzieję, że jeszcze pamiętam, jak się robi grochówkę...
- Kiopek – Rzekła oficjalnym tonem zafara, patrząc za oddalającym się młodzieńcem. – Rozpoczynamy operację Uwolnić Fasolę.
- Tak jest, generale Ifusia! – Kiopek zasalutował. – Na czym ma ona polegać?
- Punkt pierwszy – dogonić i unieszkodliwić siły agresora...

* * *

- Mayeczka jest bez życia – westchnęła Maya, kładąc głowę na ławce. – Ten psor to potwór, myślałam, że nie dociągnę do końca lekcji...
- Haaai... – zgodziły się chórem Kozue i Naomi, obie zwisające smętnie ze swych krzeseł.
- Na szczęście to była ostatnia lekcja – świadomość tego faktu ją ożywiła, zerwała się na równe nogi i chwyciła plecaczek w piruecie. - Zwijamy się moje panie. Chodźcie, odprowadzę was do tramwaju.
- Haaai...

Miały wyraźnego pecha – jak tylko wyszły na zewnątrz zaczęło lać. Na szczęście niedaleko był automat z przydatnymi rzeczami. Kozue i Naomi kupiły sobie po parasolce, pomarańczowej i błękitnej, a łuczniczka czerwoną pelerynkę przeciwdeszczową. Pobiegły szybko na przystanek, gdzie zaraz przyjechał tramwaj i zabrał obydwie kolorowowłose dziewczyny. Maya pomachała im i pobiegła na swój przystanek autobusowy. Pomknęła zresztą między stojącymi samochodami i już na miejscu stwierdziła, że z powodu gigantycznych korków autobus prędko nie nadjedzie. Ponieważ nie uśmiechało jej się czekać w deszczu pobiegła w stronę metra. Gdy zbiegała na dół po schodach ujrzała, że pociąg stoi na prawie pustym peronie, ale drzwi się właśnie zamykają. Popędziła ile sił w nogach wrzeszcząc, wiedziała jednak, że nie zdąży. Gdy była jednak w połowie drogi jakiś wysoki mężczyzna chwycił drzwi i nie pozwolił, by się zamknęły.

- Dziękuję – rzuciła, wskakując do środka. Odwróciła się w jego stronę i spojrzała na niego. Był naprawdę wysoki, z długimi, czarnymi włosami, okryty długą, czarną peleryną z dziwnym symbolem na lewym ramieniu. Miał niesamowite oczy w różnych kolorach, których białko wydawało się być czarne. Uśmiechał się tak jak i ona, wyglądał jednak, jakby brakowało mu w tym wprawy. – Naprawdę dziekuję za pomoc.
- Nie ma za co, Czerwony Kapturku – spojrzał po jej pelerynce z lekką ironią, puszczając drzwi. - Spieszysz się z łakociami do chorej babci?
- Taak, można to tak określić – spojrzała na swój płaszczyk z lekkim zażenowaniem. Facet oczywiście musiał zauważyć nie to co trzeba. – Do widzenia.
- Do widzenia... – drzwi się zamknęły i metro ruszyło powoli, a razem z nim oddalał się obraz łuczniczki. – ... w parku Yumenoshima Rouen.

* * *

Maya oparła się o ścianę, ściskając teczkę i zamykając oczy. „To był dziwny facet” pomyślała. „Miał takie niesamowite oczy. Patrzył na mnie jak wilk na Czerwonego Kapturka. Tak jakoś zachłannie...” Zorientowała się, co właśnie powiedziała w myślach i palnęła się w czoło. Na jej szczęście wagon był całkowicie pusty.

- Kobieto o czym ty myślisz, na Boga Ojca!

* * *

Wysoki, czarnowłosy mężczyzna stał przed drzwiami do wiedźmiej chatki, uśmiechając się nieprzyjemnie. Nie wyglądał na przejętego tym, że stoi na śliskich deskach kilka metrów nad ziemią. „To niemalże za proste” pomyślał, pukając do drzwi. Usłyszał ciche kroki i skrzeczący, piskliwy głos oznajmiający, że już idzie i żeby poczekał. Po chwili drzwi się otworzyły.

- Któż to przychodzi w taką nieboską pogodę? – Powiedziała starsza pani, we wrzosowym czepku i okularach, otwierając drzwi. Coś jednak było z nią nie tak. Może to zarost, może długi, wąsaty pysk, wreszcie może rząd stożkowatych kłów z owego pyska wystający.
- Mam się niby nabrać, że jesteś babcią tak?
- Ty za to jesteś archetyp czerwonego kapturka, co? – Odburknął wilkoczłek, patrząc na niego nomen omen wilkiem.
- Skąd wiesz, że ona ma na sobie czerwony kapturek? – Zdziwił się nagle czarnowłosy, patrząc na samozwańczą babcię podejrzliwie.
- A ty skąd wiesz? – Wilkoczłek również zmrużył podejrzliwie oczy.
- Bo przecież stoi za tobą – czarnowłosy spojrzał zdziwiony za przebierańca. Ten poszedł za jego wzrokiem, nie zauważył jednak żadnej dziewczyny w czerwonym kapturku, pokój był pusty. Wkurzony odwrócił się z powrotem.
- O czym ty... - Pięść w ćwiekowanej, czarnej rękawicy zderzyła się z wilczą szczęką i posłała jej właściciela w powietrze. Wilkoczłek z rumorem wylądował na ławie, miażdżąc ją pod sobą. Zaraz jednak podniósł się na klęczki i otrząsnął. – To nie było miłe.
- Przykro mi niezmiernie – odparł jego przeciwnik, dobywając miecz ostentacyjnie powoli. Broń była wspaniale zdobiona, jej ostrze zaś pokryte tajemniczym pismem. To, że pismo to niepokojąco przypominało stylizowaną cyrylicę w tym momencie nie ma większego znaczenia dla fabuły.

* * *

- Mmmfffmmhmmhmm!
- Dobra robota, szeregowy Kiopek – pochwaliła Ifusia, patrząc na związanego i zakneblowanego chłopaka, opartego o ścianę ciemnego korytarza i patrzącego na stworki przerażonymi oczyma. – Teraz, skoro już mamy magiczną fasolę, ja poszukam doniczki, a ty przynieś świeżej ziemi z piwnicy. Spotkamy się w salonie koło drzwi wejsciowych!
- Tak jest, generale Ifusia! Przystępuję do wykonania rozkazu!

* * *

Łuczniczka dość szybko zapomniała o dziwnym spotkaniu. Metro wkrótce dojechało na miejsce, a ona musiała biec przez deszcz i mokre ulice, mijając stojące w gigantycznych korkach samochody i starając się przeskakiwać kałuże, z naciskiem na „starając się”. Nim dobiegła do parku miała całkiem przemoczone trzewiki i skarpetki, w związku z czym nie była w najlepszym humorze. Na szczęście park, choć tak samo mokry, był cichy i pusty, przez co jego widok działał uspokajająco. Gdy więc wolnym już krokiem dotarła pod chatkę tylko westchnęła ciężko. W taką pogodę wspinaczka po kręconych schodach nie była najlepszym pomysłem, dużo bezpieczniej byłoby dostać się na górę lewitując. „Jeśli by się nie było Mayeczką” burknęła w myślach, wspominając swe postępy w nauce tego zaklęcia. Lewitacja w jej wykonaniu prawie zawsze kończyła się bolesnym upadkiem, a nie do końca o to w tym czarze chodziło, więc z konieczności unikała używania go. Gdy po śliskich deskach schodów dotarła na równie śliskie deski werandy była całkowicie zdecydowana wymóc na Ice i Serice zbudowanie balustrady.

Gdy otworzyła drzwi westchnęła zaskoczona. Cały salon był gruntownie zdemolowany, jakby miała tu miejsce walka całej zgrai oprychów. Stoły powywracane, miski i dzbany potłuczone, zasłonki pozdzierane, kwiatki podeptane. Nawet w kineskopie telewizora utkwił, rzucony widać z wielką siłą, pogrzebacz. Jakby tego było mało – cuchnęło mokrym psem.

- IKa? Jesteś tu?
- Tu jestem moja droga – dobiegł ją cichy głos zza zasłony, która co prawda nie była zerwana, ale której ???????? jakimś cudem się odczepił z jednej strony i oparł o żyrandolu, przez co zasłona tworzyła jakby parawan. – Mogłabyś podejść?
- IKa, na Boga, nic ci się nie stało? – Łuczniczka ruszyła szybko w tamtą stronę zrzucając z głowy kaptur, po chwili jednak zwolniła podejrzliwie. – Czemu tu taki bałagan?
- Żebym się mogła lepiej przygotować na twój powrót – odparła postać za zasłoną, której Maya ledwie widziała kontury sylwetki.
- A-ha... – Łuczniczka robiła się coraz bardziej nieufna, coś jej wyraźnie nie grało. – A czemu masz taki gruby głos?
- Żeby cię lepiej powitać – odparła postać, zauważalnie, acz mało umiejętnie ścieniając głos.
- Aaa... – Maya stanęła krok od zasłony, łapiąc ją ostrożnie ręką i zaczynając ciągnąć. Pierwszym co odsłoniła było olbrzymie ostrze miecza. – A po co ci ten miecz, IKo?
- Żeby cię zjeść – warknął wysoki mężczyzna już swym naturalnym głosem, zadając potężne cięcie wzmiankowaną bronią.

Był jednak zbyt wolny, łuczniczka pięknym saltem odskoczyła do tyłu, ostrze zaś przebiło deski podłogi. Lądowanie Mayi już nie było takie piękne, gdyż mokre trzewiki wpadły w poślizg na podłodze i upadła jak długa. Nim się obejrzała stał nad nią napastnik ze wzniesionym do kolejnego ciosu mieczem.

* * *

- Ifusiu, a co to za książka?
- Jak sam możesz Kiopku zauważyć – zafara puściła na podłogę opasłe, pokryte zieloną skórą tomiszcze. Na okładce złotymi literami pisało „Xyęga Magiyey Imć Pani Gem Adaig Ferch Epro, z Domu Drumlann, Elfickyey Czarodzyeyki”. Oba zwierzaki przycupnęły za przewróconym fotelem i nie zwracały najmniejszej uwagi na walkę na śmierć i życie kilka metrów dalej. – Jest to księga magii. W niej właśnie znalazłam czar, którym zmusimy fasolę, by wyrosła i zabrała nas do krainy olbrzymów.
- Piękna księga! Na pewno zaklęcia w niej są niesamowicie potężne.
- Dokładnie – Ifusia uśmiechnęła się. Byłby to bardzo przerażający uśmiech, gdyby nie należał do małego, futrzastego zwierzaka o wielkich, niewinnych oczach. – Szybko, posadź nasiona w doniczce, a ja zaczynam recytować!
- Tak jest!
- No więc khem hem...

* * *

Maya w ostatniej sekundzie odturlała się, unikając przecięcia na pół. Szybko wróciła na miejsce, a miecz ponownie minął ją o włos, uderzając tam, gdzie przed chwilą leżała. Sytuacja się powtórzyła po raz trzeci, teraz jednak napastnik rozwalił podłogę do reszty i zrobił sporą dziurę, przez którą było widać trawę kilka metrów poniżej. Widząc, że taka zabawa ma niezbyt ciekawe perspektywy, szybko zmieniła taktykę. Konkretnie zauważyła, że stoi on na małym dywaniku, chwyciła więc za brzeg dziury w podłodze ręką, a piętami zahaczyła o dywanik. Podciągając nogi pod siebie wyrwała mu grunt spod nóg gdy właśnie wznosił ponownie miecz, przez co, gdy runął jak długi, omal sam się na niego nie nadział.

Zdołała powstać i zrzucić krępującą ruchy pelerynkę, ujrzała jednak, że on także jest już na nogach, z mieczem w ręku. Rzuciła się do ucieczki, przebiegając pod pobliską ławą, chcąc utrudnić mu zadanie. Nie na wiele to się zdało, przepołowił ją jednym ciosem i kontynuował pościg. Łuczniczka biegła dalej wskoczyła na przewrócony fotel, nie zwracając uwagi na wydobywające się zza niego dziwne światło. Zeskoczyła z drugiej strony i pobiegła dalej, czarnowłosy zaś przeskoczył fotel jednym susem, miał jednak pecha przy lądowaniu. Wdepnął w doniczkę wypełnioną świeżą ziemią, zresztą dokładnie w momencie, gdy Ifusia, nieświadoma niczego, wypowiadała ostatnie słowa recytacji. Z doniczki wystrzeliły momentalnie grube pnącza fasoli, które oczywiście zaczęły się piąć po najbliższej podporze. Oczywiście był nią niedoszły zabójca Mayi, który zaczął się miotać i ryczeć jak schwytane w sidła zwierzę, rozrywając część pnączy, na ich miejsce jednak natychmiast wyrosły następne. Zabawa trwała dobry kwadrans i Maya, która wróciła obserwować zwabiona krzykami, zachodziła w głowę jak długo facet będzie miał siły. Gdy wreszcie się uspokoił wyglądał jak dorodny żywopłot, sapał zaś jak miech kowalski. Łuczniczka spoglądała spokojnie we wściekłe oczy, gdyż tylko tyle dało się dostrzec spod liści.

- Już się uspokoiłeś na tyle, bym ci mogła zadać jakieś pytania?
- Tak jakby – mruknął gniewnie, ale przytomnie.
- A więc najoczywistsze pytanie – czemu chciałeś mnie zabić?
- Jestem rycerzem Zakonu Świętych Jerzego i Michała. Na rozkaz mego mistrza miałem pozbyć się zagrożenia dla ludzkości.
- Jakiego znów zagrożenia i co to ma wspólnego ze mną?
- Zgodnie z proroctwem jakie do nas dotarło – na świat już przyszedł zły Mesjasz Zagłady. Czeka on tylko na przebudzenie.
- No dobrze, ale co to, psia kostka, ma do mnie?
- Ty jesteś tym mesjaszem. Jeśli nikt tego nie powstrzyma, niedługo sprowadzisz na ten świat zniszczenie, utopisz go w morzu krwi i cierpienia.
- ... – Dziewczyna wpatrywała się w piwnoszare oczy, a jej mina nie wyrażała zupełnie nic. Czuła się jakby oberwała obuchem. – Ja... – Wydukała. – Miałabym sprowadzić na świat... Zagładę?
- Tak – jego głos był całkowicie pozbawiony litości. Po chwili milczenia dorzucił lekkim tonem. – To znaczy nigdy nie mieliśmy okazji sprawdzić, na ile nasze proroctwa są prawdziwe, ale taka możliwość istnieje.
- Kimi wa baka! – Krzyknęła Maya, z wrażenia aż siadając na podłodze. – Omal nie dostałam zawału ty... Jak się w ogóle nazywasz?!
- Ysengrinn von Bad Altheide, do usług szlachetnej panience. Niestety tym razem tylko w przenośni.
- Rycerz, co? – Zamyśliła się nagle, opierając podbródek na ręce. – Czy przysięgniesz, że nic mi nie zrobisz i pójdziesz sobie, jeśli cię teraz puszczę?
- Słucham?!
- Wiesz... Nie mam za bardzo ochoty cię tu trzymać, zwłaszcza, że jesteś duży więc pewnie dużo jesz. Więc puszczę cię teraz i idź sobie w diabły, a jeśli wrócisz to cię zwyczajnie usmażę. Stoi.
- Hmm – miała wrażenie, że się uśmiechnął, trudno to było jednak stwierdzić. – Dobrze, przysięgam, że odejdę w pokoju. Nie mogę jednak przysiąc, iż nie wrócę.
- Domyślam się. OGNIOKULA!!! – Rzuciła w fasoloworycerzowy żywopłot kulą ognia, otaczając go burzą płomieni. Po chwili płomienie zaczęły gasnąć i wreszcie zmieniły się w żarzące resztki, z których Ysengrinn mógł się wydostać. O dziwo nie wyglądał na poparzonego czy nawet specjalnie poturbowanego. Otrzepał się z popiołu i ukląkł na kolano.
- Zgodnie z przysięgą odchodzę. Do następnego spotkania, panienko.
- Oby nie rychłego.

Wstając rycerz złapał za skraj swej peleryny i teatralnym gestem się nią owinął. Nie zauważył jednak, że jej koniec zahaczył o jakąś rozwaloną szafkę i ruszył do wyjścia. Nim łuczniczka zdążyła go ostrzec peleryna go pociągnęła, tak, że okręcił się wokół osi. Dość nieszczęśliwie zresztą, gdyż akurat gdy przechodził przez drzwi, o wiele za niskie jak na kogoś jego wzrostu, szedł tyłem i gruchnął potylicą w powałę, że aż się rozniosło. Łuczniczka westchnęła, ale nic już nie powiedziała. Zdecydowanie jednak powinna, gdyż rycerz wyszedł z zaciśniętymi z bólu oczami na werandę, najwyraźniej zapominając na jakiej jest wysokości.

- Aaaaa!!! – Rozległ się krzyk, po nim zaś potężny huk.
- Na Boga jedynego... – westchnęła Maya. Ifusia i Kiopek smętnie pokiwali główkami.

_________________
I can survive in the vacuum of Space


Ostatnio zmieniony przez Ysengrinn dnia 19-03-2006, 00:16, w całości zmieniany 3 razy
Powrót do góry Zobacz profil autora
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość Odwiedź galerię autora
Amra Płeć:Kobieta
This is not the end...

Dołączyła: 08 Mar 2006
Status: offline
PostWysłany: 13-03-2006, 15:30   

Powiem ci, ze calkiem calkiem. Jak dla mnie to moze byc
Ysengrinn napisał/a:
Rzuciła w fasoloworycerzowy żywopłot kulą ognia

Fasoloworycerzowy? Ciekawy wyraz...

_________________
Save me from the nothing i've become...
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość
Serika Płeć:Kobieta


Dołączyła: 22 Sie 2002
Skąd: Warszawa
Status: offline

Grupy:
Tajna Loża Knujów
WIP
PostWysłany: 13-03-2006, 18:17   

Nie może być, to jest GENIALNE! I nie do docenienia przez osobę, która nas dobrze nie zna :P Ysen, kończ, bo Cię będę po nocach straszyć :D

_________________
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość Wyślij email Odwiedź blog autora
 
Numer Gadu-Gadu
1051667
Ysengrinn Płeć:Mężczyzna
Alan Tudyk Droid


Dołączył: 11 Maj 2003
Skąd: дикая охота
Status: offline

Grupy:
AntyWiP
Tajna Loża Knujów
WOM
PostWysłany: 13-03-2006, 18:38   

Macie ją, jeszcze nie wykoncypowałem rozwinięcia, a ona już kończyć każe;).

_________________
I can survive in the vacuum of Space
Powrót do góry Zobacz profil autora
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość Odwiedź galerię autora
Mai_chan Płeć:Kobieta
Spirit of joy


Dołączyła: 18 Maj 2004
Skąd: Bóg jeden raczy wiedzieć...
Status: offline

Grupy:
Fanklub Lacus Clyne
Tajna Loża Knujów
WIP
PostWysłany: 13-03-2006, 19:02   

Ano, co ja będę mówić...
...Po pierwsze wrodzona kobieca próżność jest wielce zadowolona, z uczynienia Maieczki main heroine... Ale to normalne...
Po drugie, jak już mówiłam setki razy, masz zmysł obserwacji, poczucie irracjonalnego humoru i zapędy parodystyczne :P Good for you
Po trzecie... Nie będę oryginalna, jeśli powiem, że chcę więcej XD"

Maieczka ma Mhroczną Przeeeeeszłooooość XDDDD Jeeeeej!

_________________
Na Wielką Encyklopedię Larousse’a w dwudziestu trzech tomach!!!
Jestem Zramolałą Biurokratką i dobrze mi z tym!

O męcę twórczej:
[23] <Mai_chan> Siedzenie poki co skończyło się na tym, że trzy razy napisałam "W ciemności" i skreśliłam i narysowałam kuleczkę XD

Powrót do góry Zobacz profil autora
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość Wyślij email Odwiedź blog autora Odwiedź galerię autora
Wyświetl posty z ostatnich:   
Strona 3 z 11 Idź do strony Poprzedni  1, 2, 3, 4 ... 9, 10, 11  Następny
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików
Możesz ściągać załączniki
Dodaj temat do Ulubionych


Skocz do:  

Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group