FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy
RejestracjaRejestracja  Galeria AvatarówGaleria Avatarów  IRC (qchat mibbit)  ZalogujZaloguj

Poprzedni temat :: Następny temat
Idź do strony Poprzedni  1, 2, 3 ... 8, 9, 10, 11  Następny
  BISHOUJO SENSHI (H)ARCHER(Z) MAYA
Wersja do druku
wa-totem Płeć:Mężczyzna
┐( ̄ー ̄)┌


Dołączył: 03 Mar 2005
Status: offline

Grupy:
Fanklub Lacus Clyne
WIP
PostWysłany: 06-02-2007, 21:47   

MO-NO-LOG! :>

_________________
笑い男: 歌、酒、女の子                DRM: terror talibów kapitalizmu
Przejdź na dół Zobacz profil autora
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość Odwiedź listę obejrzanych anime / przeczytanych mang
 
Numer Gadu-Gadu
3869750
Mai_chan Płeć:Kobieta
Spirit of joy


Dołączyła: 18 Maj 2004
Skąd: Bóg jeden raczy wiedzieć...
Status: offline

Grupy:
Fanklub Lacus Clyne
Tajna Loża Knujów
WIP
PostWysłany: 06-02-2007, 21:58   

"Piraci pracują projektowo" mnie rozczuliło... Poza tym gratuluję oddania fenomenu jakim jest zapowietrzanie się. Trudna sztuka. I Tomek chyba mnie znielubi, jak mogłam tak wykwiczeć... XD Rozmowa Szarej i Białej Wiedźmy...

I poor Thotem-sama ;_; Dobry z niego wróg był...

_________________
Na Wielką Encyklopedię Larousse’a w dwudziestu trzech tomach!!!
Jestem Zramolałą Biurokratką i dobrze mi z tym!

O męcę twórczej:
[23] <Mai_chan> Siedzenie poki co skończyło się na tym, że trzy razy napisałam "W ciemności" i skreśliłam i narysowałam kuleczkę XD

Powrót do góry Zobacz profil autora
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość Wyślij email Odwiedź blog autora Odwiedź galerię autora
Miya-chan Płeć:Kobieta
Aoi Tabibito


Dołączyła: 08 Lip 2002
Skąd: ze światów
Status: offline

Grupy:
Tajna Loża Knujów
WIP
PostWysłany: 06-02-2007, 22:06   

"Nie wydzieraj się, Miya-kun, przeszkadzasz" <kiwu kiwu>
...
Ta różdżka... Bogowie, ta różdżka... <spadła z krzesła i również się zakwikała>
A do tego zagajnik, 3v!l Goniątko, rozmowa Szarej i Białej Wiedźmy, Anty-WiP i poor Thotem-sama...
I oczywiście cliffhanger. WRRR. Oby następna część wyszła szybko, bo jak nieee, tooo...
Powrót do góry Zobacz profil autora
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość Odwiedź blog autora Odwiedź galerię autora Odwiedź listę obejrzanych anime / przeczytanych mang
Bezimienny Płeć:Mężczyzna
Najmniejszy pomiot chaosu


Dołączył: 05 Sty 2005
Skąd: Z otchłani wieków dawno zapomnianych.
Status: offline
PostWysłany: 06-02-2007, 22:15   

... różdżka...
Ysen... jesteś ZUY

_________________
We are rock stars in a freak show
loaded with steel.
We are riders, the fighters,
the renegades on wheels.

The difference between fiction and reality? Fiction has to make sense.
Powrót do góry Zobacz profil autora
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość
Serika Płeć:Kobieta


Dołączyła: 22 Sie 2002
Skąd: Warszawa
Status: offline

Grupy:
Tajna Loża Knujów
WIP
PostWysłany: 06-02-2007, 23:38   

...różdżka.........


Mo-no-log! Mo-no-log! Tho-te-ma! ;D

(i generalnie było powalające, zwłaszcza biedna, obnażona Dainyuu...)

_________________
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość Wyślij email Odwiedź blog autora
 
Numer Gadu-Gadu
1051667
coyote Płeć:Kobieta
prof. zombie killer


Dołączyła: 16 Kwi 2003
Skąd: the milky way
Status: offline

Grupy:
WIP
PostWysłany: 06-02-2007, 23:52   

BZYYYYYT i Green Green...


...cud że jeszcze żyję XD

_________________
I used to rule the world
Seas would rise when I gave the word
Now in the morning I sweep alone
Sweep the streets I used to own
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość Wyślij email Odwiedź stronę autora
 
Numer Gadu-Gadu
1918937
Daerian Płeć:Mężczyzna
Wędrowiec Astralny


Dołączył: 25 Lut 2004
Skąd: Przestrzeń Astralna (Warszawa)
Status: offline

Grupy:
Tajna Loża Knujów
PostWysłany: 07-02-2007, 11:47   

Hmm... chyba już wolę rapier od ródżki :>
Ysen przegonił samego siebie :P

_________________
Powrót do góry Zobacz profil autora
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość
 
Numer Gadu-Gadu
3291361
GoNik Płeć:Kobieta
歌姫 of the universe


Dołączyła: 04 Sie 2005
Status: offline

Grupy:
AntyWiP
Fanklub Lacus Clyne
Tajna Loża Knujów
PostWysłany: 07-02-2007, 12:26   

'Raziel-sama!'
aua, cios w serce XD

Monolog. I różdżka z Punyana. I Maieczka w Czerwonym Kapturku! *wyobraża sobie*
I aj, poor Walenty Anatol...

_________________
Powrót do góry Zobacz profil autora
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość Wyślij email
Szarodziej Płeć:Mężczyzna
adept magii


Dołączył: 06 Lip 2006
Skąd: wieża z kości słoniowej
Status: offline
PostWysłany: 08-02-2007, 21:44   

Maia ala czerwony kapturek+ różdżka...o_O... Umrzeć z śmiechu można! Chciałeś nas wszystkich pozabijać Ysen!

_________________
"Errare humanum est, in errore perservare stultum"

Yeah! Dorobiłem się Avka!
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość
Serika Płeć:Kobieta


Dołączyła: 22 Sie 2002
Skąd: Warszawa
Status: offline

Grupy:
Tajna Loża Knujów
WIP
PostWysłany: 08-02-2007, 22:03   

Szarodziej, to dopiero ma odpowiedni efekt, kiedy znasz ludzi, ktrzy sie tam pałętają :D

_________________
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość Wyślij email Odwiedź blog autora
 
Numer Gadu-Gadu
1051667
Szarodziej Płeć:Mężczyzna
adept magii


Dołączył: 06 Lip 2006
Skąd: wieża z kości słoniowej
Status: offline
PostWysłany: 09-02-2007, 22:00   

Cytat:
Szarodziej, to dopiero ma odpowiedni efekt, kiedy znasz ludzi, ktrzy sie tam pałętają

Ależ ja naprawdę przynajmniej trochę się w tym potrafię rozeznać... Czytałem kilka topików w Multiświecie i raczej nie jestem z tych ostatnich ^_^ Ja mam już prawie rok status usera! Powinienem się czegoś dowiadywać! (Jestem ciekawski)

_________________
"Errare humanum est, in errore perservare stultum"

Yeah! Dorobiłem się Avka!
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość
Ysengrinn Płeć:Mężczyzna
Alan Tudyk Droid


Dołączył: 11 Maj 2003
Skąd: дикая охота
Status: offline

Grupy:
AntyWiP
Tajna Loża Knujów
WOM
PostWysłany: 06-05-2007, 19:21   

....

Łypnąłem właśnie na to co piszę, by po raz kolejny się przekonać, że zupełnie, ale to zupełnie zupełnie, nie mam głowy do oceny objętości. Obecna część będzie ostatnia w tej historii (muah, nareszcie...). Po niej może jeszcze epilog, żeby podomykać wszystkie wątki, ale to się zobaczy. Kto chce mnie zabić może już ostrzyć narzędzia i ustawiać się w kolejce.

_________________
I can survive in the vacuum of Space
Powrót do góry Zobacz profil autora
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość Odwiedź galerię autora
Ysengrinn Płeć:Mężczyzna
Alan Tudyk Droid


Dołączył: 11 Maj 2003
Skąd: дикая охота
Status: offline

Grupy:
AntyWiP
Tajna Loża Knujów
WOM
PostWysłany: 23-08-2007, 21:34   

To już jest koniec, nie ma już nic... No dobra żartuję, jeszcze będzie odcinek 13, epilog (KIEDYŚ), w którym to i owo wyjaśnię. Dziękuję wszystkim, którym powinienem podziękować i którym jestem wdzięczny, ale których naprawdę już nie pamiętam, tylu ich było, więc przy okazji proszę też o wybaczenie.

Nigdy więcej się nie będę pakował w taką grafomańską kobyłę, amen. Chyba, że przypadkiem zdołam coś napisać z sensem, ale wtedy postaram się uwinąć w czasie krótszym niż, hem, niecałe dwa lata. BTW - Tekst pisany długo, o różnych porach i prawie nie sprawdzany, więc mogą być nierówności stylu.
___________________________________________________________________________
DA GREJT KONTINIUEJSZYN PART NAJN

Miya wyhamował gwałtownie, ciężko dysząc i podnosząc chmurę pyłu. Wpadł w pułapkę. Wbiegł między dwie, wbite w ziemię na sztorc, stalowe płyty z pancerza Dainyuu, odkrywając poniewczasie, że to ślepa uliczka. Drogę zablokowała mu trzecia płyta, wbita prostopadle do pozostałych. Odwrócił się, słysząc zgrzyt obcasów Chimerii na chodniku i wycofał do końca krótkiego korytarza, połykając ślinę. Dziewczyna uśmiechnęła się złowieszczo, prezentując spiczaste uzębienie, i ruszyła wolno w jego kierunku, demonstracyjnie przebierając pazurzastymi palcami opuszczonych rąk. Chłopak wszystkimi siłami starał się wniknąć w strukturę stalowej płyty, o którą opierał plecy.

- Co my tu mamy? - Zachichotała kasztanowłosa, dotykając mu brzucha czubkiem pazura.
- Ik!
- Mały, przestraszony, srebrzystowłosy króliczek - kontynuowała, przesuwając pazur w górę i przecinając materię koszuli. Gdy pazur doszedł do szyi nagle wyprostowała pozostałe palce i z mocą szarpnęła w dół. - HA!!!
- Kya! - Wrzasnął Miya, w brutalny sposób pozbawiony żabotu, sporego kawałka koszuli i resztek godności. Odskoczył na bok, wstrząsając włosami i rozsiewając wokół lśniące krople potu.
- Piiiiiiiiiiiiiiiiiiisk!!! - Niespodziewanie ze szczytu jednej z płyt spłynął wysoki wibrujący dźwięk, przywodzący na myśl coś między głosem nietoperza, a sygnałem alarmu.
- Co to do diabła!? - Warknęła Chimeria, spoglądając w tamtą stronę i materializując w dłoni młot. Ujrzała drobną kobiecą sylwetkę, więcej nie pozwalał dojrzeć ustawiony za nią reflektor... A raczej świecące oko Dainyuu. - Kim jesteś, zarazo?!
- OHOHOHOHO! - Zaśmiała się tajemnicza postać, zasłaniając usta wierzchem dłoni. - Tak grubiańska i prostacka istota jak ty nie zasługuje, by znać me imię!
- Piszczysz jak głupia na widok męskiej klaty i nazywasz innych prostakami?!
- Sama jesteś głupia!

Kasztanowłosa miała zamiar odparować, złowiła jednak kątem oka jakiś ruch. Odwróciła się, tylko po to, by natychmiast z wrzaskiem rzucić w tył na ziemię i zacząć odczołgiwać na plecach. Niewiadomo skąd między nią a chłopakiem pojawił się gigantyczny szary kot przypominający tygrysa, o sześciu parach kończyn i zębach wielkich jak kindżały. Bestia stała na tylnych łapach, pozostałe cztery wyciągając do góry z rozcapierzonymi pazurami i wbijając w Chimerię głęboko błękitne oczy.

- Co ty wyrabiasz, idiotko?! - Rozległo się nagle w górze. Niemal jednocześnie nadleciała purpurowoczerwona ognista kula, trafiając w olbrzymiego kocura, który momentalnie znikł. W miejscu, gdzie jeszcze przed sekundą stał, Chimeria ujrzała coś w rodzaju wielkiej podpalonej ćmy, która latała w kółko jak szalona, ciągnąc za sobą ogon dymu.
- Kya!!! - Wrzasnęła ćma, siadając na ziemi i zaczynając się turlać. Dopiero teraz dziewczyna zauważyła, że ma przed sobą jasnowłosą wróżkę w szarej sukieneczce.
- Nie potrafisz rozpoznać iluzji, mając ją tuż przed oczyma?! - Warknęła miniaturowa demonka, trzepocząc nietoperzowymi skrzydełkami tuż przed twarzą Chimerii.
- Odczep się, mikrusie, zostałam zaskoczona!
- Ja ci dam mikrusa ty...!
- NIE ŻYJESZ, JĘDZO FARBOWANA!!!

Nim ktokolwiek zauważył, wróżka wystartowała ponownie i wpadła na Axe, uderzając razem z nią w stalową ścianę. Obie istotki osunęły się na ziemię, gdzie zmieniły się we wściekłe kłębowisko ciał, skrzydeł i pyłu, przesuwające się powoli w stronę środka korytarza. Chimeria łypała na z politowaniem, do momentu, gdy ujrzała, że postać ze szczytu płyty spłynęła niżej, siedząc po damsku na gustownej miotle, zrobionej z kości słoniowej i świeżych gałązek kaliny.

- Żałosne, prawda? - Spytała przybyszka. Teraz wyraźnie widać było jej śnieżnobiałe włosy, spływające spod wielkiego kapelusza.
- Prawda - uśmiechnęła się kasztanowłosa. Samymi ustami. - Rozumiem, że ty byłabyś bardziej godnym przeciwnikiem.
- Bardzo łatwo możesz się przekonać. Wystarczy, że nie oddasz mi mojego Miya-kuna.
- Chętnie się przekonam. Nie żeby mi zależało na tym chuchrze.
- Nie wiesz, co dobre.

* * *

- Były obywatelu Yuby, czy przyznajesz się do swych zbrodni? - Spytał formalnym tonem Uhrmacher. Okryty był czarnym płaszczem z absurdalnie wielkimi złocistymi epoletami. Pod spodem najprawdopodobniej miał kurtkę mundurową, trudno jednak by to stwierdzić z powodu absurdalnej liczby zawieszonych na piersi medali, tworzących coś w rodzaju złotosrebrnej zbroi łuskowej. Jedną ręką trzymał czarny pejcz, drugą przystawiał do oka monokl w złotej oprawce.
- Hmm... Niech pomyślę... - Zielonowłosy stał tuż nad burtą z obnażonym torsem i rękoma związanymi z tyłu. Mierzyło w niego około trzydziestu pepesz, trzymanych przez misie o zdeterminowanym wzroku, on jednak nie przestawał się uśmiechać. - Nie.
- Czy masz jakieś ostatnie życzenie?
- Chciałbym zobaczyć Paryż.
- Proszę napisać podanie, pismem odręcznym w trzech kopiach, z załączonym dowodem osobistym, zdjęciem, życiorysem i opinią z zakładu pracy. Zostanie rozpatrzone w terminie siedmiu dni.
- Dostanę papier i długopis?
- Natychmiast po egzekucji.
- No tak, zrozumiałe.
- Foya furai!

Pistolety maszynowe bluznęły ogniem. Setki pocisków uderzyły w ciało Yubego, rozrywając skórę i bryzgając wokół krwią i mięsem. Zielonowłosy zachwiał się, lecz stał w dalszym ciągu, zmieniając się w czerwoną bezkształtną masę. Po dłuższej chwili pepesze zamilkły, wyczerpawszy magazynki, groteskowy kształt wciąż stał jednak, brocząc strumieniami posoki zalewającej pokład. Dopiero po pewnym czasie ugięły się pod nim kolana i runął do tyłu, w kilkusetmetrową przepaść dzielącą okręt od poziomu ulic Tokio.

Przez jakiś czas jedyne, co dało się słyszeć, to łopot czarnego płaszcza na porywistym wietrze. Ciszę przerwał dopiero odgłos szybkich kroków, dudniących po stalowych schodach wiodących pod pokład. Z pobliskiego włazu wypadł kolejny miś, podbiegając do blondyna.

- Wryyy!
- Wróg szykuje się do ataku na trzy nasze obeliski na raz? – Spytał Uhrmacher, chowając monokl za połę płaszcza.
- Wryyy.
- Niewybaczalne. Natychmiast wystrzelić w kierunku każdego z tych monumentów Bundelubafe Tsufai!

* * *

Potężne wieżyczki, zawieszone pod dnem "Aurory", powoli obróciły się ze złowrogim pomrukiem, kierując swe wielkokalibrowe działa w stronę dwóch obelisków. Dwie lufy rozjarzyły się błękitnym światłem, by po chwili wystrzelić z ogłuszającym hukiem pociski. Jedna z wieżyczek skierowała się następnie w kierunku trzeciego obelisku, druga zaś wróciła do położenia wyjściowego.

* * *

- Co to do diabła było!? - Wrzasnęła Vanille, trzymając się za uszy. - Bomba atomowa?
- Cokolwiek to było, gruchnęło bardzo blisko - odparła Chimeria, rozglądając się intensywnie.

W momencie, gdy coś gruchnęło i zatrzęsło ziemią, jakby waliło się niebo, Obydwie dziewczyny zajęte były inkantowaniem potężnych i skomplikowanych zaklęć. Niemal natychmiast przerwały wypowiadanie magicznych formuł, głównie by nie poodgryzać sobie języków. Kasztanowłosa przeklinała swój wyostrzony słuch, od huku bowiem potężnie szumiało jej w uszach. Gdy jednak szum nieco ścichł miała wrażenie, że słyszy coś jeszcze. Cichutko, tak cicho, że umknęłoby jej gdyby niewyostrzony słuch, dobiegały słabe trzaski gdzieś z oddali. Próbując je namierzyć zaczęła obracać głowę na wszystkie strony. Dzięki temu zauważyła, że wznoszący się nad nimi obelisk niebezpiecznie urósł.

- Na siedem piekieł, on się pochyla w tę stronę!
- Kto na Bo... KYAAA!!!

Chimeria i Biała Wiedźma błyskawicznie zmaterializowały swoje miotły i wskoczyły na nie, nie czekając, aż monolit runie i pogrzebie pod sobą ich wszystkich. Wróżka dopiero wtedy zauważyła zmianę sytuacji i zamarła w połowie zakładania demonce nelsona. W dosłownie ostatniej chwili wzbiły się w powietrze, trzepocząc ile sił malutkimi skrzydełkami. Cała czwórka zdołała się oddalić nie dalej niż kilkanaście metrów, gdy obelisk gruchnął z łomotem w ziemię, miażdżąc pod sobą samochody, wiadukty i budynki, podnosząc monstrualną chmurę pyłu. Fala uderzeniowa omal nie zrzuciła dziewczyn z mioteł i zakręciła Tris i Axe niczym jesiennymi liśćmi. Tylko cudem żadna nie spadła w rozszerzające się pod nimi pandemonium.

Wzniosły się na wysokość czwartego piętra, gdzie pył już prawie nie sięgał, i spojrzały na zniszczenia, z trudem łapiąc oddech. Obelisk zmiażdżył pod sobą kilkanaście biurowców, sklepów i jadłodajni, których ściany pękły niczym ceramiczne kubki. Brunatna chmura powiększała się gwałtownie, pochłaniając kolejne ulice niczym lawina. Ponad nią wyrastało tylko kilka wieżowców i stoickie popiersie Dainyuu, wpatrzone w przestrzeń. Dziewczyny chwilowo zapomniały o wzajemnych animozjach, wstrząśnięte i zaskoczone, zupełnie nie rozumiejąc co się stało i czemu obelisk runął.

Vanille doszła do siebie jako pierwsza, miała jednak wrażenie, że coś jest nie tak. Rozejrzała się wokół, nie bardzo wiedząc czego szuka, po czym nagle jej twarz zrobiła się bielsza od włosów.

- Gdzie jest Miya-kun?

* * *

- Ha! To działa!
- Najwy-JEZUS!!!
- Hm?
- Walnąłem w sufit...
- Pooor... Gdzie my tak w ogóle jesteśmy?
- Na pewno nie „kawałeczek tylko, pod sam obelisk”...
- Maruuudzisz, maruuuudzisz...

Maya uznała, że skoro już musi nosić rubinowe oficerki, to chce je wypróbować. Rycerz mruczał coś o wkładaniu między bajki, ale raczej pro forma. O dziwo – buty faktycznie dawały moc przenoszenia tam, gdzie sobie wymarzył noszący. To znaczy - dawały moc przenoszenia się w przestrzeni, natomiast nic wskazywało na to, by dawało się wpływać na miejsce, w jakim się wyląduje. Chyba, że...

- Panienka jest pewna, że myślała o podnóżu obelisku?
- Taak, panienka jest pewna! Nie rozumiem, co się mogło stać, ale chciałam się znaleźć...
- Hmm?
- No może...
- Hmmmm?
- Chyba mignęła mi myśl o Ice... Ale to tylko przez chwilkę!
- ... – Rycerz nic nie powiedział. Chwilkę, popatrzył na nią dziwnym wzrokiem, po czym zaczął się rozglądać po pomieszczeniu, w którym się znaleźli. Nie było obszerne, najwyżej kilkanaście metrów kwadratowych, zdecydowanie nie było wysokie, jedyne źródło światła stanowiła lampka na suficie osłonięta kratą. Obok nich stały kilka skrzynek ustawionych w słupki. Ponieważ jedna była otwarta Ysengrinn sięgnął do środka, namacał puszkę czegoś i podniósł do światła. – „Zawtrak turista”... Data ważności minęła gdzieś w czasach Związku Radzieckiego... Chyba już wiemy gdzie jesteśmy. Wygląda na to, że panienka naprawdę potrafi tym pokierować. Przynajmniej w jakimś sto...

W pół zdania urwał, gdyż zatrzęsło całym pomieszczeniem, rozległ się potężny huk, a podłoga pochyliła się dość znacznie. Rycerz gwałtownie się wyprostował i znowu rąbnął w metalowy sufit, po czym, dusząc przekleństwo, oparł się o skrzynki, by zachować równowagę. Łuczniczka, nie mając żadnego oparcia w zasięgu rąk, zsunęła się w stronę drzwi i przypadkiem chwyciła klamkę. Drzwi okazały się otwarte.

* * *

- Gdy mówiłem „w stronę monolitów” niekoniecznie miałem na myśli, by się w nie wcelować i je rozpitolić.
- Wryyy!
- No domyślam się, że nie przeżyły tego. Rozstrzelać obsługę obu dział. Dobrze by było, by trzeci atakowany obelisk jednak przetrwał odsie... – Felix nie skończył, gdyż pokład zatrząsł mu się pod stopami. Zadreptał w kółko i zamachał rękoma, starając się nie upaść. – Co tu się do diabła...!?

Felix całkowicie przypadkowo i bardzo pechowo ustawił się twarzą w stronę drzwi do składziku żywności, które to drzwi nagle zaskrzypiały i otworzyły się. Jak przystało na okręt wojenny były one ciężkie i wytrzymałe, czego nie można było niestety powiedzieć o jego twarzy. Blondyn zdążył jeszcze ujrzeć niezidentyfikowaną zamazaną plamę czerwieni nim zapadł się ciemność.

* * *

Maya wyhamowała z trudem, trzymając się klamki obiema rękami i zapierając stopami w pokład. Dopiero gdy się zatrzymała zauważyła Uhrmachera, który żwawo turlał się w stronę burty „Aurory”. Okręt jednak rychło zaczął wracać do poziomu i blondyn zatrzymał się, rozpłaszczając na wznak na pokładzie. Wszędzie wokoło stało kilkadziesiąt wookiech, które jednak na widok zdarzenia zbaraniały i wyraźnie nie wiedziały, co robić. Nagle zza burty naprzeciw dobiegł huk, zaraz po nim następny, potem kolejne w regularnych odstępach, coraz głośniejsze. Wszyscy wokół, łącznie z Mayą i rycerzem, który dołączył, zamarli w bezruchu, nie wiedząc co je powoduje.

Tymczasem Felix drgnął gwałtownie i zaczął się podnosić, najpierw na czworaki. Ostrożnie stanął na nogi, trzymając się za głowę, by niespodziewanie gwałtownie się wyprostować i oskarżycielsko skierować w stronę łuczniczki palec.

- TY!!! – Ryknął, oskarżycielsko wskazując Mayę palcem.
- Ja?
- Tak ty!
- Ja?
- POZNASZ MOJ GNIEW!!!
- Jesteś pewien, że ja?
- ZROBIE Z TOBĄ TO, CO KRASNOLUDY Z MID NOR ZE MNĄ!
- ... Kto?
- A MOŻE NAWET TO, CO ZROBIŁY MI KRASNOLUDY Z TIR NA BOR!
- A czym im aż tak bardzo podpadłeś?
- Przygotuj się na...!

BUAHAHA!!! NĘDZNI ŚMIERTELNICY, ZBLIŻA SIĘ KONIEC WASZYCH NĘDZNYCH ŻYWOTÓW!

Maya i Felix zamilkli, zaskoczeni niezwykłą proklamacją, która dobiegła gdzieś z dołu. W ciszy znowu rozległy się uderzenia o burtę, wyraźnie nabierając tempa i coraz bardziej zbliżając się. Nie minęła chwila, gdy zza skraju pokładu wychynął olbrzymi gadzi pysk, pokryty gładkim zielonym włosiem, dobywając z siebie potężny modulowany ryk. Na szczycie głowy potwora, wielkiej niczym mały fiat, sterczał wielki czerwony grzebień włosów, przypominając rozpostarty sztandar, a z jej boków sterczały cztery potężne rogi, dwa zwrócone w przód, dwa w tył. Bestia błyskawicznie wdrapała się na pokład, miażdżąc balustradę swymi ogromnymi szponiastymi łapami i wijącym się ogonem. Będąc już na górze stanęła na tylnych łapach, nieco krótszych od przednich, prezentując się w całej okazałości i rozpościerając swe olbrzymie skórzaste skrzydła. W powietrzu zawirowało coś, co Maya uznała za pióra, gdyż w podobny sposób się zachowywało, unosząc bezwładnie w powietrzu, opadając i znowu podrywając z pokładu pod podmuchem. Z większej odległości wyglądało nawet dość romantycznie. Dziewczyna zmieniła zdanie dopiero gdy kilka kawałków przykleiło jej się do ubrania i mogła przyjrzeć się bliżej.

- Kłaki. Sierści. Co się. Tu kurna. Wyrabia?!
- Leniwa Bestia
- CO?!
- Mamy przed sobą mityczną Bestię, Która Się Leni – wyjaśnił cicho Ysengrinn, dobywając miecza. – Wielu mych braci poległo próbując ją zgładzić...
- A-ha...
- Y-Yuby?! – Blondyn był najwyraźniej nie mniej zszokowany.
A SPODZIEWAŁEŚ SIĘ KRÓLIKA BUGSA?
Nie... Ty jesteś martwy!
O? MUSIAŁEM NIE ZAUWAŻYĆ – pysk smoka nie poruszył się, mimo to słowa brzmiały głośno i wyraźnie, jakby dobywały się z głośnika. – NIESTETY NIE MAM ZA WIELE CZASU NA POGADUSZKI. W JAKI SPOSÓB CHCESZ UMRZEĆ?
- W wieku stu dwudziestu lat, w swoim prywatnym pałacu w Jałcie, uprawiając seks z trzema biseksualnymi anthro!
HMM... A CO POWIESZ NA TU, TERAZ ROZERWANY NA STRZĘPY, POPRZEDZONE WYMYŚLNYMI TORTURAMI?
- Spadaj – odparł Felix, po czym błyskawicznie wydobył spod płaszcza bazookę, wymierzył i wystrzelił prosto w głowę bestii.

Rakieta wyleciała z lufy wlokąc za sobą strumień ognia i dymu, i zbliżając do celu spiralnym lotem. Yuby jednak nie starał się jej unikać, otworzył po prostu paszczę i w odpowiednim momencie zatrzasnął na niej. Pocisk przez chwilę pluł ogniem, drgał i wył, po pewnym czasie jednak zaczął się krztusić, wreszcie silnik padł i z dyszy zaczęły dobywać się kłęby dymu. Smok opadł na cztery łapy i niespiesznie ruszył w stronę Uhrmachera. Ten stał sparaliżowany, niewiadomo, czy z szoku, czy z przerażenia. Smok zatrzymał się tuż przed nim, stanął ponownie i wyjął sobie z pyska rakietę. Pochylił się lekko nad Felixem i stukając szponem w korpus pocisku wysypał mu na głowę trochę sadzy, po czym dmuchnął mu w twarz obłoczkiem dymu.

- Właśnie zafundowałeś sobie śmierć tak długą i bolesną, że będziesz błagał szatana, by zabrał cię do piekła – powiedział blondyn śmiertelnie spokojnym głosem. Odrzucił połę płaszcza i dobył swego miecza, stając w rozkroku.
OH NOES, JESTEŚMY ZGUBIENI – mruknął smok, siadając na ogonie niczym w kinowym fotelu i niedbale sięgając po pobliskiego wookiego.
- SZÓSTA TECHNIKA SZKOŁY CZERWONEGO SZTANDARU!!! – Ryknął Uhrmacher, trzymając miecz oburącz. Wokół niego uformowała się świetlista aura, a włosy uniosły się w górę jakby poderwane wiatrem.

* * *

Miya przełknął ślinę, nabierając wysokości. Nie znał tego mecha i czuł się w nim nieswojo, musiał jednak wznieść się ponad budynki, jeśli cała ta eskapada miała mieć jakiś sens. Co gorsza był on też trudny w pilotażu – miał tylko prawe ramię, w miejscu lewego zamontowane było wielkie działo, przyozdobione błękitnoczerwonym napisem „RE-GUN”, przez co stawiał nierówny opór powietrzu. Chłopak oczywiście rozumiał potrzebę symboliki w tak ważnej chwili, osobiście jednak wolał roboty zachowujące się w powietrzu podobnie do jego dawnego. Znalazł go bez trudu – „tajna kryjówka” okazała się być niedużą metalową budką z napisem „Proszę nie wchodzić!”, który najwyraźniej w Japonii wystarczał do zachowania ścisłej tajemnicy.

Bądź co bądź przeleciał kilkaset metrów nad dachami domów nie tracąc kontroli nad lotem ani nie zostając zestrzelony, pozwolił więc sobie na lekkie odetchnięcie. Poprawił swoją pozycję na fotelu i przyciągnął drążek sterowniczy do siebie, ustawiając się dokładnie na kursie do celu. Mały punkcik zawieszony na dwóch niteczkach zaczął rosnąć, wydłużając się i stopniowo nabierając ludzkich kształtów. Gdy Miya był już w stanie rozpoznać ciemną czuprynę swego byłego mistrza zaczął zwalniać. Żołądek podjeżdżał mu do gardła, z niepokojem spoglądał na olbrzymie armaty w wieżyczkach, jak na razie jednak wszystko przebiegało jak po maśle.

- Thotem-sama? – Spytał najciszej jak mógł, choć głośniki robota i tak zakomunikowały to całej okolicy.
- M-Miya-k-kun? – Odzew mężczyzny był słaby, umknąłby młodzieńcowi w szumie wiatru gdyby nie sensory wychwytujące dźwięk. – Przybyłeś jednak...
- Thotem-sama, musimy natychmiast stąd uciekać! Da pan radę?
- Przybyłeś... – Słowa Thotema przepełniała ulga. W dalszym ciągu nie unosił głowy, krew z przebitych boków dalej spływała. - Tak się cieszę...
- Thotem-sama!
- Moje dzieło nie pójdzie na marne, jeśli dokończy go mój spadkobierca...
- Thotem-sama, nie mamy cza... Ee?
- Myślałem już, że wszystko, co zdziałałem przepadło, że misterna konstrukcja, którą konstruowałem ja i moi przodkowie, rozsypie się w gruz jeszcze nim zakończy się jej budowa... Mogę umierać w spokoju...
- ... Nie, Thotem-sama, nie możesz...!
- URUSAI!!! – Ryknął wizjoner, wreszcie podnosząc głowę. - Jesteś moim dziedzicem, nie masz prawa mi rozkazywa-kkhu! Khu! Khu!
- Thotem-sama! – Miya podleciał bliżej. Krew, którą pluł Thotem, zbryzgała szybkę wizjera jego robota, na szczęście zaraz włączyły się wycieraczki i spryskiwacze. – To poważna rana! Nic nie mów, muszę cię zabrać do szpitala!
- To na nic. Mam przebite obydwa płuca... Długo nie pożyję...
- Ale... – W głowie srebrnowłosego coś cichutko zapiszczało o anatomii i zapaści płucnej, zostało jednak zignorowane. – Nie mogę pana tu zostawić!
- Moje życie jest nieistotne... Istotny jest tylko... Cel...
- Ale... Ja nie mogę... Nie dam rady... Nie podołam...
- Nonsense! Posiadasz wszystkie konieczne umiejętności, musisz tylko uwierzyć w siebie! Jeśli nie ty...
- Thotem-sama?
- ... Jeśli nie ty, to całe moje życie... I moja śmierć... Pójdą na marne... – Przez chwilę łapał oddech. Miya nie śmiał mu tym razem przerywać. – Mój ród od pokoleń dąży do zaprowadzenia na świecie prawdziwie wolnego rynku, obniżenia podatków i zmniejszenia biurokracji... Tylko w takich warunkach może nastąpić prawdziwy, niczym nie limitowany rozwój ludzkości... Nie osiągnie się tego jednak bez poświęceń... Nie żałuję, że złożyłem na tym ołtarzu najwyższą ofiarę, tak długo jak żyje ktoś, kto doprowadzi je do końca... Kto oczyści świat z socjalistów, zramolałych biurokratów i innych pasożytów... Obniży podatki, podwyższy stopy procentowe, sprywatyzuje państwowe molochy, zracjonalizuje politykę socjalną...
- H-hai, Thotem-sama... – Odparł cicho młodzieniec, spuszczając głowę.
- Otwórz lewą skrytkę Miya-kun... Hasło brzmi Herbert Spencer.
- To... To jest...
- Tak. Ciupaga mojego dziadka...
- DUŻA JAK NA CIUPAGĘ! – Wrzasnął Miya, spoglądając ze zgrozą na ogromny, poszczerbiony, pokryty brunatnymi śladami topór.
- Tak, mój dziadek był postawnym chłopem... – Thotem uśmiechnął się do wspomnień, szybko jednak wrócił myślami do chwili bieżącej. – Nie mam już wiele czasu... W drugiej skrytce masz mój testament... W nim czynię cię mym spadkobiercą... Hasło brzmi Alexis de... Tocque... Ville....
- Alexis de Tok... Jak to się pisze Thotem-sama? Mógłby pan przeliterować?
- ...
- Thotem-sama? THOTEM-SAMA!!!

* * *

BURP! PRZEPRASZAM... – Przeprosił smok, dłubiąc sobie w zębach mieczem.
- Załatwię ci niestrawność! – Stłumiony głos dobiegł z jego gardła.
OH NOES. JESTEŚMY ZGUBIE... – Smok zamilkł nagle i sięgnął łapą do swej potylicy. Wyczuł łańcuch sterczący mu z futra i pociągnął za niego, wyrywając coś ze skłębionych włosów. Coś po bliższym przyjrzeniu się okazało się kolczastą kulą, drugi koniec łańcucha znajdował się zaś w rękach rycerza w czarnej zbroi, choć już bez peleryny. – O. NIE ZAUWAŻYŁEM CIĘ WCZEŚNIEJ.
- Zaślepia cię bielmo grzechu, Wężu Zwodzący Narody i Lwie Ryczący.
EHM... PIĘKNIE, NIE DOŚĆ, ŻE KONSERWA, TO JESZCZE NAWIEDZONA...

Rycerz pociągnął kilkukrotnie za łańcuch, jakby sprawdzając, czy smok ma zamiar go puścić. Yuby zrobił to samo, oczywiście sprawiając, że Ysengrinn oderwał się od pokładu i poleciał w jego stronę. Rycerz to jednak przewidział – zwinnie odbił się od łapy, która chciała go schwytać, zrobił salto i z całym impetem kopnął smoka w szczękę. Włochaty gad puścił wreszcie łańcuch, porażony ciosem lub, co bardziej prawdopodobne, zaskoczeniem, pozwalając czarnowłosemu owinąć go sobie szybkim ruchem wokół przedramienia i opaść na deski. Pokoziołkował chwilę po pokładzie, wytracając szybkość, po czym błyskawicznie wstał i odwrócił się, z dobytym mieczem w dłoni.

HMM, IMPONUJĄCE...
- Kopniak?
NIE. WŁAŚNIE OWINĄŁEŚ SOBIE WOKÓŁ PRZEDRAMIENIA TRZYDZIEŚCI COŚ METRÓW ŁAŃCUCHA. ZASTANAWIAM SIĘ JAK TEGO DOKONAŁEŚ I CZEMU JESZCZE WIDAĆ SPOD NIEGO TWOJĄ ŁAPĘ...
- Poznaj moc prawdziwej wiary, Leniwa Bestio.
... WHATEVER...

Smok uderzył łapą, próbując zmiażdżyć rycerza, ten jednak zszedł z linii ciosu, kręcąc się wokół osi. Wokół niego zakręciły się kule na łańcuchach, furkocząc w powietrzu niczym wstążki i niszcząc wszystko w swym zasięgu, przede wszystkim przypadkowych wookiech. Yuby zaatakował drugą łapą, czarnowłosy zmienił więc kierunek ruchu, jednocześnie chwytając ręką jeden z łańcuchów, wywijając nim gwałtownego młyńca i wyrzucając w kierunku smoczego pyska. Gad nie zdążył się zasłonić, zresztą niespecjalnie musiał – kolczasta kula odbiła się od futra niczym piłka, podrywając tylko kolejną porcję kłaków w powietrze. Ysengrinn wyrzucił już jednak drugi łańcuch lewą ręką, a pierwszy przyciągnął z powrotem i zaczął nim kręcić. Uderzał jeszcze przez chwilę, wreszcie za którymś razem smok otworzył przypadkiem paszczę i żelazny pocisk uderzył w jeden z kłów wyłamując go. Yuby zadarł łeb do góry i zaryczał niczym wulkan w erupcji, rycerz zaś uznał, że najwyższa pora się wycofać. Nie ubiegł jednak dziesięciu metrów, gdy poczuł, że ktoś podrywa go w górę za łańcuchy, po czym błyskawicznie ściąga nimi na ziemię. Uderzył w pokład z ogłuszającym hukiem, łamiąc deski i przebijając się do metalowego poszycia.

GRATULACJE, KONSERWO, UDAŁO CI SIĘ MNIE WPIENIĆ...

Łańcuchy ponownie poderwały go w górę, tym razem o wiele wyżej. Gdy otworzył oczy w czasie lotu ujrzał w ułamku sekundy smoka pod sobą ze złośliwie uśmiechniętym pyskiem, po chwili zaś znowu deski, zbliżające się z ogromną szybkością. Gruchnął jeszcze głośniej niż poprzednio, nim jednak porządnie się rozpłaszczył już był znowu w powietrzu. O dziwo zdołał trafić dokładnie w dziurę, którą zrobił wcześniej. Mimochodem zaczął się zastanawiać czy dłużej wytrzyma on, czy pokład, Yuby zaś znowu pociągnął za łańcuchy, tym razem w taki sposób, że Ysengrinn lecąc górę zaczął je wokół siebie owijać. Po chwili wokół rycerza zamknęła się szponiasta łapa, nie na długo jednak. Został wyrzucony i poleciał przed siebie, wirując niczym fryga, następnie gad pociągnął i wrócił z powrotem, kręcąc się w drugą stronę. Rycerz ze zgrozą uświadomił sobie, że robi za jo-jo i przynosi hańbę zakonowi.

Kolorowe pranie,
Pstrokate galoty,
Panowie i Panie,
Oto HIPOKOTYL!


CO DO...

Smok nie otrzymał odpowiedzi, poczuł za to, że na głowę spada mu coś miękkiego i niesamowicie ciężkiego, przygniatając do pokładu z potężną siłą.

* * *

- Nii! – Powiedziała chmura dymu i pyłu.

Szaman dopiero teraz raczył zwrócić uwagę na nią i na wielki krater, z którego się dobywała. Potężny wybuch, jaki wstrząsnął ziemią i rozdarł powietrze zignorował, wychodząc z założenia, że w obecnej sytuacji to całkowicie normalne zjawisko. Jednosylabowe zawołanie, wykrzyczane cienkim głosikiem, nie było zaś normalne w żadnych okolicznościach. Troll zatrzymał się i odwrócił w stronę krateru, profilaktycznie unosząc kilof. Gdy dym nieco się przerzedził zdołał dojrzeć na jego dnie zarysy drobnej kobiecej sylwetki.

- Nii! – Powtórzyła sylwetka.
- Nii? – Upewnił się Szaman.
- Nii! – Sylwetka potężnym susem wyskoczyła z dołu, przelatując nad trollem i lądując za jego plecami. Gdy się odwrócił ujrzał wyjątkowo dziwnie ubraną dziewczynkę z kocimi uszkami i zakrzywionymi mieczami w dłoniach. – Nii!
- Nii!
- ... Nii!
- Nii!
- Nii! Nii! Nii!
- Nii!

Dalszą rozmowę przerwał obelisk, naruszony wcześniej przez Szamana, który zwalił się prosto na Kyuuketsuki Neko Meido Samurai Gotikku Mahou Shoujo, zbyt zajętą przekomarzaniem by go zauważyć. Troll, który zawczasu wybrał drogę w innym kierunku niż kierunek upadku monolitu, wzruszył ramionami i ruszył dalej.

* * *

- Nekomimi!

Rycerz potrząsnął głową. Zdawało mu się, że słyszy coś poza szumem i indiańskimi śpiewami wewnątrz swej czaszki, nie miał jednak pewności. Okręt pod nim przestał już kręcić się niczym miotany tajfunem, dalej się jednak niebezpiecznie kołysał, Ysengrinn uznał jednak, że czas otworzyć oczy. Po sekundzie uznał, że był to błąd i zamknął je z powrotem.

- On istnieje naprawdę, nie masz halucynacji.

Chcąc nie chcąc musiał znowu rozewrzeć powieki i stawić czoła wstrząsającemu zjawisku. Najpierw otworzył lewe oko, potem prawe. Stwór przed nim zamrugał, poruszając przy okazji kocimi uszkami. Rycerz zaczął liczyć ile razy uderzył się tego dnia w głowę, jednocześnie powoli wstając. Nieziemska istota przed nim miała ciało i głowę białego hipopotama, na plecach kolorowe motyle skrzydełka, a na czubku głowy duże spiczaste uszy kota. Przednie łapy przypominałyby kocie gdyby nie były straszliwie grube i masywne.

- Co... Co to... Co...
- Hipokotyl – odparła lekko Maya. – Chimera hipopotama, motyla i kota.
- Aha...
- Dobrze się czujesz?
- Rzeczywistość mnie przytłoczyła, ale poza tym wszystko w porządku...
- Nekomimi... – Stwór zapiszczał cienko, rozglądając się wokoło. Rycerz wolał nie wiedzieć, co to miało oznaczać. Nagle zauważył, że przytłoczony stworzeniem smok się poruszył. Natychmiast skoczył w stronę Mayi.
- UWAŻAJ!!!
- Widzę... – Odparła, przywołując swój rapier i powoli się cofając.

Łapa Yubego chwyciła hipokotyla za kark i uniosła w górę, umożliwiając głowie wyślizgnięcie się spod niego. Smok podniósł następnie łeb i spojrzał prosto w oczy istoty, która machnęła na niego łapką i powiedziała „nya”. Przez dłuższą chwilę Yuby patrzył na nią nie zmieniając wyrazu twarzy, po lekkim ruchem nadgarstka odrzucił daleko od siebie. Hipokotyl zafurkotał skrzydełkami i odleciał w nieznane, smok zaś stanął na tylnych łapach i rozpostarł skrzydła, po czym ryknął potężnie i przeciągle w stronę Mayi i rycerza, omal ich nie przewracając.

- Masz jeszcze jakiś plan, panienko? – Mruknął cicho rycerz, wycofując się kilka kroków od dziewczyny.
- Hm... Wygląda na to, że jego futra nie da się tak łatwo przebić. Trzeba więc znaleźć słaby punkt... Co powiesz na to, że wskoczymy mu do paszczy, ty będziesz pilnował, by jej nie zamknął, a ja udziabię rapierem w...
- NIE.
- Oh well. Zatem pozostaje improwizować...

To powiedziawszy runęła sprintem do przodu, zygzakując niczym dryblujący piłkarz. Udało jej się zmylić tym smoka, jego prawa łapa chybiła ją o kilka cali, ona zaś natychmiast skorzystała z okazji i dźgnęła we włochaty nadgarstek. Ostrze prześlizgnęło się wśród włosów i zagłębiło w ciało, Yuby warknął z bólu podrywając ramię i zamaszyście uderzając drugim. Cios pozostawił w pokładzie głębokie ślady pazurów, Maya jednak już zdążyła odskoczyć na bezpieczną odległość. Tymczasem, korzystając z odwróconej uwagi bestii, Ysengrinn doskoczył potężnym susem z drugiej strony i wbił miecz, trzymany ostrzem w dół, w lewy bark bestii. Ciężkie ostrze weszło głęboko, nie była to jednak śmiertelna rana. Smok zaryczał z bólu, nieświadomie podnosząc się i odsłaniając spodnią stronę ciała. Łuczniczka nie mogła tego nie wykorzystać, natychmiast wskoczyła mu na kolano, odbiła się i z całym impetem wbiła rapier między żebra, niemal po gardę. Yuby momentalnie zamilkł i rozwarł powieki, zamierając w bezruchu. Maya odepchnęła się, pięknym saltem lądując na pokładzie, po chwili dołączył do niej rycerz. Smok stał jeszcze jakiś czas niczym pomnik swego wawelskiego protoplasty, by wreszcie runąć na plecy z ogłuszającym łomotem.

- Jooooooj!!! – Pisnęła Maya, unosząc w górę broń.
- Smok ubity, miśki rozproszone, belfer zjedzony... – Wyliczał rycerz, pomagając sobie palcami. - Chyba najwyższa pora uwolnić Zieloną Wiedźmę.
- ... Jeżu nielitościwy, zaiste!

* * *

Pył opadł prawie całkowicie, odsłaniając zdemolowaną dzielnicę handlową. Większość budynków, przystosowanych do tektonicznych wstrząsów, dalej stała, pozbawiona jednak szyb i usiana odłamkami kamienia i metalu. Gigantyczny obelisk leżał, rozbity na setki wielotonowych bloków, w poprzek kilkunastu ulic i dystryktów, otoczony kilkunastometrowym promieniem pustej przestrzeni, oczyszczonej przez falę uderzeniową. Co jakiś czas wiatr podrywał to tu, to tam w powietrze kłęby pyłu. Jedynymi źródłami światła w okolicy, poza gwiazdami i księżycem, były reflektory w oczach Dainyuu, klęczącej nieruchomo ze złożonymi płasko na kolanach rękoma oraz magiczne pociski, którymi przerzucały się w powietrzu Wiedźma z czarownicą, krążąc wokół siebie niczym dwa drapieżne ptaki.

- Giń! - Wrzasnęła Chimeria, miotając wielką czerwoną kulę.
- Sama giń, franco! - Odkrzyknęła Vanille, robiąc unik i strzelając czerwonopurpurowym zygzakiem.
- Miya-kun! Miya-kun! - Piszczała Tris z rękoma przy ustach, sunąc kilka metrów nad ziemią i rozglądając się. - Gdzie jesteś Miya-KYAAA!!!
- Będziesz ty cicho, pokurczu? - Syknęła Axe, dopadając jej z znienacka i zakładając nelsona. Ponieważ tym samym unieruchomiła nie tylko ramiona, ale i skrzydła przeciwniczki, sama zaś nie miała dość siły nośnej by unieść je obie, zaczęła gwałtownie tracić wysokość.
- Połamiesz mi skrzydełka, plebejuszko!
- Wracaj do piekła! - Kontynuowała litanię klątw Biała Wiedźma, materializując w dłoni piorun i rzucając nim niczym oszczepem.
- Chętnie poślę tam ciebie! - Replikowała Chimeria, uderzając pomarańczową spiralą.
- Krowa!
- Świnia!
- Koza!
- Małpa!
- Żyrafa! - Parsknęła Vanille, zeskakując z miotły na ziemię i wypuszczając z palców rój uformowanych z ognia grotów. Powoli kończyła jej się inwencja zarówno do klątw jak i do zaklęć. Stojąc pewnie na nogach mogła sięgnąć po potężniejsze czary ze swego arsenału i szybciej zakończyć to starcie.
- Zebra! - Wrzasnęła Chimeria, miotając z dłoni biały, ciągnący za sobą ogon, pocisk. Niemal od razu spostrzegła, ze coś z nim nie tak. - Co do...!?
- ... Ała! - Białą Wiedźmę do tego stopnia zaskoczył niekonwencjonalny pocisk, jakim była rolka białego papieru toaletowego, że pozwoliła jej trafić się w nos. Rolka miękko się odbiła i upadła na ziemię, rozwijając niczym powitalny dywan. Niewiadomo skąd pojawiły się małe pokraczne stworki i zaciekawione dopadły do papieru.
- Velvet - stwierdziła autorytarnie zafara, w której Vanille rozpoznała Ifusię Seriki.
- Miękki jak aksamit - dodała skrzydlata Kougra, mogąca być tylko Kiopkiem.
- KYAAA!!! - Dobiegło z niedaleka, wypiszczane cieniutko. Gdy dziewczyny spojrzały tam, ujrzały nóżkę i rączkę Tris, wystające z niezidentyfikowanej zielonej kupy.
- Co się tu dzieje, na kręgi piekielne!? - Warknęła kasztanowłosa, sama nie będąc pewna do kogo kieruje to pytanie.
- Obawiam się, że to moja sprawka - oznajmiła spokojnie Serika, wychodząc z cienia. Z powrotem miała na sobie swój wrzosowy mundurek, zdający się niemalże świecić w ciemności. W dłoni trzymała miotłę, świecącą magicznymi inskrypcjami, nic jednak nie wskazywało na to by zamierzała z niej korzystać. - Pozwoliłam sobie trochę pomajstrować przy tej małej demonce, będącej źródłem twej mocy, moja droga. Nie radziłabym ci teraz rzucać żadnych zaklęć.
- Co to znaczy - pomajstrowałaś? Co zrobiłaś Axe?!
- Nooo... Zamieniłam w śluzorośle.
- ... Śluzorośle?
- Zielone śluzorośle.
- ... CO TO NA WŁADCÓW PIEKIEŁ JEST ŚLUZOROŚLE!?!?
- Nie wiem, ale jest obrzydliwe... - Burknęła Szara Wiedźma, starając się bezskutecznie wygramolić się ze swej pułapki. Otaczająca ją zielona maź, przywodząca na myśl skrzyżowanie pleśni i szlamu, nie miała najmniejszego zamiaru puścić.
- ... - Przez chwilę Chimeria patrzyła na Wrzosową Wiedźmę dziko, jakby chciała ją zabić samym spojrzeniem. Następnie spokojnie uniosła dłonie w górę. - Jeśli nie mogę magią, to zabiję cię w inny sposób.
- Stój! Nie tylko twoje czary zostały odmienione, ale też...

Serika skoczyła w jej stronę, próbując ją powstrzymać, było już jednak za późno. Między dłońmi kasztanowłosej błysnęło światło, po czym natychmiast zmaterializował się wielki przedmiot. Nie był to jednak jej młot bojowy, co zauważyła poniewczasie, gdy zamiast stalowego trzonka poczuła w nogach nogę z rzeźbionego drewna. Ważył tyle, że gdy próbowała go utrzymać aż zatrzeszczało jej w stawach. Ze zgrozą spojrzała w górę, by ujrzeć olbrzymi fortepian. Zdążyła wrzasnąć przeraźliwie, nim jej zdrętwiałe palce puściły i potężny instrument muzyczny zwalił się na nią, z hukiem i gwałtownym jękiem strun. Serika zatrzymała się w bezpiecznej odległości, nie chcąc podzielić losu pechowej dziewczyny.

- ... Przywołania. Ojeeej...
- Dobrze jej tak - burknęła Biała Wiedźma, otrzepując kurz ze spódnicy.
- ... Vanny, czy ty przypadkiem nie jesteś odpowiedzialna za aspekt czystości, niewinności i tak dalej?
- Mniej więcej. Co nie przeszkadza mi jej prywatnie nie lubić. Widziałaś może Miya-kuna?
- Vanny, ja NIC nie widziałam! Przed chwilą się ocknęłam, oswobodzona i otoczona swoimi zwierzakami, nie wiem jak i skąd! Zupełnie nie wiem, co się działo, kiedy byłam nieprzytomna!
- Hmm... Dobra, postaram się pokrótce streścić ostatnie wydarzenia...

Wiedźmy ruszyły w kierunku stosu, na którym jeszcze nie tak dawno Chimeria zamierzała spalić Serikę, a nad którym teraz kilka neopetów piekło kiełbaski. Vanille przedstawiła Wrzosowej Wiedźmie ciąg wypadków od jej porwania do odnalezienia, delikatnie wybielając swój udział w nich. Serika nic nie mówiła, jedynie jej oczy stawały się coraz większe, jedynie, gdy białowłosa jadowitym tonem opisała eskapadę zwierzaków, ruszających jej na ratunek, pozwoliła sobie na westchnienie rozczulenia. Szybko jednak wróciła jej powaga, gdy Vanille zaczęła sprawozdanie z akcji przeciwko obeliskom. Gdy dotarły do celu Biała Wiedźma zrobiła efektowną pauzę. Serika cierpliwie czekała na kontynuację, cisza się jednak przedłużała.

- ... Vanny?
- Kto to jest? - Białowłosa wskazała leżącą postać z obandażowaną głową, o której blondynka zupełnie zapomniała.
- To? A nie mam pojęcia - odparła zgodnie z prawdą Serika. Trochę niepokoił ją błysk w oku koleżanki. - Leżał niedaleko mnie, z rozwaloną łepetyną, więc zajęłam się nim. Nie wygląda na Japończyka, swoją drogą...
- Jest słodki - oceniła Vanille, mrożąc tym stwierdzeniem krew w żyłach Seriki. - Mogę go zatrzymać?
- NIE! To nie jest zwierzątko, moja droga, tylko żywy (ledwie) człowiek!
- Tobie wolno mieć Miya-kuna!
- Miya-kun jest stażystą!
- A on nie może? Załatwiłabym mu taki staż, że...
- Vanny!
- Dobrze już, dobrze...

* * *

Rycerz zaparł się nogami o nawiewnik, owinął łańcuch wokół przedramienia i pociągnął, rycząc z wysiłku i niemalże kładąc się na pokładzie. Powoli, etapami, wielki kryształ górski podjechał w górę, stopniowo wyłonił się nad burtą, by wreszcie runąć z hukiem na pokład. Maya przyznała w duchu, że jest piękny, przez chwilę mignęło jej, że zamiast go niszczyć może lepiej by zrobiła ustawiając go w salonie i odpowiednio oświetlając. Szybko sobie jednak uświadomiła, co jej mistrzyni by pomyślała o koncepcie bycia podświetlaną ozdóbką i wróciła do pierwotnych zamierzeń. „Zresztą pewnie nasze zwierzaki użyłyby go do ostrzenia pazurków i po tygodniu już by nie był taki ładny” pomyślała, podchodząc bliżej i wyciągając w jego stronę różdżkę. Rycerz stanął za nią śledząc jej ruchy, nie do końca pewny, czego się spodziewać po jej magii. Obserwował, jak kolejno stanęła w lekkim rozkroku, zamknęła oczy i zaczęła inkantację.

Rubinowa zorza, rubinowa krew,
Rubinowa herbatka za snu zbudzi Cię,
Rubinowy napar o składnikach stu,
Rubinowy napój zbudzi Cię ze snu! RED GARDEN!!!


Wokół kryształu zajaśniała świetlista aura i zaczął się powoli unosić w powietrze. Wzniósł się całkiem wysoko, na ponad dziesięć metrów, by tam zatrzymać się i zawisnąć na chwilę w bezruchu. Nagle, bez żadnego ostrzeżenia, za to z głośnym pufnięciem, zmaterializowała się pod nim olbrzymia porcelanowa filiżanka, o pojemności cysterny, z wystającą z niej srebrną łyżeczką. Aura wokół kryształu zniknęła i wpadł on do środka z głośnym pluskiem, rozsiewając wokoło intensywny aromat herbaty. Łyżeczka natychmiast ożyła i zaczęła zawzięcie mieszać napar, jakby trzymana w palcach niewidzialnego olbrzyma. Trwało to około pół minuty, po którym filiżanka zniknęła tak samo nagle jak się pojawiła, pozostawiając po sobie tylko kłąb aromatycznej pary i niewielką sylwetkę kręcącą się w powietrzu niczym liść na wietrze. Postać wirowała jeszcze przez chwilę, powiewając białą sukienką, po czym opadła delikatnie na ziemię. Maya natychmiast podbiegła i pochyliła się nad nią.

- IKa-sama! Nic ci nie jest?!
- Mayu...
- Tak?
- Czemu czuję się jak fus z herbaty?
- Wydaje ci się, niewiasto...
- Łyp? - Zielona Wiedźma uchyliła lekko powieki.
- Dasz radę wstać? - Łuczniczka wolała zmienić temat.
- Dam. Chwilkę jednak jeszcze poleżę. Ty zaś tymczasem możesz mi streścić, co się działo jak byłam nieprzytomna.
- OK...

Maya usiadła po turecku obok swej mistrzyni, starając się poukładać myśli w słowa, a słowa w logiczny ciąg wypowiedzi. Po chwili zaczęła mówić, począwszy od rekapitulacji starcia w Yumenoshima Rouen, podczas którego IKa i Serika zostały porwane. Rycerz dalej stał w pobliżu, przeniósł tylko ciężar ciała na drugą nogę, by zaoszczędzić sił. Sam nie wiedział, kiedy jego napierśnik pękł z hukiem, a z dziury wyrosła okrwawiona dłoń.

- Crap... – Mruknął rozczarowany Yuby, który niewiadomo kiedy zmaterializował się za jego plecami. – Musiałeś drgnąć? Gdybyś stał spokojnie już byś nie miał serca!
- Z łaski swojej wyjmij łapsko z mych organów wewnętrznych?
- Mogę wziąć jeden na pamiątkę?
- Możesz wypchać się pierzem.
- Oh well... - Zielonowłosy wzruszył ramionami, wyrywając rękę z rany i pozwalając rycerzowi osunąć się na ziemię.

Łuczniczka poderwała się na nogi, zasłaniając sobą swą mistrzynię i nawet nie kryjąc zaskoczenia. Wygląd Yubego zmienił się od ostatniego starcia – emanował czerwonawą aurą, na głowie wyrosły mu dwie pary rogów, a zza pleców para skrzydeł - jedno błoniaste i czerwone, drugie pokryte zielonymi piórami. Wolała się nie zastanawiać nad symboliką owych dodatków, natomiast rozpaczliwie próbowała opracować strategię dalszej walki. Przeciwnik okazał się o wiele za bardzo, jak na jej gust, uparty w powracaniu do życia. „Mężczyźni” prychnęła w duchu.

- Ani się waż zbliżać do mojej mistrzyni! – Skierowała rapier w jego stronę, starając się zyskać nieco na czasie.
- Niby po co miałbym to robić? Ty wykonasz robotę za mnie.
- Bóg cię opuścił?
- Nigdy nie lekceważ potęgi dialektyki.
- ... Ke?
- Chcesz zabić swoją mistrzynię – mruknął niedbale Yuby, machnąwszy jej przed oczyma dłonią.
- Chcę zabić swoją mistrzynię – potwierdziła Maya.
- Ale wpierw chcesz... Powiedzmy... Wyrwać jej paznokcie.
- Ale wpierw chcę wyrwać jej paznokcie
- Yyy... Mayu... – Zielona Wiedźma próbowała się odczołgać, łuczniczka jednak przypiliła stopą rękaw jej sukni i unieruchomiła ją.
- Spokojnie, IKa-sama, nie będzie bolało – uspokoiła Maya, pochylając się i wyciągając spod peleryny wielkie obcęgi. Szybko chwyciła i uniosła dłoń IKi, przystawiając je do palców. – Ciąg, ciąg!
- ... Ratunku?
- Nie wstyd ci wykorzystywać dwie niewinne, bezbronne niewiasty?!

Nim zielonowłosy czy ktokolwiek inny zdołał określić skąd dobiegł głos, wszystkich oślepił jaskrawoniebieski promień, który o centymetry ominął Yubego, przeleciał nad pokładem, dematerializując zabłąkanego wookiego i uderzył w ścianę nadbudówki, wytapiając w niej olbrzymią dziurę. Potężny huk wstrząsnął okrętem, w powietrzu zaś wyrósł po chwili słup ognia i czarnego dymu. Pokład „Aurory” zaczął się niebezpiecznie przechylać.

* * *

- Ojej... – Jęknął Miya. Po chwili rzucił się do klawiatury, by ponownie wprowadzić koordynaty celu. Jego mech unosił się w powietrzu tuż nad burtą, a z lufy działa wciąż dobywał się dym.
- Re-Gun – zachwycił się sardonicznie Yuby, odwracając się w jego stronę. – Słynne działo reakcyjne, zdolne anihilować każdy wytwór marksizmu-leninizmu... Podobno nawet hiperinflację. Jaka szkoda, że musi stygnąć półtorej minuty przed oddaniem kolejnego strzału...

Młodzian nie odpowiedział, nadal zajęty szalonym klikaniem. Gdy na ramieniu robota otworzył się z głośnym szczękiem ukryty luk Miya doszedł do wniosku, że musiał coś źle wystukać. Pewności nabrał, gdy z luku zaczęły wyfruwać wielkie chrząszcze w białoczerwone pasy.

- Stonka 2.0 – srebrnowłosy przeczytał na głos tekst, który niespodziewanie otworzył mu się na ekranie komputera pokładowego. Okienko działa wskazywało, że kolejna salwa gotowa jest w 30 procentach. – Szczytowe osiągnięcie amerykańskiej inżynierii genetycznej i jedna z najskuteczniejszych broni biologicznych świata... W odróżnieniu od poprzednio wyhodowanego chrząszcza, Stonka 2.0 nie żywi się ziemniakami, lecz komunistami i... Odporna na pestycydy, ostrzał z broni konwencjonalnej, chemicznej i atomowej do mocy...

Rzucił okiem na Yubego, który na chwilę zniknął w chmurze pasiastych pancerzyków, po chwili jednak odrzucił większość z nich machnięciem ręki, generując zdecydowanie niekonwencjonalną falę energetyczną. Część stonek została zmiażdżona, część jednak przetrwała uderzenie i ponownie rzuciła się w jego stronę. Zielonowłosy zadawał kolejne ciosy, zdradzając coraz większy ślad irytacji, Miya zaś modlił się do wszystkich bogów, o jakich miał okazję usłyszeć, ukradkiem zerkając na pasek postępu. 60 procent. Coraz gwałtowniej się pocił, gdy nagle dzika kotłowanina skończyła się. Yuby wyparował, owady zaś na chwilę zawisły w bezruchu, po czym rozproszyły na wszystkie strony. Ciszę zakłócało tylko dęcie wiatru nad pokładem.

* * *

- Balcerowicz musi odejść! KRA!!!
- Tris jednak przekazała polecenie - mruknęła Bianca, pozwalając czarnemu pióru spaść swobodnie na podłogę. Stała nieruchomo, obserwując wydarzenia na pokładzie "Aurory" za pośrednictwem głównego ekranu. - Co prawda wróg odwalił większość roboty za nas...
- Wszystkie pociski w celu, pani kapitan - oznajmił Irhis, śledzący ekran radaru. - Ostatni obelisk zniszczony.
- Dobrze. Wygląda na to, że nasze zadanie zostało wykonane.
- Skierować okręt na przestrzeń powietrzną Tokio, pani kapitan? - Spytała Mia, kładąc dłoń na dźwigni regulacji mocy silnika.
- Jeszcze nie.
- Hm? Ale...
- Na razie postaraj się znaleźć i zlikwidować ostatnią Bundelbaafe.
- Obawiam się, że już znaleźli ją amerykańscy marines - westchnął Irhis, zerkając na inny ekran. - Ale jatka...
- ... Dobra, co z tą, która zniszczyła 7. Flotę?
- Wspięła się na radarowy maszt ostatniego okrętu, który jeszcze nie poszedł pod wodę. Miauczy. Chyba nie umie pływać.
- Mruuu...

* * *

Yuby zmaterializował się na dachu punktu widokowego Tokyo Tower, strząsając ze skrzydła ostatnią stonkę. Choć starał się tego nie okazywać, był wściekły, ta teleportacja za bardzo przypominała ucieczkę z pola walki. Kontynuowanie starcia nie miało jednak żadnego sensu w sytuacji, gdy nie było już żadnych obelisków, a właśnie poczuł, jak zanika aura ostatniego. Obrzucił wzrokiem otaczające go miasto, pozwalając wiatrowi targać swymi włosami. Od ostatniej wizyty na wieży ubyło trochę budynków i przybyło kilka słupów dymu, ogólnie jednak, jak na standardy Tokio, nie było wcale źle.

- Crap, chyba znowu nie wyszło - westchnął przygnębiony, ponuro rozmyślając nad tym, ile już razy imperialiści i karły reakcji powstrzymali realizację jego planów. Mimowolnie powrócił do dialogu sprzed wielu, wielu lat i słów, nierozsądnych szczeniackich słów, które wówczas padły.

- Niet! - Warknął wtedy łysiejący mężczyzna ze śmieszną bródką. - Nie pójdziesz na Pałac Zimowy!
Ale czemu?! - Spytał wtedy niemądrze, starając się nie płakać; był wtedy jeszcze strasznym gówniarzem. - Przecież jestem oddanym komunistą! Nawet Trocki nie...
- MAŁCZAT’! Nie pójdziesz, bo jesteś smokiem! A smoki nie istnieją!

Smoki nie istnieją. Słyszał to od najmłodszych lat, zimne bolesne słowa, które zatruwały mu dusze. Nawet w partii, która nauczyła go szczytnych ideałów rewolucji, bez przerwy słyszał, że smoków nigdy nie było, że to tylko jeden ze światło ćmiących przesądów, wciskanych prostemu ludowi by łatwiej nim powodować. Nawet ten jedyny człowiek, który kiedykolwiek był dla niego autorytetem, na cześć którego przybrał konspiracyjny pseudonim Leniwa Bestia, nie potrafił go zrozumieć. Yuby zacisnął pięści, starając się opanować. Wiedział jednak, że tym razem nie zdoła, że czara goryczy została przelana i nie ma już odwrotu. Wycedził słowa, które naznaczyły całe jego późniejsze życie.

- Kij ci w oko, pacynko. Zobaczysz, że zrobię lepszą komunę od ciebie.


Zielonowłosy westchnął, wracając myślami do teraźniejszości. Przez chwilę spoglądał na miasto smutnym wzrokiem, po chwili jednak kąciki jego ust uniosły się lekko. Następnie uniosły się jeszcze bardziej i uśmiech zaczął wyglądać dość niepokojąco.

- No cóż, bywa. Znajdę sobie inne miasto, bardziej godne, by stać się socjalistyczną utopią. Tokio natomiast... Tokio uwolnię z niewoli kapitalistów. Na zawsze.

To mówiąc wzniósł w górę ręce, zamykając oczy i rozpościerając skrzydła na pełną rozpiętość. Otoczyła go migocząca czerwona poświata, która po chwili zaczęła skupiać się nad jego palcami formując kulę światła, by wreszcie wystrzelić w powietrze szerokim promieniem. Strumień światła wzniósł się na wysokość kilku kilometrów, po czym rozlał po niebie niczym oliwa na wodzie, tworząc olbrzymie koło, które w ciągu kilkunastu sekund zasłoniło całe Tokio. Yuby uśmiechnął się, otwierając oczy.

- STALIN-GRAD!!!

* * *

Pierwszy pocisk, marmurowy, uderzył w pokład i roztrzaskał się kilkanaście metrów od nich, niespodziewanie i tak szybko, że nie zdążyli zorientować się w jego kształcie, mimo iż ledwie uniknęli latających odłamków. Drugi był jednak z brązu i wbił się w pokład cokołem w dół, pozwalając im zorientować się w jego naturze. Zdumionym oczom grupy ukazała się statua Józefa Wissarionowicza Stalina, unosząca dłoń w geście ojcowskiego pozdrowienia. Nie mieli jednak czasu na trwanie w osłupieniu, gdyż z nieba sypały się już dziesiątki i setki kolejnych.

Maya, która właśnie kończyła łatać rycerza mocą Złotego Płomienia, gwałtownie wstała i skoczyła w stronę IKi, wtedy jednak okręt gwałtownie przechylił się jeszcze bardziej. Sprawiło to, że brązowy posąg wyrwał się z zagłębienia i z rumorem runął w ich stronę. Ysengrinn instynktownie zerwał się, chwycił ją w pół i po krótkim rozbiegu wyskoczył wraz z nią za niedaleką burtę. Było to o tyle sensowne, że ułamek sekundy później statua zmiażdżyła barierkę i runęła w dół, mijając ich o centymetry; o tyle zaś bezsensowne, że jak do tej pory Maya nie miała okazji sprawdzić, czy jej umiejętność latania uległa jakiemuś polepszeniu od czasu, gdy próbowała go za jej pomocą wciągnąć po schodach.

- Oszalałeś, idioto?! Przecież ja nawet miotły nie mam!
- Spróbuj powiększyć różdżkę i...
- Co ja, Card Captor Sakura!?

* * *

_________________
I can survive in the vacuum of Space


Ostatnio zmieniony przez Ysengrinn dnia 14-09-2007, 08:46, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry Zobacz profil autora
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość Odwiedź galerię autora
Ysengrinn Płeć:Mężczyzna
Alan Tudyk Droid


Dołączył: 11 Maj 2003
Skąd: дикая охота
Status: offline

Grupy:
AntyWiP
Tajna Loża Knujów
WOM
PostWysłany: 23-08-2007, 21:35   

* * *

Marlboro
PALENIE ZABIJA


IKa gapiła się w napis na zdeptanej paczce doskonale bezmyślnym wzrokiem. Paczka była zdecydowanie za blisko jak na jej gust, fakt jednak, że przestała gwałtownie rosnąć, nieco ją uspokajał. Dopiero jednak, gdy zaczęła się powoli oddalać pozwoliła sobie na luksus funkcji myślowych i uznała, że jednak będzie żyć. A przynajmniej może mieć na to nadzieję.

- Proszę nie bądź Mayeczką... – Mamrotała pod nosem, w myślach obiecując sobie, że będzie składać regularne i sute ofiary LON i Bogom Chaosu. – Nie bądź Mayeczką, nie bądź Mayeczką, proszę cię, nie bądź Mayeczką...
- W ostatniej chwili, IKuś – westchnęła Serika. – Już myślałam, że cię nie złapię.
- Uff.......

* * *

- Jesteśmy chyba na Tokyo Tower – stwierdził rycerz, rozglądając się po dużym pomieszczeniu z charakterystycznymi oknami widokowymi. Ze stojącego niedaleko stojaka z pocztówkami straszyły „Pozdrowienia z Tokyo Towel!”.
- Nie no, co ty. Masz może monetę? – Spytała Maya, podchodząc do automatu ze słodyczami.
- Czekolada.
- No co? Tu mają najlepsze pralinki z nugatem w całym Tokio!
- Wiesz, że to jest metoda?
- Co?
- Nim przeciwnik ucieknie – oblej go czekoladą. To zdecydowanie ułatwi późniejsze wykrycie i schwytanie go.
- Marudzisz, idź sobie pooglądać widoki. Ale wpierw dawaj monetę.

Gdy rycerz wreszcie oddalił się łuczniczka uklękła i kolejno przywołała półgłosem swe moce. Jeden po drugim zmaterializowały się złoty smoczek, czerwony smoczek i biały skrzydlaty kotek w okularach. Gady pochyliły główki w ukłonie, kot ograniczył się do uniesienia brwi.

- Nie będzie wam przeszkadzało, że skosztuję trochę pralinek? - Maya zamachała im przed oczami opakowaniem, które właśnie wypadło z automatu.
- Oczywiście, pani - odpowiedziały chórem Płomienie.
- Niam - na pewien czas rozmowa stanęła, gdyż dziewczyna rozkoszowała się smakiem. Niewielkie istoty cierpliwie czekały, nie okazując ani śladu zniecierpliwienia. - Dobra, mam do was pytanie, dziobaki.
- Słuchamy cię, pani - odparł kot. Maya miała wrażenie, że w jakiś sposób stoi on wyżej w hierarchii od pozostałych.
- Mówiąc krótko a do rzeczy - potrzebuję broni. Potężnej broni. Koleś, z którym walczę, dysponuje olbrzymią mocą i bimba sobie na wszelkie ataki, ten mieczy... Rapier nie robi mu najmniejszej krzywdy. Z różdżki zapewne byłby pożytek, gdybym znała jakieś sensowne zaklęcia...
- Niestety, stworzenie tych przedmiotów to szczyt naszych możliwości... A przynajmniej szczyt możliwości każdego z nas z osobna.
- Z osobna? Czy... Potrafilibyście w jakiś sposób połączyć swe siły?
- Tak. Ale tylko na krótką chwilę. To bardzo ryzykowne.
- Broń wybuchnie mi w twarz?
- Powiedziałbym raczej, że ty pani wybuchniesz w twarz wrogowi.
- ... Ała.
- Musisz też uważać, pani, gdyż będziesz mogła oddać tylko jeden strzał.
- Strzał?
- Tak. Broń powstała z połączenia naszych mocy przybiera postać łuku, strzelającego magicznymi strzałami.
- I dopiero teraz to mówisz, lewusie jeden?! - Wrzasnęła Maya, zrywając się momentalnie na nogi. - Dalej, łączyć się, hop hop!
- ... - Wraz kociego pyszczka nie zmienił się, rudowłosa mogłaby jednak przysiąc, że oczy za szkiełkami okularów wpatrują się w nią z przerażeniem.
- Skoro sobie tego życzysz, pani...
- Życzę, życzę. Łuki są dobre!

Istoty zamknęły oczy i zaczęły się koncentrować, Maya cofnęła więc się na wszelki wypadek kilka kroków. Po pewnym czasie ciała Strażników stały się półprzezroczyste i rozjarzyły jasnym wielobarwnym światłem, a zaraz po tym wystrzelili oni w górę, zmieniając się w świetliste wstęgi. Unieśli się tuż pod sufit, zataczając kręgi wokół siebie i tworząc tęczową spiralę, po czym powoli zaczęli kurczyć. Im cieńsze i krótsze były wstęgi, tym mocniej się wokół siebie zaciskały i tym bardziej oba końce odchylały się na bok. Kiedy powstały przedmiot przestał wreszcie się żarzyć był już jednolitą konstrukcją, białoczerwonym łukiem ze złotymi wykończeniami. Powoli zaczął zniżać się w stronę podłogi.

- Jooooj! - Zachwyciła się łuczniczka, chwytając ozdobny majdan, idealnie dopasowany do kształtu jej dłoni. Natychmiast po tym, jak dotknęła łuku poczuła w sobie potężną pulsującą moc, która swą intensywnością niemalże zwaliła ją z nóg. Oparła się o ścianę z trudem łapiąc oddech. - Kurde blaszka, to trudniejsze niż myślałam...

* * *

Yuby aż się zatoczył, gdy poczuł potężną erupcję mocy niemal tuż pod swoimi stopami. Nie spodziewał się, że któryś z jego wrogów może podejść tak blisko niezauważony, odruchowo więc wzniósł się w powietrze i odleciał kilkadziesiąt metrów. Z okien punktu widokowego biło oślepiające złote światło, a fala energii jeszcze przybrała na sile. Niewiele myśląc uderzył płaskim niczym klinga pociskiem energetycznym w dach, zrywając go, a przy okazji także całą część wieży znajdującą się nad nim. Natychmiast zauważył źródło całego zjawiska i uśmiechnął się. W zasadzie dziwne, że nie poznał jej od razu, już miał okazję poznać jej moc w akcji. Podobnie jak wtedy – nie panowała nad nią najlepiej i stanowiła dla siebie samej zagrożenie niewiele mniejsze niż dla przeciwnika. On tymczasem w pełni kontrolował swoją i nie miał zamiaru przepuścić okazji. Ostentacyjnie powoli skierował w jej stronę rękę, w której zbierała się już czerwona energia.

* * *

Maya przełknęła ślinę, spoglądając w górę. Natychmiast poderwała łuk w górę i naciągnęła cięciwę, złocista strzała zmaterializowała się natychmiast, choć bardziej przypominała wirującą miniaturową flarę słoneczną. Celowania okazało się o wiele trudniejsze niż przypuszczała – miała wrażenie, że łuk wije jej się w dłoniach, próbując wyrwać się. Co do wicia się strzały nie miała żadnych wątpliwości, bała się wręcz, że za chwilę kłębowisko energii odleci sobie w nieznane albo znienacka ją ugryzie. Wiedziała, że musi skupić siłę woli, by zapanować nad tym i wziąć wroga na cel. Wiedziała też, że nie da rady tego zrobić. Kula w ręce Yubego zaczęła pęcznieć, gotowa do wystrzelenia.

- Psia kostka, no!

I wtedy zdarzyło się coś, co z dużym prawdopodobieństwem by wyśmiała jako najbardziej absurdalne i kiczowate Deus Ex Machina w historii, gdyby przypadkiem przeczytała o tym w książce. Ni stąd ni zowąd rozległa się muzyka, zdająca się nie pochodzić z żadnego konkretnego źródła, a jakby ze wszystkich kierunków jednocześnie. Po chwili do melodii dołączył śpiew. Łuczniczce oczy niemal wyszły z orbit, od razu bowiem poznała głosy śpiewaczek.

To był naprawdę piękny bal
I ja w sukience jak we mgle
Tyle dziewcząt innych znał
A wybrał właśnie mnie
I potem tylko na mnie patrzył
Piękny bal
Wybrał z innych tylko mnie
Tylko mnie


Maya wyprostowała się, stając pewniej na nogach i mocniej naciągając łuk. Nagle poczuła zupełny spokój, a prowadzenie łuku okazało się tak proste, że nie rozumiała, jak wcześniej nie mogła dać sobie rady. Strzała przestała szaleć i z bezkształtnej masy przybrała w końcu postać smukłego złotego pocisku, którego grot bez trudu dał się nakierować na głowę zielonowłosego. „Dziękuję IKa” pomyślała, „Dziękuję Serika. I dziękuję tobie Vanny, choć jak się znowu spotkamy to cię chyba zabiję. Nie wiem skąd wam przyszło do głów pomóc mi akurat w ten sposób, ale dziękuję...”

Chcę jak z bajki życie mieć
Wierzę w to, że ja
Że to ja zdobędę wreszcie to, co chcę
Kiedy w oczy wieje wiatr
Niepotrzebnie płyną łzy
Gdy jest źle, to dobry znak
Bo może znów lepiej być


Yuby zdębiał. Nie wykorzystał właściwego momentu i kula zaczęła słabnąć. Zaczął się panicznie rozglądać wokoło, marnując czas i gdy oprzytomniał było już za późno. Rozpaczliwie zwarł palce na kuli, próbując ponownie ją naładować, gdy usłyszał syk niematerialnej cięciwy.

Wybierz raz mnie
Wiesz, że tu jestem,
W szarym tłumie znajdziesz mnie gdzieś
Ja czekam na twój znak
Więc odnajdź mnie
Nim minie jeszcze jeden dzień
Dziś wygram wszystko albo nic
Już dziś

Złota strzała poleciała w stronę Yubego, tnąc powietrze z nienaturalnym sykiem. W ostatniej próbie ratunku rzucił w nią kulą energii, ta jednak eksplodowała w chwili zderzenia, nie wyrządzając najmniejszej szkody. Ostatnim, co zobaczył, był grot tuż przed jego okiem.

* * *

Zielonowłosy zawisł na chwilę w powietrzu, odchylony do tyłu siłą uderzenia. Strzała przeszła na wylot i poleciała gdzieś w nieznane, zaś z przebitego oka wystrzelił potężny strumień światła. Wkrótce po tym ciało Yubego zajęło się płomieniami i runęło w dół, ciągnąc za sobą ogon czarnego dymu.

Ja wiem
Wiem, że są tysiące takich jak ja
Jak ja
Swój zwykły zrobię błąd
Na swe złudzenia stracę czas
czy mam dalej iść pod prąd
I wciąż szukać trudnych tras
Czas już otrzeć łzy
Nie będzie źle, musi lepiej być
Może właśnie ja wygram dziś
Wygram, będę robić to co chcę
Nim marzenia sprawdzą się właśnie mnie
Wybierz mnie
Znajdź mnie
Jeszcze dziś.


Maya odetchnęła głęboko, opuszczając łuk. Ten natychmiast wyrwał jej się z rąk, tracąc konsystencję i w mgnieniu oka na powrót zmieniając w trzy zwierzaki. „Zadanie wykonane” pomyślała, widząc mroczki przed oczyma, „mogę sobie omdleć”. Runęła jak długa do tyłu, prosto w ręce rycerza, który od dłuższej chwili stał w pobliżu w przewidywaniu, że będzie potrzebny. Delikatnie ułożył ją na pozsuwanych krzesłach i przykrył własną kurtką, po czym odwrócił się w stronę Strażników. Patrzył na nie z mieszaniną zdziwienia i podejrzliwości, uznał jednak, że nie mogą być niebezpieczne. Próbował wymyślić grzeczne wyjście z sytuacji, ale szło mu to dość topornie. Chrząknął.

- Jeśli chcesz o coś spytać, rycerzu, pytaj teraz – odezwał się nagle kot. – Niedługo nie będzie to możliwe.
- Khem... Czy... Czy to już koniec?
- To zależy, co masz na myśli. Nasza pani żyje, jest tylko osłabiona.
- Jestem to w stanie poznać, nie o nią mi chodzi – burknął. – Co z jej przeciwnikiem. Czy możliwe jest, że on wróci?
- Tak i nie.
- Ke?
- Ten pocisk nie wyeliminował go zupełnie z tego planu egzystencjalnego. Dał mu po prostu nowe ciało i nowe życie. Odnowił go.
- Nie wygodniej byłoby po prostu zabić?
- Wygodniej – owszem. Nie zawsze jednak da się uczynić akurat to, co jest wygodne. Zresztą on nie będzie już stanowił zagrożenia, jakim był, tyle mogę zagwarantować.
- Mam nadzieję, że jesteś słownym... Czymś...

* * *

Złocista strzała przecięła niebo nad zrujnowanym Tokio, przypominając spadającą gwiazdę. Nieliczni mieszkańcy, którzy nie zginęli ani nie zostali ewakuowani, patrzyli na nią i dziękowali Bogu, Buddzie, Amaterasu i każdemu, kto przyszedł im do głowy, za zakończenie tego piekła. Krwawe półkole znikło, odsłaniając poszarzałe niebo i słońce, wschodzące od strony morza. Strzała zaczęła powoli obniżać lot. Być może był to przypadek, być może interwencja jakiejś nieznanej siły, dość powiedzieć, że po przeleceniu kilkudziesięciu kilometrów trafiła prosto w zamknięte oko Walentego Anatola.

* * *
- Jesteś dorosłą osobą, nie będę cię więc próbowała odwodzić od decyzji – powiedziała Avellana, wzruszając ramionami. – Przyznam jednak, że jestem zaskoczona nagłością decyzji.
- Decyzję podjęłam jakiś czas temu – odparła wystudiowanym tonem Tris, bawiąc się cieniutkim łańcuszkiem smyczy. – Nie mogłam was jednak opuścić w środku tak wielkiej awantury. Poza tym dopiero teraz znalazłam odpowiedni... Impuls.
- Powiedz swojemu impulsowi, że jeśli mnie dotknie, to resztę życia spędzi jako karakon – wycedziła zimno Noma, nie patrząc w stronę wróżki, lecz prosto w zielone oczy Caibra.
- Chodź tutaj! – Warknęła Tris, szarpiąc smycz, przywiązaną mu do obroży na szyi. Rudowłosy zakrztusił się i pozwolił pociągnąć w jej kierunku. – W każdym razie wszystko już załatwione. Swoje miejsce już przekazałam swej uczennicy.
- ... Miałaś uczennicę?
- Oczywiście, że miałam, nie mówiłam wam? Musiałam zapomnieć. Nazywa się Irin Salix Hyomiyu, lat 16.
- No cóż... – Noma odwróciła wzrok, który przypadkiem padł na Tenlara i Reeda. Mimo ciemności dalej byli w okularach i dokonywali skomplikowanej i niebezpiecznej operacji wymiany Zegisa de Xan na nowiutki laptop. Z jakiegoś powodu Duch Czystki nie zgodził się na jakikolwiek inny okup. - Chętnie ją poznamy. Skoro w tak młodym wieku osiągnęła poziom równy swej mistrzyni...
- Może nie przesadzajmy – prychnęła skrzydlata istotka, biorąc się pod boki. – Irin, chodź tu, przywitaj się!

Obydwie kobiety dopiero teraz zobaczyły błękitnowłosą i błękitnooką dziewczynę średniego wzrostu, wychodzącą właśnie z cienia. Ubrana była w długą, błękitną, prostą suknię z fioletową różą wpiętą w okolicach obojczyków, na co zdążyła już narzucić szary płaszcz swego urzędu. Ukłoniła się grzecznie, przyciskając wielki szary kapelusz do piersi.

- To zaszczyt, panno Nomo i panno Avellano.
- Miło mi.
- Mi też. Wreszcie będziemy mieć Szarą Wiedźmę z odpowiednim rozmiarem kapelusza.
- Prych!

Irin nie odpowiedziała, zamiast tego ukłoniła się ponownie. Avellana przez chwilę pomyślała, że trzeba będzie z niej jakoś wykrzewić tę przesadną grzeczność, którą najwyraźniej wpoiła jej apodyktyczna podfruwajka. Nie mogła wiedzieć, że dziewczyna ukłoniła się tylko po to, by inni nie zauważyli demonicznego uśmiechu, który wpełzł na jej wargi.

ENDE

_________________
I can survive in the vacuum of Space
Powrót do góry Zobacz profil autora
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość Odwiedź galerię autora
wa-totem Płeć:Mężczyzna
┐( ̄ー ̄)┌


Dołączył: 03 Mar 2005
Status: offline

Grupy:
Fanklub Lacus Clyne
WIP
PostWysłany: 24-08-2007, 15:05   

LOL :)

_________________
笑い男: 歌、酒、女の子                DRM: terror talibów kapitalizmu
Powrót do góry Zobacz profil autora
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość Odwiedź listę obejrzanych anime / przeczytanych mang
 
Numer Gadu-Gadu
3869750
Wyświetl posty z ostatnich:   
Strona 9 z 11 Idź do strony Poprzedni  1, 2, 3 ... 8, 9, 10, 11  Następny
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików
Możesz ściągać załączniki
Dodaj temat do Ulubionych


Skocz do:  

Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group