FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy
RejestracjaRejestracja  Galeria AvatarówGaleria Avatarów  IRC (qchat mibbit)  ZalogujZaloguj

Poprzedni temat :: Następny temat
Idź do strony Poprzedni  1, 2, 3 ... 21, 22, 23, 24  Następny
  Opowiadania, fragmenty, diariusze...
Wersja do druku
Moonlight Płeć:Kobieta
Ultra Innocent Uke

Dołączyła: 17 Mar 2003
Skąd: Szczecin
Status: offline
PostWysłany: 09-08-2005, 22:32   

Bogowie, miejcie mnie w swojej opiece, albowiem głupawka mi odwala. Skutkując dalszymi losami bohaterów dresiarskiej epopei. Wiem, że jako autorka powinnam być neutralna, ale osobistą sympatię żywię do Wyczesanego XD
Odcinek niniejszy sponsorowany jest przez mojego dostawcę internetu, który chyba sobie w kulki leci i załatwił mi nieproszone leczenie odwykowe od południa do baaardzo późnego wieczora. Jak się nie ma netu i w co ręce włożyć, to przychodzą głupie pomysły i się pisze ^^"
Literówki included, jak mniemam. Enjoy!


Horteks-Szczur
odc. 3
Trejn Tu Nołer

Rzeczy dziwne nader często zwykły dziać się bez uprzedzenia. Gdyby tak nie było, nie nazywalibyśmy ich dziwnymi. Równie często rzeczy dziwne są przez ludzi ignorowane. O mylności takiego postępowania główni zainteresowani przekonują się zazwyczaj o wiele za późno, żeby można było coś odkręcić.
Ale kto powiedział, że życie ma być łatwe?

Niebo nad jednym z - jakże wielu! - szczecińskich podwórek, pokryło się ciemnymi chmurami. Jeśli chce się być ścisłym, warto wspomnieć, iż nie było to jakieś uprzywilejowane podwórko. Również i nad inne podwórka napłynęły skłębione chmury. Jak również nad ogródki, parkingi pod hipermarketami, szkolne boiska i zwyczajne domostwa tysięcy zwyczajnych ludzi, którzy nie zdawali sobie sprawy, iż ktoś właśnie robi wszystko, aby ograbić ich życie z dotychczasowej zwyczajności.
Krzysio Brzęczyszczykiewicz zapalił papierosa, przypominając sobie mętnie zasłyszaną gdzieś pogłoskę, że od palenia przestaje się rosnąć. To by się nawet zgadzało.
Rycho pogłaskał Alfreda po łebku.
Malwinka zamrugała rzęsami.
Posterunkowy Wyczesany westchnął, zaciągając się dymem.
Ktoś wybił piłką szybę. Ktoś trzepał dywan. Ktoś wysypywał na trawnik zawartość samochodowej popielniczki. Dzieciarnia, przyszłość i nadzieja osiedla, w zależności od wieku i zainteresowań, bądź to darła się wniebogłosy w celu poinformowania rodziców - i reszty świata za jednym rzutem decybeli - o swych dokonaniach ("Baaaaaabcia! Zobacz jaki patyk urwałem!"), lub też dla samej przyjemności wydawania wrzasku ciągłego; bądź to ćwiczyła ósemki na tylnym kole na przeróżnych pojazdach jednośladowych. Z otwartego okna mieszkania na parterze dobiegały gromkie tony muzyki metalowej z wokalem hiszpańskim. Słowem - radość życia i sielanka dominowały tego wieczora na osiedlu Zdroje.
Ciemne chmury nadciągały. Wnet zerwał się gwałtowny wiatr. Mieszkańcy zaczęli nerwowo popatrywać na niebo, zamykać okna i zabierać pranie z balkonów.
- Burza idzie - zauważył Zdzichu. Pozostali pokiwali głowami z uznaniem dla jego błyskotliwości. - To my spadamy, nie, chłopaki? Joł.
Zdzichu, Rychu i Zbychu oddalili się spiesznie. Gdy zniknęli między szarymi monumentami bloków, odezwał się Szczur:
- To nie burza. To coś gorszego.
- Tsunami? - zapiszczała Malwinka, rozglądając się dookoła. Niestety, nawet gdyby właśnie do polskich brzegów zbliżała się wielka fala, nasza bohaterka nie byłaby w stanie jej zobaczyć, albowiem Szczecin nie leży nad morzem.
- Koniec świata? - podsunął domyślnie Krzysio.
- Obawiam się, że tak - rzekł Szczur z powagą, strzygąc wąsikami.
Większość ludzi już pochowała się do domów. Oprócz trójki naszych bohaterów na podwórku został tylko posterunkowy Wyczesany, nostalgicznie wpatrzon w horyzont. Nie przeszkadzał mu nawet fakt, że miast horyzontu miał przed oczyma klatkę schodową i obłażącego z farby trabanta. Jego policyjnego instynktu nie poruszył fakt, iż w odległości kilku metrów jego wybranka, przyszła matka jego dzieci, rozmawia ze szczurem wędrownym (Rattus norvegicus). Z bólem oddajemy honor autorom dowcipów o policjantach.
- Czas więc ruszyć do akcji! - wykrzyknęła Malwinka. Tłem do jej okrzyku był wciąż dobiegający z pewnego parteru łomot, kojarzący się z ochotniczą orkiestrą cechu złomiarzy*. Było to tak niesamowicie podniosłe i wzruszające, iż Malwinka otarła łzę.
- Do boju! - Krzysio zerwał się z ławki. - Ku chwale kapitana Kubełka... i dresu!
Szczur czujnymi oczkami łypał to na prawo, to na lewo.
- Ale najpierw - rzekł wreszcie - musimy znaleźć Peron Dziewięć Przecinek Siedemdziesiąt Pięć Procent. W ten sposób dostaniemy się do kwatery wroga...
Posterunkowy Wyczesany powiódł wzrokiem za znikającą w oddali granatową spódniczką. Jego zwoje mózgowe powoli i z nutką dekadencji przetwarzały obraz rozmawiającej z gryzoniem dziewoi. Wyczesany oskarżycielskim spojrzeniem obrzucił trzymany w drżącej dłoni niedopałek i rzucił go na ziemię.
- Więcej nie palę tego świństwa z przemytu - rzekł do siebie, po czym pogrążył się w kontemplacji planu zdobycia serca Malwinki. A że posterunkowy niewątpliwie człowiekiem światłym i wykształconym był, przeczytał w życiu niejedno, a i telewizję kolorową (ze szczególnym uwzględnieniem seriali na kanale Polshit) z lubością i zaangażowaniem oglądał, więc po przemyśleniach niedługich w głowie jego narodziła się intryga iście szatańska...
Grzmot z wolna przetoczył się nad blokowiskiem. Niektórzy utrzymują, że tuż po nim usłyszeć można było szatański śmiech, jakiego najstarsi blokersi nie pamiętali. Do dziś nie wyjaśniono ze stuprocentową pewnością, kto się śmiał...
Z rozkręconego do maksimum głośnika na pewnym parterze poniosła się w dal gitarowa solówka.

Człowiek bez wątpienia jest istotą nieskomplikowaną i skłonną do myślenia szablonowego. Hasło "peron" wywołuje przed oczyma przeciętnego człowieka obraz miejsca pełnego: turystów z wielkimi plecakami, bezskutecznie usiłujących porozumieć się w języku innym niż polski z kimkolwiek odpowiedzialnym za cały ten interes; ławeczek na których snem sprawiedliwych zasypiają uczestnicy wypraw ekstremalnych "Cuda i Dziwy Europy Wschodniej i Azji - Poland", bądź też jak najbardziej europejska żuleria lokalna; babć z kraciastymi torbami, udających się w przeróżne strony kraju w celu odwiedzenia wnuków; gołębi; megafonów, za pośrednictwem których wszystkie wyżej podane grupy informowane są, iż pociąg do Koluszek odjedzie nie o 12.00, lecz o 16.18, nie z peronu nr 3, lecz z górki rozrządowej za dworcem, a tak w ogóle to wcale nie do Koluszek, tylko do Przemyśla Głównego (a ponieważ zatrudniona w megafonowni pani ma zajęczą wargę, wadę wymowy i nadając ów arcyważny komunikat nie przerywa jedzenia blinów, a tak w ogóle to język polski zna z kursu weekendowego "Polski dla obcokrajowców" i zatrudnił ją szwagier, to można mieć pewność, iż nikt zainteresowany nie dojedzie dziś do Koluszek)... Długo by jeszcze wymieniać. Oczywiście od czasu do czasu trafiają się również pociągi, ale na nie nikt nie ma już siły zwracać uwagi.
Przeciętny, szablonowo myślący człowiek przeżywa rozczarowanie, udając się na stację kolejową Szczecin-Zdroje. Składa się ona z: kawałka stepu, udającego parking; nowoczesnej architektury blaszaka, w którym mieści się skup złomu; budki służącej za poczekalnię, gdzie rezyduje pani jedząca barszcz; kawałka toru, po którym od czasu do czasu przemyka pociąg. Jedzenie barszczu jest jedną z niewielu małych radości pani w okienku, albowiem mało co się na tej stacji zatrzymuje, więc i biletów nikt nie kupuje, nie mówiąc już o braku megafonu, przez który mogłaby dać upust swoim talentom retorycznym. Życie pani w okienku mijało więc cicho i spokojnie...
- Ile razy mam powtarzać, nie ma takiego peronu! - Tłumaczyła jakiejś parze nastolatków. - Na miłość Boską, przecież tu jest jeden peron i to nawet nie ponumerowany!
- Dlaczego? - zapytała niewinnie wyglądająca blondyneczka o wielkich, błękitnych oczach.
- Po co numerować peron, który jest jeden? - rzekła z przekonaniem pani z okienka, ale po chwili zaczęła wątpić w swoje słowa. - To znaczy... chyba każdy wie, że jest jeden, prawda? Chyba.
Krzysio, Malwinka i Szczur zostawili panią z okienka sam na sam z jej wątpliwościami, udając się na peron. Który rzeczywiście był jeden.
- Rzeczywiście jest jeden - zauważył błyskotliwie Krzysio. - O kurka wodna w dziób kopana! Skąd my weźmiemy Peron Dziewięć Przecinek Siedemdziesiąt Pięć Procent?
- Peron Dziewięć Przecinek Siedemdziesiąt Pięć Procent, moi drodzy, jest na każdym dworcu i na każdej stacji kolejowej waszego świata, od Warszawy Centralnej, poprzez Kraków-Płaszów, aż do Koluszek. Musicie po prostu uwierzyć, że tu jest. Wtedy się pojawi - rzekł Szczur.
Krzysio zaczął wierzyć. Na jego twarz wypłynął wyraz głębokiego wysiłku umysłowego (łatwy do pomylenia z miną sugerującą próbę skorzystania z wygódki po pięciodniowym zaparciu). A że jego mózg był wybitnie jednozadaniowy, Krzysio nie mógł w tym momencie zająć się niczym innym. Malwinka, jako kobieta, a zatem istota niewątpliwie wyższa ewolucyjnie, tylko popukała się w głowę i zajęła się poszukiwaniem tego peronu, co to niby ma się pojawić, jak Krzysio uwierzy.
Krzysiowe wysiłki nie poszły najwidoczniej na marne, bo już po chwili dziewczyna wykrzyknęła:
- Jest! Patrzcie!
Wskazała na jeden z licznych tutaj filarów, zdobnych w owoc twórczości literackiej okolicznej (i nie tylko, w końcu jesteśmy na stacji kolejowej) młodzieży. Pomiędzy licznymi autografami ("Juzek ze Świnouścia - byuem tó"), wyznaniami miłości ("Koham Marjole z Gożowa, Włodek") i przynależności klubowej ("Pogoń Szczecin rólz"), ofertami matrymonialnymi ("Poznam wysoką wykrztałconom blądynkę w celu wymiany intelektualnej") i życiowymi mądrościami ("Co mi w tej szkole powiedzą, czego w necie nie znajdę???") widniał niepozorny, nierzucający się w oczy napis: "Peron Dziewięć Przecinek Siedemdziesiąt Pięć Procent". Poniżej ktoś przykleił karteczkę z niedbale nabazgraną informacją: "Z przyczyn technicznych korzystanie na własną odpowiedzialność. Najbliższy w pełni sprawny Peron Dziewięć Przecinek Siedemdziesiąt Pięć Procent we Wrocławiu".
Nastąpiła nader niewygodna chwila całkowitej konsternacji.
Potem Krzysio zdecydowanym ruchem zdarł karteczkę.
- No i co teraz? - zapytał. Szczur poinstruował go:
- Teraz tylko musisz z całej walnąć głową w ten filar, a zostaniemy przeniesieni w odpowiednie miejsce.
- Dobra! Z dyńki go!
- Mam nadzieję, że zadziała - powiedziała Malwinka, patrząc na szykującego się do ciosu brata. - Ale chyba nic mu się nie poprzestawia, co?
- Wątpię. Można się co najwyżej obawiać, że uderzenie wręcz dodatnio wpłynie na jego sprawność umysłową.
- Dlaczego? - zainteresowała się Malwinka.
- Skala IQ nie ma wartości ujemnych.
- Aha.
Krzysio nabrał rozpędu. Po chwili rozległ się odgłos oznaczający zderzenie dwóch ciał, z których jedno zyskało wgniecenie w kształcie Krzysiowej głowy.
Nic się nie działo.
- Nic się nie dzieje - powiedziała Malwinka.
Wtedy się zadziało.
Na naszych bohaterów opadła ciemność nieprzenikniona niby noc. Niezalecany z bliżej nieokreślonych przyczyn technicznych Peron Dziewięć Przecinek Siedemdziesiąt Pięć Procent przenosił ich w bliżej nieokreślone miejsce w bliżej nieokreślonej czasoprzestrzeni. Szansa, że trafią w jakieś miłe, bezpieczne miejsce, a fragmenty ich ciał nie będą rozsiane w promieniu pięciu kilometrów, wynosiła jeden na milion.
Szanse jeden na milion sprawdzają się... w jednym przypadku na milion, co jest najzupełniej oczywiste. A czego innego się spodziewaliście? To nie literatura, to życie.
Z drugiej strony, jeśli natura obdarzyła kogoś tak marnymi zdolnościami umysłowymi i rymotwórczymi (Krzysio) oraz tragicznym wyczuciem smaku (Malwinka), to zapewne musiała to czymś wynagrodzić. Na przykład niewyobrażalnym wręcz, ślepym szczęściem - w myśl pewnego ludowego przysłowia.
Co do Szczura, to ziemska natura była tak zaskoczona istnieniem gadającego gryzonia, że z rozpędu i jemu dała skorzystać z szansy jednej na milion.

Nad Zdrojami oberwała się chmura. Ciemnowłosa melomanka z pewnego parteru opierała się o okienny parapet, kiwając głową w rytm muzyki. Na widok strug deszczu uśmiechnęła się do siebie. Wiedziała, co się w tej chwili dzieje na stacji kolejowej Szczecin-Zdroje. Wiedziała też, co stanie się dalej. Wciąż się uśmiechając, upiła z trzymanego w ręce kubka łyk herbaty karmelowej z miodem i cukrem waniliowym, po czym znów zasiadła przy klawiaturze komputera. Spojrzała na napisane przed kilkoma chwilami linijki:
"Wtedy się zadziało..."

- Pamiętaj, nigdy nie daj się zwieść pozorom! - powiedział kapitan Kubełek, przekraczając leżące na zbrukanym posoką trotuarze zwłoki niedawnego przywódcy praskiego półświatka. - My, bojownicy o miłość i sprawiedliwość, musimy stale być czujni.
- Tak, mistrzu - wyszeptał żarliwie Krzysio. Wzruszenie ścisnęło go za gardło. Nie przypuszczał, że kiedyś stanie twarzą w twarz ze swoim idolem i wzorem do naśladowania. Pragnął, aby ta chwila trwała wiecznie...
Ktoś zdzielił go po twarzy. Sceneria zmieniała się. Przeurocze zaułki Pragi Północ rozmyły się w niebyt, zastąpione przez, jakże jednostajny i prozaiczny, las.
- Wstawaj, imbecylu! - głos ten nie należał bynajmniej do pięknej partnerki Kubełka, Franciszki Kunegundy, która przecież została pożarta przez krokodyla w odcinku inaugurującym trzecią serię "Kryminalnych zagadek Pragi Północ". Hodowca krokodyli, Alfonso Julio Eduardo Alvarez de Costa-Brava Barbados, stał się wówczas wrogiem numer jeden dla, zrozpaczonego po śmierci ukochanej, Kubełka.
Ale przed Krzysiem nie stała Franciszka Kunegunda.
- Co się gapisz? - zapytała Malwinka, nie podobna do niej nawet w połowie. - Zrób coś! Szczur zniknął!
- Co?! - Krzysio zerwał się na równe nogi. Panicznie rozejrzał się dookoła. Nie ulegało wątpliwości, że byli w lesie. Co więcej, Krzysio dobrze znał ten las. Przed nimi rozciągała się bowiem ciemna tafla jeziorka Szmaragdowego. Ściemniało się. I, o dziwo, nie padało, chociaż blokowisko mieściło się jakieś dwa kilometry dalej. Wszystko wskazywało na to, że karteczki z ostrzeżeniem nie należało lekceważyć, a Peron przeniósł ich nie tam, gdzie powinien.
- I co ty na to? - zapytała cicho Malwinka. Między drzewami coś zaszeleściło, zaszumiało, zahuczało, budując nieodzowną w każdym horrorze atmosferę grozy i nerwowego wyczekiwania na... coś wielkiego, kudłatego i zębatego. I bardzo, ale to bardzo wygłodniałego.
Czy coś w ten deseń.
- Gdzie jest Szczur?
- Nie wiem... Jak rąbnąłeś w ten słup, zrobiło się ciemno... i coś się zadziało - przerażenie zawisło na uszminkowanych wargach Malwinki. - A potem już tu byliśmy.
- A kapitan Kubełek?
- Jaki Kubełek? Kubełek to ty masz zamiast łba, ty...
Zanim Malwinka wymyśliła jakąś stosowną obelgę, głos uwiązł jej w gardle, bo oto ktoś wyłaniał się powoli z głębi lasu. Mamusia zawsze ostrzegała, żeby nie spacerować po lesie o zmroku, bo o tej porze roi się tam od zboczeńców, gwałcicieli, morderców i pijanej, zdeprawowanej młodzieży. Jeśli chodzi o tych ostatnich, to Malwinka akurat miałaby sporo do powiedzenia, ale wolała nie popisywać się swoją dogłębną znajomością tematu.
Wysoki mężczyzna, który wyszedł spomiędzy drzew, miał na sobie śnieżnobiały garnitur i krwistoczerwony krawat. Jasne, prawie białe włosy, miękko opadały mu na ramiona. Uśmiechnął się do Krzysia i Malwinki, a właściwie to tylko do Malwinki.
- To ja - powiedział łagodnie. - Widzicie mnie w mojej prawdziwej postaci.
- Szczur? - zapytała z niedowierzaniem Malwinka. Odruchowo, jak zawsze gdy stała przed potencjalnie interesującym osobnikiem płci męskiej, wciągnęła brzuch i wypięła biust. Czy co tam miała.
- Zgadza się - rzekł mężczyzna i podszedł do niej. - Myślę, że teraz możemy...
- Nie! - wrzasnął Krzysio po chwili intensywnego wysiłku umysłowego.
- Co? - zapytali jednocześnie Malwinka i jasnowłosy facet w idiotycznym garniturze.
- Nie jesteś Szczurem! Kłamiesz!
- Krzysiu! - wyszeptała Malwinka.
- Nie jestem Krzysiem! - oznajmił z determinacją chłopak. - Jestem DresManem! Kapitan Kubełek kazał mi być czujnym!
- Kretyn - rzucił mężczyzna, obejmując Malwinkę w pasie. Ta spoglądała to na jednego, to na drugiego, nie mogąc się zdecydować, który z widoków bardziej godzien jest zapamiętania.
- Nie ufaj pozorom, albowiem są one złudne. Nic nie jest takie, na jakie wygląda...
- Nie słuchaj go - syknął blondyn. - Naoglądał się seriali i mu głupawka odwala.
- Nie jesteś Szczurem! - Krzysio oskarżycielskim gestem wyciągnął przed siebie palec. - Podajesz się za niego, żeby zdobyć nasze zaufanie, ale DresMana nie uda ci się oszukać!
- Co ty... - zaczęła Malwinka, ale silne ramię zacisnęło się na jej gardle.
- Dobrze więc - wycedził mężczyzna. - Teraz ty posłuchaj. I nie ruszaj się, bo ona zginie.
Ostrzeżenie nie było potrzebne, bo Krzysio prewencyjnie stał już jak wrośnięty w ściółkę - ale brzmiało stylowo.
- Rozpracowałeś mnie, marna imitacjo kapitana Kubełka. A może wydaje wam się, że przeszkodzicie w zniszczeniu waszego świata?
- Gdzie jest Szczur? - odezwała się Malwinka. - I kim ty jesteś?
- Dobre pytanie - nieznajomy błysnął w uśmiechu zębami, które swemu wykonawcy przyniosłyby tytuł Honorowego Członka Loży Dentystów Polskich. - Jestem prawą ręką Jego Wysokości, Największego Kosmicznego Imperatora, który postanowił wylać całą Ziemię betonem i uczynić z niej najwspanialszy Galaktyczny Parking. Póki co, oczyściliśmy na Księżycu teren pod najwspanialszą Galaktyczną Budkę Dozorcy! A to oznacza koniec waszego świata, tak jak zginął świat Kosmicznych Szczurów. Ja zaś mam dopilnować, aby nikt w tym nie przeszkodził i zadbam o to, jakem Międzywymiarowy Agent Specjalny, Protazy!
Przez chwilę panowała cisza pełna napięcia, gdy Krzysio i Malwinka przetwarzali otrzymaną właśnie informację. Zanim zdążyli zareagować, to znaczy zdecydować się na bohaterski atak, bądź też na równie bohaterską ucieczkę, dobiegł ich głos:
- Obywatelu, zabierzcie łapy od tej niewinnej dziewicy!
Głos dochodził z góry. Po krótkiej dezorientacji udało się zlokalizować jego źródło, kilka metrów nad głową Protazego. Źródło, zdobne w łopoczącą malowniczo na wietrze pelerynę, czapkę-kominiarkę i ciemne okulary, w jednej dłoni dzierżące dumnie białą pałkę, a w drugiej - czerwonego goździka, z godnym podziwu uporem starało się nie spaść z dość podejrzanie wyglądającej gałęzi.
- Ja cię uratuuuuu... - zdążyło jeszcze zakomunikować źródło, zanim rozległ się głośny trzask i całkiem niewinne drzewo okazało się nader perfidne i pozbawione wyczucia sytuacji.
Sądząc po okolicznościach, można było się spodziewać, że obrońca dziewic uciśnionych spadnie z kocią gracją, po czym, klęcząc na jedno kolano, rzuci oszałamiające spojrzenie znad ciemnych szkieł. Jednak donośne ŁUP kojarzyło się raczej ze zrzucanym z dwunastego piętra workiem kartofli.
Malwinka, widząc, iż tor lotu worka kartofli jest obiecujący, w ostaniej chwili wyrwała się oniemiałemu Protazemu i odsunęła na bezpieczną odległość. Peleryniarz widocznie również obdarzon został przez naturę owym przysłowiowym łutem szczęścia, gdyż spadł prosto na Protazego, przygniatając go do gleby.
Goździk z wolna opadł do stóp Malwinki.

Już wkrótce w kinach! Horteks-Szczur na dużym ekranie! W roli posterunkowego Wyczesanego - Bogusław Linda! Pędź do kina, a być może w pudełku z popcornem znajdziesz ekskluzywnego szczura!

*) Tierra Santa - "Tu mision"
Przejdź na dół
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość Wyślij email
Zegarmistrz Płeć:Mężczyzna


Dołączył: 31 Lip 2002
Skąd: sanok
Status: offline

Grupy:
AntyWiP
PostWysłany: 14-08-2005, 12:20   

Uf... Wróciłem, a tu czeka na mnie nowa porcja czytania. Bardzo fajne to jest.

_________________
Czas Waśni darmowy system RPG dla fanów Fantasy. Prosta, rozbudowana mechanika, duży świat, walka społeczna.
Powrót do góry Zobacz profil autora
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość Wyślij email Odwiedź stronę autora Odwiedź blog autora Odwiedź listę obejrzanych anime / przeczytanych mang
 
Numer Gadu-Gadu
1271088
Moonlight Płeć:Kobieta
Ultra Innocent Uke

Dołączyła: 17 Mar 2003
Skąd: Szczecin
Status: offline
PostWysłany: 19-08-2005, 22:52   

Rzecz wygląda, jak wygląda, nic mądrego we wstępie nie napiszę, bo jest noc. ^^"
W każdym razie - jako, że poprzedni rozdział zakończono eleganckim cliffhangerem, dziś zmiana wątku, kolejny bishonen do kolekcji i tak trochę... kosmicznie się zrobiło.


Horteks-Szczur
odc. 4 (?)
Gejt Tu Hel

Kosmiczny Imperator z dumą patrzył w głąb wielkiej hali, gdzie na rusztowaniach uwijali się robotnicy. Doszedł do wniosku, że przestawienie procesu produkcyjnego na ziemską technologię przynosi same zalety. Główną z nich jest tania siła robocza, której nie musiał zbierać po najbardziej nieprzyjaznych rubieżach galaktyki (odpowiednik średnio uczęszczanego podwórka przy ulicy Śląskiej w Szczecinie). Wystarczyło udać się do pierwszego lepszego ziemskiego urzędu pracy w dniu wypłacania zasiłków. Szybko mógł się przekonać, że były stoczniowiec, co prawda bez takich nowomodnych wynalazków jak przenośny neutralizator grawitacji, czy choćby laserowa poziomnica - ale za to ze szpachlą i lutownicą - jest w stanie uwinąć się z robotą szybko, solidnie i za przysłowiową flaszkę. A ziemskie przysłowia niosły w sobie niejedno ziarno prawdy.
Betoniarka już wkrótce będzie gotowa, pomyślał z satysfakcją Imperator. Wreszcie wzrok jego padł na stojącą na stole niewielką klateczkę, w której kącie widniał ciemny kształt.
- No i co teraz? - zapytał Imperator, starając się, aby jego głos brzmiał odpowiednio imperatorsko. Przez chwilę kontemplował akustykę hali. Kształt w klatce poruszył się, w półmroku zalśniły małe oczka.
- No właśnie? - odezwał się zjadliwie Szczur. - Myślisz, że wyszedłeś na swoje?
- Hm, wydaje mi się, że tak... książę.
Mężczyzna nachylił się i spojrzał Szczurowi prosto w oczy. Zawarł w tym spojrzeniu całą nienawiść, jaką żywił do niego i do całej rasy Księżycowych Szczurów... Nie mógł jednakże powstrzymać ledwo uchwytnego uśmiechu na myśl, że od pewnego czasu istnienie owej rasy można było spokojnie wpisać w błąd statystyczny.
Szczur był tym błędem.
- A jeśli masz na myśli - dodał Imperator spokojnie - twoich ziemskich... przyjaciół, to raczej nie ruszą ci z odsieczą. Ktoś się nimi zaopiekował.
Szczur ze zdenerwowaniem ruszał wąsikami.
- Jeśli odważysz się cokolwiek zrobić Malwince i...
- Odważę się!
Imperator wyprostował się gwałtownie, rysy jego twarzy stężały nagle. Spod opuszczonych powiek przyglądał się gryzoniowi.
- Po tylu latach - rzekł wreszcie. - Dostaniesz to, na co zasłużyłeś. Co powiesz na śmierć w paszczy Trójgłowej Bestii z Krawędzi?
Na dźwięk tych słów Szczur zamarł w bezruchu. Trójgłowa Bestia, owiany legendą potwór wywodzący się z Krawędzi Światów, zajmował jedno z czołowych miejsc w pierwszej setce najbardziej krwiożerczych stworzeń wszechwymiarów. Cechował się tym, że bez uprzedzenia rzucał się do gardła każdej istocie w zasięgu wzroku - z wyjątkiem jednej. Jednorazowo istniał jeden osobnik w całym wszechświecie, zdolny do poskromienia Bestii, zresztą z jej wyboru i na jej przyzwolenie. I tak długo, dopóki się jej nie znudzi i nie zostanie przez nią pożarty. Przedwieczna Bestia miała już za sobą kilka setek Poskramiaczy, a średni okres pełnienia tej zaszczytnej funkcji wynosił jakieś dwa i pół roku.
Czyżby więc Imperator posiadał teraz władzę nad Trójgłową Bestią z Krawędzi? Myśl ta była zbyt przerażająca, aby zatrzymywać ją przy sobie dłużej niż sekundę.
Ktoś cicho, bezszelestnie niemal pojawił się przed obliczem Imperatora - wysoki mężczyzna o bladej, pociągłej twarzy, ubrany na czarno; również czarne były jego włosy, opadające nieco poniżej ramion. Spowijający jego sylwetkę mrok kontrastował z blaskiem srebrnej biżuterii.
- Mój drogi Gervazy - rzekł Imperator, jakby oczekiwał jego przybycia. - Znasz zapewne jego książęcą mość, Księżycowego Szczura... Przedstaw go mojej Stelli. Będzie zachwycona.
- Tak, panie - powiedział cicho Gervazy, spoglądając na Szczura wzrokiem pełnym odrazy. Jednak zanim dotknął klatki, od strony szkieletu Betoniarki dobiegło ich ochrypłe wołanie:
- Ej, panie inżynier! Chodź pan no tutaj!
Gervazy westchnął ciężko i pokręcił głową z dezaprobatą, po czym ruszył ku rusztowaniom. Lata studiów i ciężkiej pracy, stanowisko Głównego Konsultanta ds. Rozwoju i Postępu u boku samego Imperatora, tytuł Honorowego Prezesa Ligi Węża i Tetrisa Konstelacji Triangulum Australe - to wszystko nie znaczyło nic dla bandy leniwych Ziemian, za szczyt myśli technicznej uznających polifoniczny dzwonek w komórce. Tymczasem Gervazy ściągał dzwonki kiedy oni jeszcze skakali z drzewa na drzewo, okładając się po głowach bananami, a gdy pierwsi ziemscy artyści tworzyli na ścianach jaskiń pierwsze graffiti za pomocą soku z buraka, on zdobywał swoje pierwsze Mistrzostwo Ligi w Mental Snake 4D... Ech, młodość... To dopiero były czasy...
Wspinając się po drabinie, szybko odegnał od siebie te myśli. Wspomnienie o beztroskich czasach młodości nieuchronnie przywoływało mu przed oczy sceny, o których tak bardzo pragnął zapomnieć... Traumatyczne przeżycia, przez lata skrywane na dnie jego serca, powracające w koszmarnych snach, będące źródłem jego niewyobrażalnego wstrętu do wszystkich gryzoniowatych...
Kiedyś miał szczurka. Nazwał go Jimmy. Jimmy był wspaniałym zwierzątkiem, takim uroczym i wspaniałym towarzyszem zabaw! Do czasu, kiedy wyrosła mu druga głowa i pożarła ulubione, różowe bamboszki pięcioletniego Gervazego. Od tego czasu... Nie, nie pora teraz o tym myśleć!
Bamboszki... Miałe takie puchate, królicze uszka... Gervazy powstrzymał łzy cisnące mu się pod powieki. Dla odprężenia zwizualizował sobie obraz Szczura, rozszarpywanego przez Bestię na kawałki. A potem na kawałeczki. Na cząsteczki. Na atomy. Na protony, neutrony i elektrony. I na... kwarki? W każdym razie - na mielonkę.
Od razu zorientował się, że coś jest nie tak. Grupka robotników, zamiast żwawo wywijać młotkami, stała przy jakiejś skomplikowanej konstrukcji, żywo o czymś dyskutując.
- Co się dzieje? - zapytał Gervazy i na wszelki wypadek zaczął powtarzać sobie w myślach odpowiednie mantry. Miał cichą nadzieję, że tym razem nie da się wyprowadzić z równowagi.
Przez chwilę byli stoczniowcy naradzali się cicho między sobą, wreszcie najodważniejszy z nich wystąpił krok do przodu. Zsunął beret na tył głowy i poskrobał się pożółkłym palcem w łysinę. Na widok niedopałka przylepionego do dolnej wargi, poczucie estetyki Gervazego wywinęło koziołka i ogłosiło strajk.
- Widzi pan? - zapytał, wskazując wyżej wymienionym palcem na finezyjną stalową konstrukcję, jako żywo nadającą się na główny element scenograficzny niskobudżetowego serialu science-fiction "Brama do piekieł". - To Maciaszczyk zrobił. To jest, no, bramka do ogródka. Dla szwagierki, znaczy się.
- Nigdy bym się nie domyślił, panie Kociubka. Nigdy - rzekł słabo Gervazy.
- Maciaszczyk to artysta! - rzekł z uznaniem ktoś z tłumku. - Na ASP go nie chcieli, bo niby matury nie miał... Ale to równy chłop!
- No i widzi pan... - kontynuował Kociubka. - Tu się tak zaświeciło i Maciaszczyk pod tym przeszedł i, znaczy się, zniknął!
Wśród robotników zaszemrało. Gervazy, wiedziony jak najgorszym przeczuciem, przyjrzał się konstrukcji, przypominającej skrzyżowanie dowolnego dzieła dowolnego awangardowego rzeźbiarza z rozbitym... czymś. Ale w tym szaleństwie była metoda. Gervazy oblał się zimnym potem. Czyżby ten głupi Ziemianin z siedmioma klasami podstawówki i kursie spawacza... nie, to niemożliwe... owszem, przypadki chodzą po ludziach, ale żeby aż do tego stopnia?
- Wasz kolega - oznajmił głucho Gervazy - całkowicie przypadkowo ustawił płaskowniki stalowe pod odpowiednim kątem, przy ściśle określonym rozstawie śrub... Darujmy sobie szczegóły... Udało mu się stworzyć transmiter międzywymiarowy otwarty na kanał Delta-Trzynaście!
Miny robotników świadczyły o ich dogłębnym zrozumieniu tematu. Na widok tych twarzy wrażliwa dusza Gervazego załkała rozpaczliwie.
- Apage! - zakrzyknął najstarszy z grupki i przeżegnał się, utkwiwszy w bramce przerażony wzrok. - Diabelskie narzędzie! Diabli Maciaszczyka do piekła zaciągnęli, za jego grzechy, za jego żywot nieobyczajny! Zniszczyć to!
- W żadnym wypadku! - Gervazy zasłonił sobą transmiter. - Proszę to ogrodzić i się do tego nie zbliżać! Muszę to wpisać do raportu. No, panowie, do pracy!
"Panowie" poszeptali coś między sobą, rzucając szybkie spojrzenia na konstrukcję, po czym zaczęli rozchodzić się do swoich zajęć. Już wkrótce rozległo się skrzypienie rusztowań, stukanie młotków i donośne warczenie wiertarek przeróżnych kalibrów. Gervazy przez chwilę jeszcze patrzył na międzywymiarowy transmiter. Przez głowę przelatywały mu myśli o małpach, którym tylko dać młotek i całkowicie przypadkowo wynajdą helikopter...
Wewnątrz bramki dało się zauważyć delikatne falowanie powietrza. Gervazy wolał nie zastanawiać się, dokąd trafił Maciaszczyk Marian, lat czterdzieści sześć. O ile wogóle gdzieś trafił, a nie został rozszczepiony na atomy (protony, kwarki, mielonkę) podczas transmisji. Korzystanie z takich amatorskich nigdy nie było pozbawione ryzyka. Prawdę mówiąc, to samo tyczyło się tych bardziej profesjonalnych. Najnowsze ustawy - Gervazy sam je swego czasu podpisywał - wymagały uwzględniania tego faktu w instrukcjach obsługi. Producenci popularnych zestawów majsterkowicza "Złóż sam swój domowy transmiter międzywymiarowy" adnotację o wysokim ryzyku umieszczali więc - najmniejszym druczkiem, widocznym w świetle ultrafioletowym.
Gervazy pokiwał tylko głową i ruszył na dół. Wcale nie miał zamiaru szczegółowo opisywać tego wypadku w raporcie, czego mógłby oczekiwać od niego demon biurokracji, Kosmiczny Imperator. Braku Maciaszczyka nawet nie zauważy. A taki transmiter... Może się przydać. Ale tym Gervazy postanowił zająć się najwcześniej następnego dnia. Teraz - załatwić sprawę ze Szczurem. To załatwi się migiem. A potem...
Główny Konsultant ds. Rozwoju i Postępu rozmarzył się na myśl o cichym, spokojnym wieczorze, który miał zamiar poświęcić swojemu najnowszemu hobby - szydełkowaniu.

Według niektórych osób, Kosmiczny Imperator nie miał za grosz zdolności do polityki, był zarozumiałym bufonem skupionym na własnej imperatorskości, biurokracji i nienawiści do Księżycowych Szczurów. Osoby te w większości wolały się nie ujawniać, uznając zawczasu, że perspektywa bliskiego spotkania z jednym z najbliższych doradców Imperatora, Głównym Konsultantem ds. Rozwoju i Postępu, nie jest zbyt kusząca. Był jednak ktoś, kto nawet Gervazego uważał po prostu za nieszkodliwego wariata z polakierowanymi na czarno paznokciami. Osóbka ta miała przede wszystkim imponującą szopę ciemnorudych loków, połyskujących miedzianie przy każdym ruchu, a w dalszej kolejności - mnóstwo piegów na okrągłej twarzyczce i intensywnie zielone oczy, mogące wprowadzić każdego w stan konsternacji. Poza tym miała na imię Stella i - ach, tak - była córką Imperatora. I jego następczynią, ma się rozumieć.
Według odwiecznej tradycji, następcą Imperatora miało prawo zostać to z jego dzieci, które - czy to w bezpośredniej walce, czy to podstępem, wykazując największy spryt i wyrachowanie - pozabijało wszystkich swoich braci i siostry. Stella była najmłodsza, a i rodzeństwa miała niemało. Kiedyś. Imperator nie tęsknił za nimi, bo i tak ledwo pamiętał imiona ich matek. Czy może raczej - dawczyń materiału genetycznego, bo większość latorośli stworzył w wyniku eksperymentów, w których się lubował. W pewnych kręgach kwestionowano, czy miano następczyni faktycznie należy się Stelli, ale ona się tym nie przejmowała.
Przecież to, że była Poskramiaczką, nie miało prawie żadnego znaczenia. Prawda?
Z początku średnio podobała jej się perspektywa wyruszenia z tatusiem i jego świtą w daleką podróż w celu szerzenia rozwoju i postępu na jakichś zapyziałych planetkach, szybko jednak polubiła Ziemię. I Księżyc, który kiedyś miała okazję bardzo dobrze poznać. Być może panienka w jej wieku powinna raczej podróżować autostopem przez galaktykę, wpadając na koncerty hard-rockowe gdzieś w okolicach zapomnianych kwazarów, a nie tkwić z ulubionym zwierzątkiem w pewnym portowym mieście - ale nie było tego złego, co by na dobre nie wyszło. Ziemia jak mało która planeta nadawała się do prowadzenia złożonych badań socjologicznych. Stella, jako dziecko z dobrego domu, odbierała swego czasu staranne wykształcenie na najbardziej znanych planetoidach uniwersyteckich, a obecnie była w trakcie zbierania materiałów do pracy "Planeta Ziemia - przegląd patologii społecznych". Właśnie robiła notatki do rozdziału dotyczącego specyfiki zachowań ludzkich w środkach komunikacji miejskiej, gdy ten idiota, pobrzękujący srebrnymi łańcuchami, przyniósł jej tę klatkę. Po czym zniknął, usilnie starając się nie spoglądać nawet na kształt za kratkami.
Gdy Stella omiotła wzrokiem klatkę, ołówek wypadł jej z ręki. Przez chwilę nie mogła uwierzyć własnym oczom.
- Ty... jesteś Szczurem, prawda? - zapytała tylko, wpatrując się w zwierzątko.
- Owszem - odrzekł, postępując zgodnie z zasadą, że nawet jeśli zaraz masz być rzucony na pożarcie Trójgłowej Bestii z Krawędzi, nie oznacza to, że możesz zrezygnować z uprzejmości. - Miło mi panią poznać.
- Nie... - wyszeptała Stella. - To niemożliwe. I ja mam ciebie...
- Obawiam się, że tak.
Rzucanie przeróżnych indywiduów na żer Bestii było chlebem powszednim Stelli. Można powiedzieć, że robiła to beznamiętnie, z przyzwyczajenia i rutynowo, w zależności od tego, kto znowu nie przypadł do gustu jej tatusiowi. Ten mały gryzoń zdawał się jednak ją przerażać. Z pewnością byłby z siebie zadowolony, gdyby wiedział, że jest prawdopodobnie jedynym stworzeniem we wszechwymiarach, które jest w stanie przerazić Stellę. Według powszechnej opinii, następczyni Imperatora miała nerwy jak stalowy płaskownik. Faktem było, że już od ponad półtora roku ujarzmiała Bestię, co było wynikiem znaczącym. Do legendy przeszła historia o tym, jak pokonała Siedemnaście Macek Chaosu w głębinach Wymiaru Cienia. Nie wspominając już o tym, że nikomu jeszcze nie udało się poprosić jej o rękę... i przeżyć.
- Szczurze - wyszeptała, zbliżając twarz do klatki i powoli odzyskując pewność siebie. - Mam ci coś do powiedzenia.
- Nie wątpię.
- Nie mogę rzucić cię Bestii... Czy jeśli otworzę klatkę, uciekniesz?
Błysk w zielonym oku oznaczał, że teraz to Szczur może zacząć czuć się przerażony.
- Nie - odpowiedział szybko. I słusznie, bo Stella wykonała szybki, ledwo dostrzegalny dla oka ruch ręką i po chwili w jej dłoniach zmaterializowały się dwa sejmitary. W następnym momencie jednak rozmyły się tak szybko, jak się pojawiły.
- Iluzja? - zapytał Szczur.
- Kiedy będzie kroić cię na plasterki, okaże się wystarczająco realna, żeby zrobić to w sekundę - ostrzegła Stella, po czym otworzya klatkę. Szczur przez chwilę wahał się, po czym wszedł na jej rękę.
- Nie mogę w to uwierzyć... - powiedziała Stella, patrząc na gryzonia. Jego oczy... Tak, dobrze znała te oczy. Aż zbyt dobrze. Nie mogła ot tak pozwolić mu zginąć - nie teraz, kiedy znów odzywa się skrywana przez lata tajemnica...

Odgłosy stukania i wiercenia cichły powoli. Robotnicy schodzili z rusztowań. Przez chwilę słychać jeszcze było przyciszony szum rozmów, bardziej ożywionych niż zwykle. Wreszcie ostatni z byłych stoczniowców opuścił miejsce pracy, a w hali zapadła cisza...
Powietrze wewnątrz ogrodowej bramki zaczęło falować szybciej, zamgliło się. Wzdłuż płaskowników i zwojów drutu przemknęły iskierki. Wewnątrz transmitera powoli zaczął materializować się ludzki kształt...
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość Wyślij email
Mizuumi Płeć:Kobieta
translator


Dołączyła: 24 Kwi 2005
Skąd: Poznań
Status: offline
PostWysłany: 20-08-2005, 22:07   

Mała rzecz z mojego bloga. Za ofiarowane wspomnienie dziekuje wiadomo komu...

Podanie do Raju

Jeśli Raj istnieje, i jeśli są tam jeszcze jakieś ludzkie odruchy, proszę o przyjęcie nowego Anioła Stróża w tamtejsze szeregi. Nie wiem co się z nią stało przedtem ani potem, wiem że pod koniec kwietnia trzy lata temu dokonała cudu.
Wiem, że wtedy uchyliliście jej nieba, kiedy oni wyjrzeli z wojskowego transportera, a jeden z nich wyskoczył, tańcząc pod gradem kul. W uszach szum serca zmieniał mu się w organową melodię "Rain", chociaż nigdy jej nie słyszał. Ukrainiec biegł, Polak patrzył by przynieść mi to podanie rozpaczliwe, o Raj, pod stopy. Zapamiętał tak niewiele... a może zaskakująco dużo. Skoro on pamiętał, wy też pamiętacie. Tę dziewięciolatkę z kosowsko-albańskiej granicy. Pamiętacie? Umorosana twarzyczka, bluzka a paski, jasne spodnie. Na pewno pamiętacie, buty miała tak śnieżnobiałe, że z pewnością dostała je od was. Słyszcie? Miała na nogach kawałki chmur, niezbrukane wojną. Dowód tego, że zbyt była nieświadoma, by zgodzić się na okrucieństwo. Za to, że wam ufała, tam, na górze, jak długo musiała krzyczeć, byście usłyszeli. Czy mnie też nie będzie wysłuchiwać aż do końca? Ten mężczyzna przyniósł mi jej świadectwo wiary, bo nic innego mu nie zostało oprócz wyraźnego wspomnienia nieba zaplątanego między jej małe stópki.

40 metrów. Godny pochwalenia dystans. Godna pochwalenia cena za martwych rodziców i brak domu. A jednak kiedy ten Ukrainiec do niej dobiegł jednemu z nich dwojga wyrosły skrzydła, który zagłuszyć miały strzały. Pogrzebać łuski głęboko w ziemi pod bięgnącymi stopami. Jakby się ich nie imały. Jakby w tym piekle mieli nogi owinięte w te wasze zakichane niebo. Nie o to wtedy prosiła, prosiła o to, żeby być między tymi obco mówiącymi żołnierzami, kiedy Albańczycy przeklinali całą resztę waszych Aniołów. Kiedy strzały zapachniały siarką, jadem trującym.

Wnoszę uprzejmię o uczynienie tej małej dziewczynki patronem wojujących tam, gdzie nie trzeba. Prośbę swą motywuję tym, że on i ukraiński żołnierz przeżyli piekło i należy im się więcej. W załączeniu załączam dech zabrany z piersi pewnemu polskiemu żołnierzowi, który też wojował gdzie nie trzeba.
Z góry dziękuję za pozytywne rozpatrzenie mej prośby.

Z wyrazami szacunku,
Rycerzynka

_________________

When the truth seems so farway
Buddha loves you and Jesus saves
You need answers for your dismay
Ask yourself Ask your mom Ask DNA
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość Odwiedź stronę autora
 
Numer Gadu-Gadu
1862753
Moonlight Płeć:Kobieta
Ultra Innocent Uke

Dołączyła: 17 Mar 2003
Skąd: Szczecin
Status: offline
PostWysłany: 24-08-2005, 18:22   


Z góry ostrzegam, że niniejszy odcinek jest równie zabawny jak trzonek od szpadlograbi _^_
Napis, który tak zaintrygował Protazego, można podziwiać jadąc dowolnym szczecińskim tramwajem/autobusem z Basenu Górniczego w stronę miasta. Za Baltoną wzrok kierujemy w prawo, na wjazd na Trasę Zamkową. Po przeczytaniu napisu trzymamy się mocno, albowiem czekają nas dwa wyjątkowo denerwujące zakręty.
Jeśli zaś zmierzamy z miasta w stronę Basenu, wówczas dokonujemy operacji odwrotnej - najpierw przemierzamy dwa wyjątkowo denerwujące zakręty, po czym główkę przekręcamy na - uwaga, niespodzianka! - lewo.
Tyle uwag krajoznawczych. Dla wiernych czytelników, jak zwykle, literówki and other stuff. Enjoy!


Horteks-Szczur
odc. 5
Medżikal Pałka - Mejk Ap!

Naszych bohaterów zostawiliśmy w lesie - i, przy okazji, w dość kłopotliwym dla nich momencie. Zamaskowany Peleryniarz, który przybył z odsieczą, niepewnie podnosił się z ziemi... a raczej z półprzytomnego Protazego, który zamortyzował jego upad... skok. Tak, z pewnością był to skok godny bohatera. Peleryniarz nie był pewien, jak właściwie wygląda salto, ale po chwili zastanowienia doszedł do wniosku, że z pewnością wykonał je podczas upa... skoku.
- Kim on jest? - wyszeptała Malwinka, patrząc na trzymanego w ręce goździka. Ów romantyczny bohater, który przybył jej na ratunek - tak, właśnie jej! - wyzwolił w niej pewne pokłady... bohaterstwa.
Protazy powoli gramolił się ze ściółki, trzymając się za głowę. Dziewczyna wystąpiła krok do przodu.
- Ukarzę cię w imieniu Księżyca! - zawołała dziarsko, celując goździkiem w przeciwnika, który w tej chwili zaczął się zastanawiać nad swoim powołaniem.
- Atak Miłości i Dobroci! - zawołała Malwinka, wychodząc z założenia, że im głośniej wykrzykuje się nazwę ataku, tym większa jest jego siła rażenia. Z jej dłoni wystrzeliły strumienie różowego światła, przeplatane łańcuchami migoczących serduszek. Protazy zamrugał nerwowo, gdy sznury serc otoczyły go i zamknęły w potrzasku, przy akompaniamencie dochodzących nie wiadomo skąd tonów skrzypiec, cymbałków i pieśni anielskich.
- Magiczna Pałka Ładu Społecznego! - zakrzyknął Peleryniarz i zaczął metodycznie okładać Protazego, unieruchomionego przez obręcz serduszek, po głowie.
- Adidasek... Sprawiedliwej Kary! - dodał od siebie Krzysio, wyskakując w górę niczym karateka i wyprowadzając zgrabny kopniak w newralgiczny obszar ciała wroga.
- Ałaaaa! - zawył Protazy. Serduszka zamieniły się w kwiatki, które obsypały jego postać. Identyczne jak te, które Malwinka miała na paznokciach.
- Wy... zniszczycie mi fryzurę!
Peleryniarz zaprzestał okładania Protazego pałką. Akompaniament urwał się.
- Nie będziesz już czynił zła i występku? - zapytała Malwinka, grożąc mu goździkiem. Protazy najchętniej zgodziłby się teraz na wszystko, mrucząc pod nosem niewyraźne inwektywy pod adresem swojego pracodawcy. Ten kretyn zapewniał go, że chodzi o unieszkodliwienie dwójki dzieciaków i przysypanie ciał ściółką, a tymczasem z zimną krwią posłał go prosto w łapy wykwalifikowanych morderców!
Imperator go zdradził. To było do przewidzenia. Tak, Protazy powinien się tego spodziewać, zwłaszcza odkąd jego kuzyn zajął intratną posadkę w budżetówce i najwyraźniej mieli się z Imperatorem ku sobie.
- No? - zapytał krótko Peleryniarz.
- Dajcie spokój - machnął ręką zrezygnowany Protazy. - Jak tak, to chyba możemy działać razem?
Krzysio i Malwinka wymienili zdumione spojrzenia.
- Czy możemy mu zaufać? - mówiło spojrzenie Krzysia.
- To nasza jedyna szansa - mówiło spojrzenie Malwinki.
- Piwa bym się napił - mówiło spojrzenie Peleryniarza.
- Zabierz nas do Szczura - powiedziała wreszcie Malwinka, która najwyraźniej objęła dowodzenie. - Gdzie on jest?
- Imperator więzi go w swojej kwaterze na terenie Stoczni. Mam nadzieję, że nie jest za późno.
- Teleportniesz nas tam? Jesteś przecież Międzywymiarowym Agentem! - wyrwało się Krzysiowi, który niejeden serial science-fiction widział, a w swoim czasie był wielkim fanem "Powrotu Motomyszów z Sarsa".
- Wykryją to - rzekł Protazy. - Imperator mnie kontroluje. Żeby zadziałać z zaskoczenia, musimy dostać się tam w inny sposób.
- Jedziemy autobusem! - zadecydowała Malwinka i obróciła się na pięcie. - Ale gdzie jest...
Peleryniarz zniknął tak samo, jak się pojawił. Bez zapowiedzi. Bezszelestnie.

- Szach i mat.
Stella uniosła brew, uśmiechając się lekko.
- Wygrałam, Szczurze. Wiesz, co to znaczy.
Gryzoń, siedzący na skraju szachownicy, skinął łebkiem.
- Ale pamiętaj, opowieść za opowieść.
- W mojej rodzinie nie łamie się raz danego słowa. Zaczynaj.
Szczur odchrząknął. Spojrzał na pełną nadziei i wyczekiwania twarz Stelli. Zależało jej na wysłuchaniu tej historii. Zaczął:
- Ziemianie wierzą, że Księżyc jest pokrytym skałami pustkowiem. Mało który z nich zdaje sobie sprawę, że filmy przedstawiające lądowanie przedstawicieli ich rasy na Księżycu to jedna wielka mistyfikacja...
- Naprawdę wierzą, że Księżyc jest pustynią? - zachichotała Stella. - Co za idioci! Może jeszcze wydaje im się, że są sami we wszechświecie, co? Napiszę o tym... Nie, w szkole mi nie uwierzą. Mów dalej.
- Królestwo Księżycowych Szczurów było kiedyś wielkie i potężne. Władała nim moja matka...

Korzystanie z komunikacji miejskiej jest jak rosyjska ruletka z kompletem nabojów. W stu procentach tyczy się to również komunikacji szczecińskiej.
Ponieważ ktoś potrzebujący przywłaszczył sobie tabliczki z rozkładami jazdy, więc niepodobna było stwierdzić, co przyjedzie i kiedy. Krzysio, Malwinka i Protazy zasiedli więc na lekko poszkodowanej przez los ławeczce, wypatrując nadjeżdżających autobusów. Tę chwilę Malwinka postanowiła wykorzystać na podzielenie się swoimi wątpliwościami:
- Po co ktokolwiek miałby zmieniać Ziemię w gigantyczny parking? To niedorzeczne!
- Biznes - Protazy wzruszył ramionami. - W tej części kosmosu podatki są niskie, bo żaden oficjalny wykaz nie obejmuje Ziemi. A co to za centrum handlowe bez parkingu?
- Centrum handlowe? - zdziwił się Krzysio. - Jest jedno w Szczecinie, ale ma parking. Piętrowy.
Protazy spojrzał na Krzysia i Malwinkę ze zdziwieniem.
- Nie mówcie mi tylko, że nic nie wiecie o otwarciu Centrum Handlowego Galaxy na Marsie!
- Skądś znam tę nazwę - stwierdził z namysłem chłopiec, a Malwinka obdarzyła go spojrzeniem świadczącym o jej wyższości intelektualnej.
Autobus nadjechał. Wśród zdążających ku niemu pasażerów pojawiła się, nie wiadomo skąd, przygarbiona starowinka w moherowym berecie, z laską w jednej i siatką zakupów w drugiej ręce. Wdzięcznym uśmiechem obdarzyła tych, którzy przepuścili ją pierwszą przy wejściu.
Wewnątrz autobusu nasi bohaterowie byli świadkami brawurowej akcji. Babuleńka, z laską pod pachą, bystrym wzrokiem omiotła wnętrze pojazdu, jednocześnie dokonując błyskawicznej analizy logistycznej sytuacji na płaszczyźnie krzesło - kasownik - własna pozycja, po czym z impetem cisnęła siaty z zakupami na jedno z siedzeń, tuż przed oczyma Protazego. W dwóch skokach znalazła się przy kasowniku, a potem - zdałoby się, w tej samej sekundzie - z triumfalną miną zebrała siaty i opadła na siedzenie. Zachichotała szatańsko, patrząc na Protazego, który natychmiast zaczął udawać, że znalazł się tu przypadkowo, kontemplując umieszczoną przez jakiegoś wandala na szybie nalepkę treści: "AP-SC is watching you". *
Kierowca autobusu z pewnością dobrze znał swój pojazd i jego możliwości. Zależało mu na bezpieczeństwie własnym i pasażerów. Szum wiatru wpadającego przez nieszczelne okna, trzeszczenie nadwozia, kołysanie i przechyły na zakrętach nie zapowiadały z pewnością niczego złego, a drzwi otwarte były wyłącznie dla zapewnienia świeżego powietrza, a nie dlatego, że gdyby spróbować je zamknąć, odłączyłyby się od reszty pojazdu. Wszechobecna rdza była miłym zabiegiem artystycznym.
Tak przynajmniej pocieszał się Protazy, usiłując nie odgryźć sobie języka podczas szaleńczej jazdy z prędkością prawie 50 km/h po najrówniejszej i najbardziej gładkiej ze szczecińskich ulic.
KAROLA NIE MA W DOMU TALERZY BO DOM TALERZY, BO DOM TALERZY JEST ZAMKNIĘTY - przeczytał Protazy najsłynniejszy szczeciński napis namurny, przewijający się za oknem. W tej samej chwili kierowca z niezwykłą mu finezją wszedł w wyjątkowo denerwujący zakręt i Protazy wylądował na panoramicznej klatce piersiowej jakiejś podstarzałej obywatelki, zapewne wierzącej, że odpadający płatami tynk na twarzy dodaje jej uroku i dziewczęcego wdzięku.

Dawno, dawno temu, w odległej galaktyce... A raczej w miejscu, w którym czas i przestrzeń biegną w sposób nieco inny niż ten, do którego jesteśmy przyzwyczajeni...
Maciaszczyk Marian, lat czterdzieści sześć, spojrzał niepewnie na trzymany w ręce śrubokręt. Narzędzie pracy zdawało się patrzeć na niego wyzywająco. Wszystko jednak wskazywało na to, iż ostatnie wydarzenia nie były jego dziełem. Są rzeczy, których śrubokręt, nawet najbardziej wredny i zdesperowany, nie jest w stanie dokonać.
Maciaszczyk zastanawiał się, co właściwie się stało. Pamiętał, że skręcał śrubami bramkę do ogródka dla szwagierki Madzi. Potem... światło. Wysoki, przeciągły gwizd. I głupie uczucie bycia przeciskanym przez lejek. I nagle wszystko było inaczej. Owszem, za Maciaszczykiem w dalszym ciągu stała bramka i w dalszym ciągu trzymał on śrubokręt. Nie wspominając o garści śrub, jakie miał w kieszeni. Ale wszystko inne... zniknęło. Bo to, co rozciągało się przed oczyma oniemiałego Maciaszczyka, nie było bynamniej halą, w której powstawała najnowocześniejsza Betoniarka wszechwymiarów.
Mężczyzna stał na wzgórzu, z którego rozciągał się widok zapierający dech w piersiach. Rozległe łąki, upstrzone białym i żółtym kwieciem, zagajniki, pola złocące się w promieniach słońca... A na horyzoncie - morze. Maciaszczyk, aczkolwiek nigdy nie był orłem z geografii, wiedział dobrze, iż Szczecin nad morzem nie leży. Dlatego rozciągający się daleko, łączący się z niebem pas błękitu i szmaragdu zaniepokoił go. Nie przypominało to żadnego znanego mu miejsca. Z pewnością nie były to Międzyzdroje ani Ustka, ani też żadna z nadbałtyckich miejscowości, w jakich rokrocznie spędzał urlop.
Tym bardziej, że na międzyzdrojskim niebie, obok słońca, nie widniały nigdy dwa wschodzące księżyce.
Maciaszczyk postanowił udać się do małego miasteczka, rozciągającego się u stóp wzgórza. Na pewno od kogoś dowie się, gdzie jest i skąd odchodzi następny autobus do Szczecina. I przy okazji kupi papierosy.
Jego uwagę przykuł największy, najbardziej okazały z domów na skraju miasteczka, oddalony od innych zabudowań i oddzielony od nich rzadkim zagajnikiem. Przed domem, koło studni, niewysoka dziewczyna wymachiwała czymś w zapamiętaniu. Maciaszczyk przez chwilę kontemplował jej ruchy, kojarzące mu się z występami radzieckich gimnastyczek, które kiedyś z lubością oglądał na czarno-białym telewizorze. Musiał przyznać, że dziewczyna jest dość ładna, chociaż nieco za niska jak dla niego.
- Przepraszam bardzo! - zawołał, podchodząc do niej. - Czy mogłaby pani...
Bardzo szybko przekonał się, że tajemniczy obiekt w rękach dziewczyny jest mieczem. Wykonał zbieżnego zeza i zerknął na ostrze, które zawarło niezbyt obiecujący kontakt z jego szyją.
- Chyba się nie zrozumieliśmy... - zaczął, obserwując zachowanie dziewczyny. Jeden ruch - jego lub jej - i będzie po nim. Przełknął ślinę. Nieznajoma miała oczy jak dzikie zwierzę. I podzwaniające dzwoneczki wpięte we włosy, co nasuwało skojarzenie z kotem. Dość zdenerwowanym kotem.
- Wypuść broń - zasyczała dziewczyna.
- Ja... jaką broń? - zapytał Maciaszczyk, ale nie zdążył wykonać wysiłku umysłowego ze względu na błyskawiczną zmianę konfiguracji ostrze-szyja. Nieznajoma szybkim ruchem wytrąciła mu śrubokręt z ręki. Dopiero teraz opuściła miecz i lekko skłoniła głowę.
- Witam pana - rzekła.

- Moi przyjaciele, Krzysio i Malwinka, są teraz w niebezpieczeństwie - kończył swą opowieść Szczur. - A twój ojciec sprowadził mnie tutaj. Resztę znasz.
Zasłuchana Stella siedziała bez słowa, wpatrując się w jakiś punkt przed sobą. Pokiwała głową.
- Tak - powiedziała wreszcie, czując na sobie spojrzenie Szczura. - Twoje Królestwo umarło... I masz rację, było piękne. Bywałam tam nieraz. Wiesz... znałam dobrze twoją matkę. To była niezwykła... szczurzyca.
- Nigdy wcześniej cię nie widziałem - zauważył Szczur. Stella uśmiechnęła się.
- Były powody, dla których nie powinieneś o mnie wiedzieć... Ona także o tym wiedziała.
- Moja matka?
- Zgadza się. Nigdy ci o mnie nie wspominała, prawda? Ani o moim ojcu?
- Nigdy. Czy gdzieś tu kryje się powód...?
Dziewczyna westchnęła.
- Opowieść za opowieść. Posłuchaj więc...

- Autobus do Szczecina? - powtórzyła dziewczyna, patrząc niedowierzająco na Maciaszczyka.
- No, bo widzi pani - ciągnął mężczyzna, nie spuszczając wzroku z miecza. - Robiłem tam na hali, już się zbierałem do końca, i nagle siup! I już jestem tutaj. Czary jakieś czy co?
- Czary?
- No, bo jak inaczej? Przeszłem tylko przez bramkę, co to ją dla Madzi do ogródka robię... O, gdzieś tu miałem śrubokręt...
- Przez bramkę? - przerwała mu dziewczyna. - I tak siup, z tego... Szczecina, tutaj?
Mówiła coraz szybciej, rumieńce wystąpiły jej na policzki. Maciaszczyk pokiwał głową.
- Musimy porozmawiać! - rzekła nieznajoma. - Zapraszam na herbatę. Mam na imię Ileana, a pan?
- Marian.
Ileana uśmiechnęła się promiennie i pociągnęła Maciaszczyka w stronę domu, podzwaniając dzwoneczkami.

- Patrz, gdzie leziesz!
- To ty uważaj!
- Ale tu krzaki są, po nogach mnie drapią.
- Cicho być! - Protazy uspakajał Krzysia i Malwinkę. Było już prawie całkiem ciemno, a droga, którą prowadził ich w stronę opuszczonej hali, nawet w świetle dnia nie zachęcała do spacerów. Postanowił, że nie będą pchać się główną drogą. A garnitur i tak już dawno spisał na straty.
W oddali ktoś krzyknął, rozległo się szczekanie psa i brzęk tłuczonego szkła.
- Boję się - powiedział Krzysio, rozglądając się na boki, chociaż i tak niewiele był w stanie zobaczyć.
- Głupi! To pewnie jakiś lokalny bezdomny. To ciebie mają się bać, od tego masz dres.
- Zamkniecie się wreszcie? - syknął Protazy. W tym samym momencie rozległ się przenikliwy dźwięk syreny przeciwmgielnej. Mężczyzna ze zrezygnowaniem wyciągnął z kieszeni telefon i przyjął rozmowę.
- Słucham?
- I cały nasz misterny plan diabli wzięli - szepnęła Malwinka. - Właśnie usłyszała nas cała dzielnica.
- No przecież! - produkował się Protazy do słuchawki. - Żadnych problemów. Ciała przysypałem ściółką. Przepraszam? Ach, tak, małe problemy. Słaba bateria, więc transmiter nie działa. Wracam autobusem. Tak, to więcej się nie powtórzy. Będę na kolacji. Ku chwale!
- Szef? - zapytał Krzysio, gdy Protazy schował z powrotem telefon.
- No. Okropny facet. Lepiej nie włazić mu w pole widzenia. Trzeba będzie pogadać ze Stellą.
- Kto to jest? - chciała wiedzieć Malwinka. Potknęła się o niewidoczny w ciemnościach kamień i tylko ramię Protazego uchroniło ją przed upadkiem.
- Jego córka. Chociaż... nie, jej lepiej też nie wchodzić w paradę. Jeśli Szczur jeszcze żyje, to jest w jej łapach.
- Czyli - podsumowała dziewczyna - mamy powstrzymać Imperatora przed zabetonowaniem Ziemi i Stellę przed zabiciem Szczura, nie pokazując im się przy tym na oczy?
- Motyla noga... - westchnął Krzysio.

-- PRZYPIS SPONSOROWANY --

*) AP-SC (Autobus Przeznaczenia - Szerzycielki Chaosu) - organizacja paramilitarna o kontrowersyjnych poglądach, której celem jest zdobycie władzy nad światem za pomocą środków komunikacji miejskiej. Można składać zamówienia na porwania, gwarantowana europejska jakość usług, dyskrecja i konkurencyjne ceny. Zadzwoń już teraz!
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość Wyślij email
Zegarmistrz Płeć:Mężczyzna


Dołączył: 31 Lip 2002
Skąd: sanok
Status: offline

Grupy:
AntyWiP
PostWysłany: 06-09-2005, 11:15   

Siódme: Nie Kradnij!

Pojedynczego przekleństwa użyto w celach artystycznych, nie mając na myśli obrażenia kogoś, a ekspresje emocji fikcyjnej postaci

Zasadę mówiącą, że nie wszystko, co się świeci jest złotem Otto, samozwańczy Król Złodziei swego świata, a od niedawna równie samozwańczy Książę Krwi wszechświatowych włamywaczy, hrabia kieszonkowców, baron oszustów i kawaler świętego zakonu ślusarzy znał od dawna z autopsji. Weźmy na przykład taką koronę Satrapy Zachodu, którą wykradł mając lat piętnaście, a która okazała się być wykonana z ordynarnego ołowiu, tandetnie jedynie pozłoconego. Tudzież święty posąg boga Gaa, na który porwał się w młodzieńczej naiwności, a który pociągnięty był jedynie warstwom żółtej farby z domieszką tłuczonego szkła, dodającego jej połysku. Oba skarby lśniły, wydawały się cenne, a gdy człowiek już podziwiał łup okazywało się, że można go sprzedać jedynie na złom, a i to, jeśli będzie się miało szczęście. Tak, Otto wcześnie przyswoił sobie tę wiedzę. Nieco dłużej zajęło mu pojęcie, że ma ona przełożenie także na ludzi, lecz dziś był już na tyle cyniczny, że wydawało się, że nic nie mogło go zaskoczyć.

Nie mniej jednak tym razem on – Otto – czuł się zaszokowany stopniem śmiałości i bezczelności jakiej się wobec niego dopuszczono. O dziwo w sprawczyni tego wszystkiego, tym uosobieniu impertynencji nie było na pierwszy rzut oka nic podejrzanego. Ot zwykła dziewczyna, lat na oko 17, blondwłosa i niebieskooka, ubrana jak na gusta Otta skromnie, wręcz ascetycznie – bo, jeśli nie liczyć różańca nie miała nawet biżuterii (skandal!!!), dodatkowo przywiązana do jakiejś totalnie nieżyciowej ideologii. Na imię miała bodajże Roska, Raska czy jakoś tak... Owszem Otto zaczął rozmowę (intrygowało go, jak to możliwe, że normalna, zdrowa kobieta nie nosi złota ani klejnotów, mimo, że może), a potem kontynuował ją już z uprzejmości. Dziewczyna okazała się nowicjuszką jakiejś nieznanej mu religii, a wypytywana o szczegóły udzieliła mu wyczerpujących informacji. Niestety nie do końca takich, jakie chciał usłyszeć (interesowały go bowiem głównie dzieła sztuki sakralnej), lecz znacznie wzbogaciła jego wiedzę na temat doktryny kultu. Oscylowała ona wokół dziesięciu reguł, z których pierwsze sześć – owszem – było sensownych, ale siódma…

Siódma to kobiecina lekkich obyczajów była prowokacja!

Nie chodzi o to, że jakaś religia zakazała jego głównego źródła utrzymania. To, że kler pchał się z łapami w życie wiernych, nie było nowością, a fakt, że złodziejstwo było nielegalne sprawiał, że było takie pasjonujące. Gdyby nie to, że mogą go powiesić i ta ciągła atmosfera zagrożenia, niebezpieczeństwa, to nutka podniecającego ryzyka nigdy by się tym nie zajął. A przynajmniej nie na taką skalę.

Rzecz w tym, że Otto nie lubił osób, które mówią innym, jak mają się zachowywać, a już w szczególności takich, które uważają, że wiedzą to lepiej od innych. Uważał, że każdy ma prawo żyć tak, jak chce, chyba, że przeszkadza w tym innym. Kapłani, strażnicy miejscy, prawodawcy, policjanci i moraliści przeszkadzali – pouczali, pałowali, nakładali kaganiec na sumienia i myśli.

On był lepszy. On nikomu w niczym nie przeszkadzał, a to, że kradł? Czasem lubił o sobie myśleć, jak o kimś, kto jedynie korzysta z luk w zabezpieczeniach, sygnalizuje problem ich braku i związanego z tym niebezpieczeństwa. To w końcu nie jego wina, że np. jakiś posiadacz galerii sztuki nie założył alarmu na suficie, przez co każdy, kto był tak wyszkolonym alpinistą jak Otto mógł wejść i wynieść co chciał.

Ponadto tworzył nowe miejsca pracy dla tych wszystkich stróżów nocnych i producentów drzwi antywłamaniowych.

Zarówno lekko duchom jak i denerwującym moralistą należy dawać nauczki, bo bez tego rozpełzną się i opanują cały świat – uważał. Dlatego też dłubał teraz w zamku drzwi prowadzących do pokoju owej impertynentki. Dłubanie szło długo i opornie, bowiem zamek chodził bardzo ciężko i wyglądał, jakby jakiś wandal najpierw nawpychał doń zapałek, a potem nalał kleju. Ten ostatni wymieszał się z drzazgami i zapaprał wszystkie zasuwki, przez co ich przekręcanie przygodnie znalezionym spinaczem do papieru stało się mordęgą. Nie mniej jednak po kilku minutach mechanizm dało się oczyścić. Wówczas zaczął chodzić jak nowy i otwarcie drzwi stało się formalnością.

Roska jak się okazało mieszkała dość skromnie. Pokój wypełniały... Nie, użycie słowa „wypełniały” byłoby eufemizmem! W pokoju było trochę mebli, trochę jakiś papierów, dwa albo trzy habazie w doniczkach i szklana butelka z wodą do ich podlewania. Całość uzupełniał obrazek ręki trzymającej kiczowato złote kłosy (dwa miedziaki na targu – ocenił jego walory artystyczne). Ostatnią rzeczą, której obecność zanotował w pokoju był nienaganny porządek. Słowem – nic kompromitującego.

Ale on wiedział, że każdy, nawet najświętszy człowiek skrywa jakieś mroczne sekrety i tajemnice, których nie chce wyjawiać. Jako Król Złodziei wiedział też, gdzie skrywa!

Pod łóżkiem! (Trochę kurzu, za mało, by nazwać to kompromitującą ilością).
Na szafie! (Więcej kurzu i jakaś zapomniana durnostrojka w kształcie pieska).
Za szafą! (trochę mniej kurzu niż pod łóżkiem... Widać odsuwała meble, by podkurzać).
W szufladach biurka, ale przede wszystkim w łóżku!

W prawdzie gacha nie spodziewał się tam znaleźć (choć nigdy nic nie wiadomo), ale pod poduszką ktoś położył niedużą książeczkę… i nie były to pobożne pisma! Była to „Antologia Poezji Miłosnej Gwieździstych Wszechświatów” wydana w Smoczym Mieście, tom czwarty z dwunastu, wydanie trzecie (kolejne wznowienie bestsellera w kosmicznej skali – jak głosiła informacja znajdująca się na odwrocie okładki). Otworzył kartki na chybił trafił i zaczął czytać.

Zbiór wierszy składał się z pozycji należących do różnych kultur i epok, co sprawiało, że praktycznie każdy utwór był odmienny. Różniły się wszystkim – począwszy od kompozycji po styl oraz podejmowane tematy. Większość była prosta i dość niewinna, traktowała o nieodwzajemnionych uczuciach, wielkich miłościach, rozłące, tęsknocie i ponownym połączeniu kochanków. Kilka opiewało miłość małżeńską, inne znów pozamałżeńską, związki dojrzałe, lub pierwsze zauroczenia. Niektóre opowiadały o legendarnych albo mitycznych kochankach i ich burzliwych losach, inne natomiast stanowiły wyznania zakochanego Ja lirycznego.

By oddać sprawiedliwość faktom znaczna część była raczej niewinna i przyzwoita. Kilka teoretycznie nie poruszało mocniejszych tematów, lecz ich autorzy, subtelnie operując słowami, używając niedopowiedzeń, oraz kunsztownymi aluzjami pisali niezwykle wręcz sugestywnie. Celowała w tym szczególnie niejaka Lothorin, tworząca niby to o kwiatkach, a w rzeczywistości kreśląca opisy burzliwych i gorących romansów.

Były też poematy, które odrzucały jakikolwiek kamuflaż, dosadne niemal tak samo jak dosłowne. Otto, choć z niechęcią musiał przyznać, że autorzy niektórych z nich zadziwiali go odwagą podejmowanej tematyki i ostrością opisów. Właśnie oznaczał kolejny z nich zaginając róg kartki, gdy usłyszał ruch na korytarzu, ukrył się więc za zasłoną.

Zgodnie z jego intuicją drzwi otworzyły się po chwili i do pokoju weszła Roska.
Nie zauważywszy złodzieja położyła się na łóżku i chwile leżała, zapewne odpoczywając po kolejnej rozmowie, która zmieniła się w pyskówkę. Przez chwilę było mu jej nawet żal… Potem włożyła rękę pod poduszkę. Nie znajdując tam niczego zajrzała pod łóżko, następnie na szafę, do szuflady biurka i jeszcze raz pod poduszkę.
- Czy szukasz tego? – zapytał się wychodząc zza firanki. – Bardzo dobry zbiór wierszy. – dodał obserwując zdrowy rumieniec, który wykwitł na twarzy dziewczyny na widok trzymanej przez niego książki. – Na przykład ten jest niesamowity – powiedział udając przesadny zachwyt i zaczął recytować. Był całkiem niezłym recytatorem, a wysmakowany, pełen erotyki i gorących opisów wiersz był wprost stworzony do czytania na głos. Utwór wywarł należyte wrażenie na dziewczynie: cała zrobiła się czerwona niczym buraczek ćwikłowy.
- Proszę mi to oddać – jęknęła niemal rozpaczliwie.
- Nie! – bezczelnie odpowiedział Otto. Widać było to za wiele jak na emocje Roski, bowiem ta rzuciła się na niego wydrzeć mu książkę. Złodziej był jednak znacznie szybszy i zręczniejszy, oraz wyższy od kapłanki, tak, że ta mogła tylko bezradnie skakać wokół niego usiłując odebrać mu wolumin, którą przerzucał z ręki do, a że posiadał też bardzo dobrą – choć wybiórczą – pamięć to nie przestawał recytować co ciekawszych kawałków. Dziewczyna była tak wściekła, że prawie płakała, co spowodowało, że zabawa była jeszcze przedniejsza. Wykonał szybki unik i wymknął się na korytarz. Roska rzuciła się za nim, tak jak przewidywał, biegł więc przed siebie, w towarzystwie jej wrzasków, głośno recytując poematy o kwiatkach, motylkach i pastuszkach o dziwacznych imionach. Mijani ludzie odwracali się i patrzyli na nich zaciekawieni tym niecodziennym widokiem, chyba tylko Mruczek, grzejący się w promieniach słońca zachował stoicki spokój i to tylko dlatego, że nie zrozumiał sytuacji.

- Ale się ona wstydu naje – pomyślał złośliwie wypadając na podwórze. Było tam pusto, jeśli nie licząc drugiej z tych nowych małolat. Ta na pierwszy rzut oka była podobna do Roski – ot taka grzeczna dziewczynka, ze ślicznymi blond warkoczykami. Pozory jednak myliły i dziewuszka okazała się być całkiem fajna, miała mnóstwo energii i fantazji, zwłaszcza, jeśli chodzi o robienie dowcipów. Specyficznie robiła je Skrzydlatym... Uraz jakiś miała, czy co?
- Mała! Łap! – krzyknął do niej Otto i rzucił jej książkę. Naturalnie chwyciła ją w locie. Czemu miałaby nie złapać. Roska rzuciła się teraz w jej kierunku. – Szybko! Podaj dalej! – prztyknął.

Monika – bo tak, jakby ktoś nie wiedział miała na imię – rozejrzała się niepewnie. Nie za bardzo wiedziała o co chodzi, bo cała scena pogoni korytarzami umknęła jej z oczu ale jeśli wujek każe rzucić tą książkę komuś innemu to czemu nie? Zwłaszcza, jeśli to taki śmieszny wujek, jak Otto. Ponadto starszych trzeba słuchać... Natychmiast w jej oczy rzuciły się czarne skrzydła Samii, która zupełnie niewinnie przechodziła obok, jak co dzień wybierając się na spacer nad morze. Monika poczuła prawie instynktowny przypływ wrogości. Sama nie wiedziała dlaczego tak nie cierpi tej rasy, ale widok człowieka, z którego pleców wyrastała para potężnych, pierzastych skrzydeł sprawiał, że nóż jej się otwierał w kieszeni. Kojarzyli jej się z nieprzyjemnymi rzeczami: nieznośnym żarem, harmiderem od którego pękały uszy, wonią dymu i popiołu, panicznym strachem i smakiem krwi w ustach. Oraz przebudzeniem na wypalonym pobojowisku, wśród zwłok jakiś zwierząt...
- Księżniczka (bo Samia była wygnaną księżniczką) udaje, że nas nie widzi, bo nie warto się z nami zadawać – pomyślała, a głośno krzyknęła tylko: – Hej Samia! Łap! – i to też jedynie po to, żeby nikt nie mógł powiedzieć, że cisnęła komuś niespodziewającemu się niczego złego książkę w plecy.
Ciężki tom ponownie śmignął w powietrzu uderzając nie przygodtowaną dziewczynę dokładnie między łopatki. Ta, zamachała skrzydłami niczym ogromna, czarna, kura, do której ktoś strzelił z wiatrówki i runęła na ziemię. Zarówno Otto jak i Roska zamarli nagle w bezruchu. Żadne z nich nie spodziewało się takiego obrotu dziejów.
- O bogowie! Ona ją zabiła – wyrwało się kapłance.

Nie była to prawda. Nie tak łatwo wykończyć skrzydlatego, a Samia dodatkowo, jak każdy w Warowni swoje już przeszła. Po chwili wstała więc spokojnie i bardzo powoli, otrzepała się dokładnie, a potem równie stoicko się obróciła i ujrzała leżącą na ziemi książkę, którą przed chwilą oberwała. Podniosła ją delikatnie i z uszanowaniem, bowiem nie warto zniżać się do poziomu nie szanującego słowa pisanego motłochu..
- Czyja to książka!

Monika – wcielenie niewinności - wyciągnęła rękę pokazując na Otta. Któżby uwierzył, że taka miła, grzeczna dziewczynka z blond warkoczykami i wielkimi, przekonującymi, niebieskimi oczami może ciskać w ludzi książkami, wpuszczać im żaby do łóżek, albo wiązać sznurowadła?

Każdy, kto znał ją o dziesięć minut dłużej niż Samia.

Otto wskazał na Roskę. Roska nie miała na kogo pokazać, ponadto była to jej własność, więc nie przyznanie się do jej posiadania byłoby kłamstwem, więc grzechem.

- Jest moja, ale... – zdążyła powiedzieć, nim skrzydlata wybuchła.
- Ty nędzna parweńska świnio z jakiejś pełnej gnoju świątyni dla plebsu! Jak śmiesz we mnie rzucać książkami! – Samia była wściekła i – w pewnym stopniu – zadowolona. Odkąd tu przebywała ktoś bez przerwy nastawał na jej godność. Jakaś małpa włożyła jej zaskrońca do łóżka, nalała kleju do butów, a kiedyś, kiedy szykowała sobie kąpiel (bo tutejsi nieokrzesańcy nie mieli służby) jakimś cudem wpuściła jej karpia do wanny. Kto by się tylko spodziewał, że odpowiedzialna była za to ta świątobliwa idiotka.
- Małpo? – zwykle opanowana Roska nie zdołała utrzymać nadszarpniętych
przez wygłupy Otta nerwów na postronkach. – Co sobie myślisz ty napuszona sroko? Że możesz chodzić, zadzierać nosa i bezkarnie wyzywać ludzi? To nie jest twoje królestwo, księżniczko – wykrzyknęła, ostatnie słowo akcentując niemal jak obelgę.
Dla Samii było tego już za wiele. Zacisnęła rękę w pięść i uderzyła kapłankę w twarz z całych sił – sporych jak na księżniczkę, bowiem wojowniczy skrzydlaci z Czarnych Wzgórz cenili fizyczną sprawność u swej szlachty. Reakcja Roski zaskoczyła ją całkowicie. Dziewczyna bowiem – zgodnie z przewidywaniami rozpłakała się w prawdzie, lecz jednocześnie odwinęła się rewanżując się za cios kopniakiem. Wychowane w sierocińcach nowicjuszki też umieją się bić i to zwykle lepiej niż księżniczki. Nie pomogło jej jednak to uniknąć bolesnego złapania za włosy...

Monice ze zdziwienia oczy wyszły z powiek. Nie mogła oderwać wzroku od tłukących, drapiących i gryzących się, zwykle statecznych dziewczyn. Nie zwróciła też uwagi na idiotyczną minę Otta, któremu z wrażenia aż opadła szczęka. Kto by przypuszczał, że jedna książka może wyzwolić taką agresję?
- Ciekawe, gdzie one się nauczyły tak bić? – zdobył się wreszcie na komentarz Król Złodziei.

- Kto mi powie co się tutaj dzieje? – miast odpowiedzi usłyszał pytanie. Odwrócił się i ujrzał Eldarinę, oraz – co gorsza – Lokiego, swojego „nauczyciela”. Temu facetowi lepiej nie było wchodzić w drogę, był łotrem jakich mało i niebezpiecznym draniem.
- To nie moja wina – usiłował się bronić, lecz raczej bezskutecznie. Nigdy nie miał pomysł, co zrobić, gdy zostanie złapany na gorącym uczynku. Wówczas jego inwencja kończyła się zwykle na krzyknięciu Haha! i wyskoczeniu przez najbliższe okno modląc się by po pierwsze było nisko, i po drugie szyba nie była pancerna.
– Ja tylko patrzyłem, to ona rzuciła tą książkę! – oświadczył wskazując na… na połyskującą w słońcu czerwienią, ceglaną ścianę, pod którą wcześniej stała Monika.

Jedyne, na co miał czas, nim wściekły Loki chwycił go jak uczniaka za ucho było zamruganie ze zdziwienia.

Eldarina tymczasem zdołała jakoś rozdzielić obydwie uczestniczki bójki, w tylko niewielkim stopniu posiłkując się magią. Gdy chciała potrafiła być przerażająca, przynajmniej na tyle, by odesłać dwie poważnie na siebie pogniewane panny do kątów. Odczekała, aż zostanie na pobojowisku sama i podeszła do ściany. Cegły były stare, zmurszałe, na skutek wieloletniego wystawienia na działanie żywiołów, a zaprawa w ich szczelinach sypała się. Tu i ówdzie wykwitł mech i porosty. Na widok muru czuła pewną dumę.
- Niem myśl, że uda ci się mnie oszukać! W Warowni nie mamy ani jednej ściany wykonanej z cegieł moja panno! Zdejmij tą iluzję i wychodź! Musimy bardzo poważnie porozmawiać!

Miraż rozwiał się odsłaniając postać Moniki. Pomysł z iluzją był zdecydowani zły... Przez niego jeszcze przez tydzień nie mogła siadać.

_________________
Czas Waśni darmowy system RPG dla fanów Fantasy. Prosta, rozbudowana mechanika, duży świat, walka społeczna.
Powrót do góry Zobacz profil autora
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość Wyślij email Odwiedź stronę autora Odwiedź blog autora Odwiedź listę obejrzanych anime / przeczytanych mang
 
Numer Gadu-Gadu
1271088
Miya-chan Płeć:Kobieta
Aoi Tabibito


Dołączyła: 08 Lip 2002
Skąd: ze światów
Status: offline

Grupy:
Tajna Loża Knujów
WIP
PostWysłany: 04-01-2006, 22:48   

Jakoś mnie nostalgia ogarnęła... Tak, wiem, że jest coś takiego jak Czytelnia, ale tam jeszcze coś mojego czeka od paru miesięcy na zakończenie... Tfu, na ROZWINIĘCIE i zakończenie _^_ A ja lubię niestety pisać takie wyrwane z kontekstu ścinki.
Tak dawno tu nic takiego nie wrzucałam, że czuję się jak na cenzurowanym...

_______________________________

- MILLBANKS!!! - wrzasnął niepokojąco znajomy głos.
Młody historyk z przestrachem poderwał się z krzesła; zrobił to jednak zbyt gwałtownie i runął na podłogę, a czytana przed chwilą książka wylądowała mu na twarzy. Odłożył ją niepewnie, zastanawiając się, co właściwie wyrwało go z transu, w który jak zwykle wpędziło go czytanie.
- GDZIE SIĘ PODZIEWASZ, NA BOGÓW?! - odezwał się ponownie komunikator.
- Dzień dobry... - zaczął słabo Falco Millbanks, znalazłszy urządzenie leżące tuż przy jego uchu; za nic nie mógł sobie przypomnieć kiedy i dlaczego ustawił je na pełny regulator - Co się stało?
- CO SIĘ STAŁO?! YUMENO WRESZCIE OTWORZYŁ, A TY PYTASZ, CO SIĘ STAŁO?!
- Co?! Kiedy?! - zerwał się od razu, całkowicie dochodząc do siebie, ale kierowniczka zdążyła już się wyłączyć, najwyraźniej obrażona. Zrezygnowany przyciszył komunikator, poprawił okulary, które i tak były już sklejone plastrem, i chwiejnym krokiem wyszedł z pokoju. Oczywiście o mało nie spadł przy tym ze schodów - jedyne przejście prowadziło bezpośrednio pod ziemię, do korytarza, który drążyła cała ekipa, z nadzieją trafienia (wreszcie) na coś ciekawego. Aż w końcu znaleźli te zapieczętowane drzwiczki w skale...
Falco szedł jak najwolniej, nie spiesząc się na spotkanie z Sahiiną Theval. Mijał kolejne wyjścia na górę i próbował sobie przypomnieć, jak właściwie dał się wrobić w pozostanie w Alkhai Golt, kiedy prawie wszyscy się rozjechali. Nawet Pai Pai wzięła sobie wolne, zostawiając za to tę nieznośną Shee'Nę, która uparcie pilnowała, by za bardzo nie rozkopano jej dawnego domu. Zdaniem Falca było już na to o wiele za późno, ale nigdy jej tego nie powiedział... Już i tak jej się naraził pytaniem, dlaczego u licha farbuje sobie włosy na kasztanowo. Niespecjalnie pasowało to do jej srebrnych oczu, choć chyba tylko on tak uważał. Taki Tadashi, na przykład, nie ustawał w komplementowaniu jej, nie przejmując się tym, że dziewczyna podśmiewa się z jego upodobania do dziwnych nakryć głowy...
Nareszcie (?) kryształowe przejście rozszerzyło się i oczom historyka ukazała się dziura jak po sporej eksplozji. Shee'Na próbowała rozgonić rękami kurz i dym, i zajrzeć do środka, co nie bardzo jej się udawało, natomiast kierowniczka stała z założonymi rękami i wyglądała jak chmura gradowa. Obie były mocno przykurzone. Gdzieś z boku leżały zdobione drzwiczki, które jeszcze niedawno były zapieczętowane.
- Chyba nie chcę wiedzieć, jak on to otworzył... - jęknął Falco, przyglądając się temu pobojowisku.
- Nie chcesz wiedzieć?! - Sahiina ruszyła ku niemu, odgarniając włosy z czoła i ciskając wzrokiem pioruny - Gdybyś tu był, to może zdołałbyś go powstrzymać!
- A potem byś mi robiła wyrzuty, że to zrobiłem - historyk cofnął się przezornie, omal nie nadeptując na własny ogon.
- W zasadzie masz rację - szefowa zatrzymała się i zamaszyście odwróciła. Falco odetchnął z ulgą; dobrze ją znał i wiedział, po co tutaj została. Była pracoholiczką i nie przepuściła żadnej okazji, by uczynić choć mały krok do kolejnego odkrycia.
- Słuchajcie, jeśli obudzimy coś nie... - zaczął niepewnie, ale Shee'Na zagłuszyła jego słowa.
- Tadashi, żyjesz?! - zawołała w głąb nowo otwartej groty, a może komnaty? Dym nadal zbyt wiele zasłaniał.
- Żyję, żyję! - rozległo się z wnętrza. Tadashiego Yumeno zawsze było słychać dużo wcześniej niż widać, ale tym razem prędko wyłonił się z szarych kłębów, wyraźnie dumny z siebie. Tym razem nosił na głowie coś, co przypominało tiarę igryjskiego kapłana, ale było niebieskie. Shee'Na podejrzewała, że jest zrobione z pomalowanej tektury, ale pokaźny wzrost kolegi nie pozwalał się temu bliżej przyjrzeć.
- Zrobiłeś taką wielką dziurę, żeby osobiście móc się tam wcisnąć? - zapytał Falco, stając obok srebrnej smoczycy. Dorównywał jej wzrostem, nieco wyższy od pełnokrwistych teggitów.
- No oczywiście! - odrzekł donośnie Tadashi, prostując się i pokazując towarzyszom dziwną białą skrzynkę - Ale tylko takie coś tam było...
- Pokaż! - Sahiina wyrwała mu gwałtownie znalezisko, by po chwili delikatnie postawić je na ziemi (Falco stłumił prychnięcie). Wykonane z nieznanego tworzywa, było zadziwiająco ciepłe w dotyku.
- Wiecie, czuję się jak złodziejka - odezwała się nagle Shee'Na - Ktoś to przecież tu zostawił specjalnie, żeby nikt inny tego nie znalazł... A co my robimy?
- Jesteśmy archeologami, a nie hienami cmentarnymi! - ucięła twardo kierowniczka - Zresztą, skoro tu kiedyś mieszkałaś, ta rzecz powinna przejść pod twoją opiekę.
- Taaak? No to proszę mi ją oddać.
- Zaraz, chwileczkę - kierowniczka jakby straciła grunt pod nogami, ale zaraz odzyskała rezon - My ci to zaniesiemy w jakieś bezpieczne miejsce, a ty... - złapała smoczą czarodziejkę za ramiona i lekko popchnęła ku zadymionej dziurze - Wejdź do środka i sprawdź, czy nie została tam jakaś wredna klątwa. A jeśli została, to spróbuj ją złamać. W ten sposób najlepiej się przysłużysz.
Zagadanej i zdezorientowanej Shee'Nie pozostało tylko skinąć głową i zniknąć w pomieszczeniu, z którego wcześniej wyszedł Tadashi.
- A teraz otwieramy! - szepnęła Sahiina z przejęciem, a w jej oczach pojawił się dobrze znany całej ekipie głód.
Po problemach z drzwiami spodziewali się równie wielkich - jeśli nie większych - trudności z otwarciem skrzynki, tymczasem wystarczyło tylko podnieść pokrywkę (Tadashi wyglądał na zawiedzionego). Wnętrze było obite czymś miękkim i przetykanym... Nićmi? Przewodami? I zawierało srebrnoszare jajo wielkości ludzkiej głowy.
Kierowniczka zerknęła porozumiewawczo na Tadashiego, który wziął skrzynkę i przesłał podobne spojrzenie Falcowi... A następnie wszyscy troje wybiegli do korytarza.
- Tam, tam! - wysoki archeolog wskazał pierwsze schody na lewo. Jego szefowa syknęła z rozdrażnieniem; starali się przecież uciec przed... to znaczy, poruszać nie tylko jak najszybciej, ale i jak najciszej.
- Dajcie spokój, to jest na sto procent smocze jajo, więc Shee'Na powinna je dostać - wydyszał Falco, gdy już wbiegli na górę - A tymczasem tak... Dobiegliśmy... Gdzie? Do jadalni.
Jego towarzysze rozejrzeli się po ciemnym pomieszczeniu, po czym Tadashi odstawił znalezisko na stół, usiadł i wybuchnął gromkim śmiechem.
- Nie ma się z czego śmiać - burknęła Sahiina, zapalając światło... I nagle odskoczyła w tył z otwartymi ustami. Zaskoczeni Falco i Tadashi spojrzeli w jej stronę i zobaczyli nieznajomego jasnowłosego mężczyznę w szarym garniturze i kapeluszu. Za nim, tuż przy ścianie, stał ktoś jeszcze, ale widać było tylko jego skrzydła - piękne, ciemnofioletowe.
- Co do... Jak tu weszliście?! - wykrztusiła zdenerwowana kierowniczka.
Mężczyzna tylko posłał jej miły uśmiech i ukłonił się, uchylając kapelusza.
- Proszę mnie nie czarować i odpowiedzieć! Kim pan jest i skąd się pan tu wziął?!
Niezrażony jej tonem sięgnął do kieszeni i wyjął służbową legitymację. Sahiina prawie wyrwała mu ją z ręki. Przebiegła wzrokiem po danych Rigela Thierneya z Loghlinu, aż zatrzymała się na bez wątpienia oryginalnej pieczęci Wydziału Kontroli.
- No tak - mruknęła, nie dbając o to, że przybysz ją słyszy i szeroko się uśmiecha - Ci z góry zawsze znajdą drogę, gdzie byśmy się nie schowali...
- Niestety, inspekcje czasem trzeba robić - rozległ się nagle głos w jej głowie. Drgnęła i spojrzała na kolegów; oni chyba nic nie słyszeli. Zrobiło się jej słabo.
- O niebiosa, czyżby przepracowanie? - jęknęła z rezygnacją. Tamci jakoś dziwnie na nią popatrzyli.
- Przepraszam, pani Theval - jasnowłosy wyjął jej z ręki dokument i podprowadził do krzesła - Nie chciałem aż tak pani zaskoczyć... Czasami się zapominam.
- Panno - sprostowała odruchowo - I mógłby pan mówić na głos.
- Przepraszam - powtórzył, a Falco i Tadashi drgnęli; najwyraźniej tym razem przekaz dotarł i do nich. Przybysz podszedł do stołu i rozpoczął dokładne oględziny jaja.
- Zjawił się pan w samą porę - uśmiechnął się historyk.
Jak na odmianę, Thierney spoważniał i odwrócił się w stronę swojego skrzydlatego towarzysza, który dotychczas stał w kącie, nie zwracając na siebie za bardzo uwagi. Wyglądał na jakieś dwanaście lat, miał rozwichrzone czarne włosy i plecione bransoletki na nadgarstkach. Teraz spojrzał na telepatę ze zdumieniem i jakby z przestrachem. Miał ochotę zrobić krok do tyłu, ale za sobą miał ścianę.
- A ten młodzieniec też z Wydziału Kontroli? - zainteresował się Tadashi - Nie za młody aby?
- Mojego asystenta nie należy niedoceniać - uśmiechnął się kontroler i znów zwrócił się w stronę chłopca. Tamten kręcił głową z niedowierzaniem; najwyraźniej prowadzili jakąś ważną rozmowę w swoich umysłach. Wreszcie skrzydlaty się poddał i z ociąganiem zbliżył się do jaja, kładąc na nim dłonie. Po chwili westchnął i uśmiechnął się szeroko.
- Tak właściwie w czym rzecz? - Sahiina nie lubiła być niedoinformowana - I o co poszło?
- Sam jestem tylko człowiekiem - komunikat Thierneya brzmiał nieco enigmatycznie - Natomiast natura mojego asystenta zgadza się z tym życiem, które czeka, by pojawić się na świecie. Poprosiłem go więc o nawiązanie kontaktu.
- A co takie niewyklute pisklę może powiedzieć? Poza tym nie bardzo rozumiem to o naturze...
- Cóż, obawiamy się, że jest to jajo Shael'letha. Będziemy musieli je skonfiskować.
Tym razem to Sahiina spadła z krzesła. Falco nie mógł sobie odmówić odrobiny mściwej satysfakcji, choć i jego przeszedł dreszcz, kiedy odebrał przekaz telepaty.
- Bez żartów - zaczął (ciszej niż zwykle) Tadashi - Przecież wszyscy wiedzą, że srebrne smoki Chaosu wyginęły wieki temu.
- A przynajmniej tak uważano do tej pory - wzruszył ramionami kontroler i podał Sahiinie rękę. Uwiesiła się na niej jak tonący na ostatniej desce ratunku.
Tymczasem na twarzy uskrzydlonego chłopca radość zastąpiła troska, która następnie przeszła w lęk. A może złość. A może oba naraz. Nagle zacisnął zęby i zaczął zrywać przewody, próbując wyciągnąć jajo ze skrzynki. Thierney zauważył to i skoczył ku niemu, chwytając go za ramiona. Gdyby używali głosów, zapewne byłyby w tej chwili podniesione.
- Korzystamy z okazji i wiejemy z jajem? - Falco mrugnął do szefowej, która znów siedziała na podłodze, puszczona przez telepatę.
Ale właśnie tę okazję wykorzystała Shee'Na aby wkroczyć do jadalni, rozejrzeć się i wybuchnąć śmiechem.
- Nie ma się z czego śmiać!! - wrzasnęła kierowniczka.
- A racja, nie ma - srebrna smoczyca wzięła głęboki wdech i tym razem wybuchnęła potokiem narzekań - Zostawiliście mnie tam, a sami planowaliście zwinąć mi jajo sprzed nosa! Za kogo mnie uważacie, za kretynkę, która nie pamięta nawet, że nie radzi sobie z łamaniem klątw?!
- Tak - odpowiedzieli jednogłośnie Sahiina i Falco.
- No to się wypchajcie, tam nie było żadnych klątw! - zawołała piskliwie dziewczyna - Skąd wiecie, może jedyną przywlekliście ze sobą, na tym cholernym jaju!!
- I tu masz rację - kierowniczka wreszcie podniosła się z podłogi - Bo to jest cholerne jajo Shael'letha.
Przez chwilę Shee'Na wyglądała jakby dostała w głowę czymś ciężkim. Wreszcie objęła się mocno ramionami i odezwała się niepewnie:
- Tu, w Alkhai Golt?
- O, widzisz, Sahiina-san? Ona nie jest taka sceptyczna jak ty - zauważył Tadashi.
- Przecież to zawsze było terytorium srebrnych smoków Ładu - ciągnęła już pewniej czarodziejka - NASZE! Żaden Shael'leth nigdy by się tu nie zbliżył!
Trójka archeologów słuchała jej z uwagą, nie uszło jednak ich oczom, że skrzydlaty chłopiec, który na chwilę oderwał się od jaja, próbował stłumić śmiech.
- I teraz to doprawdy nie ma się z czego... - chciała zakończyć Shee'Na, ale kiedy podążyła za nimi wzrokiem, jej głos przeszedł w zduszony pisk:
- ...Tenari?
- Znasz go? - zdumiony Falco spoglądał to na nią, to na chłopca, który teraz uśmiechał się trochę ze skruchą, a trochę figlarnie.
- No pewnie, ale czemu on... - jej spojrzenie powędrowało ku telepacie - I czemu ON?!
Thierney westchnął bezgłośnie i przysunął się bliżej jaja, to samo zrobił chłopiec nazwany Tenarim.
- Ooo nie! - zawołała Shee'Na do towarzyszy - Na Światłość, kije połknęliście?! Nie pozwólcie im z tym zwiać!!
Pierwszy zareagował Tadashi: z jego dłoni wystrzeliły dwa pociski gwiezdnej energii i pomknęły w stronę przybyszów. Tamci mieli może dwie sekundy, by rzucić sobie porozumiewawcze spojrzenie, a może myśl... Chłopiec chwycił skrzynię z jajem, zasłonił ją sobą i wzleciał pod sufit.
W następnej chwili tak troje badaczy, jak i smoczyca, poczuli, że w ich głowach ktoś siedzi... Że ich umysły są zmącone. Właściwie nie było to niemiłe doznanie; bliższe raczej błogości i senności niż atakowi.
Nie trwało to też długo... Wystarczyło jednak, żeby jasnowłosy telepata gdzieś wyparował. Kiedy Falco i jego towarzysze się ocknęli, tylko Tenari krążył pod sufitem, przyciskając do siebie skrzynię jak cenny skarb.
- Na dół, ale już - zażądała Shee'Na, starając się, by jej głos nie drżał.
Chłopiec spełnił jej życzenie; nie wyglądał jakby obawiał się konsekwencji.
- Ty masz z nim jakieś konszachty? - Sahiina spojrzała na nią spode łba.
- To akurat teraz nieważne - ucięła czarodziejka i znów zwróciła się do Tenariego - Ważne jest, czy ty, mały gałganie, wiesz, z kim się u diabła szlajałeś?!
Skrzydlaty lekko wzruszył ramionami, a w jego oczach malowała się cała niewinność światów.
- Może zajmijmy się tym, co mieliśmy już dawno zrobić - mruknął Tadashi - Oddasz nam nasze znalezisko, młodzieńcze?
Tenari natychmiast pokręcił głową i wrócił do wyplątywania jaja z przewodów.
- Co ty wyprawiasz?! - jęknęła Shee'Na - Wiesz, co tam jest w środku?!
- Nawiązałem z nim kontakt - podobnie jak Thierney, chłopiec najwyraźniej używał wyłącznie telepatii - Już od tak dawna chciało wyjść. Nie wolno go powstrzymywać, a ta klatka właśnie to robiła.
Usiadł na stole i ułożył sobie jajo na kolanach. Falco pierwszy odważył się podejść i lekko go dotknąć. Miało chropowatą powierzchnię i pulsowało.
- Wiecie, chyba jestem zmęczona - stwierdziła słabo Sahiina i klapnęła na krzesło. A kiedy to zrobiła, Tenari mrugnął do jej towarzyszy jak do dobrych przyjaciół.


Ostatnio zmieniony przez Miya-chan dnia 06-01-2006, 00:56, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry Zobacz profil autora
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość Odwiedź blog autora Odwiedź galerię autora Odwiedź listę obejrzanych anime / przeczytanych mang
wa-totem Płeć:Mężczyzna
┐( ̄ー ̄)┌


Dołączył: 03 Mar 2005
Status: offline

Grupy:
Fanklub Lacus Clyne
WIP
PostWysłany: 05-01-2006, 18:44   

ooo... smoki ^___^
więcej proszę?

_________________
笑い男: 歌、酒、女の子                DRM: terror talibów kapitalizmu
Powrót do góry Zobacz profil autora
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość Odwiedź listę obejrzanych anime / przeczytanych mang
 
Numer Gadu-Gadu
3869750
Alira14 Płeć:Kobieta
Wielkie Prych


Dołączyła: 13 Lip 2002
Skąd: Draminion gdzie normalnym wstęp wzbroniony!;)
Status: offline

Grupy:
House of Joy
WIP
PostWysłany: 04-03-2006, 17:51   

Nowe, dziwne opowiadanko. Jeszcze niedokończone. Żeby je pisać , potrzebuję mieszanki frustracji, złości i smutku. Nie jest w żadnym wypadku oparte na faktach autentycznych, po prostu kolejna historia ze świata Wilczycy. Jeszcze niedokończone.

"Brak tytułu" (Genialny tytuł, prawda?=.=)

***
-Jestem nieszczęśliwa- powiedziałam do Wertera, ten zaś patrzył na mnie swoimi smutnymi oczyma. Pomyślał przez chwilę, po czym położył na stół swój stary pistolet.
-To czasami pomaga- odrzekł tym swoim gotyckim szeptem. Podniosłam broń i przyłożyłam sobie do głowy. Nacisnęłam spust. Nic się nie stało. Zdziwiona sprawdziłam pistolet. Pusty. Gdzie jest ostatni nabój? Tknięta przeczuciem spojrzałam na Wertera. Ostatni nabój był wciąż w jego głowie.
***
-Nawet nie wiesz jak cierpię- rzekłam do Konrada. Wieszczowi Narodu skończyły się kartki, więc pisał dalszą część nowego utworu na ręce. Skreślił jedno słowo i zastąpił nowym.
-Przynajmniej cierpisz dla dobra narodu.
Uśmiechnęłam się złośliwie. On wciąż żyje w swoim świecie.
- Jeśli chodzi ci o niepodległość, to już ją mamy. Mój ból nie ma żadnego sensu.
Na te słowa przestał pisać i popatrzył się na mnie wyraźnie zaszokowany. Nagle wstał ze swojego miejsca i zaczął mną potrząsać.
-Jak?! Niepodlegli?! Czarny orzeł ci powiedział?!
- O czym ty mów…- przypomniałam sobie „Dziady”, a dokładniej „Małą inwokację” którą dręczyła nas polonistka. Tam było coś o czarnym orle… A może o motylu? Na polskim miałam w zwyczaju się wysypiać. – Nie, nie czarny orzeł. Podręcznik od historii- odpowiedziałam zgryźliwie. Czemu ja mam szczęście do psychicznych?
- Błagam, powiedz mi kiedy to będzie! Podaj mi datę!!!- Nie zdążyłam mu odpowiedzieć, ponieważ zemdlał. Może to nawet lepiej? Zawsze byłam z historią na bakier.
***
Myślałam poważnie nad tabletkami nasennymi . Jest tylko jeden problem. Wiem, że nie wolno połknąć wszystkich od razu, bo organizm zwymiotuje, ale nie wiem ile potrzeba tabletek żeby zasnąć raz i dobrze. Nie wspominając o kosztach… W domu nikt takich rzeczy nie używa, jak mają problem ze snem to po prostu piją ciepłe mleko( z „małą” domieszką wódki ) i lulu. Wzięcie z domowej apteczki odpada... Gotówki zaś nie mam w ogóle. Czasami zazdroszczę ludziom którzy dostają kieszonkowe… Dzisiaj pytałam się o to Wilczycę. Była zdziwiona, że nie pomyliłam jej z psem, tak jak inni ludzie. Poinformowałam ją, że zdradziły ją okulary. Zaproponowałam jej, że jak załatwi mi skądś gotówkę na tabletki nasenne, to jak umrę moja dusza zaprowadzi ją do jej własnej. Popatrzyła na mnie tym swoim drwiącym spojrzeniem i powiedziała złośliwie, że „Nie bierze odpowiedzialności za poczynania kretynów”. Próbowałam ją jakoś przekonać, zarzucić argumentami, ale założyła na uszy słuchawki i włączyła walkman na cały regulator. „Jak nie, to nie . Łaski bez.”- cicho powiedziałam do siebie. Chyba usłyszała mnie pomimo tej kakofonii dźwięków, bo machnęła na mnie łapą i zaczęła węszyć. Najwidoczniej złapała trop, bo niemalże natychmiast znikła sprzed moich oczu. Zastanawia mnie tylko jedna rzecz. Skąd ona wytrzasnęła walkmana?
***
Znowu w domu była kłótnia. Trzymałam ręce obok szyi, mając nadzieję, że JEJ słowa przetną mi nadgarstki. Jednakże tym razem patrzyła mi w oczy i poraniła tylko moje policzki. Zmieniłam taktykę. Odsunęłam się od NIEJ i zaczęłam z całej siły wrzeszczeć, licząć , że sprowokowana zacznie rzucać słowami gdzie popadnie. Pomimo moich starań, one zawsze wbijały się tylko i wyłącznie w moje serce. Właśnie próbuję je wyrwać, mając cichą nadzieję, że z otworów, jakie zostawiły, zacznie lecieć krew. A gówno. Lecą tylko łzy i nic więcej. Słyszę śmiechy w dużym pokoju i dźwięki tłuczonego szkła. To pewnie kolejna dostawa alkoholu. Cholera, czy oni nie wiedzą, że woda to też napój?


[/b]

_________________
"Lepszy jest brak weny niż bycie Chuckiem Austenem"


Daria - Czy kiedykolwiek nasz wygląd nie wpływa na to jak nas oceniają?
Jane - Kiedy oddajesz organy do przeszczepu, no chyba, że to oczy

Daria, 2x06 -"Monster"
Powrót do góry Zobacz profil autora
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość Wyślij email Odwiedź stronę autora
 
Numer Gadu-Gadu
3270122
Alira14 Płeć:Kobieta
Wielkie Prych


Dołączyła: 13 Lip 2002
Skąd: Draminion gdzie normalnym wstęp wzbroniony!;)
Status: offline

Grupy:
House of Joy
WIP
PostWysłany: 19-03-2006, 13:13   

No i tutaj mamy ostatni fragment, tego opowiadanka. To już drugie, z którego jestem naprawdę dumna i napisałam do końca *duma*. Byłabym wdzięczna, gdyby ktoś z dobrze piszących, powiedział mi co o tym sądzi.

***
Kiedyś trzymałam w starym słoiku wszystkie moje marzenia. Codziennie je wyjmowałam i się im przyglądałam. Podziwiałam ich ideały i blaski na gładkiej powierzchni. Przyciskałam je do serca, wierząc, że kiedyś do niego wejdą i zmienią się w drogowskaz do celu. Miałam wtedy wiele szczytów, na które chciałam się wspiąć, wiele snów do spełnienia. Po każdym tego rodzaju rytuale, z powrotem wpychałam marzenia do słoika i chowałam w najdalszy kąt, zżerana przez strach, że ktoś mi je odbierze. Teraz słoik leży w łazience wśród kremów i mazideł. Przed każdą kąpielą wrzucam jedno marzenie do wody i otaczam się zapachem jego utopionych zwłok. Po kilku minutach takiej „aromatoterapii”, wyjmuję korek z wanny i patrzę jak zwłoki spływają wraz z wodą do rur. Wycieram się i idę spać. Nie ma już szczytów, ni snów. Wszystkie zostały wymazane z kart mojego życia. A drogowskazy się połamały. I wy się dziwicie, że chcę się zabić?
***
Ostatnio robiąc porządki, znalazłam pod deską w podłodze słoik. Wyglądał identycznie jak mój. Zdziwiłam się. Czyżby ONI też mieli swoje marzenia? Zaciekawiona zajrzałam do środka. Nie zobaczyłam celów ani ideałów. Ujrzałam dziwne kreatury, kiszące się w dużej ilości alkoholu. Gdy mnie ujrzały zaczęły mnie prosić abym poszła do sklepu, po flaszkę. Kiedy nie reagowałam, zaczęły mnie obrażać i wyzywać od najgorszych. Nie będę cytować. Tyle razy słyszałam te obelgi, że już mi zbrzydły. Kilka próbowało złapać mnie za rękę. Z wielkim obrzydzeniem zamknęłam słoik i wybiegłam z nim do windy. Pojechałam na dziesiąte piętro. Otworzyłam okno i wyrzuciłam to obrzydlistwo. Aby mieć stuprocentową pewność, że nic nie przeżyło, zeszłam na dół z młotkiem i dobiłam ocalałych. Nawet, jeżeli ONI kiedyś mieli marzenia, to je tak przekształcili, że śmierć dla tych małych potworków była błogosławieństwem. Poszłam do domu się wykąpać.
***
Nie mając nic ciekawego do roboty, poszłam na dyskotekę. Manekiny i inni ludzie tańczyli w rytmie czegoś, co brzmiało jak radosna zabawa kosiarką. Serce imprezy pulsowało światłem. Jeżeli myślicie, że brałam w tym udział, to chyba was pogięło. Siedziałam w kącie i przyglądałam się tej nowej wersji… kamery wśród zwierząt. Nudząc się, zaczęłam przyglądać się dokładniej tańczącym. Omal nie zakrztusiłam się sokiem, kiedy zobaczyłam ,KTO jest królową parkietu. Śmierć w oszałamiającej małej czarnej i koszulce z dużym dekoltem pląsała w samym centrum rozrywki. Wszyscy chcieli z nią tańczyć. Zupełnie jakby nie przeszkadzał im drobny fakt, że ich towarzyszka ma połowę twarzy trupa. Przy każdym gwałtowniejszym podrygnięciu, zaczynał skakać kawałek skóry z policzka. Jeżeli tak wygląda współczesne danse macabre, to ja dziękuję, wysiadam z tego świata. Zanim zrobiło mi się nie dobrze, zdążyłam zauważyć, że Śmierć nie ma przy sobie kosy. Przyszła na dyskotekę w celach rozrywkowych? Postanowiłam do niej podejść i jakoś zacząć z nią rozmowę. Udało mi się dorwać ją przy barze, gdzie kupowała dietetyczną colę. Nie zdążyłam nawet w myślach skomentować, czegoś tak absurdalnego, kiedy się do mnie odezwała.
- Znowu ty.
-Słucham? Spotykam panią pierwszy raz w życiu!
- Nie kłam dzieciak, nie kłam. Już…- zaczęła nerwowo liczyć- 10 razy próbowałaś umówić się ze mną na… „spotkanie”. Jak mi nie wierzysz, to mogę ci pokazać mój kalendarz. Mam w nim wszystko zapisane. Kiedy wy ludzie zrozumiecie, że to ja wyznaczam termin?! Przez was spóźniam się na spotkania, na które nie byłam nawet umówiona. – powiedziała zgryźliwie. Chciała już odejść, więc szybko złapałam ją za rękaw.
- Chcę wiedzieć jedno. Skoro nie pozwalasz mi wyznaczyć terminu, to chociaż powiedz, kiedy nadejdzie mój koniec.
Zamrugała nerwowo.
-Słucham?
- No wiesz! Umrę, zdechnę, zacznę wąchać kwiatki od spodu, wykituję, odejdę na łono Abrahama, zasnę na wieczność, zrobię kaput!
Zaczęła nerwowo gnieść serwetkę.
-Nie wiem.
-Jak to nie wiesz?!? Jesteś Śmiercią!
- Tak powiedz to głośniej, tamten stolik tego jeszcze nie słyszał!- warknęła w moją stronę i dodała- Nie mam cię wpisaną w najbliższe terminy, bliższe ani nawet odległe. Zupełnie jakby mieli wobec ciebie jakieś dalsze plany.
- Dalsze plany?!? Mam przez całą wieczność kisić się tutaj?!? Wyznacz mi termin albo…
-Albo co? Zabijesz mnie? Wybacz skarbie, ale to nie należy do mojej jurysdykcji. Po prostu cierpliwie czekaj, to nadejdzie też twoja kolej. Papa! – Totalnie mnie ignorując, poszła dalej tańczyć. Ja zaś wściekła, nie wiedziałam co ze sobą począć. Dalsze plany, tak? Cierpliwie czekać, tak?! Ja im wszystkim pokażę! Pełna furii zaczęłam przeszukiwać cały lokal. W końcu znalazłam. Obok jednego z pustych stolik leżał mocno poszarpany plecak turystyczny. W środku znajdowały się klepsydry, jakaś dziwna książka po rosyjsku i cudo najnowszej mortologii. Kosę Śmierci. Niewiele myśląc, ukradłam ją.
***
Kradzież kosy wydarzyła się godzinę temu. Piętnaście minut temu zadzwoniłam na pogotowie, że „ONI się nie ruszają, a ja nie wiem co robić”. Nie wiem jak to wyglądało w kalendarzu Śmierci, ale osobiście uważam, że śmierć przez przedawkowanie nie jest taka okrutna. Zważywszy na fakt, że i tak zaczynały już im szwankować organizmy. Mogli umrzeć gorzej! Zanim jednak przecięłam ich nici łączące duszę z ciałem, próbowałam tego na sobie. Nic z tego. Zupełnie jakbym była z powietrza. Popatrzyłam się na kosę. Nie ma mnie w terminach? O, ja już się postaram żeby się tam znaleźć.

_________________
"Lepszy jest brak weny niż bycie Chuckiem Austenem"


Daria - Czy kiedykolwiek nasz wygląd nie wpływa na to jak nas oceniają?
Jane - Kiedy oddajesz organy do przeszczepu, no chyba, że to oczy

Daria, 2x06 -"Monster"
Powrót do góry Zobacz profil autora
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość Wyślij email Odwiedź stronę autora
 
Numer Gadu-Gadu
3270122
Avellana Płeć:Kobieta
Lady of Autumn


Dołączyła: 22 Kwi 2003
Status: offline
PostWysłany: 19-03-2006, 14:36   

Alirka, jak ja napiszę, że Ty umiesz pisać, to się okropnie będę powtarzać :)

_________________
Hey, maybe I'll dye my hair, maybe I move somewhere...
Powrót do góry Zobacz profil autora
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość Wyślij email Odwiedź stronę autora Odwiedź galerię autora Odwiedź listę obejrzanych anime / przeczytanych mang
Mai_chan Płeć:Kobieta
Spirit of joy


Dołączyła: 18 Maj 2004
Skąd: Bóg jeden raczy wiedzieć...
Status: offline

Grupy:
Fanklub Lacus Clyne
Tajna Loża Knujów
WIP
PostWysłany: 25-04-2006, 22:10   

Próbuję przełamać dołek pisarski, w związku z czym zaczęłam pisać tzw. mało ambitne dziełko na bloga. Enjoy i pamiętaj, że ja mam odchył na punkcie komentarzy. Ciąg dalszy na moim (reaktywowanym po roku O__o') blogu - http://moje-miejsce-na-ziemi.mylog.pl


Wbrew pozorom żyję. I, jakkolwiek oklepanie by to brzmiało, nadal próbuję złapać opowieść za ogon. Ostatnio jest to opowieść o bogach... Albo raczej Strażnikach, bo tak wolą być nazywani. Historia jednak ciągle wymyka mi się z rąk... Oj, straciłam dryg pisarski, coś tak czuję. Cóż, może ta podróż mi jakoś pomoże? Któż to wie...

Z oczywistych powodów wybrałam klasyczny sposób wojaży - na piechotę mianowicie. Konia nie mam, a nawet jeśli, to konno jeżdżę kiepsko... Magia to zdecydowanie nie jest moja mocna strona. Ot, taki los niepozornej istoty płci żeńskiej, rasy do końca nieokreślonej. Podobno jest to człowiek z domieszką krwi elfa. Szczerze mówiąc - nie mam pojęcia, nie znam swoich rodziców, a na jakieś bardziej odjechane badania genetyczne się nie piszę... ZWŁASZCZA gdyby miał to robić ktoś z mojej obecnej "rodzinki"... Niektórzy mogą sądzić, że taka podróż na miesiąc przed osiemnastymi urodzinami to niekoniecznie dobry pomysł... Ale kiedy, jeśli nie teraz? Życie przede mną, pora na szaleństwa jest właśnie w tej chwili...

Zawód zbrojmistrzyni przyniósł mi wystarczającą sumkę, by na jakiś czas móc z czystym sumieniem zamknąć warsztat. Słucham? Co z tego że niepełnoletnia... Warsztat otworzyłam w wieku lat pietnastu i bardzo szybko zdobyłam renomę MIMO młodego wieku. A chcieli mnie wygryźć, sialalala, to ja wygryzłam ich... No dobrze, ale odbiegam od tematu. Miasteczko, w którym pracowałam było niewielkie, nie na tyle jednak, by moje odejście wywołało sensację. I bardzo dobrze, akurat wzruszające pożegnania nie były mi potrzebne... Za miastem droga rozwidlała się w trzech kierunkach. Drogowskaz uprzejmie poinformował mnie, że w prawo zamek księżniczki, w lewo Las Ciszy, a prosto kolejna wioska... Cóż, wiosek to mi akurat dostatek, z jednej się właśnie wyrwałam. Może wpaść do zamku? Tam z reguły było ciekawie... Ale nie, potrzebowałam czegoś niezwykłego, jakiejś przygody...

...opcjonalnie mało wymagającej sieczki na potworach z Lasu Ciszy. Cóż, trochę treningu się każdemu przyda, a ja dawno nie miałam okazji do użycia łuku... Wbrew pozorom Las Ciszy nie jest aż tak niebezpieczny jak niegdyś. Odkąd Magic Knights zajęły się klątwą ciążącą na tym miejscu potworów jest znacznie mniej... Choć magia nadal tam nie działa. W zasadzie, mnie to nie przeszkadza... Jak się zna całe trzy zaklęcia, z czego tylko jedno dobrze... Podziękowałam uprzejmie drogowskazowi, na co ten ukłonił mi się z galanterią i polecił swoje usługi. Doprawdy, rzadko już spotyka się tak dobrze wychowane drogowskazy... Odkłoniłam się i skierowałam w stronę Lasu Ciszy.

Mój łuk był zadowolony. Daaaawno, oj daaaaaaaaaaaaawno nie miałam okazji do porządnego treningu... A trenować trzeba, bo inaczej mięśnie flaczeją, o! A w końcu nie na darmo nazywają mnie Łuczniczką... Lubiłam to. Ten dreszczyk emocji towarzyszący walce... I to, że z reguły coś idzie nie tak, jak być powinno, co jeszcze bardziej zwiększa dawkę adrenaliny. Tym razem był to kobiecy krzyk dochodzący gdzieś zza moich pleców. No proszę, damsell in distress... W zasadzie w Lesie Ciszy to się zdarza, tylko jaka normalna Damsell pakuje się tutaj samotnie?? Okej, ja się nie liczę... Pobiegłam w stronę, z której dobiegał krzyk i po krótkiej chwili wypadłam na polankę pełną potworów. W kilka wpakowałam pół metra drzewca zanim połapały się, co się dzieje. Kolejne jednak zwróciły na mnie uwagę. Część zagrodziła mi drogę do dziewczyny, reszta zaatakowała. To nie była trudna walka. No dobrze, ten śmieszny zmutowany tulipan sprawiał drobne problemy, ale tylko drobne... Wyrąbałam sobie drogę do krzyczącej...

Zaraz, zaraz, jakiej krzyczącej?? W kręgu potworów leżał zmaltretowany kot. Fioletowy. Skrzydlaty w dodatku. Cóż, teoretycznie mógłby to być kolejny potwór, intuicja jednak podpowiadała mi, że to nie pułapka. Złapałam zwierzątko i najszybciej jak mogłam zwiałam z polany.

No i teraz siedzę na skraju lasu, kot, pardon, kotka opatrzona, a ja czekam aż się obudzi... Ciekawe co z tego wyniknie...

_________________
Na Wielką Encyklopedię Larousse’a w dwudziestu trzech tomach!!!
Jestem Zramolałą Biurokratką i dobrze mi z tym!

O męcę twórczej:
[23] <Mai_chan> Siedzenie poki co skończyło się na tym, że trzy razy napisałam "W ciemności" i skreśliłam i narysowałam kuleczkę XD

Powrót do góry Zobacz profil autora
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość Wyślij email Odwiedź blog autora Odwiedź galerię autora
Ysengrinn Płeć:Mężczyzna
Alan Tudyk Droid


Dołączył: 11 Maj 2003
Skąd: дикая охота
Status: offline

Grupy:
AntyWiP
Tajna Loża Knujów
WOM
PostWysłany: 24-05-2006, 23:54   

KIRIBAN FOR IRIN

Było raz sobie drzewo. Smutne drzewo. Stało sobie samotnie na skraju lasu, przez większą część roku wyglądało jak uschnięte, choć czasem wypuszczało wątłe, drobne listki. Gałęzie w koronie miała powyginane i pokrzywione przez wiatr, niższe zaś, łącznie z pniem, osmalone przez pożar sprzed lat. Krótko mówiąc przedstawiało sobą raczej przygnębiający widok. Okolicznym elfom niemalże krajały się serca na ten żałosny widok. Po prostu nie mogły patrzeć na nieszczęsną roślinkę, jak wiodła swą nędzną, samotną egzystencję.

Najbardziej żal drzewa było elfowi imieniem Irmelin, który często odwiedzał tamtejsze strony. Był długowłosym, smukłym blondynem, o lekko zielonych, wesołych oczach. Za każdym razem, gdy tamtędy przechodził drzewo przykuwało jego uwagę, wreszcie postanowił coś poradzić. Z głębi lasu przyniósł kilka miłych żołędzi oraz parę sympatycznych kasztanów, Wszystkie je zakopał niezbyt głęboko w pewnym promieniu od drzewa, podlał i przypruszył nawozem mineralnym. Następnie odszedł kawałek, obrócił i odłożył worek z nawozem i złożył dłonie. Zaczął cichutko nucić, zamykając oczy, a słowa powolutku nabierały tempa i mocy. Najpierw brzmiały jak szelest strumienia, stopniowo przechodząc w dzwonienie deszczu w czasie ulewy, a wreszcie słowa padały jak krople przy oberwaniu chmury. Wkrótce jednak ton pieśni się uspokoił, przywodziła na myśl gorący, słoneczny dzień i gdyby ktoś usłyszał elfi zaśpiew, niewątpliwie poczułby na czole krople potu.

Po dłuższej chwili tempo stało się monotonne, a słowa krótkie i urywane, jak szary, jesienny deszcz. Stopniowo doszedł do niego przenikliwy odgłos wiatru, aż przeszedł we wściekłą zadymkę. Ta jednak także się uspokoiła, przechodząc w takt spokojny, kojący, przywodzący na myśli opadające na ziemię płatki śniegu. Nie minęło pół minuty, gdy ton głosu Irmelina zaczął się ocieplać, jak powietrze na wiosnę, po czym wszystko zaczęło się od początku. Elf jeszcze kilkukrotnie powtórzył swój hymn i wyśpiewał wszystkie pory roku, nim pozwolił sobie otworzyć oczy.

Ujrzał, że smętne, czarne drzewo jest otoczone przez zielony krąg małych, cieńkich, ale wyraźnie zdrowych drzewek. Wyglądały jak dzieci, tańczące w kręgu wokół ukochanego dziadka. Irmelin uśmiechnął się wesoło, otrzepał ręce i ruszył w przeciwnym kierunku, gdzie wiodła droga do jego drzewnego domku.

Nagle usłyszał za sobą dziwny dźwięk. Jakby ktoś wyszarpywał coś z ziemi, rozrywając korzuch trawy. Obrócił się zdenerwowany, że ktoś śmie naprzykrzać się jego zielonym przyjaciołom, nikogo jednak nie zobaczył. Ujrzał za to, że stare drzewo... Wstawało. Kolejno wyrywało spod ziemi korzenie i stawało na nich jak owad na swych kończynach. Gdy wreszcie skończyło, wydobyło się z dołka jaki powstał i przy wtórze czegoś, co mogłoby być cichym prychaniem, gdyby drzewa mogły prychać, odeszło na pewną odległość. Tam zaczęło się ponownie zakorzeniać i nim minęła minuta wyglądało, jakby nigdy nie ruszyło się z miejsca.

_________________
I can survive in the vacuum of Space
Powrót do góry Zobacz profil autora
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość Odwiedź galerię autora
Ysengrinn Płeć:Mężczyzna
Alan Tudyk Droid


Dołączył: 11 Maj 2003
Skąd: дикая охота
Status: offline

Grupy:
AntyWiP
Tajna Loża Knujów
WOM
PostWysłany: 25-10-2006, 17:34   

ART TRADE FOR IRIN (miało być coś przerażającego, a także samośpiewający śpiewniczek)

Dawno, dawno temu żyła sobie...

- Atwardzie!
- Witaj kochana – uśmiechnął się lekko krasnolud o brązowej brodzie zaplecionej w dziesiątki warkoczyków, odwracając na chwilę wzrok od rozwiniętego na stole rysunku technicznego. – Czyżby coś się stało? Wyglądasz na bardzo wzburzoną.
- Jestem bardzo wzburzona, Atwardzie – rzekła teatralnym tonem wysoka i szczupła brunetka, puszczając z rąk i pozwalając opaść swej śnieżnobiałej sukni. Być może królowej nie godziło się maszerować korytarzami z odsłoniętymi łydkami, lepiej jednak uchybić protokołowi niż się potknąć i zabić na schodach. – Czy to prawda, że przestało ci już zależeć na naszym wspólnym dziecku?
- Ależ najdroższa, oczywiście, że zależy mi na Hermenegildzie, jest okiem w mej głowie. Po prostu jestem teraz nieco zajęty i...
- Cóż może zajmować ojca bardziej, niż dobro jego jedynej córki?!
- Zdobywanie środków na utrzymanie jej? – Zasugerował, starając się zaszeleścić rysunkiem w sposób wystarczająco przekonujący.
- Wykręty! – Westchnęła rozdzierająco brunetka, stając w arcydramatycznej pozie i arcydramatycznym gestem osłaniając czoło. – Cóżem uczyniła, by zasłużyć sobie na tak nieludzkiego męża?!
- EKHEM!
- Przepraszam, kaczorku, to było poniżej pasa...
- Do stu tysięcy poborców podatkowych! – Zaklął, poddając się i zeskakując ze stołka. – Panowie, obiecuję, że wrócimy do tego za pół godziny. Ustawiam klepsydrę.

Cztery czarnobrode krasnoludy chóralnie prychnęły, oczyszczając stół z przyborów pisarskich i pakując do wielkiej torby z napisem „Westri, Ostri, Nordri i Sudri – Projekty techniczne na zlecenie”. Gdy skończyli także zeskoczyli ze stołków, otaczających wielki, robiony na ludzką miarę stół i dumnym krokiem wyszli z Sali narad, ozdobionej imponującą kolekcją broni i trofeów myśliwskich. Król Atward westchnął i usiadł na swoim karle, porządkując brodę. Dawno już chciał posprzedawać wszystkie karła, jakie dostał w posagu, jego małżonka, królowa Aida, jednak twierdziła, że w ich nazwie nie ma nic prowokacyjnego i nawet nie chciała o tym słyszeć. Melancholijnie zerknął na smoczy łeb, zawieszony nad kominkiem. W takich chwilach jak ta wypominał sobie głupotę młodości i nieostrożność, zwłaszcza zaś brak chęci do nauki. Gdyby wtedy wiedział tyle, co wie dzisiaj o ludzkich zwyczajach, dwa razy by się zastanowił, nim ruszyłby na czyjś dwór, chwalić się czerepem ubitej bestii. Konsekwencje takiej niefrasobliwości mogą być straszne.

- Pączusiu – zawołała śpiewnie kobieta, uchylając drzwi naprzeciwko tych, którymi wyszły krasnale. – Tatuś już może zobaczyć twoje dzieło!
- Hurra! – Pisnął cienki głosik, zwielokrotniony przez echo korytarza. Nie zdążyło jeszcze przebrzmieć, gdy dał się słyszeć także tętent drobnych nóżek.

W drzwiach ukazała się wreszcie niska pucułowata dziewczynka o złocistych kucykach i błękitnych oczętach, ubrana w jadowicie różową, koronkową i falbaniastą sukieneczkę. W pulchnych rączkach trzymała równie przerażająco wyglądający młot bojowy, pomalowany na białoróżowo i dzwoniący rozkosznie przy każdym ruchu. Brodaty władca zresztą nie zdążył się jej dokładnie przyjrzeć, gdyż potknęła się na progu i runęła jak długa, piszcząc jeszcze głośniej niż poprzednio. Aida natychmiast przypadła do niej i zaczęła podnosić, ocierając chusteczką zbierające się łzy.

- No już, kurczaczku, no już...
- Łaaa!
- Nie płacz, kochanie, mamusia mówiła, żeby nie biegać po korytarzach.
- Chlip, przepraszam, chlip, ja już nie będę niu...
- No już, otrzyj nosek.
- Cześć, Hermenko – uśmiechnął się Atward, wkładając wiele wysiłku w to, by uśmiech wyglądał naturalnie. – No pokaż, co chciałaś pokazać tatusiowi.
- Cześć tato, niu! – Pisnęła radośnie, podrywając się na nogi i wybiegając w jego stronę. Krasnolud mimowolnie przeniósł punkt ciężkości, nie chcąc by przewróciła go w razie upadku. – Zrobiłam samośpiewający śpiewniczek!
- Cóż to takiego ten...
- Samośpiewający śpiewniczek! – Powtórzyła, wyciągając książeczkę, ozdobioną serduszkami i równie różową jak sukienka. – Jest Magiczny! Na której stronie otworzysz zaczyna śpiewać piosenkę tam zapisaną niu!
- Hmm – mruknął zaciekawiony, biorąc tom do rąk. Otworzył na chybił trafił, ujrzał ładny obrazek i kolumnę tekstu, w powietrzu zaś rzeczywiście zabrzmiały słowa piosenki.

Prześliczna dzieweczka na spacer raz szła
Gdy noc ją złapała wietrzysta i zła
Być może przestraszyłby ziąb i mrok ją
Lecz mia...


- KIA!!! Nie tę, nie tę, niu! – Wrzasnęła Hermenegilda, zatrzaskując mu śpiewnik w rękach.
- Oczywiście kochanie – mruknął krasnolud, dyskretnie majtając przytrzaśniętymi palcami. Przerzucił jeszcze kilka stron, wysłuchując tylko po kilka wersów, wreszcie uśmiechnął się i oddał śpiewnik córce. – Bardzo ładne.
- Naprawdę, niu? – Zaszczebiotała, wbijając w niego roziskrzone spojrzenie.
- Tak kochanie – zapewnił, tarmosząc włosy na głowie. - Będziesz kiedyś wielką czarodziejką, już teraz to widać.
- Wai, niu!
- A teraz zmykaj, tatuś musi popracować.
- Dobrze tatusiu, niu!

Dziewczynka wybiegła z pokoju z szybkością błyskawicy, o dziwo nie zahaczając tym razem o próg. Gdy echo jej kroków już milkło Aida wolnym krokiem podeszła do swego męża i przytuliła się do niego. Objęła go ramieniem, drugą ręką głaszcząc po głowie, on z westchnieniem także zamknął ją w uścisku. Przez dłuższą chwilę trwali tak, milcząc.

- Edgar przysłał wiadomość – odezwała się wreszcie królowa. – Mówi, że trafił na ślady smoka w górach.
- Nareszcie. Niech się upewni, że to rzeczywiście smok i bierzemy się za rozsyłanie wici.
- Wiem, dziubasku, wiem. Jesteś pewien, że ktoś się znajdzie?
- O to się nie musisz martwić, najdroższa. Zawsze się ktoś znajduje. Cała sztuka to wystawić przynętę, czekać...
- I zdzielić w łeb, nim ucieknie. Wiem.
- Właśnie.

_________________
I can survive in the vacuum of Space
Powrót do góry Zobacz profil autora
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość Odwiedź galerię autora
Avellana Płeć:Kobieta
Lady of Autumn


Dołączyła: 22 Kwi 2003
Status: offline
PostWysłany: 20-11-2006, 15:10   

Opis przyrody w stylu Orzeszkowej
Czyli dowód na to, że Avellana jednak nie jest w stanie pisać opowiadań...

Jeśli późnoletnim popołudniem wyjdziesz na nagrzaną słońcem łąkę i wciągniesz w płuca powietrze, otoczy cię zapach traw i późnoletnich kwiatów, zmieszany z zapachem wysychających i gnijących łodyg, ukrytych głęboko pod poszarzałą zielenią. Wtedy łatwiej ci będzie wyobrazić sobie świat, w którym nie ma nic oprócz niekończących się równin, zarastających bujnymi trawami.
Nie zawsze tak wyglądał. Jego historia to zwykła opowieść o wspaniałych i pysznych królestwach, rywalizujących ze sobą we wszystkim, by dowieść światu, że to im należy się tytuł najpotężniejszych. Sytych królestwach, które nie dążą do niepotrzebnych nikomu wojen… Aż pewnego dnia zrządzenie losu sprawia, że posiadanie tytułu własności jakiegoś lasu, wyspy, czy innego bezużytecznego skrawka lądu, staje się sprawą honorową. I zanim ktokolwiek się obejrzy, wojna, tyle razy porównywana do pożaru, ogarnia wszystko. Wielkie mocarstwa, zawierając z góry skazane na zdradę sojusze, walczą o jak najlepszą pozycję w nowym porządku świata, gdy nieuchronnie nadejdzie era pokoju. Drobne kraiki próbują przy okazji wyrównać rachunki z sąsiadami, zagarnąć nowe pola, albo po prostu przetrwać. A w zaciszach pracowni powstają coraz potężniejsze bronie, strategie i zaklęcia. Aż wreszcie jakiś na pół szalony mag, zaślepiony wizją doczesnych zaszczytów i nieśmiertelnej sławy, wymyśla zaklęcie sięgające do samych korzeni magii, a głupi i chciwy monarcha pozwala je rzucić, nie zdając sobie sprawy z jego prawdziwej mocy.
W pokrytych wysoką trawą, ciągnących się w nieskończoność pagórkach nie ma nic złowieszczego. Możesz stąpać spokojnie, nie obawiając się, że pod twymi stopami trzasną spróchniałe kości, że potkniesz się o próg dawnego domu. Zaklęcie zmiotło z powierzchni świata nie tylko ludzi i zwierzęta, ale także wszystko, co stworzył człowiek… A może po prostu od nowa zbudowało rzeczywistość, przemieniając ludzi i domy, zwierzęta i drzewa, góry i jeziora w źdźbła traw?
Trawiaste równiny, zatrzymane na wieczność w późnym lecie, są ulubionym miejscem odpoczynku dla wędrowców. Choć to miejsce w żadnej religii nie uchodzi za święte i choć nie strzegą go żadni bogowie, nikt nie odważa się skrzyżować tu broni i stoczyć pojedynku.
Nikt też nie ośmiela się pozostać tu po zmroku, chociaż nawet najbardziej doświadczony z wędrowców nie będzie ci umiał powiedzieć, czego tak naprawdę się obawia. Niektórzy mówią, że każdej nocy upiorne armie ścierają się w jałowej i okrutnej walce, a ten, który staje na ich drodze, ginie od ciosów widmowych mieczy i dołącza do nich na wieczność. Inni opowiadają, że słońce kryje się za zachodnim horyzontem tylko po to, by wynurzyć się stamtąd i wyruszyć na wędrówkę wspak nieboskłonu. Że w jego blasku na nowo wyrastają miasta i wsie, zapełniając się gwarnym tłumem. Że ten świat, stworzony z marzeń jego dawnych mieszkańców, pozbawiony brudu i nędzy, jest po stokroć piękniejszy od prawdziwego i żaden wędrowiec nie oparł się pokusie zasmakowania iluzorycznego życia, pozwalającego na spełnienie wszystkich snów.
Ale może też być tak, że noc jest całkowicie zwyczajna – że to tylko ludzka wyobraźnia nie potrafi wytrzymać spokojnej samotności pod nieskończonym nieboskłonem i wiatru szepczącego wśród traw.

_________________
Hey, maybe I'll dye my hair, maybe I move somewhere...
Powrót do góry Zobacz profil autora
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość Wyślij email Odwiedź stronę autora Odwiedź galerię autora Odwiedź listę obejrzanych anime / przeczytanych mang
Wyświetl posty z ostatnich:   
Strona 22 z 24 Idź do strony Poprzedni  1, 2, 3 ... 21, 22, 23, 24  Następny
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików
Możesz ściągać załączniki
Dodaj temat do Ulubionych


Skocz do:  

Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group