FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy
RejestracjaRejestracja  Galeria AvatarówGaleria Avatarów  IRC (qchat mibbit)  ZalogujZaloguj

Poprzedni temat :: Następny temat
Idź do strony Poprzedni  1, 2, 3 ... 22, 23, 24
  Opowiadania, fragmenty, diariusze...
Wersja do druku
Dante Seraphiel Płeć:Mężczyzna

Dołączył: 24 Maj 2007
Status: offline
PostWysłany: 27-05-2007, 21:40   

oho. to znaczy, że tutaj mogę się pochwalić kilkoma słowami ? ^^
Przejdź na dół
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość
Salva Płeć:Kobieta
Prince Charming


Dołączyła: 29 Paź 2006
Status: offline

Grupy:
Alijenoty
Fanklub Lacus Clyne
WOM
PostWysłany: 27-05-2007, 21:47   

No własnie, można ? Bo ja mam zaczęty kawałek czegoś, może byście mnie natchnęli co z tym zrobić dalej ...? Od razu uprzedzam, że moje zaczęte opowiadanie prezentuje typ humoru jaki widać w moich komentarzach, avach czy innej twórczości...

Tytuł będzie miał coś wspólnego z Blondynem. Mam plany co do tytułu i ewentualnego jego wpływu na całość, ale chwilowo to pominę.

Stała z rozwianym włosem, w nastroju nieco nostalgicznym, by nie rzec melancholijnym. Przed nią dogorywał kolejny dzień i słońce opadało coraz niżej za horyzont. W dłoniach dziewczyna trzymała piękną różę, co ciekawe koloru błękitnego ( efekt eksperymentów o podłożu maniakalnym, które to maniactwo objawiało się nieustannym używaniem do niecnych celów atramentu ). Nieobecny wzrok zatopiła w kuli zachodzącego słońca. Sprawiała wrażenie jakby zamarła w niemym zachwycie nad niezwykłością otaczającego ją krajobrazu. W istocie piękno zapierało dech w piersiach. Stała w zamyśleniu już dłuższą chwilę, wiatr rozwiewał jej włosy i wszystko byłoby pięknie gdyby nie jeden szczegół. W, tak zwanym, międzyczasie blondyn jej życia zjeżdżał na tyłku w dół skarpy, znajdującej się u jej stóp, pozostawiając za sobą nader malowniczy ślad. Cóż, jeśli chodzi o ścisłość to nawet po tonacji westchnień istoty żeńskiej z różą, można było poznać, że cały obraz wyraźnie przeczy jakże ponętnej , romantycznej i nastrojowej wizji narratora. Dziewczyna wzdychała z rezygnacją i rozpaczą, patrząc na kawałki portek absztyfikanta w fikuśny sposób przyozdabiające nudne, zielone, wyschnięte krzaczki zbocza. Myśląc nader nieprzychylnie o blondynie, powolnym krokiem podążyła śladami porte... ekhm... blondyna, zbierając przy okazji bezładnie porozrzucane przez niego przedmioty. Blondyn aktualnie nie był w stanie pozbierać dobytku, jeżeli idzie o ścisłość to nie był w stanie robić niczego bardziej konstruktywnego nad leżenie z niemą skargą na ustach. Dziewczyna dobrnęła do nieszczęsnej ofiary niewinnych krzaczków i bez słowa zabrała mu z rąk pakunek, który blondyn cały czas przyciskał troskliwie do łona. Mimo traumatycznych przeżyć nie wypuścił go z objęć, co było pośrednią przyczyną zawarcia przez tylne części jego ciała bliższych kontaktów z podłożem, i co napawało go dumą i zadowoleniem z samego siebie. Pomińmy milczeniem zdanie na ten temat jego towarzyszki. Blondyn uśmiechając się nieco boleśnie, powoli zaczął wstawać. Potem pośpiesznie pozbierał resztki swoich rzeczy, a ściślej mówiąc strzępki ubrania, Bóg jeden raczy wiedzieć po co i patrząc z niejaką odrazą na zbocze, wyklął parę pokoleń wstecz Bogu ducha winne krzaczki. Następnie podążył kulawym truchcikiem za postacią, która właśnie znikała za drzewami z pakunkiem w objęciach.

I na tym mi się inwencja skończyła... Chwilowo nie mam natchnienia, żeby z tym robić coś więcej. Mam jeszcze krótki dialog, ale na razie nie daję, bo jest trochę nie w temacie. Może go kiedyś użyję.

Proszę nie zwracać uwagi na interpunkcję, to jest pisane nie wg przyjętych zasad tylko wg sposobu w jaki ja czytam.

_________________

Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość Odwiedź blog autora Odwiedź galerię autora Odwiedź listę obejrzanych anime / przeczytanych mang
Dante Seraphiel Płeć:Mężczyzna

Dołączył: 24 Maj 2007
Status: offline
PostWysłany: 27-05-2007, 22:49   

Początek był dosyć ciekawy, jednak później zaczyna się coś psuć. Poza tym ocena nie należy do mnie, nie lubię blondynów ^^
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość
Lena100 Płeć:Kobieta
Pani Cogito


Dołączyła: 15 Gru 2006
Skąd: Ze wsi, z dżungli, z lasu
Status: offline

Grupy:
Lisia Federacja
PostWysłany: 21-07-2007, 23:14   

Napisałam wczoraj wieczorem pewne opowiadanie. Proszę o komentarze, bo jestem wielce spragniona opini innych i z chęcią przyjmę też krytykę. Gdyby zdażyły się jakieś literówki, przepraszam z góry. Miłej lektury :)




Odwróciła się, wlepiając bursztynowe oczy w wyciągniętą rękę. Podniosła głowę trochę wyżej, wodząc wzrokiem po tej smukłej twarzy o łagodnych rysach i zielono szarych oczach. Gdzieś tam na dnie tych oczu czaiły się ledwo świecące, zmęczone bytem iskierki. Instynktownie czuła, że nie zostało mu już wiele życia, mimo, że wyglądał tak młodo. Mimo, że na ciemno brązowych włosach nie widać było, ani jednego siwego pasemka, a twarzy nie znaczyła ani jedna zmarszczka. Serce. Biło wolniej niż powinno. I jeszcze zapach. Przywodził na myśl jakieś niezwykle silne zioła, ale dla niej był to tylko zapach śmierci. Odór zgnilizny, który sprawiał, że bezwiednie marszczyła nos wpatrując się w te łagodne, rozmyte rysy. Mężczyzna, który wyglądał jak młody, zaledwie osiemnastoletni chłopak, podszedł jeszcze trochę bliżej, musną palcami jej czarną sierść. Sięgała mu do klatki piersiowej. Jego dotyk był miły, delikatny, kojący, ale i tak odsłoniła pokaźne kły i wydała z siebie coś na kształt warknięcia, choćby dla zachowania pozorów. Wiedziała już, że pójdzie za nim bardzo daleko i zostanie z nim, aż do tego czasu kiedy zgasną te, już i tak ledwo tlące się, iskierki.
- Nie bój się, mała.
Nie zrozumiała. Czułą tylko barwę tego lekko zachrypniętego głosu. Samą barwę.
En szukał jej od dawna. Teraz, kiedy pozwoliła mu się dotknąć poczuł lekki dreszcz, taki jakiego nie czuł od dawna. Coś rozgorzało w nim na nowo, ale zaraz przygasło, przytłoczone nudą setek przeżytych lat. Pantera zobaczyła nagły błysk w jego oczach i z niechęcią odwróciła głowę. Wyprostował się cofną rękę, zdjął nogę z kamienia, o który się podpierał.
- Jak chcesz możesz przyjść. Jeżeli nie będzie Cię rano to ja przyjdę do Ciebie.
Przymknęła oczy. En uznał to za zgodę. Ale ona znowu nie rozumiała nic. Czuła tylko barwę. Samą barwę. Barwa była nad wyraz wymowna.
Kiedy wrócił do swojego obozowiska przy skraju wsi świecił tylko jeden księżyc. W pełni. Drugi był w nowiu. Wrzosowisko pachniało deszczem, z mokrych drzew kapała nagromadzona woda, liście płakały wsłuchane w szumiący, perlisty śmiech strumyka. En nie rozpalał dziś ogniska, w ogóle nie był głodny. Bawił się popiołem pozostałym po wczorajszym płomieniu, brudząc sobie przy tym dłonie. Kiedy skończył przesypywać go z ręki do ręki wstał i pobiegł cichutko w stronę błyszczących w mroku nocy okien chłopskich domów. Zaglądnął do środka wystawiając głowę nad całkiem poziomy parapet. Na ścianie tańcowało światło świecy migotając niejednostajnie, a na przykrytym lnem sienniku spała mała, zaledwie dziesięcioletnia dziewczynka. Miała krótko ostrzyżone, kruczoczarne włosy. Leżała na brzuchu, z przekręconą na bok głową i lekko otwartymi ustami. En usiadł koło siennika, na podłodze i poszukał jej snu. Odbierał tylko jakieś zamazane smugi, ale to nie miało znaczenia. Ważne było to, że śniła i że on miał czym się pożywić. Zapadł w coś w rodzaju transu, nienaturalnego, lekkiego snu. Otrzeźwił go dopiero cieniutki pisk zbudzonej dziewczynki, mimo że, jego zdaniem, powinien zareagować wcześniej. Gdzieś, w sąsiedniej izbie słychać było łomot i, En był tego pewien, świst miecza i krwi bluzgającej na ściany. Jego niezwykle wyczulony słuch wyłapywał każde stąpnięcie podbitych grubą skórą butów napastnika. Cieniutki, kobiecy wrzask. Świst miecza. Tupanie bosych stóp, jakiegoś niewiele warzącego człowieka. Przyśpieszone bicie serca. Świst. Cisza. Dziewczynka wpatrywała się w niego z przerażeniem, siedziała podparta jedną ręką i oszołomiona dźwiękami zza ściany. Do jego czujnych uszu dotarł łomot zbliżających się kroków. Wstał, machnął pokrytym czarną sierścią ogonem i zasłonił sobą dziewczynkę. Mała wlepiła w niego czarne, świecące gorączkowo oczy. Ktoś pchnął niedbale drewniane drzwi do izby. Próg przestąpił mężczyzna w czarnym, trochę pogiętym hełmie i z około trzydniowym zarostem na twarzy. Pachniał silnie alkoholem i wielodniowym potem. Za nim zaglądnęło do pokoju jeszcze trzech w obszarpanych płaszczach i pogiętych kolczugach. En zmarszczył nos. Przeżył wiele. Mimo całego zajścia i widoku mieczy w rękach napastników, jedynym jego odczuciem była bezbrzeżna nuda. Mężczyźni mieli, rozbawione, wręcz uradowane twarze, jeden z nich wsypywał parę, zapewne skradzionych, monet do swojej skórzanej sakiewki. Z klinek mieczy leniwie ściekała posoka. Pierwszy z nich rzucił się na En’a z podniesionym do ciosy mieczem, trzymając go oburącz rękami. Nie docenił przeciwnika. Ten znikł mu momentalnie sprzed oczu i pojawił się tuż koło jego gardła. Żołnierz zamarł w bezdechu. En syknął cicho i zatopił swoje nieludzko wielkie kły w jego szyi. Z przebitej tętnicy siknęła krew. Trzech pozostałych żołnierzy cofnęło się i z wrzaskiem ratowało się sromotną ucieczką. Wilkołak stał chwilę z opuszczonymi rękoma i węszył w powietrzu. Nie było ich więcej. Odwrócił się i zastał dziewczynkę wciśniętą w najdalszy kąt. Podszedł do niej bezradnie wyciągając rękę. Jeszcze bardziej się skurczyła. Pociągnęła nosem ze strachem wpatrując się w En’a.
- Nie bój się mnie.
Pokręciła bojaźliwie głową i kucnęła zakrywając głowę rękoma. Podszedł i kucnął przed nią. Poczuł jak zadrżała trwożliwie. Podniosła na chwilę głowę, ale zaraz z powrotem wtuliła twarz w ramiona.
- Twoja twarz. Krew.
Jej głosik był cienki, piskliwy. Przez chwilę nie rozumiał o co jej chodzi, ale zaraz zreflektował się, otarł usta rękawem i powiedział:
- Przepraszam.
Mała nadal nie podnosiła głowy. Obojętne mu było co dalej się z nią stanie, ocalił ją z rąk rozpitej, żołnierskiej bandy, która wymordowała jej rodzinę. Więcej go nie obchodziło, jeżeli nie chciała pomocy nie zamierzał zadawać sobie trudu. Nawet go to trochę cieszyło. Wstał i już zmierzał do wyjścia, kiedy dziewczynka podbiegła i kurczowa złapała się brzegu jego płaszcza.
- O co chodzi? – spytał chłodno patrząc na nią z góry.
Zadrżała pod wpływem tego zimnego wzroku. Mruknęła coś niezrozumiale i wpiła palce w jego bok.
- Jak chcesz, możesz iść ze mną.
Nie odezwała się już więcej, ani słowem, do końca swojego życia. Wyszedł z pokoju i wkroczył, najwyraźniej, do kuchni. Dziewczynka nadal trzymała się jego płaszcza, ale zaraz go puściła. Stali pośrodku izby, po której były porozrzucane ciała. Brudne ściany chałupy poznaczone były czerwienią. Najbliżej nich leżała na boku kobieta z poderżniętym gardłem. Tuż obok niej, na brzuchu z rozpłataną czaszką leżał mężczyzna z płytkimi, pustymi oczami. W najdalszej części kuchni, tuż koło przewróconego krzesła, było ciało chłopca. Mógł mieć najwyżej piętnaście lat. Ocalała dziewczynka stała po środku tego wszystkiego, tocząc dookoła oszalałymi z przerażenia oczyma. En nadal się nudził, widział już wiele, nie rozbiło to na nim wrażenia. Wręcz zdziwiła go reakcje dziewczynki, ale był to tylko przebłysk, jego nie łatwo było zadziwić. Zagarnął ją do siebie, zasłonił oczy skrajem płaszcza i poprowadził do wyjścia. Kiedy już opuścili wnętrze chałupy w małej coś pękło, ciężkie, słone łzy potoczyły jej się po policzkach.
- Nie rycz.
Dziewczynka nie usłuchała pochlipując i pociągając nosem. Nie chciała dalej iść. Zobojętniały wilkołak wziął ją na ręce. Zasnęła po paru sekundach marszu. Kiedy dotarli do obozowiska pod lasem En rozpalił ognisko, ułożył dziewczynkę koło niego i okrył pledem. Zasnął parę kroków od niej.
Kiedy obudził się rano spalone drwa już tylko lekko dymiły. Dziewczynka leżała zwinięta jak kot, wtulona w jego brzuch. Z drugiej strony spała władczo wyciągnięta pantera. Przyszła. En uśmiechnął się pod nosem. Po raz pierwszy, od bardzo wielu lat. Nuda pękła jak bańka, w jego oczach zapalił się nowy płomień, wypełniając, dotychczasową, przeraźliwą pustkę. Obojętność znikła gdzieś, odleciała na swoich szarych, bezbarwnych skrzydłach.
Dziewczynkę nazwał Iana. Sama nie mogła mu powiedzieć jak ma naprawdę na imię. Od nocy kiedy zabito jej rodzinę nie wypowiedziała ani jednego słowa, jakby coś w niej pękło, odmówiło posłuszeństwa. Mimo to En rozumiał każde niewypowiedziane przez nią słowo. Pantera rozumiała barwę milczącego głosu.

_________________
ようやく君は気がついたのさ。。。
Powrót do góry Zobacz profil autora
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość Wyślij email Odwiedź galerię autora Odwiedź listę obejrzanych anime / przeczytanych mang
Lena100 Płeć:Kobieta
Pani Cogito


Dołączyła: 15 Gru 2006
Skąd: Ze wsi, z dżungli, z lasu
Status: offline

Grupy:
Lisia Federacja
PostWysłany: 22-07-2007, 01:12   

Salva, mi podoba się takie jakie jest. Ja bym nie robiła z tym nic więcje, fajne takie, wyrwane z kontekstu.

I jeszcze jeden tekst, całkiem świerzy, który zamierzam rozwijać. Czekam na komentarze.



Caen nienawidził Schall z całej siły. Kiedy tylko patrzył na jej smukłą, łagodną, uśmiechniętą twarz buchał w nim ogień nienawiści, wypełniając emocjonalną pustkę. To jedyne uczucie jakie znał, jedyne, które tak bardzo mu się naprzykrzało. I powodował je widok tylko tej jednej osoby. Tych wielkich, wiecznie dziecięcych, granatowych oczu. Miała piętnaście lat, znał ją tylko chwilę, zaledwie parę dni, nic, nigdy mu nie zrobiła. Mimo to nienawidził jej. Była odzwierciedleniem wszystkich jego marzeń o wspaniałym, godnym dzieciństwie i radości. Miała wszystko to, czego on nigdy nie miał. Dopiero teraz patrząc jak wielkie krople łez ściekały jej po twarzy czuł nieodpartą satysfakcję. Wręcz radość z tego, że ta nietknięta złym ostrzem losu istota doświadczyła teraz tak silnego wstrząsu. Że mogła patrzyć jak wieszano jej rodziców. Na dużym placu, w biały dzień, jej ojciec zażyczył sobie, aby była przy nim. Teraz dwa trupy dyndały na szubienicy, z makabrycznie wywróconymi ku niebu oczyma i sinawymi pręgami na szyi. Schall płakała.
Caen odwrócił się z pogardliwą miną i skręcił w boczną uliczkę. Po chwili, nie słysząc kroków dziewczyny za sobą, odwrócił się ze złością i wysłał w jej stronę mocny, kłujący sygnał. Wiedział jak bardzo musiało ją to zaboleć. Taki impuls wysłany do czyjegoś słabego umysłu powodował okropne cierpienie. Chłopak wiedział, że ta dziewczyna nie ma żadnych zdolności obronnych, mógłby wysondować jej mózg, doprowadzić ją do szaleństwa, a ona nawet nie była świadoma jego możliwości. Ale nie robił tego, tylko przez wzgląd na to, że dostał wyraźny zakaz z góry. Z placu dobiegł stłumiony pisk. Caen uśmiechnął się sadystycznie, poczochrał i tak już zmierzwione, czarne włosy i ruszył dalej alejką. Zaraz dogoniła go Schall z błyszczącymi oczyma, ledwo trzymająca się na nogach. Zrozumiał, że trochę przesadził. Mogło mu się teraz dostać od dowództwa. Zaklął cicho pod nosem i przyśpieszył kroku. Dziewczyna, ogarnięta nagłym odpływem sił, potknęła się i przytrzymała jego ramienia. W oczach Caen’a pojawiło się obrzydzenie. Brutalnie odepchnął ją od siebie, całkiem nie panując nad emocjami. Upadła na mokry po wczorajszym deszczu bruk i upaprała swoją nieskazitelnie białą sukienkę w błocie. Chłopak nasycił się jej widokiem i odwrócił się plecami. Schall leżała w kałuży, z pięknymi, długimi lokami o kasztanowej barwie na twarzy i w butach ze złamaną jedną szpilką. Podniosła się ciężko, otarła brud z twarzy, zdjęła obydwie szpilki, wrzuciła do jednego z nich złamany obcas i pobiegła za swoim tymczasowym nauczycielem.
Przedzielono ją do najgorszej, w jej mniemaniu, brygady. Składał się on z wybitnych, wysoko wyspecjalizowanych partyzantów. Po zajęciu kraju przez północne elfy, nieliczna grupka ludzi pozostała przy życiu. Część wtopiła się w tłum, część prowadziła nieczystą, okrutną wojnę, której bitwy nie odbywały się na polu chwały, ale w zamkniętych, ciemnych celach, w których torturowano jeńców i w domach wrogów, kiedy bezlitośnie naciskało się spust.
Schall nie wiedziała o tym, jednak wśród tłumu wypatrzył ją Caen. Poszukiwali nowego członka brygady, kiedy jego kolega zginą trafiony scyzorykiem. Tak właśnie, scyzorykiem. Ostrze zostało wymierzone dokładnie w tętnice szyjną. Elf, który to zrobił nie czekał długo na śmierć. Zjawiła się w postaci oszalałego ze złości Caen’a na motorze, z karabinem w ręku. Chłopak do dziś rozkoszował się tamtą chwilą, kiedy ta wstrętna istota upadła na podłogę brocząc krwią.
Zobaczył ją na wyjątkowo ruchliwej ulicy, niezauważalnie wdarł się do mózgu, przebiegł wszystkie jej myśli, zbadał inteligencję. Nadawała się idealnie. Wystarczyło tylko ją znieczulić, doprowadzić do tragedii, która zmieni jej życie. Sprawi, że będzie niezależna, że nie będzie wahała się pociągnąć za spust. Że stanie się zimna jak lód, a jej jedynym celem i troską będzie zemsta, fanatyczny patriotyzm zmuszający do zabijania najeźdźców. Dzięki wielu wtyczkom dowództwu udało się nakłonić władze, aby powiesiły jej rodziców za, domniemane, zbrodnie przeciw ojczyźnie. Zabijając ich, sami wyszykowali sobie idealnego mordercę, który przystawi im nóż do gardła, myślał z satysfakcją Caen. Póki co, nienawidził jej z całych sił i uważał za niedoświadczoną, denerwującą smarkulę. Mimo, że była od niego młodsza zaledwie o dwa lata.
Szła parę kroków za nim nadal szlochając, ale już zabrakło jej łez, więc po chwili już tylko wyła. Caen’a niezmiernie to denerwowało, ale opanował się, przybrał obojętny wyraz twarzy. Kiedy wreszcie dowlekli się do ogromnego, szarego budynku o idealnie kwadratowych oknach pchnął niedbale drzwi i czochrając włosy przeszedł przez korytarz, a potem wlazł do małego biurowego pomieszczenia. Znad biurka podniosła na niego wzrok sekretarka w średnim wieku, i brązowych włosach i surowej twarzy nauczycielki. Przeszyła go spojrzeniem i pociągnęła łyk mocnej, niemiłosiernie słodkiej kawy. Dzisiejsza partyzantka, pomyślał z goryczą. Zaraz potem drzwi przekroczyła upaprana błotem Schall, ze strużką krwi cieknąca jej z nosa. Caen przestraszył się na chwilę, nie zdawał sobie sprawy, z tego, że aż tak mocno ją uderzył. Już nie płakała. Patrzyła tylko na wszystkich mętnym, niewidzącym wzrokiem. Zignorował ją kiedy podeszła i złapała się go kurczowo za rękaw. Kobieta przy biurku zmierzyła go podejrzliwym, nienawistnym wzrokiem.
- Do kogo? – spytała rzeczowym, chłodnym tonem.
- To chyba oczywiste.
- Pytam tylko profilaktycznie, Caen.
„I nie zrób jej krzywdy” dodała w myślach, przyglądając mu się uważnie.
„Już zrobiono jej krzywdę, mamo. I dobrze wiesz, że nie z mojej winy”
Jego matka, która przestała nią być trzy lata temu, ściągnęła brwi, ale powstrzymała się od komentarza.
- Możecie wejść. – stwierdziła powracając do papierów.
- Dziękuję, proszę pani. – wysyczał złośliwie jej syn. Na chwilę jej oczy zwęziły się niezauważalnie.
- Ależ proszę, chłopcze.
Caen wzdrygnął się mimowolnie, zmarszczył się i zamaszystym krokiem podążył w stronę pomalowanych biała farbą, obdrapanych drzwi. Kiedy szarpną Schall, wciągną ją do biura i zatrzasnął z hukiem drzwi, po policzku sekretarki potoczyła się słona łza. Nie przerwała grzebania w papierach, zupełnie ignorując ten fakt.

_________________
ようやく君は気がついたのさ。。。
Powrót do góry Zobacz profil autora
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość Wyślij email Odwiedź galerię autora Odwiedź listę obejrzanych anime / przeczytanych mang
Ysengrinn Płeć:Mężczyzna
Alan Tudyk Droid


Dołączył: 11 Maj 2003
Skąd: дикая охота
Status: offline

Grupy:
AntyWiP
Tajna Loża Knujów
WOM
PostWysłany: 03-10-2007, 12:43   

Prezent urodzinowy dla Irin. Chciała opowiadanie o tym. Niestety nie udało mi się raczej wykorzystać potencjału łobrazka, ale robiłem co mogłem, by oddać mu sprawiedliwość (w trzy dni;P). Za literówki i zbuntowane przecinki przepraszam.

___________________________________________________________

STRASZEK

Kartir zamrugał ponownie, bez żadnego jednak efektu. Przetarł oczy ręką w ciężkiej rękawicy, unosząc nieco rondo kapalina. Coś dalej tam było. I gapiło się.

Światło księżyca padało na mur zamkowy, gdzie miał swój posterunek, odbijając się od jego wypolerowanego hełmu, ryngrafu z królewskim herbem i lufy muszkietu. Kartir z niepokojem spojrzał na drzwi do wnętrza wieży kilka kroków od niego, w które miał wbiec, gdyby ktoś, lub coś, ich zaatakowało. Następnie miał je zamknąć i zaryglować od środka, wbiec na górę po stromych schodach i zabić w dzwon alarmowy. Nieskomplikowaną procedurę znał na pamięć, nigdy jednak nie przypuszczał, że trafi się okazja, gdy nie będzie pewien, czy ją wykonać.

Kartir był świeżym rekrutem, prawdziwym żółtodziobem, którego każdy starszy żołnierz czuł się w obowiązku gnębić i wyszydzać przy byle okazji. To zaś nie była byle okazja, a jego pierwsza nocna warta. Życzliwi koledzy od dobrego tygodnia opowiadali mu więc tyle mrożących krew w żyłach historii o duchach, zjawach, upiorach i nietoperzach, ile tylko udało im się na poczekaniu przypomnieć lub wymyślić. Nie żeby się tym wszystkim faktycznie przejmował - wiedział, czego się podejmuje, gdy się zaciągał, podobnie jak wiedział, że na zamku królewskim, w samym środku kraju, jedynym faktycznym zagrożeniem są śliskie posadzki. Przyjmował szykany i drwiny ze stoickim spokojem, wiedząc, że w ten sposób ma szansę zostać uznany za materiał na żołnierza i zyskać uznanie towarzyszy, jeśli nie zrobi nic głupiego. Nie miał najmniejszego zamiaru. Nie zamierzał dać się zwariować ze strachu i pozwolić sobie na przywidzenia.

Przywidzenie wyraźnie robiło mu na złość. Siedziało na murze dokładnie na wprost niego, osłonięte z obu stron blankami i łypało olbrzymimi czerwonymi, zajmującymi pół twarzy oczyma. Było smoliście czarne, nie licząc szarej żabowatej twarzy, bardzo małe, wielkości noworodka, posiadało jednak niesamowicie długie włosy, tworzące wokół przywidzenia czarną skłębioną chmurę. Włosy zdawały się żyć własnym życiem, wiły się, wznosiły i falowały niczym wodorosty w morzu, mimo iż powietrza nie poruszał nawet najmniejszy powiew wiatru. Noc była akurat na tyle jasna, by Kartir widział zarysy malutkiej, żabowatej sylwetki, która trwała bez najmniejszego ruchu odkąd je ujrzał. Przywidzenie nie mrugało, nie wierciło się, chyba nawet nie oddychało, choć to ostatnie go najmniej dziwiło. Kartir nie był zresztą pewien, czy ono istnieje naprawdę. Zachowanie zjawy zdecydowanie nie pomagało mu odpowiedzieć na to pytanie.

Podświadomie czuł, że powinien jakoś zareagować, każda opcja wydawała mu się jednak niemalże samobójcza. Najbardziej oczywistym rozwiązaniem było wskazać zjawę wachmistrzowi w czasie obchodu, o ile by do tego czasu nie znikła ani nie uciekła. Gdyby jednak oficer nic nie zobaczył, to Kartir miałby oczywiście przerąbane do końca służby, a nawet dłużej. Mógł całkowicie zignorować istotę i udać, że nic nie widzi, gdyby jednak ta okazała się w pełni rzeczywistym, krwiożerczym strzygoniem czy czymś podobnym i komuś stała się krzywda, to jego kariera byłaby skończona; zwłaszcza, jeśli krzywda stałaby się jemu. Trzecią opcją, nad którą zastanawiał się najdłużej, było zbadanie materialności zjawy za pomocą bagnetu. Uznał jednak, że jeśli zjawa okaże się nie tylko prawdziwa, ale też niewrażliwa na zwyczajną broń, to może się to skończyć nieciekawie. Przeklął w myślach swoje skąpstwo, przez które nie kupił żadnego z oferowanych na targu amuletów ochronnych i skąpił ofiar w świątyni.

Na próbę zrobił w kierunku zjawy święty znak Jedynego Boga, którego wyznawał. Zjawa w ogóle nie zareagowała. Wymówił szybko krótką modlitwę, dla pewności dodając inwokację do Peruna i poprawiając zaklęciem przeciwko złemu. Nic. Kartir zaczął się pocić - nie był pewien, czy bardziej przerażała go ewentualność, że ma przed sobą wyjątkowo potężnego demona, czy też to, że postradał rozum.

Niespodziewanie przyszedł mu do głowy pewien pomysł. Powoli, ostrożnie sięgnął do sakwy u pasa. Pogrzebał chwilę, po czym wydobył nieduży kawałek białego sera zawinięty w szmatkę. Oparł sobie lufę muszkietu na ramieniu i zaczął ją rozsupływać, na tyle szybko na ile pozwalały drżące palce. Wreszcie odwinął ser i oderwał kawałek, który wyciągnął w stronę zjawy. Serce mu zadrżało, główka stworzenia bowiem nieznacznie się przekrzywiła. Odczekał chwilkę, po czym rzucił ser w stronę zjawy. Ta błyskawicznie chwyciła go w krótkie łapki i zaczęła gwałtownie pożerać, mlaszcząc i prychając z takim entuzjazmem, że niemalże przyprawiła żołnierza o zawał. Gdy skończyła znowu przekrzywiła łepek, Kartir rzucił więc kolejny kawałek. Rytuał powtórzył się jeszcze dwa razy, po czym stwór cichutko beknął, wytarł niemal niewidoczny pyszczek i owinął się swymi włosami niczym kokonem. I zniknął, jakby go nigdy nie było.

Dopiero wtedy żołnierz odetchnął głęboko. Zdjął hełm, zsunął z głowy kaptur kolczy i otarł pot z czoła, kręcąc z niedowierzaniem głową. Następnie szybko założył je z powrotem, by żaden oficer nie przydybał go na łamaniu regulaminu, chwycił lufę muszkietu w dłonie i podszedł do blanków. Wokół rozpościerała się cicha ciemna noc, zupełnie niepasująca do jego nastroju. Zaczął nucić. Czuł, że kamień spadł mu z serca i musiał dać upust swej radości.

Następnej nocy zjawa odwiedziła go w pełnym kolegów dormitorium. Zaczął mieć poważne wątpliwości, czy to był faktycznie taki dobry pomysł.

_________________
I can survive in the vacuum of Space


Ostatnio zmieniony przez Ysengrinn dnia 03-10-2007, 16:21, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry Zobacz profil autora
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość Odwiedź galerię autora
Arleen Płeć:Kobieta
Żurawinka


Dołączyła: 03 Paź 2007
Skąd: Warszawa
Status: offline
PostWysłany: 03-10-2007, 12:59   

W sumie wysyłam to coś, bo chciałabym, abyście rozbebeszyli ten krótki fragment, zanim trafi gdziekolwiek do publikacji. Potem może dodam resztę, jeśli okaże się cokolwiek warte. Niestety, słówka obcojęzyczne, które były w oryginalnym tekście zaznaczone kursywą, zniknęły. Nie wiem, czy udało mi się je wyłapać i zaznaczyć ponownie. W razie wątpliwości, co znaczą: prosze pytać. Zamieszczę odnośnik do słowniczka.

Nie miejcie litości... Romansidło jak się patrzy.

Świat; Rokugan (Legenda Pięciu Kręgów RPG... Kurczę, czy to już fanfick, czy jeszcze opowiadanie własne?)

EDIT: Wszyscy dodają kolory... Co mi tam, ja też :P


Ciepłe światło wiosennego słońca wpadało przez półotwarte okno, tworząc na ścianach malowniczą kompozycję świateł i cieni. Za rozsuwanym oknem, pokrytym ryżowym papierem tak delikatnym, że aż przejrzystym, wiatr lekko poruszał gałęziami starego drzewa brzoskwini, co sprawiało, że delikatne plamy szarości poruszały się, tworząc istny teatr cieni na białych ścianach elegancko urządzonego pomieszczenia. Zapach kwitnących kwiatów unosił się w powietrzu, spowijając cały dom mgiełką słodkiego zapachu, który przypominał każdemu domownikowi o wiośnie, która zawitała nad stolicą ziem Żurawia, Kyuden Kakita. W domu panowała cisza, przerywana jedynie szelestem szat krzątającej się już od bladego świtu służby. Choć pokojówki sprzątały starannie cały dom, dyskretnie omijały pokoje swego pana oraz pokój gościnny, które uprzątały tylko i wyłącznie na jego polecenie. Służące, dobiegająca czterdziestki kobieta i jej nastoletnia córka, wymieniły nieznaczne uśmiechy, świadczące, iż doskonale wiedzą, co się kryje za owym poleceniem. Nigdy jednak nie pozwoliły gestem, lub nieuważnym słowem zdradzić się ze swa wiedzą. Posłusznie i sumiennie wykonywały swe obowiązki, czasem tylko pozwalając sobie na dyskretne spojrzenia na dwoje młodych ludzi, którzy na kilka spędzonych razem chwil starali się zapomnieć kim są…
Zbudzona odgłosami budzącego się do życia domu Tsuriko nieznacznie poruszyła się pod podszytą jedwabiem kołdrą futon, naciągając ją na nagie ramię, usiłując osłonić się przed rześkim chłodem poranka. Wyciągnęła dłoń, jakby szukając kogoś, lub czegoś, co powinno znajdować się obok niej na posłaniu. Jej palce nie natrafiły jednak na oczekiwane ciepło i dziewczyna otworzyła oczy, unosząc się lekko na przedramieniu. Przetarła oczy wierzchem dłoni i mrugała przez chwilę, starając się przyzwyczaić do światła poranka, które odbijało się od białych ścian pokoju. Zerknęła na miejsce obok siebie. Leżąca obok jej ubrania, starannie złożona yukata, oraz spoczywająca na poduszce obsypana obfitym bladoróżowym kwieciem gałązka drzewa brzoskwini, świadczyły, iż dziewczyna nie spędziła poprzedniej nocy sama. Na pełnych ustach młodej kobiety wykwitł pełen zrozumienia uśmiech, jak gdyby ta malutka cząstka drzewa była umówionym sygnałem, zrozumiałym tylko dla dwojga wtajemniczonych ludzi. Powoli, z lekkim ociąganiem, wstała, narzucając na nagie ciało bladobłękitną yukata. Podniosła gałązkę i uniosła kwiaty do twarzy, wdychając słodki zapach, o wiele intensywniejszy niż otaczająca ją brzoskwiniowa mgiełka. Jej uroda, delikatna i świeża, mogłaby zachwycić najwybredniejszego bywalca najwykwintniejszej herbaciarni. Choć raczej niewysoka, była niezwykle proporcjonalnie zbudowana. Twarz o łagodnych i regularnych rysach okalały pasma lśniących, czarnych jak pióra kruka włosów. Jednak najbardziej godne uwagi były jej oczy, błękitne niczym niebo w pogodny, zimowy poranek. Gdy zbliżyła kwiaty do twarzy, wyraźnie kontrastowały z różowym odcieniem płatków i były wyjątkowym darem od Fortun, dość niezwykłym nawet pośród potomków kami Doji.
Gdyby ktoś mógł ją w tym momencie zobaczyć, zapewne wziąłby ją za yuki-no-onna. Tsuriko jednak miała niewiele wspólnego z demonicznym duchem pięknej kobiety, jaki według legend miał przemierzać góry, wabiąc nieostrożnych wędrowców na śmierć. Była kobietą z krwi i kości, o urodzie będącej esencją damy dworu z Klanu Żurawia. Nie była jednak dworzanką, ani dyplomatką. W dniu swego gempukku, gdy przestała być dzieckiem i mogła wybrać ścieżkę swego życia, ku zdumieniu swej rodziny i wściekłości ojca wybrała drogę miecza. Postanowiła zostać bushi, wojownikiem oddanym Cesarzowi, Klanowi i bushido. Dojo Akademii Kakita, gdzie miała uczyć się drogi wojownika oraz sztuki formalnych pojedynków jaijitsu, stało się jej drugim domem. Złożyła także śluby czystości, które na zawsze miały zamknąć jej serce na miłość, a ciało na porywy namiętności. Sądziła, że takie życie zostało jej zapisane, że to jest właśnie to czego pragnęła. Jakże była tego pewna… Młoda kobieta ponownie wciągnęła powietrze, rozkoszując się wonią kwiatów brzoskwini, jej ulubionym, dotknęła opuszkami płatków delikatniejszych niż najcieńszy jedwab.
Jakże się myliła.
Odkąd skończyła czternaście lat spełniała obowiązki samuraja bez zarzutów, nigdy nie splamiła swego honoru, ani tym bardziej honoru rodziny. Choć swym wyborem sprowadziła na siebie obojętność ojca, który pragnął korzystnie wydać ją za mąż, czuła iż podąża właściwą ściażką.
‘Wszystko było wtedy takie proste…’ pomyślała z lekkim smutkiem dziewczyna, patrząc na poruszające się na wietrze gałęzie, z których niczym śnieg sypały się płatki kwiecia. Im bowiem była starsza, tym częściej skupiała na sobie uwagę. Szczególnie jej jasne oczy przyciągały uwagę mężczyzn równie mocno jak magnes opiłki żelaza. Tsuriko jednak niezmiennie odtrącała zaloty, udawała, iż nie rozumie zawartych w haiku zaproszeń, czy wyznań. Mężczyźni, którym dawała do zrozumienia, iż swoje śluby czystości traktuje bardzo poważnie, prędzej czy później dawali za wygraną, szybko zapominając o całej sprawie.
‘Aż do Festiwalu Kwiatów Wiśni, ‘ przypomniała sobie. Na przechadzkę po alejach sławnych ogrodów Kyuden Kakita udała się według tradycji cała rodzina, by podziwiać wspaniałe kwiaty, którymi o tej porze roku obsypane były drzewa sakura. Dziewczyna pamiętała ten dzień jakby zdarzył się wczoraj, choć wspomnienia przesłaniały, niczym parawan, gęsto opadające na ziemię płatki. Tego dnia większość rodziny, być może z wyjątkiem ukochanej babki Tsuriko, nie poświeciła dziewczynie zbyt wielu myśli.
Zakrawało to na ironie losu, bowiem to własne jasnooka córka Kakita Nobunagi roznieciła w sercu pewnego mężczyzny płomień, który długą i krętą drogą doprowadził ją do miejsca, gdzie stała tego ranka, ciesząc się początkiem dnia…

Rok Wcześniej…

- Kakita Asano, przestań się wiercić. – fuknęła dziewczynce cicho do ucha Haru, która usiłowała poprawić wpięte w jej kunsztowną fryzurę ozdobyW porównaniu do swej starszej siostry mała Asano wyglądała niczym paw przy sikorce. Po raz pierwszy w życiu miała okazję założyć bajecznie drogie furisode w kolorach pastelowej zieleni i głębokiej czerwieni, które podarował jej ojciec. We włosy zaś wpięte miała bogato zdobione srebrem i perłami szpile kanzashi. Wyglądała bajecznie, choć na pierwszy rzut oka widać było, iż czuje się w tym stroju sztywno i niepewnie. Tsuriko pochyliła się ku zdenerwowanej, nerwowo rozglądającej się siostrze.
- Uspokój się, Asano-chan. Zachowujesz się jak mała dziewczynka, tymczasem jesteś już niemal kobietą. To tylko festyn, a nie twój ślub. – stwierdziła, delikatnie poprawiając obijime, sznurek przytrzymujący barwne obi, które co chwila zsuwało się pod wpływem gwałtownego oddechu dziewczyny.
- Łatwo ci mówić, Tsuriko-san! Ty nie idziesz tam, żeby…
- Jak zwracasz się do starszej siostry? – upomniała ją surowym tonem Tsuriko, ale w sumie nie potrafiła gniewać się na siostrzyczkę długo. – Spójrz, złote rybki! – niespodziewana uwaga na temat jednego z kupieckich stoisk sprawiła, że młoda kandydatka na żonę zwróciła swą uwagę na coś innego, niż sztywny strój i ciężka fryzura. Ostatecznie, dziewczynka miała dopiero dziesięć lat i jej drobne ciało rozpierała energia. Bushi nie poszła za nią, wiedząc, że Asano znajduje się pod bacznym spojrzeniem swej matki, oraz niani. Wiedziała, iż może sobie pozwolić na nieco swobody – cóż bowiem mogło się wydarzyć na Festiwalu Kwiatów Wiśni? Niepisane prawo mówiło, że prowokowanie pojedynków lub innych, szeroko pojmowanych kłopotów, należy w tym dniu do złego tonu. Podczas festiwalu podziwia się bowiem kwiaty sakura, drzewa które pierwszy Hantei i jego żona posadzili w ogrodach Otosan Uchi, by uczcić narodziny swojego syna. Tsuriko uwielbiała to święto, czas w którym opuszczała mury Akademii Kakita by uczestniczyć w tym rodzinnym święcie. Cieszyła się wtedy raczej na spotkanie z przyrodnim rodzeństwem, niż z wciąż obrażonym na nią ojcem, czy jego żoną, kobietą z którą ożenił się po tragicznej śmierci matki młodziutkiej bushi. Dzięki korzystnemu, ponownemu małżeństwu ojca Tsuriko rodzina prosperowała świetnie; wzbogaciła się o pokaźny majątek, nowe koligacje i dwoje dzieci, będące chlubą głowy rodziny. Zaledwie dziesięcioletnią dziewczynką imieniem Asano, już interesował się, jako materiałem na żonę dla nastoletniego syna, pewien samuraj z dobrego, starego rodu. Chłopiec zaś, starszy od Asano o nieco ponad rok Gozen, już od blisko pięciu lat pobierał nauki u najlepszych nauczycieli, na jakich stać było ich rodzinę i od blisko trzech lat zawarte było już porozumienie, na mocy którego chłopiec miał zaraz po gempukku ożenić się z wybraną mu przez ojca panną. Rodzinne drzewo genealogiczne wydawało coraz to nowe, wspanialsze pąki, co w oczach Kakita Nobunagi, głowy rodziny stawiało młodą bushi na szarym końcu listy jego zainteresowań, choć zapowiadała się na doskonałą adeptkę Akademii. Być może właśnie dlatego Święto Kwiatów Wiśni przywracało strzępki wspomnień z dzieciństwa, gdy była dla swej matki całym światem.
Teraz jednak spacer z rodziną przypominał dziewczynie o bolesnej stracie, którą starała się łagodzić babka Tsuriko, kobieta z Klanu Feniksa, niemłoda już i bardzo mądra. To ona nauczyła dorastające dziecko wszystkiego, co powinna wiedzieć młoda kobieta. To ona pokazała jej jak wiązać obi w ozdobny węzeł, jak prawidłowo zakładać kimono i zapełniła wyobraźnię dziewczynki niezliczonymi opowieściami o bohaterach, magii odwadze i miłości. Pomimo ponownego ożenku byłego zięcia, babcia wciąż opiekowała się osieroconą dziewczynką, której bardzo brakowało matki. To ona, odkąd pamiętała Tsuriko, zabierała ją na Festiwale, póki staruszce starczało sił. Dlatego też, po obowiązkowych wymianach z przyjaciółmi rodziny oraz sąsiadami niezbędnych ukłonów i grzeczności, dziewczyna po cichu opuściła kolorowy korowód i oddaliła się ku miejscu, które przywoływało w jej pamięci najwięcej skojarzeń. Przeszła wykładanymi marmurem, skąpanymi w świetle papierowych lampionów alejkami, obok których pozornie przypadkowo rozstawiono alabastrowe donice z drzewkami banzai, okolone starannie przyciętymi krzewami. Każdy zakręt krył nowe wspomnienia, kwitnące pysznymi barwami magnolii i piwonii, celem jednak był było jedno z najmłodszych drzew w ogrodach Kakita. Miejsce, gdzie rosło drzewko, niewielki, otoczony ażurowym płotem ogród, było dla dziewczyny miejscem szczególnym, kojarzyło się jej bowiem z matką, o której talentach jako Artystce słuchała od babki. Podobno drzewko posadzono w tym samym roku, w którym urodziła się Tsuriko, której pierwsze, dziecięce imię brzmiało Ume. Dotyk chropowatej kory drzewa i zapach kwiatów niezmiennie koił uczucia dziewczyny, która szumie wiatru w jego liściach znajdowała odbicie opowieści matki i babki. Przymknęła oczy, starając się w nie po prostu wsłuchać…
Nie zwracała uwagi na mijający czas, póki zza siebie nie usłyszała czyjegoś głosu, mówiącego cicho, lecz z wyraźnie słyszalną nutą zachwytu;
- To chyba najpiękniejsze drzewo w całym ogrodzie.
Dziewczyna odwróciła się gwałtownie, zaskoczona obecnością drugiego człowieka w jej własnym ‘sanktuarium’.
- Słucham…? – zapytała zaskoczona, na chwilę zapominając o nakazach etykiety, bowiem kilka kroków za nią stał młody mężczyzna, ubrany w barwy Klanu Żurawia. Jego długie włosy były białe, on sam zaś był wysoki i szczupły. Za pasem zatknięte miał pięknie wykonane daisho, jednak w dłoniach młodzieniec trzymał wachlarz, który świadczył, iż prawdopodobnie był dworzaninem lub dyplomatą. Nie przejął się także jej niezbyt uprzejmym pytaniem, zauważając jej zaskoczenie i zmieszanie, choć jako starszy zapewne miałby prawo ją zganić.
- Drzewo sakura. – odparł podchodząc bliżej. – Zawsze sądziłem, że tylko ja dostrzegam piękno tego młodego drzewka. Cieszę się, iż się myliłem. – dodał.
- Tak, to wyjątkowe drzewo, panie. – Tsuriko nie chcąc wyjść na niewychowaną i nieuprzejmą zebrała się w końcu na ostrożną odpowiedź. Zerknęła także dyskretnie na jego bogatą szatę, mając nadzieję, że to formalny ubiór, na którym wyszyte będą symbole jego rodziny. Na szerokich rękawach jego kimona dostrzegła wyhaftowane złota nicią mony Kakita, oraz osobisty symbol jego rodziny. Młodzieniec jednak musiał dostrzec jej nieco rozpaczliwą próbę zachowania się stosowanie do sytuacji oraz statusu rozmówcy, powoli skłonił się i powiedział;
- Nie przedstawiłem się, proszę o wybaczenie! Nazywam się Kakita Kiyoshi. – rzekł, zachowując się jakby miał do czynienia z osoba równą sobie, nie zaś z młodziutką uczennicą z Akademii. Tsuriko bowiem słyszała już jego imię. Kakita Kiyoshi był synem zamożnego samuraja o wysokiej pozycji na dworze. Mówiono, iż jest utalentowanym dyplomatą oraz zdolnym adepten szutki jaijitsu.
- Kakita Tsuriko… To zaszczyt móc cię poznać, panie. - Dziewczyna, lekko zażenowana jego bezpośrednim zachowaniem, skłoniła się, starając się nie popełnić już żadnej gafy. Mężczyzna jednak, choć na pewno zauważył niedociągnięcia w etykiecie dziewczyny, sprawiał wrażenie, jakby zupełnie się nimi nie przejmował.
- Nie sądziłem, że ktokolwiek zauważył ten cichy zakątek. – kontynuował. - Owszem, większe drzewa rosnące przy świątynnych alejach są bardziej okazałe, lecz to tutaj można naprawdę podziwiać prawdziwą urodę sakura. – Tsuriko przez chwilę milczała, zastanawiając się nad słowami dworzanina, na chwilę zapominając w czyim towarzystwie się znajduje.
- Tu nie słychać niczego, prócz szelestu liści. – rzekła po chwili, nie patrząc jednak na niego, a na przypominające drobiny śniegu białe płatki. – Dopiero tu można w pełni zrozumieć dlaczego Hantei i jego małżonka wybrali ten kwiat, by uczcić narodziny syna. Choć Hantei był kami, wiedział, iż kiedyś odejdzie. Kto wie? Być może pragnął, by jego potomek rozumiał, iż życie przemija i czy człowiek, czy bóstwo na ziemi, zostanie zapamiętany tak, jak żył. Życie ludzkie zaś przemija szybko, niczym kwitnące tylko kilka dni kwiaty wiśni. – gdy skończyła mówić, zapanowała cisza. Gdy zaczęła się przedłużać, Tsuriko kaszlnęła w zwiniętą dłoń, zawstydzona własnymi, szczerymi słowami.
- Wybacz, Kiyoshi-san, mówię od rzeczy… - on jednak patrzył na nią chwilę w milczeniu, by po chwili skłonić się głęboko.
- Tsuriko-san… Byłbym zaszczycony, gdybyś zechciała towarzyszyć mi na występach. - rzekł, wskazując szczupłą dłonią wyjście z ogrodu. – Podobno gejsze w tym roku planują przyćmić swój zeszłoroczny występ. – wahanie Tsuriko szybko stopniało, tak pod wpływem niezaprzeczalnego uroku młodego mężczyzny, jak z pragnienia, by go nie urazić. Skinęła lekko głową, obdarzając go równie uroczym, co nieśmiałym uśmiechem.
- Skoro tak, to rzeczywiście szkoda byłoby opuścić tak wspaniałe widowisko. To będzie dla mnie zaszczyt Kiyoshi-san.
- Nie traćmy więc czasu, występ zacznie się lada chwila i marnotrawstwem byłoby spóźnić się na niego. – odparł młodzieniec, kierując kroki w stronę placu, na którym wszystkimi kolorami tęczy lśniły papierowe lampiony, wabiące mieszkańców niczym ćmy do światła. Dwoje młodych ludzi także pozwoliło, by przyciągnęły ich te kolorowe światełka, wprost w objęcia gwarnego placu przed świątynią.
[/i]

_________________
...:::Beauty is within us
Just like a rose:::...
Powrót do góry Zobacz profil autora
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość Wyślij email Odwiedź stronę autora
 
Numer Gadu-Gadu
2645417
Morf_GM Płeć:Mężczyzna

Dołączył: 14 Wrz 2007
Status: offline
PostWysłany: 03-10-2007, 20:12   

Mój ulubiony system RPG, do tego darzony wielkim sentymentem klan Żurawia: nie spodziewałem się tu takiej niespodzianki i dlatego za nią dziękuję.

Przeczytałem tekst z wielką przyjemnością i należytą uwagą.

Oczywiście nie sposób ocenić pomysłu czy intrygi, bo to zaledwie wstęp do większej całości. Czy będzie to opowieść o konflikcie między obowiązkiem, a namietnością? Dramatyczna i gwałtowna jak starcie dwóch szermierzy, czy spokojna i zrytualizowana jak ceremonia herbaciana? Chętnie poznam ciag dalszy, żeby móc sieo tym przekonać.

Chcę przy tym zwrócić uwagę na sprawy formalne. Po pierwsze w L5K nazwa sztuki rytualnego pojedynku to nie "jaijitsu", a "iaijitsu" (iaijutsu, iaido, etc.). Po drugie wachlarz nie jest atrybutem dyplomaty czy dworzanina: powszechnie używają go wszyscy, włącznie z prostymi bushi. Dworzanin czy dyplomata, ubierający się zgodnie z wymogami etykiety, wyróżniałby się raczej charakterystycznym strojem (jego elementami, kolorem, krojem ied.) niż czymś tak pospolitym i uniwersalnym jak wachlarz.

Odnoszę przy tym wrażenie, że język, którego używasz, jest nieco zbyt kwiecisty - nawet jak na uduchowione i estetyczne realia Rokuganu (wiem, bo sam mam tendencje do przekazywania samurajskich historii w nadmiernie uwznioślony sposób). Nie piszesz przecież filozoficznej rozprawy ani opowieści poetyckiej, prawda? Utrudniało mi to odbiór całości. Mam przed sobą historię Tsuriko - "romansidło" jak napisałaś - w rokugańskim stylu, niech więc nie będzie zbyt górnolotne, gdy w grę wchodzą emocje i hormony.

I oczywiście napisz więcej, bo jestem zainteresowany przeczytaniem dalszego ciągu miłosnej historii spod znaku chryzantemy i miecza.
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość
Arleen Płeć:Kobieta
Żurawinka


Dołączyła: 03 Paź 2007
Skąd: Warszawa
Status: offline
PostWysłany: 03-10-2007, 21:15   

Witam Pierwszego z Czytających ;)

Miło mi, że Ci się podoba. L5R to także mój ulubiony system, przez co czasem więcej czasu spędzam szukając materiałów, by dysponować aktualnymi i proawdziwymi informacjami, niż pisząc (BTW, czy nie jesteś przypadkiem twórcą zmienionej mechaniki do L5K? Ja i moja drużyna gramy właśnie wg. tych zasad, a przynajmniej zdecydowanej ich większości!! Pisałam nawet do Ciebie kiedyś, gdy byłam młodsza i bardziej zadziorna :P)

Dziękuję Ci serdecznie za uwagi - na pewno poprawię błędy i wykorzystam sugestie, które mi poddałeś. Są dla mnie bardzo cenne, szczególnie, że darzę Żurawie ogromnym sentymentem, podobnie jak Ty.
Opowieść ta jest także dla mnie o tyle trudna, że staram się pisać o Rokuganie, a nie o Japonii widzianej oczyma Europejki. Będą wzloty i upadki, konflikt pomiędzy namiętnością i lojalnością także. I mam nadzieję, że uda mi się niczego nie popsuć. ;)

_________________
...:::Beauty is within us
Just like a rose:::...
Powrót do góry Zobacz profil autora
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość Wyślij email Odwiedź stronę autora
 
Numer Gadu-Gadu
2645417
Kashimu Płeć:Mężczyzna


Dołączył: 08 Wrz 2007
Skąd: Okinawa
Status: offline
PostWysłany: 08-10-2007, 21:14   

Opowiadanko napisałem, ponad rok temu, lecz nigdzie oprócz mojego forum oraz forum mojego pierwszego serwera, na którym grałem jeszcze się nie pojawiło, więc tutaj będzie jego debiut :) w miejscu gdzie są ludzie, którzy także piszą... Gwoli wyjaśnienia akcja rozgrywa się w świecie Lineage 2, więc nazwy miejsc, ekwipunku sie pokrywają, bądź są mniej więcej w moim tłumaczeniu polskim ich odpowiednikiem. Mam nadzieję, że nie ma dużo byków i się komuś spodoba :)


Było lato, słońce świeciło wysoko na widnokręgu, wiał słaby północny wiatr, budzący lekką bryzę na błękitnej tafli Jeziora Fellmere. Ashandarei usiadł na na przydrożnej skale, rozejrzał się dookoła a jego oddech był ciężki jak trzydziestokilowy młot niczym z kuźni jakiegoś krasnoluda. Nie mógł już znieść widoku martwych orków i wszędzie towarzyszącego im fetoru zgnilizny. To już czwarty dzień jak uciekał przed hordą goniących go orków po nieudanej bitwie w Zapomnianej Świątyni. Wszyscy jego przyjaciele, z którymi wybrał się na wbrew pozorom łatwą misję już nie żyli. Ashandarei przeżyl tylko i wyłącznie dzięki umiejętności szybkiego i bardzo sprawnego posługiwania się saberem, który dostał od dziadka. Ostrze już nie raz ratowało mu skórę. Tyle razy obiecywał sobie że nigdy więcej nie wyciągnie miecza i nie wyruszy z Wioski Elfów. Jednak za każdym razem cos go kusiło, wołało, musiał wyruszać na spotkanie przygody, taka już była jego natura... Ashandarei pomyślał o Amerelle, pięknej elfce o błękitno-zielonych oczach, jego żonie i o swojej malutkiej córeczce, być może nigdy już ich nie zobaczy. Lecz jeszcze nie wszystko stracone, musi tylko pomyśleć, skupić się, nie przemyślane decyzje zawsze prowadzą do katastrofy. Tak właśnie było w przypadku tej wyprawy, czystą głupotą było nie zabranie ze sobą żadnego uzdrowiciela i choćby najsłabszego maga. Nie wszysko można zrobić tylko siłą mięśni. Ashandarei zawsze chciał być członkiem Śpiewających Ostrz, jednak jeśli teraz czegoś nie wykombinuje nigdy nie będzie mu to dane.

Nagle wśród stada kruków i sępów krążących nad krwawą miazgą którą urządził z ostatniej bojówki orków ujrzał gołębia. Nie był to zwykły gołąb. W sumie nic by go spośród innych gołębi nie wyróżniało, z takim małym wyjątkiem, że zwykłe gołębie się nie świecą. Ashandarei podniósł się, podszedł na skraj brzegu i przemył twarz zimną wodą, możliwe że to ze zmęczenia widzi dziwne rzeczy, spojrzał w niebo jeszcze raz. Gołąb dalej krążył nad nim jakby chciał mu coś przekazać, nagle zaczął lecieć w kierunku wyspy otoczonej przez gęste trzciny i haszcze. Przysiadł na galęzi i spojrzał na niego. Elf poczuł że to właśnie tam ma sie udać, że to właśnie coś ważnego stanie się na tej wyspie. Zdjął z siebie przesiąknięty krwią i przetarty stary komplet Brigandine. Nic tam, nie miał zamiaru kupować nowego u kowala w Gludio, ten był mimo kilku dziur bardzo dobry i lubił go. Komplet był też pamiątka rodzinną odziedziczoną tak samo jak miecz po dziadku, posiadał też zdolności magiczne, otóż w dziwny sposób nie pozwalał wykrwawić się noszącej go osobie. Może dzięki temu Ashandarei jeszcze żył. Ashandarei spojrzał raz jeszcze na drugą stronę jeziora, dziwnie czuł że tam będzie bezpieczny, że może tu zostawić swój miecz. Wskoczył do jeziora i przepłynął na wyspę. Wyszedł na brzeg i usiadł na trawie. Dziwny gołąb zniknął. Ashandarei pomyślał, że musiał być jakiś powód aby tu się zjawić więc czekał. Czekał czekał, jednak znużenie i trudy ostatnich starć go dopadły. Jego powieki stawały się ciężkie, ciężkie, musiał zachować czujność - pomyślał, lecz z drugiej strony nie miał nawet czym sie obronić, ciężkie, i nagle nastała ciemność...

- Obudź sieeeeę - delikatny głos szeptał Ashandarei w głowie
- zbuuuuudź się, zbudź się - głos tak piękny że elf pomyślał że dalej śni
- Zbudź się - Ashandarei powoli otworzył oczy, światło poranka było tak rażące, że pomyślał że spał całą wieczność. Dziwne, nie czuł zmęczenia, dotknął boku, głębokiej rany zadanej przez dowódcę hordy orków też nie było... Hmmm
- Zbudź się! - usłyszał znowu. Otworzył szerzej oczy i podniósł się. Widok który ujrzał niemalże zwalił go z nóg. Wokół nie było ani śladu po tym co pamiętał przed zaśnięciem, ani jeziora, ani wysepki na której sen go zmógł ani śladu krwi na rękach. Lekki wiaterek mierzwił mu włosy, a wokół było słychać świergot kanarków... Lecz zastanowiło go to, co to za głos go obudził... Obrócił głowę i widok, który ujrzał spowodował że oczy niemal wyszły mu z orbit. Całe życie myślał że Latające Wróżki to legenda niczym Święty Mikołaj. A tutaj nagle ma jedną tuż przed sobą! Była mała niczym latający słowik, mimo tego wyglądała jak człowiek, tylko taka malutka, tyci tyci i miała skrzydła!

- Witaj Ashandarei - powiedziała nieznajoma istotka
- ehnnmooaa... - elf nie mógł wydusić z siebie słowa.
- no co sie tak patrzysz nigdy Wróżki nie widziałeś? hihi. Mam na imię Elli, jestem główną kapłanką Rady Wróżek w Dolinie Enachantów. Zapytasz mnie skąd się tu wziąłeś? Może wyda ci się to dziwne, ale jedna z moich sióstr znalazła cię ledwo żywego na wyspie na Jeziorze Fellmere. Zginąłbyś żeby nie ona, miałeś szczęście że posiadała zdolność Rezurekcji bo wyciągnęło cię to ze stanu w którym się znajdowałeś. A pózniej użyła Zwoju Ucieczki i znalazłeś się tutaj.

- Ja tylko zasnąłem... - powiedział Ashandarei
- Tak ci się tylko wydawało, za dużo by tu opowiadać bo to bardziej skomplikowane niż ci się wydaje, chcę żebyś wiedział jedynie, że tak miało być, i miałeś się znaleźć właśnie tutaj i właśnie teraz. Ja jako wysłanniczka Rady mam dla ciebie najważniejsze zadanie w jakim kiedykolwiek miałeś okazję uczestniczyć. Z góry mówię że zginiesz ale tak właśnie ma być. Zginiesz by kiedyś narodzić się na nowo, a stanie sie to jeszcze zanim twoja żona i córka opuszczą ten świat, więc nie martw się o nie.
- Dobrze, zawsze mimo tego że miałem nigdy więcej nie sięgać po miecz, miecz wołał mnie, widzę że tym razem jest tak samo. Co mam zrobić wróżko?
- Zadanie nie jest proste, otóż Rada szykuje ekspedycję na trzecie piętro Wieży Cruma, nasz gatunek umiera, potrzebujemy ekstraktu z krwi istoty tam właśnie się znajdującej - Core - głos Elli zadrżał gdy wypowiadała to imię,
- czyli mam pójść tam i go zabić tak? - spytał elf
- nie, przetszesz nam szlak ponieważ same nie damy rady dotrzeć przez hordy port i kratorów, Core zajmiemy się my i jak powiedziała nasza wyrocznia zginiesz zabity przez stado snipów, przykro mi ale jak już mówiłam to jedyne wyjście byś stał się tym, kim masz się stać w przyszlości... To nie przypadek że to właśnie ty masz to zrobić. Ale więcej nie mogę ci zdradzić niestety.
- Dobrze nie będę nalegał, mam wobec was dług wdzięczności, i tak bym nie żył, a tyle razy wymykałem się Śmierci że naprawdę musiała się już wkurzyć. Wolę zginąć w walce niż umrzeć ze starości. Tak więc zgadzam się na twoją propozycję Elli.
- Dostaniesz coś ode mnie, coś specjalnego, coś co pomoże ci wykonać twoje zadanie - Elli wykonała kilka płynnych ruchów
dłońmi i wokół niej pojawiła się blado-żółta poświata. Ashandarei nigdy wcześniej nie widział efektów wykorzystywania magii, słyszał jedynie o nich od swojego dziadka i tak samo jak wróżki i inne rzeczy o których wie z opowieści dziadka uważał za bajki. Elli wypowiedziała jeszcze jakieś nie zrozumiałe dla niego zaklęcie i nagle Ashandarei poczuł mrowienie w całym ciele od głowy po stopy, później ciepło, coraz cieplej, gorąco, a nagle przerażający ból, ból skłonny wyrwać mu serce z piersi, nie mógł krzyczeć, nie mógł oddychać. Pomyślał że tak pewnie wygląda Śmierć i że właśnie przyszła po niego. Obraz pięknej wróżki zniknął mu sprzed oczu widział jedynie ciemność i ciemność na tle ciemności, ból zniknął, elf nie czuł nic, nie widział nic, dryfował w otchłani nicości. Nagle usłyszał znajomy głos, piękny głos, głos niczym pieśń, pieśń niczym głos.
- czyj to głos, pomyślał. Imię łaskotało go gdzieś w najgłębszych zakamarkach jego świadomości. Elli, Elli, Elli, tak już pamiętał, Elli wróżka. I nagle błysk, migotanie, ból, migotanie - wszystko prysło. Ashandarei spojrzał na siebie, spojrzał co ma w dłoniach. Nie mógł uwierzyć w to co widzi. To jest coś o czym mógłby marzyć nawet największy członek Zakonu Spiewających Ostrzy.

- Witaj spowrotem przyjacielu - powiedziała Elli z uśmiechem na ustach. Oto mój prezent dla ciebie, od tej chwili Zbroja Niebieskiego Wilka i Miecz Samuraja są częścią ciebie, i zostanie tak nawet gdy zginiesz wypełniając misję, którą ci powierzyłam.
Witaj nowo narodzony Śpiewający.

Ashandarei wyruszył w czeluście Wieży Cruma, wypełniając zadanie powierzone mu przez tajemniczą Elli. I stało się dokładnie tak jak powiedziała, Śmierć wreszcie go dopadła, tak miało być. Jednak jak mówi Przepowiednia powróci, bo to jeszcze nie wszystko czego musi dokonać.

W Wiosce Elfów właśnie nadchodziła zima. Amerelle i jej córeczka Alice przygotowywały zapasy na nadchodzące ciężkie czasy. Minął rok jak Rada Magów odkryła u małej zdolności magiczne, i od tamtej pory Ali bezustannie ćwiczyła, chciała zostać wielką Czarodziejką. Na razie umiała podpalać tylko ogień w kominku, ale magowie mówią że jak na jej wiek to bardzo dużo i pokładają ogromne nadzieje w jej umiejętnościach. Alice była mądrym dzieckiem i bardzo szybko zobaczyła, że mamę bardzo coś gnębi, jednak nie miała odwagi zapytać, po kilku miesiącach sama zaczęła się martwić. Tatuś zawsze długo nie wracał, ale nigdy aż tak długo. Miała złe przeczucie, bardzo złe przeczucie. Pewnego dnia jednak była już pewna że tatuś nie wróci, był silnym i bystrym elfem z czego pamiętała i na pewno nie dałby się zabić byle komu. Alice postanowiła, że wyruszy w świat. Wyruszy by odnaleźć ojca.

Jak się okazało później była to najważniejsza decyzja w jej życiu....

_________________
http://szakusek.myanimelist.net/
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość Odwiedź stronę autora
Elof Płeć:Mężczyzna
Kowal


Dołączył: 12 Paź 2007
Skąd: Chmmm... dobre pytanie...
Status: offline
PostWysłany: 23-11-2007, 10:09   

To teraz ja wrzucę swoje dwa stare opowiadania. Trzecie dopiero powstaje i nie wiem kiedy skończę. Ostatnio wena mi siadła :/ Tak więc miłej lektury;)

"Jesienny wiatr" (2006)

Wiatr szumiał w koronach wiekowych dębów, rozsianych wzdłuż dawno nieuczęszczanej, niemalże całkowicie zarośniętej drogi. Przedzierał się poprzez jesienne liście, okrywające grube konary tych naturalnych posągów i za każdym razem porywał część tego okrycia, miotając nim w przeróżne strony. Raz w górę, raz w dół, czasem rzucając je w szaloną spiralę, aby w końcu rozrzucić je niedbale i ponownie pochwycić. Bawił się niczym małe dziecko, chwytające na plaży, suchy piasek i rozsypujące go na wszystkie strony. Szalał w swej radości drażniąc drzewa, które we własnym nieszczęściu trwały nieruchome, niezdolne opędzić się od szalonego natręta, kradnącego ich jedyne okrycie i ozdobę. Mogły jedynie trwać cierpliwie, pogodzone ze smutnym, jednakże stałym losem, który każdego roku przysyłał tego zuchwałego rabusia, aby bezlitośnie odzierał je z delikatnej szaty.
Tak też nieruchomo przyglądały się w jedynej istocie ludzkiej, jaka stała pośrodku drogi i wpatrywała się starą metalową furtkę, znajdującą się u jej końca. Istotą tą był około trzynastoletni chłopiec o ciemnych, potarganych włosach i spokojnych, równie ciemnych oczach. Ubrany w przetarte, zakurzone dżinsy, oraz szary wełniany sweter, wydawał się nie przejmować podmuchami wiatru, który atakował go ze wszystkich stron.
Wiatr w końcu znudzony brakiem reakcji ze strony atakowanego, postanowi oddalić się w kierunku koron drzew, skąd zaczął strącać liście, które opadały na chłopca niczym delikatne płatki różnobarwnych kwiatów, sypanych przy wjeździe monarchy do swojego królestwa.
Stara furtka została umieszczona w równie starym, zbudowanym z kamieni murze, otaczającym ogromny teren porośnięty lasem. Był niespełna na cztery metry wysoki i na szczycie posiadał rozmieszczone w kilkunastometrowych odcinkach żeliwne latarnie, których nigdy nie widziano zapalonych.
Najbardziej jednak interesowało chłopca to, co się poza tym osobliwym ogrodzeniem znajduje. Wiele razy próbował dowiedzieć się czegoś o tym miejscu od innych ludzi, lecz z czasem zauważył, iż nie tyle nikt nie wiedział, lub też nie chciał powiedzieć co kryje się za starym ogrodzeniem, lecz nikt się tym zwyczajnie nie interesował. Jego próby sprowadzenia kogokolwiek ze swoich przyjaciół w celu przedostania się poza mur, nie przynosiły żadnego efektu. Rodzice natomiast na propozycję niedzielnego spaceru w tamte rejony, odpowiadali śmiechem albo też zniechęceniem mówiąc, że jest wiele ciekawszych miejsc na spacer.
Tak też widząc, iż nie może liczyć na nikogo innego oprócz siebie, wyruszył z postanowieniem przedostania się przez mur i dokonania krótkiego zwiadu na terenie znajdującym się poza nim.
Stojąc wreszcie przed celem swojej wyprawy, ogarnęło go dziwne uczucie niebywałego napięcia, jak również dziwnej pewności siebie. W pewnej chwili poczuł, że miejsce do którego zmierzał i które było dla niego największą tajemnicą nie jest mu do końca obce. Drzewa otaczające starą drogę, sprawiały wrażenie dobrych znajomych, witających go z dziwnym spokojem i zdawałoby się pewną dozą dostojności. I jeszcze ten wiatr, niosący ze sobą nie tylko suche liście ale także zapach, który przesiąknięty jesienią, wydawał się charakterystyczny dla rodzinnego domu, jaki dawno się opuściło i niemalże całkowicie zapomniało, zachowując w pamięci jedynie niewielką jego cząstkę. Powracała ona zawsze w momentach, których się nie spodziewał i napełniała niewypowiedzianą tęsknotą za czymś, czego nie mógłby nigdy nikomu opisać. W takich momentach starał się chwycić tą cienką nić, mogącą zaprowadzić go do źródła tego niezwykłego pragnienia, lecz za każdym razem urywała się gdy był już prawie u celu.
Przepełniony tym dziwnym uczuciem, ruszył w kierunku niewielkiego przejścia, prowadzącego w miejsce owiane tajemniczą tęsknotą, która w pewnym momencie chwyciła go za rękę i nie chcąc puścić zaczęła ją ciągnąć ku starej, ozdobnej klamce umieszczonej w stylowej furtce. W momencie gdy spoczęła na niej, wiatr dotychczas radośnie hulający w koronach drzew znieruchomiał, tak iż w niezmąconej jego hałaśliwym zachowaniem ciszy, dało się słyszeć ciche skrzypienie zawiasów. Dźwięk ten w jakiś niesamowity sposób, wdzierał się do umysłu chłopca, rozlewając w nim najniezwyklejsze obrazy tego, co mógł zobaczyć po drugiej stronie ogrodzenia.
Kiedy wreszcie przebył granicę oddzielającą go od tajemnicy, która zawładnęła bez reszty jego wyobraźnią, uczucie wielkiej tęsknoty jaka oplotła go przed wejściem, raptownie rozwiało się, zastąpione dziwną radością. Przedarłszy się przez suche zarośla znajdujące się tuż za murem, dotarł na zasypaną suchymi liśćmi drogę, otoczoną zewsząd lasem. Las ów, tworzyły niezwykle stare dęby, kasztany, klony oraz inne drzewa, których na pierwszy rzut oka nie mógł rozpoznać. Pomiędzy drzewami gdzieniegdzie rosły karłowate zarośla, jednak było ich tak niewiele, że i tak można było swobodnie się poruszać. Grunt pomiędzy nimi zasypany był grubą warstwą martwych liści, tworząc misternie pleciony dywan, w kolorze żółci, brązu i złota.
Chłopiec ruszył drogą niespiesznym krokiem, rozglądając się dookoła szeroko otwartymi oczami, ledwie powstrzymując przed puszczeniem się biegiem, nie bacząc na to, dokąd droga mogła go zaprowadzić. Pełen napięcia szedł dalej, wsłuchując się w delikatny szum wiatru, który cały czas mu towarzyszył ponad głową, lekko tylko ocierając się o korony stojących dostojnie, starodawnych drzew. Ich dostojeństwo wydawało się jeszcze większe niźli tych drzew, które stały poza murem. Mogłoby się wydawać, iż nie są tylko roślinami, ale pełnymi doświadczenia i nabytej etykiety dworzanami, traktującymi go z należnym szacunkiem. Wiatr także wydawał się zdawać sobie sprawę z miejsca, w którym się znajduje i jak gdyby pozwolił sobie tylko na spokojne wyczekiwanie dalszego rozwoju sytuacji.
Młody człowiek tymczasem przyspieszył kroku, gdyż jego wzrok wypatrzył w oddali, stojący na skraju drogi duży, jasny przedmiot. Gdy się do niego zbliżył okazał się posągiem młodej kobiety naturalnych rozmiarów, stojącej na mniej więcej metrowej wysokości, szerokiej kolumnie. Kobieta była wyrzeźbiona z nieznanego mu kamienia z niezwykłą pieczołowitością, tak iż zdawało mu się jakby była ona żywą istotą, zaklętą w zimny głaz. Miała ona lekki uśmiech na twarzy, oraz niezwykle łagodne spojrzenie. Ubrana w powłóczystą szatę, przypominała chłopcu stroje kobiecych postaci z jego ulubionych baśni, oraz stała wyprostowana z lekko rozchylonymi rękoma, jakby właśnie miała przytulić zapłakane dziecko i wysłuchać cierpliwie jego żalu. Chłopiec pomyślał, iż mógłby polubić tę tajemniczą postać gdyby była żywą istotą. Co więcej, poczuł przy niej lekki smutek, że nie może poczuć jej uścisku pełnego ciepła i zrozumienia. Wydawał mu się on bardzo znajomy.
Po chwili jednak, odwrócił się od kamiennej postaci i ruszył dalej drogą, zauważając ku własnemu zachwytowi, że podobne posągi zostały rozstawione wzdłuż całej drogi, po obu jej stronach. Stały one w pewnej odległości od siebie a w przerwach pomiędzy nimi, znajdowała się zawsze żeliwna latarnia. W chwili obecnej nie były one zapalone gdyż było jasno i popołudniowe słońce przedzierało swoje promienie pomiędzy koronami drzew.
Posągi przedstawiały różne postacie, rycerzy odzianych w zbroje, dumne postacie w bogatych strojach, z których jedne z nich wzbudzały szacunek a część z nich niechęć z powodu aroganckiego wyrazu twarzy. Niektóre z nich przypominały postać pięknej kobiety jaką spotkał na początku, inne zarówno kształtem ciała jak i wyrazem twarzy wręcz przeciwnie. Były także postacie, ubrane w dziwaczne stroje, które wzbudziły uśmiech na twarzy jak i również w sercu chłopca, ponieważ rozpoznał w nich błaznów jakich wiele razy widział na ilustracjach ukochanych książek. Radość coraz szerzej rozlewała się w nim, powodując iż niemal biegł od posągu do posągu, podziwiając błyszczącymi niczym ogromne diamenty oczyma, niesamowite postacie, które jedną cechę miały wspólną – były w niemalże idealnym stanie i wyglądały jak żywe.
W końcu jednak, chłopiec dotarł do końca drogi i do ostatnich postumentów jakie wzdłuż niej stały. Oba posągi stały po jednej i drugiej stronie, dokładnie naprzeciwko siebie. Po lewej stronie znajdowała się postać wysokiego mężczyzny w średnim wieku, odzianego w oszałamiająco bogato zdobioną zbroję i w pokrytą wzorami pelerynę. Obiema rękami trzymał przed sobą sztandar, na którym umieszczony został wizerunek miecza, wbitego w liść. Po stronie prawej natomiast, posąg przedstawiał niezwykle piękną kobietę o sięgających pasa włosach i ubraną w długą, zdobioną szatę. Na ramionach miała obszytą futrem pelerynę z kapturem, a w dłoniach przed sobą trzymała niewielką poduszkę, na której leżało pięć owalnych przedmiotów. Chłopcu niczego innego nie przypominały, oprócz zwykłych, niewiększych od orzecha włoskiego kamieni. Obie postacie miały władczy wyraz twarzy i wzbudzały mieszaninę lęku jak i szacunku. Nosiły na głowach proste diademy, co musiało świadczyć o tym, że byli to władcy tego miejsca.
Droga kończyła się szerokimi, kamiennymi schodami, które delikatnie wznosiły się wraz z ziemią, kończąc na górze niewielkim placem. Młody człowiek zaczął iść na górę, powoli stawiając kroki na kolejnych, szarych stopniach, strącając z nich suche liście, które gdzieniegdzie leżały bezwładnie. Znalazłszy się wreszcie na wyłożonym gładkimi, kamiennymi płytami placyku, spostrzegł kolejne schody, tym razem prowadzące do najpiękniejszych budowli jakie w swoim życiu widział. Ustawione były one na około czterometrowej wysokości kolumnach i przypominały szereg połączonych ze sobą kamienno – drewnianych altan. Nie posiadały one drzwi ani ścian, oraz połączone były niezliczoną ilością otwartych korytarzy, które tworzyły osobliwe, zawieszone nad ziemią arkady. Ich kolumny i łuki były pokryte niezwykłej urody zdobieniami. Były to namalowane, bądź wyrzeźbione wzory roślinne, których pędy wiły się pomiędzy kolumnami aż po sklepienie, wykonane z tak olśniewającą perfekcją, że trudno było odróżnić je od żywych roślin, jakie również wspinały się po tej wspaniałej konstrukcji. Czasem pomiędzy tymi wzorami, dało się zauważyć misternie wyrzeźbionego, ręką znakomitego artysty ptaka zrywającego się do lotu, wilka śpiącego pomiędzy roślinnością i wiele, wiele innych których wspaniałości nie sposób ogarnąć całym umysłem.
Chłopcu wydawało się, iż budowle te w jakiś sposób nie mogły by istnieć bez tego lasu pogrążonego w jesieni. Miał wrażenie, że wyrosły one wraz z otaczającymi je drzewami. Czuł, iż gdyby zaczął kopać pod owymi budynkami, natrafiłby na ich grube korzenie sięgające w głąb ziemi.
Wspaniałość tego dzieła jakie miał przed sobą, spowodowała że nie wytrzymał i ruszył biegiem w głąb wiszących budowli, a wiatr spokojnie dotychczas przyglądając się wszystkiemu, wleciał pomiędzy budynki oraz drzewa nie odstępując na krok, przepełnionego euforią chłopca. Tymczasem chłopiec biegł przepełniony radością, niczym szalejącą burzą w jego wnętrzu, nie zatrzymując się ani na chwilę. Pędził arkadami porażającymi kunsztem wykonania, przebiegając przez różnej wielkości altany, od zupełnie niewielkich do ogromnych niczym największe sale tronowe. Niektóre wypełnione stojącymi posągami zwierząt i ludzi, wykonanymi z drewna lub z kamienia i co dziwne nie naruszonymi jak całość tego niesamowitego miejsca, zębem czasu.
Chłopiec czuł, że tym razem znajdzie to czego szukał na końcu nici. Jednak tęsknota, którą wcześniej odczuwał powróciła i zdawała się teraz niemalże pulsować ze zdwojoną siłą. Wymieszana z niepohamowanym szczęściem, oraz pewnością dotarcia do poszukiwanej tajemnicy, wzywała go aby pędził dalej i dodawała sił w biegu po nie mających końca pomostach, otwartych komnatach i arkadach. Wiatr tymczasem, trzymał się tuż za młodym człowiekiem i nie oddalając się ani na chwilę, wzbijał w górę opadłe liście zalegające na posadzce. Wciąż jakby wyczekiwał na odpowiedni moment, aby zanurzyć się wraz z nim w szalonej radości.
Nagle chłopiec dostrzegł przed sobą coś, co spowodowało iż zwolnił. Pomost którym biegł, raptownie zakończył się schodami prowadzącymi na ziemię, gdzie leżał okrągły, kamienny placyk przylegający bezpośrednio do niezabudowanej części lasu. Po środku tego placu, stał niski postument, na którym znajdował się posąg podobny do tych, które widział na drodze. Rzeźba przedstawiała dziewczę, o delikatnych rysach twarzy i rozpuszczonych włosach sięgających niewiele poniżej ramion. Jej wygląd świadczył o tym, iż była mniej więcej w wieku chłopca. Ubrana była w sukienkę sięgającą kostek z długimi luźnymi rękawami, oraz pelerynę na ramionach, spiętą na piersiach okrągłą klamrą. Stała wyprostowana i parzyła delikatnie w dół, tak że gdy się doń podeszło wydawało się, iż patrzy na ciebie. Jedną rękę miała opuszczoną wzdłuż ciała, a drugą wysuniętą lekko przed siebie, co sprawiało wrażenie, że stara się chwycić czyjąś dłoń.
Chłopiec nie mogąc oderwać wzroku od baśniowej postaci, podszedł zauroczony jej niezwykłą urodą i w pewnej chwili wydała mu się ona najlepszą przyjaciółką jaką znał. Szeroko otwartymi oczyma obserwował kamienną postać, pod której powłoką widział najpiękniejszą istotę jaką w życiu spotkał. Dla niego była teraz osobą, która nie jest mu obca i po chwili tęsknota jaka nie odstępowała jego serca ani na krok, ulotniła się delikatnie niczym mgła. Pozostała tylko radość, czysta nie splamiona żadnymi zmartwieniami radość i pewność siebie. Tak więc nie bacząc na to, iż dłoń była tylko częścią kamiennego arcydzieła, delikatnie chwycił ją tak jak gdyby chciał pomóc zejść ukochanej przyjaciółce z podwyższenia.
Wiatr dotychczas cierpliwie wyczekujący, nagle zerwał się gwałtownie i zaczął wirować z szaleńczą prędkością wokół trzymających się za rękę postaci. Teraz wreszcie mógł dać upust swej szalonej radości, wzbijając z ziemi suche liście i miotając je pomiędzy dwiema postaciami. Powiększał swą siłę docierając także do koron drzew, zdzierając z nich resztki okrycia i zasypując nimi plac. Drzewa tymczasem zamiast pomrukiwać niezadowolone z zaistniałego faktu, teraz radośnie poruszały ogromnymi konarami, starając się pomóc żywiołowi pogrążonemu w euforii, strącając resztki suchej ozdoby. Skrzypiały i trzeszczały śmiejąc się do siebie w szczęśliwym uniesieniu, oraz przekomarzały się z rozradowanym wiatrem.
Dziewczę tymczasem zeskoczyło lekko z podwyższenia, trzymając oszołomionego chłopca za ręką i uśmiechnęło się serdecznie. Po chwili ruszyła biegiem w głąb lasu, ciągnąc za sobą opętanego szczęściem chłopca, śmiejąc się radośnie wraz z drzewami i wiatrem, który dołączył do nich i hulał razem z nimi pomiędzy drzewami, wzniecając tumany złotych liści. Nagle dziewczyna chwyciła drugą rękę chłopca i zaczęła wirować z nim w szalonym tańcu, przemykając pomiędzy drzewami coraz szybciej i szybciej. Śmiali się radośnie oboje, a wraz z nimi wiatr, który pląsał pomiędzy nimi niczym błazen.
Młodemu człowiekowi wydawało się, iż słyszy muzykę która gra do ich tańca i wypełnia cały las. Była ona tak radosna, tak przepełniona euforią, że zapragną tańczyć przy niej tak długo jak tylko się da, wraz z jego piękną przyjaciółką. Czuł, że wirują coraz szybciej, a muzyka wypełnia całe jego wnętrze i zagnieżdża się już tam na zawsze. Zdawało mu się, iż tańczy całą wieczność, ale wciąż było mu mało. Chciał jaszcze i jeszcze, pragnął żeby ten taniec nie miał końca. Chciał słyszeć śmiech, muzykę i wirować razem z wiatrem, oraz z najpiękniejszą osobą jaką w swoim niedługim życiu widział. Nie czuł zmęczenia, nie widział zmieniających się pór dnia, a następnie pór roku. Czuł tylko ciepłe dłonie przyjaciółki i suche liście wirujące wraz z nimi.
Tymczasem wiatr hulał pomiędzy dwiema kamiennymi postaciami, zastygłymi w szalonym tańcu po środku placu. Szalał w swej radości drażniąc drzewa, które zmęczone zabawą trwały nieruchome odpoczywając. W końcu znudzony brakiem reakcji z ich strony złagodniał i leniwie odfrunął w kierunku muru otaczającego niezwykły las.



KONIEC


"Szara pustynia"(2007)

Szczęk stali odbijał się echem pośród nagich skał, otaczających dolinę zatopioną w szkarłatnej krwi poległych żołnierzy. Pozbawione emocji obserwowały jedno z wielu podobnych wydarzeń, jakie miały miejsce w tych niespokojnych czasach. Kolejne dwa zwaśnione rody ruszyły do walki, na rozkaz swoich przesiąkniętych tyle samo pychą co jadłem panów, aby powiększać ich niebywałą chwałę. Ginęli jeden za drugim, nie przechylając szali na niczyją korzyść. Umierali z honorem dla umiłowanego wodza, który w chwili ich chwalebnego zgonu, spożywał tłustego dzika, popijając spływającym mu po brodzie słodkim miodem. Wielu ginęło i jeszcze wielu z ogromną zażartością walczyło. Żadna ze stron, jednak nie chciała się wycofać.
– Psiakrew! – wysyczał przez zaciśnięte zęby Neliar i płasko wyprowadził cios w kierunku przeciwnika. Miecz jednak nie dosięgną ciała i uderzył z brzękiem w skałę znajdującą się tuż obok.
– Powiedz mi mój drogi Neliarze! – krzyknął Ulreth. – Czy to ból wywołał ten bezmyślny atak, czy też wściekłość zaistniałym faktem, iż to mój miecz jako pierwszy skosztował twojej krwi, hmm?
– Niech cię szlag! Myślisz, że zadając mi takie rany pokonasz mnie?! Ty pewny siebie sukinsynu... – powiedział Neliar i ruszył z rykiem do ataku.
Ulreth sparował pierwszy cios i przypuścił kontratak, celując w nieosłoniętą szyję przeciwnika. Neliar jednak wykonał zręczny unik i zdołał wyprowadzić pchnięcie. Wojownicy wyprowadzali, oraz odbijali raz za razem ataki i pochłonięci walką nie zauważyli, że odgłosy otaczającej ich bitwy, powoli cichną.
– Hej, Neliar! Co tak niepewnie trzymasz miecz? Ach... tak, krew spływa ci na dłoń z rozciętego ramienia, cóż... nie będę nad tym ubolewał. – To powiedziawszy wyprowadził z całej siły cios z góry, który przeciwnik zdołał zablokować, jednak siła uderzenia wytrąciła mu miecz z dłoni.
Neliar szybko odtoczył się na bok, unikając tym samym kolejnego ciosu. Dziwił się, że jeszcze żyje. Od początku ta walka była skazana na porażkę, gdyż Ulreth zawsze był silniejszym i zdecydowanie lepiej wyszkolonym wojownikiem. Obaj byli synami baronów, którzy szczerze siebie nienawidzili i przelewali tę nienawiść właśnie w nich. Ulreth był wysokim, potężnie zbudowanym dwudziestosiedmioletnim mężczyzną, nigdy nie stronił od walki i jeśli tylko nie brał udziału w bitwie, to brał udział w bójkach, z których podobno zawsze wychodził zwycięsko. Miał długie jasne włosy i krótką szczecinę pokrywającą mu twarz. Neliar wręcz przeciwnie. Posiadał, pomimo tego samego wieku szczupłą sylwetkę i średni wzrost. Miał dość nieprzyjemny charakter jakim się szczycił w stosunku do innych i zdecydowanie lepiej wychodziło mu naigrywanie się, albo wręcz obrażanie wszystkich, niż prawienie komplementów. Czarne jak smoła włosy miał przycięte do ramion, twarz natomiast zawsze była gładko ogolona. Chociaż brakowało mu siły, to odznaczał się dużą zwinnością i szybkością, co pozwoliło mu dzięki ucieczce nieraz uniknąć łomotu, przez zbyt cięty język.
W tej chwili, Neliar również postanowił skorzystać z tego sposobu. Wiedział, że tym samym wyjdzie na tchórza, jednak kompletnie nie dbał o to. Dla niego po stokroć więcej warte było uratowanie własnego życia, niż honor którym wyraźnie gardził. Zebrał więc resztki sił, zerwał się na nogi i ruszył biegiem w stronę lasu, znajdującego się na końcu doliny. Nie przebył jednak piętnastu kroków, gdy nagle potknął się i runął jak długi.
– Jasna cholera! – krzyknął i zacisnął powieki gotując się na śmierć. Wiedział bowiem, iż tym razem Ulreth go dosięgnie. Wbrew temu czego się spodziewał, cios jednak nie nadszedł. Otworzył oczy i nie widząc nikogo obok siebie powoli wstał. Rozejrzał się dookoła i zobaczył swojego przeciwnika, stojącego nieruchomo kilkanaście kroków dalej.
– Hej! Ty łajdacki psie! – krzyknął do niego Neliar. – Masz zamiar tam stać nieruchomo? Miałeś szansę mnie zabić i ją zmarnowałeś. Jesteś zwykłym, tępym, śmieciem.
– Stul pysk tchórzu! – odparował Ulreth nie odrywając wzroku od jakiegoś ciemnego przedmiotu, poruszającego się tuż pod zboczem doliny – nie obchodzi mnie już czy zginiesz, czy też nie. Poniżyłeś się wystarczająco. Nie zasługujesz nawet na śmierć, ty pozbawiony duszy gadzie.
– Mocne słowa – to powiedziawszy, zaczął się przyglądać dziwnej rzeczy, która po chwili okazała się postacią odzianą w powłóczystą, ciemną szatę. Owa postać zwróciła się w stronę wojowników i powoli zaczęła ku nim kroczyć. Neliar starał się odróżnić czy to mężczyzna czy kobieta, lecz było już po zmroku, a poza tym tajemnicza postać miała na głowie zasunięty kaptur, który skutecznie przesłaniał twarz. Nie należała ona z pewnością do żadnej z obu armii. Gdy znajdowała się około piętnastu kroków od Ulretha, niespodziewanie rzucił się na nią, jeden z jego żołnierzy. Dopiero teraz Neliar i jego przeciwnik zauważyli, iż oprócz nich i owego żołnierza, nikogo walczącego nie widzieli i nie słyszeli. Zołnierz uderzył toporem w stronę zakapturzonej postaci i na moment przesłonił ją swoją sylwetką. Obserwujący tę scenę wojownicy spodziewali się, że ujrzą ciemny kształt osuwający się bez życia na ziemię, lecz zamurowało ich kiedy to ów żołnierz padł przed postacią bez życia.
– Co, do diabła... – drżącym głosem wyszeptał Ulreth. Nienaturalna cisza panująca dookoła sprawiła, iż poczuł się nieswojo. Coś nie dawało mu spokoju, przecież jeszcze przed chwilą dookoła szalała walka. Zastanawiał się czy przypadkiem bitwa nie przeniosła się do lasu, lecz po chwili pojął, że i tak słyszałby jej odgłosy.
Tymczasem tajemnicza postać, zbliżała się do niego. W jednej chwili ogarnęła go wściekłość i rzekł ku niej podniesionym głosem:
– Chcesz zabijać bezkarnie moich kamratów? Nie pozwolę ci na to... kim jesteś żeby to robić. Przeklęte widmo! – wypowiedziawszy to, rzucił się ku niej z podniesionym mieczem.
Neliarowi zmroziło krew w żyłach, gdy zobaczył jak miecz Ulretha przechodzi przez ciało mrocznego przybysza, nie wyrządzając mu najmniejszej krzywdy. Widział jak jego przeciwnik bezskutecznie zadaje ciosy a postać stoi i przygląda się napastnikowi. Po chwili wyciągnęła przed siebie dłoń i dotknęła go delikatnie. Neliar wiedział już co powinien zrobić, kiedy zobaczył bezwładne ciało Ulretha opadające na ziemię. Wziął nogi za pas i ruszył pędem w kierunku lasu.
Biegł ile sił w nogach byle tylko uciec od przeklętej zjawy, która uśmierciła jego wroga. Kiedy od lasu dzieliło go około dwustu kroków, obejrzał się za siebie i zobaczył w oddali ową postać, która wyraźnie za nim podążała. Przyspieszył więc, mimo iż wydawało by się, że poruszała się zdecydowanie wolniej. Kiedy dotarł na skraj lasu, zatrzymał się aby złapać oddech sądząc, że mroczna postać musiała zostać daleko w tyle. Odwrócił się w stronę, z której to nadbiegł i omal nie wpadł na drzewo kiedy zerwał się do dobiegu, po tym jak z przerażeniem spostrzegł, iż krocząca za nim postać jest kilka kroków za nim.
– Do stu demonów! – warknął w myślach Neliar. – Sądzisz, że tak łatwo mnie dorwać? Liczyłaś na to, iż skamienieję z przerażenia na twój widok? Nie będziesz decydować kiedy mam umrzeć, co jak co, ale jeszcze mi do tego daleko...
Przeklinając w duchu biegł przez zatopiony w mroku las, potykając się o wystające z ziemi korzenie i inne nierówności. Przemykał pomiędzy starymi drzewami i krzewami, które raniły swymi cienkimi gałęziami jego nie osłoniętą twarz. Oglądał się co jakiś czas za siebie, lecz przez ciemność i gęstą roślinność nikogo nie mógł dostrzec. Nie miał zamiaru jednak się zatrzymywać. Tymczasem zbroja płytowa powoli zaczęła mu ciążyć i mimo, że w myślach nie dopuszczał możliwości postoju, po pewnym czasie nogi zaczynały odmawiać posłuszeństwa. Potykał się coraz częściej, kilka razy lądując na ziemi. Czary dopełnił moment kiedy przypadkowo skręcił kostkę, na jakiejś niewidocznej nierówności. Padł na ziemię i trzymając się za bolący staw, przeklinał diabelską postać oraz wszystko co go otaczało. Niezdarnie dotarł do jednego z olbrzymich, starych drzew i oparł się o jego pień. Po chwili dostrzegł, że pod jednym z wystających korzeni owego drzewa, znajduje się niewielkie wgłębienie. Nie widząc lepszej kryjówki, wczołgał się w ciasną lukę i zastygł nieruchomo. Leżał bez ruchu około pół godziny, jednak nie usłyszał żeby coś się zbliżało. Z jednej strony odczuł ulgę, lecz z drugiej nie mogła go opuścić myśl, iż ta istota mogła umieć poruszać się bezszelestnie. Miał jednak nadzieję, że to tylko jego bujna wyobraźnia sprowadza najbardziej niesamowite wizje na temat tej postaci. W końcu postanowił wyjrzeć z kryjówki. Miał również dość robactwa, które zdążyło się wcisnąć chyba w każdy zakamarek jego ubrania i ciała. Ostrożnie wysuną się z wgłębienia i nie widząc nikogo wstał, ostrożnie rozglądając się dookoła. Mimo, iż wyostrzał wzrok jak tylko mógł, nie dostrzegł nikogo w pobliżu. Odetchnął więc z ulgą sądząc, że istota musiała zrezygnować z pościgu.
Ruszył kulejąc w głąb lasu mimo, iż oddalał się od rodzinnych ziem. Nie chciał jednak przez przypadek natknąć się na przeklętą postać. Jego nadzieje rozwiały się, gdy przedarłszy się przez gęsty pas zarośli, ujrzał ją naprzeciwko siebie. Siedziała nieruchomo na zwalonym pniu i była zwrócona ku niemu. W jego umyśle szalała burza. Resztkami zdrowego rozsądku rzucił się do ucieczki, nie przejmując się bolącą kostką. W szalonym tempie biegł w kierunku pola bitwy, z którego nie dawno uciekł, będąc jednocześnie przerażonym w wściekłym. Błagał w myślach żeby spotkać kogoś z własnych oddziałów.
– Przecież musiał ktoś przeżyć! – krzyczał w duchu. – Po co ona to robi... Przecież prędzej czy później, większość i tak powybijała by się w tej głupiej walce!
Z myślami kotłującymi się w głowie, wypadł z lasu i w świetle księżyca biegł dalej przez byłe pole bitwy. Czuł się kompletnie bezradny i samotny. Przemierzając otwartą przestrzeń zauważył również, iż po ciałach wojowników nie było śladu. Wszędzie natomiast leżała porzucona broń i panowała absolutna cisza. Neliar biegł coraz wolniej. Ból skręconego stawu stał się nie do zniesienia i w końcu padł na kolana chwytając w geście rozpaczy jeden z leżących w trawie mieczy. Wiedział, że nie ucieknie. Mroczna istota bowiem, trzymała się cały czas około dziesięciu kroków za nim. Obrócił się więc na klęczkach w jej kierunku, trzymając miecz oburącz przed sobą. Tymczasem postać zatrzymała się parę kroków przed nim i zamarła bez ruchu.
– Głupiec ze mnie... – wyszeptał dygocząc na całym ciele. – Ulreth nie wyrządził jej krzywdy mieczem, to dlaczego mi ma się udać. Kim ona do diabła jest?
Istota stała nieruchomo więc Neliar postanowił dokładnie jej się przyjrzeć. Zauważył, że kaptur rzuca cień jedynie na górną cześć twarzy a dolna jest w miarę widoczna. Rysy posiadała zdecydowanie męskie, choć na swój sposób delikatne. Trudno było określić jego wiek, na oko wydawał się Neliarowi około pięćdziesięcioletni. Miał na sobie długą, sięgającą kostek czarną tunikę, przepasaną wąskim kawałkiem materiału, tego samego koloru. Na ramionach nosił pelerynę z kapturem tej samej barwy, która spięta była srebrną, okrągła klamrą. Biła z niego jednocześnie aura grozy, jak i dostojeństwa.
Neliar mimo przepełniającego go strachu, zaczął się niecierpliwić. Mężczyzna bowiem cały czas stał bez ruchu i przyglądał mu się.
– Czego do diabła chcesz?! – wykrzyczał, lecz przybysz nie odpowiedział. – Co z nimi zrobiłeś, gdzie oni wszyscy są?! – Istota jednak cały czas milczała.
Trwała nieruchomo niczym wiekowy głaz, który został umieszczony przez naturę w ziemi. Neliarowi zdawało się, że nic by nie zdołało jej poruszyć. Powoli popadał w rozpacz, która wymieszana z wściekłością kazała cisnąć mieczem w kierunku przybysza. Wiedział jednak, iż to nic nie da. Miecz tymczasem przeleciał przez mężczyznę tak, jakby nikogo tam nie było i upadł z głuchym brzękiem na ziemię.
– Myślisz, że mnie uśmiercisz! No dalej spróbuj, ale klnę się na wszystko co przeklęte, że nie dam mej duszy tak łatwo odejść. Zwykłym dotykiem nie dam się zabić! Będziesz musiał mnie posiekać na tysiąc kawałków cholerny diable!
Tymczasem mroczna postać delikatnie się uśmiechnęła. Neliar zauważywszy to, wpadł w furię.
– Drwisz ze mnie?! Myślisz, że nadal nie wiem kim jesteś?! Z daleka czuć od ciebie swąd wszystkiego co martwe. Lubisz odbierać życie prawda? Nie mogłeś poczekać na śmiertelne rany jakie sobie zadamy, tylko zjawiłeś się wcześniej. Nie mogłeś się powstrzymać, tylko po co tobie ciała, dusze już nie wystarczą?
– Dusze nie należą do mnie.
– Co... – zdołał wyjąkać Neliar, zaskoczony nagłą odpowiedzią.
– Dusze nie należą do mnie. Ciała, tak... to co innego. Dusza to kusząca rzecz, lecz cóż... wszystkiego mieć nie można – odrzekł mężczyzna w czarnej szacie i zamyślił się.
– Jak to, nigdy nie widziałem żeby ciała znikały zaraz po śmierci – powiedział Neliar.
– Ależ one znikają tylko dużo wolniej. Tak... wszystko w końcu do mnie wraca... – rzekł przybysz. – Zawsze, powoli, lecz nieubłaganie wędruje do mnie. Teraz natomiast, no cóż... pozwolono mi.
– Pozwolono? To dlaczego nie zrobiłeś tego ze mną! Nie jestem głupcem i widzę, iż z łatwością mogłeś mnie dopaść.
– Hmmm... tak mogłem – powiedział meżczyzna.
– Nie igraj ze mną! Dlaczego tego nie zrobiłeś?
– Byłem tylko ciekaw – odpowiedział i szerzej się uśmiechnął.
Uśmiech ten sprawił, że Neliarowi przebiegły ciarki po plecach. Był zimny i dało się z niego wyczytać jakieś mroczne, nienasycone pragnienie. Nieliara w tym monecie przepełniło już tylko autentyczne przerażenie. Znikła wściekłość, zastąpiona odczuciem absolutnej bezradności i strachu. Zdołał jedynie przez zaciśnięte gardło wyszeptać – czego ciekaw?
– Tego jak długo będziesz uciekał – odpowiedział przybysz, cały czas upiornie się uśmiechając. – Zawiodłem się jednak. Miałem nadzieję, że będziesz bardziej uparcie trzymał się życia, natomiast ujrzałem bezradnego, potrafiącego rzucać jedynie obelgi słabego człowieka – to powiedziawszy ruszył w kierunku Neliara.
Wojownik wiedział już, że nadszedł jego koniec. Zamkną oczy i oczekiwał chwili kiedy opuści ten świat. W pewnym momencie, jednak pośród ogromu bezradności szalejącej w jego wnętrzu, zdołał wydobyć maleńką cząstkę wściekłości. Chwycił się jej i dzięki niej zdołał w duchu wykrzyczeć – nie umrę!
Nagle poczuł zimny dotyk dłoni na swoim czole i zalała go fala wirującej ciemności. Ziąb rozlewał się w nim niczym pustym dzbanie. Neliar jednak ostatkiem gniewu jaki odnalazł w sobie, cały czas się opierał. Krzyczał odpychając mrok, który wbrew sobie pochłaniał całym ciałem. Mimo szeroko otwartych oczu nie widział absolutnie nic. Bronił się resztkami sił przed zimnymi mackami ciemności, które odzierały go z ciepła. Wściekłość rosła w nim coraz bardziej i czuł, że mrok z trudem przedziera się przez granicę gniewu. W serce Neliara wstąpiła nadzieja. Zaczął walczyć jeszcze bardziej zawzięcie, aż w końcu zdołał dostrzec, iż przed sobą już nie ma tylko kotłującego się mroku, lecz gdzieniegdzie pojawiały się przebłyski szarości. W niewyjaśniony sposób zdawało mu się również, że poczuł w pobliżu czyjeś zdziwienie a po chwili rozbawienie. Nagle wszystko się skończyło. Urwało się tak nagle, iż było to dla niego jak uderzenie młota.
Neliar spostrzegł, że leży na jakimś piaszczystym gruncie. Zastanawiał się czy jeszcze żyje, jednak ból skręconego stawu upewnił go, iż tak. Podniósł się i rozejrzał dookoła. Gdy zobaczył gdzie się znajduje, zamurowało go. Znajdował się na nagim, pagórkowatym terenie, który ciągnął się aż po horyzont. Nie widział nic, oprócz szarego piasku i porozrzucanych wszędzie skał. Pod największymi, leżały ułożone rzędami, ciała martwych ludzi. Byli to ludzie wiekowi, oraz młodzi. Zarówno mężczyźni jak i kobiety. Mieli na sobie różne stroje, od prostych szat charakteryzujących ubogi tryb życia, do bogato zdobionych pełnych zbroi. Wszyscy leżeli obok siebie ze spokojnym wyrazem twarzy, jakby tylko spali.
– Jestem pod wrażeniem.
Neliar odwrócił się zaskoczony i ujrzał ciemną postać, która wcześniej go ścigała.
– Naprawdę potrafisz być uparty. Co prawda nie żeby to dla mnie stanowiło jakiś problem, ale pozwolono mi zrobić mały wyjątek i zostawić ciebie przy życiu. Cieszysz się prawda?
– Gdzie ja jestem? – spytał Neliar.
– Jak to gdzie, u mnie! – odpowiedział mężczyzna. – Tak bardzo chciałeś żyć i dano ci taką możliwość. Czyż to nie wspaniałe? Pozostawiono tobie nawet ból skręconego stawu, żebyś był pewien płynącego w tobie życia. Będziesz miał dużo czasu aby się tym nacieszyć. Będziemy wędrować po mojej wspanialej krainie, podziwiać tych wspaniałych ludzi, a raczej ich ciała, wędrować aż po horyzont przez całą wieczność. Nie martw się, nie będziesz odczuwał głodu ani innych potrzeb fizycznych, tutaj przecież to nie potrzebne! Tylu wspaniałych ludzi tutaj leży, poznasz ich wszystkich. Poznasz całą moją kolekcję tych niesamowitych naczyń, w których niegdyś mieściła się dusza. Zobaczysz jaka jest piękna szara pustynia. Ciesz się swoim życiem, bo tutaj będziesz oglądał tylko śmierć.
Neliar stał jak skamieniały. Krew zmroziło mu w żyłach, a w duszy pozostała już tylko rozpacz. Stał na jednym ze wzgórz i patrzył martwym wzrokiem przed siebie. Zimny wiatr niósł mu tylko zapach śmierci i czegoś jeszcze – wieczności.


KONIEC
Powrót do góry Zobacz profil autora
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość
Keii Płeć:Mężczyzna
Tsunderemo©


Dołączył: 16 Kwi 2003
Skąd: Tokio
Status: offline

Grupy:
AntyWiP
PostWysłany: 09-12-2007, 16:16   

Najpierw była Persona 3, przez recenzję i trailer której zacząłem się zastanawiać, czy zdarzyły się już samobójstwa na modłę jej bohaterów. Muszą mianowicie strzelić sobie w głowę specjalnym urządzeniem, wyglądającym jak pistolet, by wydobyć "drugą osobowość", czyli tytułową Personę (potworka). Reszta przyszła sama. Trochę za bardzo emo wyszło chyba, ale cóż poradzę :P


...trzech licealistów popełniło samobójstwo strzelając sobie w głowy. Osoby postronne, obecne wtedy na zewnątrz budynku zeznają, że słyszeli przez strzałem okrzyk "Person...
Klik.
...z tobą, w każdej sytuacji. Konsola przenośna w przeciwieństwie do kobiety nie opuś...
Klik.
...nigdy nie było tak realistyczne! Wciel się w żołnierza i poczuj przyjemność płynącą z za...
Klik.

Telewizor umilkł. Siedzący na przeciw niego młody mężczyzna westchnął i sięgnął po papierosa.
Kiedy to wszystko się zaczęło? Czasy, w których informacje mają wartość wielokrotnie przewyższającą złoto. Złoty wiek, kiedy to możliwe jest stworzenie świata prawie tak realistycznego, jak ten rzeczywisty. Gdzie w większości domów znajdują się drogie telewizory, komputery, a poza dzielnicami biedoty panuje rozpusta.
Zaciągnął się dymem. Ciekawe, czy Bóg uraczy nas kolejnym potopem, albo zniszczy jak Sodomę i Gomorę. Właściwie, nie byłoby to takie złe. Uśmiechnął się smutno. Przynajmniej wyrwalibyśmy się z wszechobecnego marazmu. Co z tego, że mamy coraz więcej pieniędzy, sposoby na przedłużenie życia. Wakacje w ciepłych krajach, kontakt w ułamek sekundy z każdym miejscem na Ziemi. Człowiek uczy się by iść do pracy, pracuje, by zarobić na emeryturę i umiera nie zrobiwszy prawie nic dla siebie. Co tworzymy? Dzieła, których jedynym celem jest zauroczenie milionów na godzinę, dwie i zdarcie z nich pieniędzy za bilet, a potem jeszcze wydania do odtworzenia na kinie domowym?
- A czy ja właściwie jestem lepszy? - zapytał. Nie pamiętał, kiedy ostatnio słyszał swój głos, więc wydał mu się dziwny, obcy. Postanowił jednak kontynuować monolog. - Kiedy ostatnio przeczytałem książkę, wyszedłem z domu? Wszystko mam na wyciągnięcie ręki, pracuję tu, odpoczywam i pewnie również umrę. W tym pokoju, do którego zamawiam jedzenie, towary pierwszej potrzeby. Chociaż nie, muszę jeszcze wychodzić na korytarz, by wyrzucić śmieci do zsypu.
Zgasił papierosa, wstał ze znajdującej się na środku pokoju kanapy i rozejrzał się.
- Muszę tu kiedyś posprzątać - zadecydował, widząc porozrzucane na podłodze opakowania po gotowych posiłkach i paczki po papierosach. Zdecydowanym krokiem ruszył do łazienki. Kiedy obejrzał się w lustrze, w pierwszej chwili przeraził się. Podkrążone oczy i blada z powodu braku kontaktu ze słońcem cera sprawiły, że wyglądał prawie jak trup.
Odkręcił zimną wodę. Przemyta kilka razy twarz nabrała minimalnie żywszych barw. Wyjął z szafki maszynkę do golenia i pozbył się kilkumiesięcznego zarostu. Nie było to proste. Prawdę mówiąc bolało jak cholera.
Wrócił do pokoju w poszukiwaniu czystego ubrania. W zakamarku szafy znalazł czarną koszulę i czyste dżinsy.
Kiedy przebrany już otworzył drzwi na korytarz, świeże powietrze pozbawiło go na chwilę oddechu.
- Zdecydowanie zbyt dawno nie byłem na zewnątrz - uśmiechnął się do siebie w duchu. - Cóż, kiedyś chciałem naprawić świat. Wychodzi na to, że najpierw będę musiał naprawić siebie.
Po otwarciu drzwi z klatki schodowej, ruszył na zachód. A może na północ. Zresztą, to przecież i tak nieistotne.

_________________
FFXIV: Vern Dae - Durandal
PSO2: ハセモ - Ship 01
Powrót do góry Zobacz profil autora
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość Wyślij email Odwiedź stronę autora Odwiedź listę obejrzanych anime / przeczytanych mang
Mako-chan Płeć:Kobieta
Mako-chan

Dołączyła: 02 Maj 2003
Skąd: Mój pokój, krzesło przy kompie...
Status: offline
PostWysłany: 07-02-2009, 00:45   

Ostatni mój post tutaj miał miejsce w 2003 roku. Znowu tu jestem i pierwsze moje kroki skierowałam na tutaj. Najfajniejsze wspomnienia mam z tego topicu. Ach, wspomnień czar i to żenua z powodu mojej tzw. twórczości. Masakra.

_________________
Va'esse deireadh aep eingean...
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość
Zegarmistrz Płeć:Mężczyzna


Dołączył: 31 Lip 2002
Skąd: sanok
Status: offline

Grupy:
AntyWiP
PostWysłany: 07-02-2009, 09:42   

Mako-chan napisał/a:
Ostatni mój post tutaj miał miejsce w 2003 roku. Znowu tu jestem i pierwsze moje kroki skierowałam na tutaj. Najfajniejsze wspomnienia mam z tego topicu. Ach, wspomnień czar i to żenua z powodu mojej tzw. twórczości. Masakra.


Witam ponownie:

Taki mały offtop: ile miałaś nieprzeczytanych wiadomości?

_________________
Czas Waśni darmowy system RPG dla fanów Fantasy. Prosta, rozbudowana mechanika, duży świat, walka społeczna.
Powrót do góry Zobacz profil autora
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość Wyślij email Odwiedź stronę autora Odwiedź blog autora Odwiedź listę obejrzanych anime / przeczytanych mang
 
Numer Gadu-Gadu
1271088
Wyświetl posty z ostatnich:   
Strona 24 z 24 Idź do strony Poprzedni  1, 2, 3 ... 22, 23, 24
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików
Możesz ściągać załączniki
Dodaj temat do Ulubionych


Skocz do:  

Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group