FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy
RejestracjaRejestracja  Galeria AvatarówGaleria Avatarów  IRC (qchat mibbit)  ZalogujZaloguj

Poprzedni temat :: Następny temat
Idź do strony Poprzedni  1, 2, 3, 4, 5, 6, 7  Następny
  PBEM - Zapiski ze starożytnej księgi
Wersja do druku
Martin Płeć:Mężczyzna
Wszechbiblia.Net Admin


Dołączył: 07 Lip 2002
Skąd: Warszawa
Status: offline
PostWysłany: 17-06-2003, 14:18   

[MG]

Ociężali i powolni... – podjęła temat - masz tutaj absolutną rację... i to mnie zawsze zastanawiało dlaczego jestem inna.... inna niż inni ludzie bo przecież wyglądem praktycznie się od nich nie różnię... choć dziadek uparcie twierdził że swoją urodą przewyższam większość ludzi i bardziej jestem pod tym względem podobna do elfów... nawet jestem podobnego wzrostu co one... ino na przykład ciut niższa od ciebie... poza tym tak jak one mogę komunikować się z naturą... i często też mawiał ‘wykapany cholerny elf’ bo tak naprawdę za nimi nie przepadał, jednak mnie to się nie udzieliło mimo tego co mnie z ich strony spotkało. Wszystko by było w porządku tylko moje pochodzenie na pewno nie ma nic wspólnego z elfami... tego przynajmniej jestem pewna bo moja przeszłość nadal jest dla mnie nieznana... a to co pamiętam nie należy do miłych wspomnień... niestety nie znam swojego pochodzenia i na niektóre z pytań nawet samej sobie nie potrafię udzielić odpowiedzi... czasem czuję się obca w tym świecie... zagubiona nie mająca w nim swojego miejsca. Wracając do moich zdolności to są one na pewno wrodzone bo zawsze taka byłam... silna wytrzymała fizycznie z bardzo wyostrzonymi zmysłami, bez trudu potrafiąca widzieć w ciemnościach i piekielnie szybka... za dużo tego dobrego jak na człowieka. W ogóle jakby na to nie patrzeć jestem dość dziwna... coś jak zebranie najlepszych cech i predyspozycji w jednym ciele, jak jakaś hybryda... pamiętam też że ojciec też był taki, sprawny jak ja... za to matkę mało pamiętam... była piękna... więc chyba urodę odziedziczyłam po niej... – potrząsnęła głową - ... nie, nie chcę wracać ponownie do przeszłości, pozwól że to pominę...? – W odpowiedzi skinęłaś głową. - Skąd mam tą moc pytałaś? Prawdę mówiąc jest to jakaś wewnętrzna siła... skąd się wzięła to nie wiem, ale od zawsze była we mnie obecna i podobnie jak moje zdolności wydaje mi się że jest wrodzona. Nadal nie umiem w pełni jej wykorzystywać... ale na przykład z jej pomocą mogę szybko pozbierać się do kupy mimo poważnych obrażeń, choć jakby na to nie patrzeć sam mój organizm jest bardzo wytrzymały i ulega szybkiej regeneracji... czasem wydaje mi się to trochę absurdalne, ale przecież tak jest... jak widać jestem bardzo dziwna. Co więcej potrafię ją wzmacniać czerpiąc energię z otocznia... wprost od natury. Potrafię również ocenić siłę jaką dysponuje przeciwnik... wiesz co.... kiedyś dziadek powiedział mi że te wszystkie cechy i zdolności jakie posiadam predysponują mnie do idealnego wojownika... wręcz maszyny do zabijania... czasem się zastanawiam czy nie miał racji... jednak do tej pory nikogo jeszcze nie zabiłam bo jakoś nie leży to w mojej naturze, poza tym szanuje życie. Co jeszcze mogę dodać... nie wiem... to chyba wszystko... co ty o tym wszystkim sądzisz? Na swój sposób też jesteś wyjątkowa... ale nie odbiegasz tak znacznie od standardów jak ja. Poza tym nurtuje mnie pewne pytanie dotyczące ciebie... jak to się stało że udało ci się oprzeć swej drugiej ciemnej stronie... na ile wiem jest to niezwykle trudne i chyba nikomu... lub małej garstce się to powiodło i jak widać obie jesteśmy wyjątkowe.

_________________
http://www.wszechbiblia.net
Przejdź na dół
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość Odwiedź stronę autora
Martin Płeć:Mężczyzna
Wszechbiblia.Net Admin


Dołączył: 07 Lip 2002
Skąd: Warszawa
Status: offline
PostWysłany: 17-06-2003, 14:18   

[BG]

Zamyśliłam się, patrzyłam na nią trochę nieobecnym wzrokiem, gdzieś w dal, a może w głąb siebie.
- Tak jakoś wyszło - rzekłam po chwili - Po części to sprawa tego, że jestem elfem, urodziłam się w zgodzie z naturą, kocham ją i cenię życie. Mam to zapisane we krwi i tak mnie wychowano. To zasługa mojej matki. Zawsze czułam obrzydzenie dla zła i dla stworzeń mroku, takich jaką ja sama się stałam... ożywieńców, mutantów chaosu. Wiesz, ich łączy jedna cecha: chęć władzy, posiadania nadnaturalnych umiejętności. Będąc nie-umarłym wiele się zyskuje patrząc z tej strony. Zwykle więc oni nie dostrzegają tej drugiej strony, bo czynienie zła jest dla nich codziennością, tacy nie mają szacunku dla natury, życia. Interesuje ich tylko moc, a taka jest im wtedy dana. Ja chciałam wieść spokojne życie, kochałam je takim jakim było. Zbyt kochałam ten świat, by do końca stać się stworzeniem mroku. On, Maxymilian, twierdził, że mi to przejdzie, że zawsze przechodzi, jak tylko uświadomię sobie kim jestem. Ale ja brzydziłam się tego czym byłam, czym nadal jestem... Nie znosiłam go, nienawidziłam, choć do tego czasu to uczucie było mi zupełnie obce. I kiedy stracił czujność, kiedy wypalił się w nim trochę ten żar, chęć zrobienia ze mnie 'pełnowartościowego wampira', uciekłam. Myślę, że trochę się mnie bał, tego, że światło dzienne nie robiło mi krzywdy jak jemu, że potrafiłam oprzeć się 'czerwonemu pragnieniu'. Początkowo nie ścigał mnie, i dzięki mu za to, bo gdyby wcześniej uświadomił sobie, że jestem dla niego zagrożeniem, to nie miałabym szans. Tak udało mi się ukryć. Później wróciłam do domu, do lasu otaczającego dom. Wiedziałam, że jak dłużej z nim pozostanę to wkrótce mnie przełamie, już wtedy z trudem opierałam się 'czerwonemu pragnieniu'. Najgorsze przyszło dopiero później, kiedy to uświadomiłam sobie, że jestem zupełnie sama, że nikt na mnie nie czeka, nikt się o mnie nie martwi, nikogo nie interesuje mój los. Mieszkańcy pobliskiego miasteczka byli przekonani, że nie żyję, nawet mnie nie szukali... nic, jakby zapomnieli co zrobiła dla nich matka... Po raz pierwszy doświadczyłam ludzkiej podłości... widziałam ich gdy grabili mój były dom, znałam niektórych, myślałam, że zależy im, że czują jakąś wdzięczność... Mocno się zawiodłam. Nabrałam do nich niechęci, a to sprawiło, że ten zew stał się bliższy, nawet nie wydawał się tak zły jak z początku. Zdarzyło się, że budziłam się z uczuciem pustki w głowie, przepełniało mnie wtedy wrażenie, że zrobiłam coś złego, bardzo złego. Wtedy czułam tę odrazę do siebie. Żyłam tak parę lat potępiając siebie, parę razy próbowałam się unicestwić, ale nic z tego nie wychodziło. Nadal bałam się śmierci, zresztą nie wiedziałam nawet jak mam to zrobić. Pamiętam noc gdy obudziłam się ze sztyletem w piersi, w pierwszej chwili nie wiedziałam co się stało. Wyciągnęłam go delikatnie i długo wpatrywałam się jak deszcz spłukuje z niego krew, moją krew. Była wtedy straszna burza, cały czas grzmiało, a świetliste pioruny rozjaśniały niebo. Nie miałam dachu nad głową, przedtem mi to nie przeszkadzało, bo błąkałam się bezwiednie. Było mi wszystko jedno, byłam przemoknięta, zmęczona i załamana. Przepełniał mnie żal i współczucie dla samej siebie. I wtedy to sobie uświadomiłam, że przez to współczucie za dużo sobie wybaczałam, usprawiedliwiałam, wmawiałam, że to nie moja wina... A to była moja wina, w głębi duszy to wiedziałam, tłumiłam ten głos. Tej nocy postanowiłam wszystko zmienić, przypomniało mi się, gdzie ukryłam księgi, które udało mi się zabrać z domu pierwszego dnia po powrocie, kiedy to jeszcze wieśniacy nie mieli tyle odwagi, by rozgrabić wieżę. Gdy szłam przez las wydawał mi się cholernie obcy, jak wtedy gdy błądziłam po nim jako dziewczynka, zanim matka pokazała mi jak wpływać na drzewa. Nie chciały mnie słuchać, jakby wykazywały pogardę dla mojej osoby. Błądziłam, byłam zdana tylko na siebie i byłam tego w pełni świadoma. Mimo wszystko brnęłam dalej, siłą woli zmuszałam się do wykonywania zadania jakie sobie narzuciłam. To był początek, najtrudniejszy dla mnie... Później było już lepiej, mimo, że cały czas starałam się stłumić to pragnienie, było ono cały czas obecne. Walczyłam. Nauczyłam się w końcu nad nim górować, pokonywać je, tłumić... Wśród ksiąg, których z takim trudem szukałam, znalazłam kilka wzmianek o wampirach. Pomogły mi w mojej sytuacji, zaczęłam poznawać siebie, swoje umiejętności, choć niektóre już znałam, a o niektórych z takim zapałem opowiadał Maxymilian. Zajęło mi to kilkadziesiąt lat, ale w końcu nauczyłam się żyć ze świadomością, że jestem inna i że nie ma dla mnie miejsca. Nie szukałam go, byłam w pewnym sensie bezdomną. Dlatego, gdy przestudiowałam już wszystkie księgi, gdy uczyłam się już wszystkiego co było w nich zawarte, to udałam się w podróż, niekończącą się wędrówkę, która pomagała zapomnieć. Dawała jakiś sens, szukałam zrozumienia, ale wkrótce dotarło do mnie, że niełatwo je znaleźć, a właściwie to nikt go dla mnie nie miał. Gdzie się pojawiłam i zdradziłam z największego sekretu, tam zawsze miałam nieprzyjemne zajścia. Wspomnienia nauczyły mnie ostrożności i nieufności. Przemierzałam świat w poszukiwaniu wiedzy, czasami rozmyślałam nad moją zemstą. Ale cały czas wiedziała, że nie mam żadnego konkretnego celu, że tak właściwie nie żyję, nie dążę do niczego... Lata bąkania się bez celu... Aż spotkałam ciebie. Zmieniłam się, bardzo się zmieniłam. Zapomniałam o nieufności, wrogości, ostrożności... może nawet znalazłam cel w życiu, jakiś głębszy sens, cos dla czego warto żyć, albo przynajmniej trwać, egzystować...

_________________
http://www.wszechbiblia.net
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość Odwiedź stronę autora
Martin Płeć:Mężczyzna
Wszechbiblia.Net Admin


Dołączył: 07 Lip 2002
Skąd: Warszawa
Status: offline
PostWysłany: 17-06-2003, 14:20   

[MG]

Kiedy skończyłaś swoją opowieść spojrzałaś na Yenny, ta siedziała zamyślona i wpatrzona gdzieś w dal jakimś dziwnym nieobecnym spojrzeniem .. po chwili wszystko wróciło do normy.
- Hymmm... rozumiem... wiem o co ci chodziło, właściwie dotarło to do mnie znacznie wcześniej... teraz rozumiem ciebie doskonale i to dlaczego tak wiele dla ciebie znaczę, dziękuję za zaufanie jakim mnie obdarzyłaś... mam nadzieję że cię nie zawiodę, nie chcę cię skrzywdzić, zawieść... rozczarować, ale jak wcześniej wspominałam jestem tylko człowiekiem... mimo że tak się od nich różnię nadal nim jestem... hymm... choć może nie do końca, sama nie wiem... czasem aż wstyd do tego się przyznawać, zresztą doskonale wiesz dlaczego zresztą nie ma sensu i potrzeby się nad tym rozwodzić. Tak to jakoś jest z tym życiem, bywa zwykle ciężkie i niezbyt przyjemne. Jakoś tak zwykle wypada że takim istotom jak my dwie przytrafia się chyba wszystko co najgorsze, przeróżne nieszczęścia, zrujnowane życie i co z tym związane i przyszłość. Zło panoszy się wszędzie, jest często bezkarne, ale swymi oślizgłymi mackami rani i niszczy dobre istoty, które albo giną zabite, lub po tym co je spotkało nie mogą się otrząsnąć, pozbierać popełniają samobójstwo lub same wchodzą na drogę zła... z początku mszcząc się lecz później... później robią to już bez konkretnego celu bo zemsta się dokonała... a co innego teraz potrafią? Mścić się... tylko teraz już obojętnie za byle co nie znajdując w życiu i tym co ono niesie głębszego sensu... Właśnie o to tu chodzi, ty go znalazłaś... mnie... mnie którą też coś okropnego w życiu spotkało. Nie poddałaś się, walczyłaś i nadal walczysz... za to... za to cię szanuję i nie tylko za to. Jesteś niezwykła i to nie tylko pod względem zdolności, ale bardziej chodzi tu o charakter, siłę woli... duszę. – zamyśliła się na chwilę.

_________________
http://www.wszechbiblia.net
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość Odwiedź stronę autora
Martin Płeć:Mężczyzna
Wszechbiblia.Net Admin


Dołączył: 07 Lip 2002
Skąd: Warszawa
Status: offline
PostWysłany: 17-06-2003, 14:21   

[BG]

Ja również. Nigdy przedtem nikt nie mówił mi o tym, prawie nikt, ale wtedy nie zwracałam na to takiej uwagi, to było dawno. To dziwne uczucie, gdy ktoś zauważa nie tylko tę zewnętrzną osłonę, ale potrafi przebić się głęboko, na tyle głęboko, by dostrzec to co najcenniejsze. Dusza, czym jest? Więc jednak okazuje się, że ją posiadam... Przecież nigdy w to nie wątpiłam. Mimo to zawsze robiło mi się zimno jak słyszałam opowieści o takich jak ja, stworzeniach nocy, panach ciemności pozbawionych uczuć, duszy... Nie, oni zawsze mają duszę, uczucia takżę, lecz przez tę przemianę tak zmienione... zgorzchniałe dusze. Dziwne, dlaczego ja zawsze broniłam dostępu przed innymi do mojej prawdziwej natury.
Ocknęłam się po chwili. Yenny nadal milczała, najwyraźniej myślała nad czymś. Przypatrzyłam się jej po raz kolejny, gdy błądziła gdzieś nieobecnym wzrokiem.
- Dlaczego zawsze usprawiedliwiasz się swoim człowieczeństwem? - przerwałam jej rozwrzania, spojrzeła na mnie dziwnie, ale nie dałam jej czasu odpowiedzieć - To, że jesteś człowikiem nie znaczy, że musisz postępować jak oni, zwłaszcza, że człowiekiem tak do końca nie jesteś. Nie obarczaj się winą za krzywdy jakie wyrządzili ludzie, błędy jakie popełnili. Przecież nie miałaś na to wpływu. Ważne jest co robisz ty, jako pojedyńcza jednostka. Przecież jesteś jedyna w swoim rodzaju. Każdy jest jedyny, niepowtarzalny. Właśnie ta dusza, o której wspomniałaś czyni, że każdy jest sobą. Nawet ludzie różnią się między sobą. I to bardzo, tylko czasem tak bardzo tłumią to w sobie, że nawet sami o tym zapominają. Żyj nie zwarzając na to co robią inni. Postępuj tak jak nakazuje ci twoje wewnętrzne 'ja'. A twoje jest bardzo silne i nadwyraz wyjątkowe.
Zakończyłam uśmiechem. I ona odpowiedziała mi swoim, lecz potem wróciła do swojego zamyślenia.

_________________
http://www.wszechbiblia.net
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość Odwiedź stronę autora
Martin Płeć:Mężczyzna
Wszechbiblia.Net Admin


Dołączył: 07 Lip 2002
Skąd: Warszawa
Status: offline
PostWysłany: 17-06-2003, 14:21   

[MG]

– Wiesz co coś ci opowiem... dalszą część mojej historii, nie mogę dalej tego dusić w sobie, a pewnie cię to interesuje. Mieszkałam pewien czas z elfami... mam tam nadal przyjaciółkę... właściwie siostrę że tak powiem.... ale może po kolei.– Przymknęła oczy... jakby wspominając dawne wydarzenia -Po tych tragicznych wydarzeniach kiedy straciłam rodzinę i dom... – rozpoczęła opowieść - chciałam uciec stamtąd jak najdalej... najdalej jak się tylko dało... byłam ranna poważnie ranna bo dostałam strzałą prawie w serce... wlokłam się w ciężkim stanie i gorączce przez lasy, nie ścigano mnie bo myślano że nie żyję... strzał był celny leżałam w rzece bez ruchu... nie sprawdzili czy żyję jeszcze tylko dla pewności władowali we mnie jeszcze cztery dodatkowe strzały... ból był okropny, nie miałam nawet siły płakać, a po chwili straciłam przytomność. Cóż ośmiolatek mógł zrobić... nic. Obudziłam się po dwóch dniach, ale o tym ile czasu tam leżałam dowiedziałam się później... wokół było pełno padlinożerców i ścierwojadów... rozszarpywały mojego braciszka... rzeka tam była bardzo płytka i dlatego ciało nie odpłynęło, mnie nie ruszyli bo wyczuwali że jeszcze żyje... ciało brata, mojego brata wyglądało okropnie... z trudem się podniosłam i doczołgałam do niego... strzały nadal sprawiały ogromny ból... to było jak koszmar... wokół było pełno tych stworzeń... a ja, ja przytuliłam się, przytuliłam się do tego, do tego co już nie przypominało mojego drogiego... brata. Nawet teraz nie pamiętam jak miał na imię. Leżałam tak wtulona w jego zwłoki chyba do wieczora... stwory stały się coraz bardziej natarczywe i zgłodniałe, zaczęły podchodzić, zbliżać się... doskakiwać i kąsać... mnie również... wstałam, wzięłam go pod ramię by zabrać stąd, pochować. Przeszłam tak parę kroków, ale upadłam... po chwili na nas one wskoczyły, gryzły, drapały pazurami... to było straszne, te głosy, hałas i przeszywający ból. Zerwałam się z miejsca kiedy któreś z tych zwierząt próbowało przegryźć mi tętnicę szyjną... uciekałam, przez las... mimo iż doskonale widziałam w nocy... obraz był mglisty, rozpływał się, zanikał... byłam już wtedy bardzo słaba... po jakimś czasie obraz zaszedł czernią, ale biegłam dalej, na oślep rozbijając się o drzewa i krzewy, potykając o korzenie i kamienie... ale biegłam, biegłam jak najdalej od tych stworzeń... zapomniałam o braciszku, o rodzicach... liczyłam się tylko ja... jedna myśl tylko pchała mnie do przodu, by tylko uciec stąd jak najdalej. Niespodziewanie zniknął mi grunt pod nogami... to była krawędź urwiska jak się później o tym przekonałam... spadłam na skały i głazy z jakiś piętnastu metrów... i przeżyłam... nawet nic sobie nie połamałam... dopiero później na to zwróciłam uwagę... ale to było znacznie później. Obudziłam się ponownie późnym popołudniem kiedy słońce mocno przypiekało przez korony drzew... powoli wstałam i usiadłam na większym kamieniu wyciągnęłam dwie strzały z ręki i barku... wtedy go zobaczyłam... to był elf... mały chłopiec... ale elf taki sam jak te które dokonały masakry... bez zastanowienia skoczyłam w jego stronę... dostałam olbrzymi zastrzyk adrenaliny... pobudziło mnie tak że zapomniałam o bólu, pozostałych strzałach tkwiących w ciele... teraz, teraz chciałam jego śmierci... własnej też zresztą. Zobaczył mnie za późno... wyskoczyłam na niego z zarośli tak niespodzianie że nawet nie zobaczył kto go walnął pięścią w twarz... zwalił się na ziemię, a ja już byłam przy nim i okładałam go pięściami... płakał, ale ja nie słyszałam... nie chciałam słyszeć. Na twarz trysnęła mi krew... a ja nadal go biłam... niespodziewanie wyciągnął nuż... przeciął mnie nim po twarzy... wybiłam go mu... teraz miałam go sama w dłoni... zamachnęłam się... i zawahałam się... nuż wbił się miękko... w ziemię parę centymetrów od jego głowy wtedy usłyszałam szelest za sobą... bardzo cichy... nie powinnam tego usłyszeć... to było podświadome, podświadomy odruch mechanizm obronny który się wtedy we mnie uaktywnił... wykonałam błyskawiczny unik, w sensie zrobiłam to tak szybko że wręcz nieprawdopodobnie... wszystko to rozegrało się w ułamkach sekund...odskoczyłam i spojrzałam w miejsce skąd usłyszałam ten szmer... elfka napinała łuk i puściła strzałę... tylko że mnie już tam nie było gdzie strzała zmierzała... leciała prosto na dzieciaka... na jej twarzy pojawiło się przerażenie... za to mi przez umysł przeleciały różne obrazy... ta elfka... była tak jak ja blondynką... trochę podobna do mnie, a dzieciak... siostra i brat... strzała... wydarzenia z nad rzeki. To mogłam być ja i mój brat... krzyknęłam do małego po elfiemu bo matka mnie nauczyła tego języka... – Uważaj!!! – potem skoczyłam i dostałem w bark... ale dzieciakowi nic się nie stało... nic mu się nie stało... upadłam na ziemie... dzieciak się ocknął. Zobaczył mnie leżącą na ziemi i nuż obok siebie... sięgnął po niego, a po chwili stal zaryła mi się w szyję aż po rękojeść... jego siostra właśnie zbiegała właśnie ze zbocza... krzyknęła do niego - Klarien nie!!! Ona cię uratowała... – ale nie zdążyła bo dzieciak już zdążył wyciągnąć nuż i dźgnąć ponownie... zakręciło mi się w głowie... rozdzierał mnie ból... ale, ale byłam szczęśliwa że nic mu się nie stało, że nic mu nie zrobiłam oprócz paru siniaków i rozciętego czoła... a ja, ja zaraz przestanę wszystkiego czuć i... odejdę na tamten świat. Chciałam tego, chciałam własnej śmierci. Jednak tak się nie stało... okazało się że śmiertelna rana dla zwykłego człowieka mnie nie zabiła... ocknęłam się... wokół panował hałas... po chwili oszołomienie przeszło to było konie, dokładnie dwa konie... usłyszałam krzyk dziewczyny, otworzyłam oczy, dostała z kuszy w brzuch... mały kurczył się przy niej... na koniach byli ludzie, dwóch pijanych młodzieńców, na oko jakieś szesnaście, osiemnaście lat i bynajmniej nie mieli przyjaznych zamiarów wobec elfów... mną się nie interesowali sądzili pewnie że nie żyję albo nie chcieli mnie skrzywdzić dlatego że jestem człowiekiem, a nie elfem. Jeden z nich wyciągnął miecz zamierzył się... nie mogłam do tego dopuścić, ja się już teraz nie liczyłam... było mi wszystko jedno, prawdę mówiąc chciałam zginąć, ale im obojgu nie mogło się nic stać. Wstałam poczułam jak krew zaczyna lać mi się z szyi spod opaski którą zapewne założyła mi ta elfka... zatoczyłam się lekko z powodu upływu krwi, powiedziałam sobie w duchu, zaraz będzie koniec... wybiłam się z jednej nogi i skoczyłam, w ostatniej chwili złapałam od dołu za rękojeść miecza opadającego wprost na elfy, dziewczyna skuliła się zasłaniając małego. Wykorzystując moją wagę i pęd ściągnęłam z konia chłopaka. Upadł twardo na ziemi, a mi pozostał w dłoni jego miecz... zamachnęłam się i trafiłam drugiego który właśnie nadjechał... nieśmiertelnie, ale poważnie... po chwili na jego konia wskoczył ten leżący na ziemi i uciekli. Popatrzyłam się na uciekających, odwróciłam się... elfka na mnie patrzyła... a ja na nią... staliśmy tak chwilę patrząc siebie prosto w oczy. Zrobiło mi się słabo... obraz zafalował, zniknął za mgłą... upadłam i straciłam przytomność.– Przerwała opowieść, a właściwie to ją zakończyła - Khyyy... hymmm, aż zaschło mi w gardle z tego opowiadania... może tak dla odmiany ty coś opowiesz? Mamy czas, dotąd aż Afreeta wróci z końmi. Wiesz co, nie wiem jak tobie, ale mi robi się lżej kiedy po tych latach mogę z kimś się tym podzielić... porozmawiać o tym.

_________________
http://www.wszechbiblia.net
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość Odwiedź stronę autora
Martin Płeć:Mężczyzna
Wszechbiblia.Net Admin


Dołączył: 07 Lip 2002
Skąd: Warszawa
Status: offline
PostWysłany: 17-06-2003, 14:22   

[BG]

- Wiem - uśmiechnęłam się - Mówiłam ci przecież, lecz wtedy nie byłaś jeszcze na to gotowa. Znam doskonale to uczucie i ten ciężar, bo sama długo nosiłam go ze sobą. Ludzie, nawet elfy, którym powieżyłam choć część mojego życia, częściej dorzucali mi jeszcze więcej zmartwień. Czasem nawet takich w postaci materialnej - kapłanów Morra, lub innych łowców czarownic. Ale powiem ci jedno, może znów się powtórzę, ale to jedno z moich bardziej wartościowych przemyśleń - nie każdy wygląda na tego, kim jest w rzeczywistości. Jak mówiłam nawet ludzie bardzo różnią się od siebie. Spotykałam takich, którzy bez mrugnięcia okiem wydaliby mnie za parę koron, ale i takich, którzy wyglądali na gburów, a tak naprawdę to ich nieuprzejmość była tylko osłonką, barierą broniącą ich od brutalności świata, bo tam w głębi byli warci więcej jak jakikolwiek fałszywie uprzejmy człowiek. Znałam kiedyś pewnego kapłana, lecz nasze ścieżki się rozeszły. Wiem tylko, że nie wydałby mnie nawet jakby miał przypłacić to własnym życiem. A jest kapłanem Morra... Ale to inna historia, długa i skomplikowana. Nie wiem czy potrafiłabym ci przekazać w pełni na czym to wszystko się opierało. Nie wiem czy sama to rozumiem... Teraz nie mam już siły, żeby nad tym myśleć. Może kiedyś... - odchyliłam głowę do tyłu, spojrzałam na gwiazdy, niebo nadal było bezchmurne "może to czar tego miejsca" pomyślałam.

_________________
http://www.wszechbiblia.net
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość Odwiedź stronę autora
Martin Płeć:Mężczyzna
Wszechbiblia.Net Admin


Dołączył: 07 Lip 2002
Skąd: Warszawa
Status: offline
PostWysłany: 17-06-2003, 14:22   

[MG]

Obudziłaś się w nocy... zbudził cię jakiś szelest. To była Yenny nie spała, siedziała teraz nad brzegiem jeziora i jedną dłonią wodziła po jego powierzchni. Była bardzo zamyślona, pewnie wspominała przeszłość, postanowiłaś jej nie przeszkadzać... przekręciłaś się na drugi bok.

_________________
http://www.wszechbiblia.net
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość Odwiedź stronę autora
Martin Płeć:Mężczyzna
Wszechbiblia.Net Admin


Dołączył: 07 Lip 2002
Skąd: Warszawa
Status: offline
PostWysłany: 17-06-2003, 14:23   

[BG]

Prawdę mówiąc mnie także nie chciało się spać. Może to przez te myśli, które kłębiły się w moim umyśle. Pustym wzrokiem wpatrywałam się w skałę, za sobą słyszałam cichy szum sadzawki, czasami ruchy Yenny. Przymknęłam oczy, wrócił obraz sprzed lat. Chyba nigdy nie zapomnę tego uśmiechu, tej twarzy po prostu nie da się zapomnieć. Miał taki dar, czasem zastanawiałam się, czy to nie czary. Swoim uśmiechem przywracał mi radość tego nie-życia, wracała chęć dalszego egzystowania na tym brudnym padole.
Nie pamiętam abym zasypiała, nie pamiętam też co mi się śniło. Tylko ten uśmiech.

_________________
http://www.wszechbiblia.net
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość Odwiedź stronę autora
Martin Płeć:Mężczyzna
Wszechbiblia.Net Admin


Dołączył: 07 Lip 2002
Skąd: Warszawa
Status: offline
PostWysłany: 17-06-2003, 14:23   

[MG]

Rano obudził cię jakiś zapach... zapach przypalonej ryby. Wstałaś powoli przeciągając się przy tym. Źródłem woni było ognisko przy którym szwendała się Yenny. Podeszłaś do niej, a ta zachichotała, a na jej twarzy pojawił się szeroki uśmiech - Hi, hi... chciałam zrobić niespodziankę a tu wyszła mi przypalona niespodzianka... naprawdę nieźle to przyrządziłam, co? Ładnie spaprałam... i chyba nawet twoje ziółka nic tu nie pomogą... to dość śmieszne... jak ja mogłam jeść takie świństwa do tej pory... i się nie nauczyłam przyrządzać posiłków... to żałosne... jeśli nie masz nic przeciwko to może ty się zajmiesz gotowaniem, bo póki się nie nauczę od ciebie gotować na jakimś przyzwoitym poziomie... nie chcę ciebie i siebie po tym jak zjadłam twoje przysmaki zamęczać moją kuchnią.

_________________
http://www.wszechbiblia.net
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość Odwiedź stronę autora
Martin Płeć:Mężczyzna
Wszechbiblia.Net Admin


Dołączył: 07 Lip 2002
Skąd: Warszawa
Status: offline
PostWysłany: 17-06-2003, 14:24   

[BG]

Wybuchnęłam śmiechem. Ten zapach wyrwał mnie z otępienia po dzisiejszej nocy. Siadłam koło ogniska. Ostrożnie chwyciłam w palce jedną z ryb za ogon, podniosłam ją do góry. Kawał węgla. Po chwili ogon odłamał się, został mi w palcach, a reszta wpadła do ogniska. Znów wybuchnęłam śmiechem.
- Nie przejmuj się, coś mnie napadło - ściągnęłam pokolei pozostałe ryby i ułożyłam je na płaskim kamieniu przed sobą - Znaczy się ten napad śmiechu. O! Spójrz, te się jeszcze da uratować. - Wyciągnęłam spod sterty moich rzeczy nóż i zaczęłam odrapywać ryby z przypalonej czerni. Upaćkałam sobie przy tym całe ręce, ale z ryb coś jeszcze pozostało. Poszłam opłukać ręce w sadzawce. Wracając wygrzebałam z kieszeni płaszcza moje zawiniątko z ziołami. Odwinęłam je po czym przypatrzyłam się rybom.
- Swietnie, dzisiaj będzie trochę inaczej, co nie znaczy, że gorzej - uśmiechnęłam się do Yenny - Na różne sposoby można rybę przyrządzić. Słyszałam nawet, że gdzieś ludzie nawet taki węgiel jedzą - wskazałam na ognisko, gdzie przedtem upadła spalona ryba. - Nie jest źle, powiem nawet, jest nieźle.
Ponownie się uśmiechnęłam po czym podałam rybę Yenny.

_________________
http://www.wszechbiblia.net
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość Odwiedź stronę autora
Martin Płeć:Mężczyzna
Wszechbiblia.Net Admin


Dołączył: 07 Lip 2002
Skąd: Warszawa
Status: offline
PostWysłany: 17-06-2003, 14:24   

[MG]

Po smacznym posiłku usiadłyście obie w tym samym miejscu co wczoraj, Yenny rozpoczęła część dalszą swojej opowieści.
- Ocknęłam się po ponad roku gdyż zapadłam w śpiączkę, na bardzo długo. Byłam w niewielkiej elfiej wiosce, doskonale ukrytej w lesie, jednej z nielicznych jak się później dowiedziałam ocalały przed napadami ludzi i bandyckich hanz, zresztą jak dla mnie na jedno wychodziło. Przez ten czas kiedy byłam nieprzytomna opiekowali się mną i kurowali, szczególnie rodzina tej dziewczyny i chłopaka, ona miała na imię Se`rentlii, a on Klarien, były to dzieci najważniejszego w wiosce elfa, był ich dowódcą czy jakoś tak... byłam mała więc nie interesowało mnie to. Podziękował mi za to co zrobiłam... nie mógł się nadziwić że coś takiego uczyniłam, uczyniłam dla elfów... nie ludzi, ja człowiek. Nie wiedział wszystkiego... dzieciaki mu nie powiedziały że to ja pobiłam małego, i o mało co nie zabiłam... Źle się czułam w jego towarzystwie, towarzystwie elfów które przecież pozbawiły mnie rodziny... ja nadal chciałam umrzeć... powiedziałam mu co się stało naprawdę myśląc że się wścieknie i może mnie zabije. Jednak nie zrobił tego, popatrzył na mnie jakoś tak dziwnie i powiedział że jestem dziwna, naprawdę dziwna... inna niż inni znani mu ludzie i miał rację o czym doskonale teraz już wiesz. Powiedziałam mu wtedy co się stało z moją rodziną i że pewnie się nie powstrzymam kiedyś tak jak wtedy i zabiję jakiegoś elfa... mieszkańca jego wioski. Na zakończenie wylałam z siebie taką wiązankę tekstów... na temat elfów, to co o nich myślę i gdzie je mam... nie zabrzmiało to zapewne dość efektownie i taj jak chciałam bo moje słownictwo nie dysponowało obraźliwymi słowami bo u mnie w domu się ich nie używało. Na to ten dał mi nuż i powiedział proszę bardzo... popatrzyłam na niego zbita z tropu... w umyśle zrodziła się chęć zemsty chciałam go uderzyć... ale pojawiły się wątpliwości... wziął mnie najzwyczajniej na uczucia. Wiedział że nie mogłam tego zrobić... tak w cztery oczy, nie przewidział że postanowię się sama wyeliminować... powstrzymał mnie tak jak ty wtedy w jaskini... spytał dlaczego... dlatego że jeśli mam skrzywdzić kogoś innego wolę sama zginąć... od tamtego czasu nie zmieniłam się... zawsze przedkładałam życie innych ponad własne. Wyciągnął mnie po tym siłą na zewnątrz... po chwili znaleźliśmy się na polanie na której młodzież ćwiczyła walkę. Wręczył mi miecz i pchnął do starcia... nie wiedziałam wtedy po co, ale okazało się że to była próba. Fe`rkwell bo tak miał na imię ów ojciec Se`rentlii i Klarien`a zaczynał już działać mi na nerwy. Teraz kiedy stanęłam twarzą w twarz z jakimś młodzianem... miecz w miecz, znów wróciły wspomnienia... on zaatakował pierwszy, nieudolnie sparowałam cios bo nigdy miecza nie miałam w dłoni... zwarliśmy się tak jeszcze parę razy, za którymś mnie trafił w brzuch... zrobił to chyba niechcący popatrzył się na dowódcę... a ten dał mu znak by mimo wszystko kontynuował... i pokazał jeszcze coś... że może mnie zabić. Wiedziałam że nie wytrzyma... sam tego nie chciał zrobić wolał się posłużyć kimś innym, wkurzyłam się na to jak nie wiem zaczęłam wymachiwać bronią jak oszalała, jednak dla mego przeciwnika moje poczynania nie wywarły wrażenia i sprawnie unikał moich ciosów... znów mi się dostało od niego, tym razem w ramię, syknęłam wściekle i z jeszcze większą złością rzuciłam się na niego, a ten lekko wytrącił mi miecz z rąk, na szczęście na nie swoją korzyść bo bez miecza byłam dla niego groźniejsza bo z ojcem trenowałam walkę wręcz, zresztą miecz który mi się dostał był dla mnie za ciężki i źle wywarzony, ale mniejsza o konkrety. Aha... żeby nie wydało ci się dziwne że posłał mnie wtedy do walki... mimo że miałam dziewięć lat, fizycznie i psychicznie byłam na poziomie szesnasto... może osiemnastolatka, rozwijałam się bardzo szybko... mój wiek poprostu był mylący... to genetyka, widać że posiadane przeze mnie geny wpływają na szybki rozwój... i jeszcze jedno, co zapewne bardzo cię ucieszy jeśli przyszło by nam być dalej razem w przyszłości... będę żyć bardzo długo, tak to też nienormalne, taka jestem i tyle z czego nawet jestem teraz rada, a na samą myśl ile życia przedemną, miejsc do zwiedzenia na tym świecie robi mi się wesoło. No, ale kontynuujmy. Teraz nie miał szans, przypomniałam sobie lekcje jakie udzielił mi ojciec, i pozbawiłam go broni w bardzo krótkim czasie, ale nie to było najważniejsze lecz to że się opanowałam, odrzuciłam chęć zemsty. Wokół zrobiło się niemałe zbiorowisko, wszyscy przyglądali się naszemu starciu. Przewaliłam mojego przeciwnika na ziemie, wzięłam miecz zamachnęłam się... nagle zrobiło się cicho wokół. Ha... zorientowałam się że to nie była prawdziwa walka... chciał mnie sprawdzić czy to co powiedziałam mu wtedy to prawda i czy pod wpływem emocji, adrenaliny... i rzeczywistego starcia oraz zagrożenia życia wystopuje i nie zabiję bez potrzeby. Ha, chcieli byście, pomyślałam i zręcznie wbiłam miecz obok leżącego tak by wyglądało że trafiłam... wśród publiczności przeszedł szmer... a ja wyciągnęłam rękę do niby trafionego, podał mi swoją i podniosłam go... miecz został w ziemi tam gdzie go naprawdę wbiłam. Po tym wszystkim najzabawniejsze było to że ten chłopak zakochał się we mnie... na jego nieszczęście bez wzajemności, ale to już inna historia.

_________________
http://www.wszechbiblia.net
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość Odwiedź stronę autora
Martin Płeć:Mężczyzna
Wszechbiblia.Net Admin


Dołączył: 07 Lip 2002
Skąd: Warszawa
Status: offline
PostWysłany: 17-06-2003, 14:25   

[BG]

Uśmiechnęłam się głupio, chyba bardziej do siebie niż do niej. Rozejrzałam wkoło. Polana wydawała się równa. "Na pierwszy raz to w sam raz" pomyślałam. Obruciłam się do kupki moich rzeczy, przerzuciłam płaszcz na inne miejsce. Wzięłam miecz, który lerzał podspodem i położyłam go w pochwie na kolanach. Wpatrywałam się w niego przez chwilę po czym wysunęłam go lekko. Promienie przedpołudniowego słońca odbiły się na ostrzu, które ostatnio tak starannie wyczyściłam. Uśmiechnęłam się, po czym spojrzałam na Yenny.
- Skoro mamy trochę czasu możemy zacząć już teraz. - wyciągnęłam miecz do końca i odłożyłam pochwę na bok - nie jest to elficka robota, to zwykły miecz wykonany ręką człowieka, za to bardzo wprawną ręką. Zapewne będzie ci się wydawał niewyważony, podobnie jak ten w elfiej wiosce. To normalne dla niewprawnej ręki. Choć elfickie miecze są zupełnie inne, dużo lżejsze. Musiano ci wtedy dać jakiś ludzki, tam w elfiej wiosce. Zresztą leśne elfy większą wagę przywiązują do łuku niż do miecza. Ale mniejsza o to. Spójrz. - wstałam i wyciągnęłam miecz do przodu - Tak należy go trzymać. To miecz jednoręczny, więc do władania nim wystarcza jedna ręka. Jesteś silna więc nie powinien ci zanadto ciążyć. Widziałaś?
Podałam miecz Yenny. Odpowiednio ustawiłam jej dłoń na rękojeści. Uśmiechnęłam się gdy pewnie go chwyciła.
- Tak dobrze. Teraz spójrz.
Pokazałam jej parę ruchów nie trzymając miecza i skinęłam jej by powtórzyła.
- Świetnie. Najważniejszy jest nadgarstek. Widzisz? O, tak. Swietnie!
Już po godzinie obie tańczyłyśmy równocześnie na trawie. Yenny bezbłędnie powtarzała, to co jej pokazywałam. Tylko czasami musiałam ją poprawiać. Pokazałam jej podstawowe pchnięcia i zastawy, odpowiedni rozstaw nóg i nacisk ciała na powierzchnię. Wszystko pokolei, tak jak i mnie uczył ojciec. Tyle, że jej szło to o wiele szybciej. Byłam pod wrażeniem. Po kilku godzinach wróciłyśmy do wygasłego ogniska odpocząć.

_________________
http://www.wszechbiblia.net
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość Odwiedź stronę autora
Martin Płeć:Mężczyzna
Wszechbiblia.Net Admin


Dołączył: 07 Lip 2002
Skąd: Warszawa
Status: offline
PostWysłany: 17-06-2003, 14:27   

[MG]

Podchodząc do ogniska Yenny odezwała się do ciebie...
- Wiesz co... przemyślałam to co powiedziałaś mi o moim człowieczeństwie... po części masz rację, ale tylko po części, to nie tak. Nie usprawiedliwiam się nim... hymm... raczej się zabezpieczam na przyszłość bo boję się i obawiam że kiedyś zrobię coś czego nie chcę.. a to coś właśnie leży w
naturze człowieka... chodzi tu o to że jeśli coś takiego zrobię... to ostrzegłam o tym wcześniej... choć i tak mam wrażenie że raczej czegoś takiego bym nie zrobiła. Mam swój styl że tak powiem... tak jestem jedyna, niepowtarzalna masz racje, ale ciągle się obawiam że mimo wszystko komuś
wyrządzę krzywdę, bo postąpię właśnie tak jak oni, jak to ludzie zwykle czynią... to że do końca nie jestem człowiekiem raczej tu chyba nic nie zmienia. Nie pomyliłaś się... tak, obarczam się winą za ich czyny... zdarza mi się że robię różne rzeczy tylko po to by sobie udowodnić że nie jestem taka jak oni... choć to do końca też nie jest prawdą bo to co czynię wypływa prędzej z tego że tak chcę zrobić... - zamyśliła się - ...tak to chyba to o czym wspomniałaś, żyję jak nakazuje mi wewnętrzne `ja` tylko jedyny problem w tym że właśnie obawiam się tego o czym wspomniałam na początku. Z twych słów wypływa pewna mądrość i doświadczenie życiowe... więcej wiesz o świecie
i o ludziach... żyjesz wystarczająco długo by poznać świat.. ja mając skromne przy tobie dwadzieścia-trzy lata przez ten czas głównie widziałam prawie same krzywdy wyrządzane przez ludzi innym istotom jak i też samym ludziom... wszędzie przemoc, śmierć, żądza bogactwa, zabijanie za parę koron i wiele innych, zresztą doskonale wiesz co mam na myśli.

_________________
http://www.wszechbiblia.net
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość Odwiedź stronę autora
Martin Płeć:Mężczyzna
Wszechbiblia.Net Admin


Dołączył: 07 Lip 2002
Skąd: Warszawa
Status: offline
PostWysłany: 17-06-2003, 14:28   

[BG]

Słuchając jej zamyśliłam się. "Dwadzieścia trzy... i tak widziałaś więcej, niż przeciętny człowiek tutaj, chyba, że jest on najemnikiem lub podróżuje dużo po świecie. Ja przecież byłam wtedy jeszcze dzieckiem... co to jest dwadzieścia trzy lata dla elfa?" Spojrzałam na nią, dalej kontynuowała, zrobiło mi się głupio, że jej nie słucham, że moje myśli znów uciekły gdzieś daleko, do dzieciństwa. "Ja w tym wieku byłam szczęśliwa, to był ostatni rok mojego szczęścia..." Przymknęłam oczy, zeby wyłowić dalszy sens jej wywodu, przychodziło to z trudem "Niepotrzebnie się rozczuliłam..."

_________________
http://www.wszechbiblia.net
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość Odwiedź stronę autora
Martin Płeć:Mężczyzna
Wszechbiblia.Net Admin


Dołączył: 07 Lip 2002
Skąd: Warszawa
Status: offline
PostWysłany: 17-06-2003, 14:28   

[MG]

Właśnie z tego co do tej pory w życiu widziałam to pewnie wynika, nie chcę stać się taka... choć tak racjonalnie na to spoglądając wiem że nie będę, ale ta głupia obawa i uczucie jest silniejsze. Powiesz pewnie że nie wszyscy są tacy... wiem o tym doskonale, jak każda moneta ma dwie strony medalu tak jest i
tu... poznałam parę osób które naprawdę były dobre, może niektórzy których spotkałam skrywali przed światem swoją prawdziwą naturę jak powiedziałaś. Chcieli się pewnie dostosować... ja też byłam inna, zawsze inna niż ludzie mnie otaczający... również chciałam się dostosować, być taka jak oni... lecz zawsze i tak postępowałam inaczej, wyróżniałam się... bo człowiekiem tak do końca przecież nie jestem i nie mogę być taka jak oni... - urwała ale nie bynajmniej dlatego że nie chciała kontynuować dalej rozmowy... zaraz poczym błyskawicznie poderwała się na nogi... instynktownie uczyniłaś to samo. Widać było że cała była spięta... wzrokiem omiotła całe otoczenie... w jej oczach dostrzegłaś dziwny blask... to.. to był strach... Yenny się czegoś bała... coś na tyle na nią wpłynęło że po raz pierwszy w jej błękitnych pełnych ciepła źrenicach widać było obawę i lęk. Ty zaś nic nie poczułaś, nie odczuwałaś żadnego zagrożenia czy też czyjeś obecności w okolicy, ale jednak taka reakcja partnerki nie była zapewne bezpodstawna. Na jej twarzy malowało się narastające napięcie powstałe wciągu tych ułamków sekund. Oddychała teraz szybko... stała tak jakby była sparaliżowana.
- Spokojnie... tylko spokojnie... Yennyfer myśl... - cicho szepnęła do siebie... lecz na tyle głośno że usłyszałaś... zaraz po czym niemal natychmiast po tym jak poderwała się z miejsca... przestałaś odczuwać jej obecność... stała przed tobą, widziałaś ją, ale nie odczuwałaś jej obecności... żadnej aury, śladu energii... czegokolwiek... po upływie parusekund znów odczułaś jej fizyczną obecność. Postanowiłaś się spytać się co się dzieje lub co się stało, lecz Yenny uprzedziła cię udzielając ci odpowiedzi na jeszcze nie zadane pytanie.
- Nie wiem co poczułam to trwało tylko chwilę... - przerwała by nabrać powietrza - trwało tylko moment, za krótko by namierzyć ewentualne źródło... ale... nie wiem co to było... jednak... jednak... - lekko załamał się jej głos - ... tak nie mylę się... to samo uczucie co piętnaście lat temu... przypominam sobie, tuż przed śmiercią rodziny coś takiego samego poczułam, wtedy nie wiedziałam co to było... ale teraz już wiem... wiem co zwiastowało. Czyżby teraz ktoś mnie szukał... szukał by zabić... po co? Dlaczego...? Kim ja jestem... dlaczego moja rodzina... teraz na mnie kolej??? Dlaczego... po co ja sobie zadaję to pytania... - spuściła głowę w dół i wzrok utkwiła w niewiadomym punkcie na ziemi.. - ... i tak nie znam na nie odpowiedzi... - Dopiero teraz zorientowała się że mówi od pewnego czasu sama do siebie.
- He... ale wysunęłam wnioski co? Jeden impuls przywołujący wydarzenia z przeszłości i proszę co się dzieję... aż mnie sparaliżowało... i zgłupiałam do tego... to żenujące... Ty nic nie poczułaś...?
- Nie nic... to dziwne.
- Rzeczywiście... przecież wcale nie masz słabszych zmysłów odemnie, może mi się zdawało... ale nie jestem tego pewna... nie wiem co poczułam... sama już nie wiem...
- Ja też... może rzeczywiście ci się zdawało
- Pewnie tak, ale mimo wszystko mam złe przeczucia... coś chyba wisi w powietrzu... tylko nie wiem co... a tak wracając do naszej rozmowy. To tak zastanawiam się czy dzisiaj nie wyjątkowość duszy świadczy o wielkości człowieka, czy może umiejętność przystosowania się do ogółu. Jednak wtedy człowiek staje się bez osobowy... pusty i taki sam jak inni... zresztą ja wybrałam to pierwsze... a najgorsze to chyba to że nie mam pojęcia kim tak naprawdę jestem... może kiedyś się dowiem. - przerwała... uśmiechnęła się wesoło i odezwała się ponownie - No ale starczy już tego i nie będę się i ciebie zadręczać moimi problemami. Cóż muszę odrzucić to głupie przeświadczenie że mogę się zmienić... i być nadal sobą... Wiesz co... dzięki tobie że zwróciłaś mi na to uwagę przemyślałam to i dostrzegłam, że lekko mówiąc za bardzo się tym przejmowałam, bo poczucie winy nie jest lekkie... ciąży i to bardzo... i jeśli już mam być za coś odpowiedzialna to tylko za swoje czyny i nic więcej. Dziękuję... pomogłaś mi to dostrzec i zrozumieć.

_________________
http://www.wszechbiblia.net
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość Odwiedź stronę autora
Wyświetl posty z ostatnich:   
Strona 4 z 7 Idź do strony Poprzedni  1, 2, 3, 4, 5, 6, 7  Następny
Ten temat jest zablokowany bez możliwości zmiany postów lub pisania odpowiedzi
Nie możesz pisać nowych tematów
Możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików
Możesz ściągać załączniki
Dodaj temat do Ulubionych


Skocz do:  

Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group