FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy
RejestracjaRejestracja  Galeria AvatarówGaleria Avatarów  ZalogujZaloguj

Poprzedni temat :: Następny temat
Idź do strony 1, 2, 3 ... 11, 12, 13  Następny
  Kampania MAC na ziemiach Gondoru
Wersja do druku
Costly Płeć:Mężczyzna
Maleficus Maximus


Dołączył: 25 Lis 2008
Status: offline

Grupy:
Melior Absque Chrisma
PostWysłany: 12-01-2009, 22:18   Kampania MAC na ziemiach Gondoru

- Wejść. - Powiedział Mroczny Kapłan Costly słysząc pukanie do drzwi.

Ubrana w zwykłą szarą szatę postać weszła do komnaty kapłana i pozdrowiła go skinieniem głowy. Molina wskazał mu miejsce na przeciwko jego biurka.

- Słucham twojego raportu.

Szpieg wyjął z fałdów swojej szaty kilka dokumentów, które podał Kapłanowi. Costly czytał dokumenty, a szary jegomość mówił wypranym z emocji, formalnym głosem.

- Konfratrzy działający pod komendą Jeźdźca Apokalipsy Velga skuteczniejsze oczyścili teren lądowania. Znajdujemy się obecnie około trzech kilometrów od brzegu. Nasza inteligencja potwierdza, że żadne z okolicznych państw nie uznaje tych terenów za własne, obecność naszych sił tutaj nie powinna sprowokować działań żadnych okolicznych państw. Osiągniecie zachodniej granicy Gondoru z tego miejsca powinno zająć około dwóch godzin wierzchem. Przemieszczenie tam całości piechoty i oddziałów wspomagania zajmie mniej więcej trzy razy więcej czasu.

- Dowództwo nad inwazją powierzone zostało Samurajowi Ryuzakiemu. W sztabie znaleźli się także obaj Jeźdźcy Apokalipsy, Velg i Norrc, a także Mroczna Kapłanka Kitkara. Dowództwo nad konkretnymi kompaniami powierzone zostało...

Kapłan podniósł dłoń, szpieg zamilkł.

- Nie interesuje mnie to. Ufam bratu Ryuzakiemu, militaria nie są moją rolą. - Powiedział Kapłan odkładając dokumenty. - Powiedz mi co mówi nasza inteligencja odnośnie możliwych sojuszników Gondoru.

- Gondor charakteryzuje agresywna postawa wobec sąsiadów. - Błyskawicznie odpowiedział mężczyzna. - Nie cieszą się tutaj popularnością, nie spodziewamy się, aby któreś z państw zdecydowało się na wsparcie ich. Istnieje jednak ciągle możliwość, że słabsze, zastraszone nacje zdecydują się na taki krok.

- To nie o nich chciałem słyszeć. Jak reagują na nasze działania organizacje kontynentalne?

- Wedle naszych obserwacji - zaczął szpieg niepewnie - żadnej reakcji nie przejawiał, ani WiP, ani AntyWiP. Lisia Federacja także. Możemy założyć, że nie będą próbować wejść nam w drogę.

- Świetnie. Kiedy przybiją ostatnie statki z zapasami i wojskiem?

- Za trzy dni.

- Możesz odejść.

Szary jegomość skinął głową i opuścił komnatę Kapłana.

- Inwazje czas zacząć. - Powiedział uśmiechnięty Costly stając przy oknie.

_________________
All in the golden afternoon
Full leisurely we glide...
Przejdź na dół Zobacz profil autora
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość
Bezimienny Płeć:Mężczyzna
Najmniejszy pomiot chaosu


Dołączył: 05 Sty 2005
Skąd: Z otchłani wieków dawno zapomnianych.
Status: offline
PostWysłany: 12-01-2009, 23:22   

- Wejść. - Powiedziała ubrana w ciemną szatę postać stojąca przy oknie równie czarnej wieży.

Ubrany w brązowe szaty podróżne człowiek wszedł ostrożnie do komnaty natychmiast klękając przed jej lokatorem. Zakapturzony odwrócił się w stronę przybyłego i spojrzał na niego prosto z mrocznych głębi kaptura.

- Słucham twojego raportu.

Szpieg nerwowo wyjął z fałdów swojej szaty kilka dokumentów, które natychmiast zostały mu odebrane. Zakapturzony bez patrzenia odłożył papiery na bok, podczas gdy przybysz drżącym głosem referował.

- Oddziały pierwszej fali przekroczyły góry i umacniają się na wschodnim brzegu rzeki. Opór niewielki - siły Gondoru są tu bardzo słabe, wręcz symboliczne. Flota wysadziła również silne grupy zwiadowcze, które na południe od miasta umacniają miejsca lądowania dla reszty armii. Faza pierwsza - ruch na zachód - nie powinna zająć więcej niż dzień. Kilka kolejnych dni może zająć zabezpieczenie przeprawy przez rzekę. Siły morskie powinny wyładować się i dotrzeć do Minas Tirith w podobnym czasie.

- co wiemy w sprawie sojuszników Gondoru? - Wysyczał Mroczny.

- Rohan nadal jest uwikłany w konflikt z Isengardem, żadna z tych sił nie powinna interweniować. Właściwie jedynym większym zgrupowaniem wojsk z jakim musielibyśmy się liczyć jest Gondorski garnizon Dol Amroth, ale jego udział w bitwie nie zmieni proporcji sił w żaden znaczący sposób. Nie widać też żadnych znaków, by Elfy miały się ruszyć ze swoich lasów.

- A organizacje kontynentalne?

- Próbowaliśmy się skontaktować z Przerażającym Zegarmistrzem, ale odcięli mu linię z powodu nie płacenia rachunków. Nasi wywiadowcy donoszą zresztą, że główny trzon przywództwa WiPu i Anty-WiPu udał się na wakacje w nieznanym kierunku.

- Świetnie, możesz odejść. Wychodząc daj znać gońcom by wysłali rozkazy przygotowania oddziałów i wezwali generałów na ostatnią odprawę.

Wywiadowca z ulgą opuścił komnatę, udając się w stronę pomieszczenia kurierów.

Mroczna postać wyprostowała się. Na widmowej twarzy Czarnoksiężnika z Angmaru malował się wyjątkowo mało sympatyczny uśmiech.

- W imię Oka, inwazję czas zacząć!


(sorry, ale po protu nie mogłem sobie odpuścić - jeśli wam to nie pasuje do questa, zignorujcie)

_________________
We are rock stars in a freak show
loaded with steel.
We are riders, the fighters,
the renegades on wheels.

The difference between fiction and reality? Fiction has to make sense.
Powrót do góry Zobacz profil autora
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość
Altruista
-Usunięty-
Gość
PostWysłany: 13-01-2009, 11:45   

- A cóż to za nowa duszyczka? - Pamp, słysząc te słowa, odwrócił się błyskawicznie. Autorem tych słów okazał się być jakiś wysoki, blady mężczyzna. Pamp nie mógł sobie przypomnieć czy go czasem gdzieś wcześniej nie widział. Przyjrzał mu się uważnie. Bladolicy miał na sobie skąpą białą szatę i był na bosaka. Altruista podszedł bliżej do Pampa uśmiechając się do niego miło.
- Jesteś u nas nowy, prawda? Ryu mi o tobie wspominał. Jestem tutaj Najwyższym kapłanem, ale pomińmy sobie te wyniosłe tytuły. Nazywaj mnie Altruistą. - Po ostatnim zdaniu kapłan spojrzał przenikliwie w oczy Pampa, bez żadnego problemu go zahipnotyzował. Pamp nie mógł się teraz w ogóle odezwać, ani poruszyć żadną kończyną, stał jak wryty słuchając słów Altruisty.
- Jesteś silną, ale zagubioną duszyczką. Nie wyczuwam w tobie naszej wiary, ale może to tylko kwestia czasu? - Altruista dotknął delikatnie dłonią prawy policzek Pampa, uśmiechnął się tajemniczo. - Będę cię uważnie obserował, no i mam nadzieje, że podołasz zadaniu jakie ci zlecił nasz samuraj. Więc lepiej mnie i jego nie zawiedź. On może by ci i wybaczył, ale ja zapewne bym ci wyrwał za to serduszko. - Po tej kwestii kapłan zmrużył swoje zielone oczy i uwolnił spod Hipnozy Pampa. - Witaj w naszym latającym kościele, mam nadzieje, że się nudzić tutaj nie będziesz. - Śmiejąc się na głos Altruista wyminął Pampa i ruszył dalej korytarzem.

Nieco później po wydarzeniu z Pampem, Altruista wszedł bez pukania, do komnaty Velga. Zastał go siedzącego przy biurku, studiującego jakieś mapy. Na jego jeszcze nie posłanym łóżku spała jakaś naga blond włosa dziewczyna. Velg na widok Altruisty chciał wstać, ale kapłan powstrzymał go dłonią i odezwał się do niego. - Wybacz admirale, że zakłócam ci prace. Jednak chciałbym cie o coś prosić. Nasz wspaniały patriarcha wyczuł, że jakieś wrogie siły zmierzają do Gondoru. I są to potężne siły. Chciałbym byś zbadał tą całą sytuacje. Trzeba to wszystko sprawdzić, nie możemy popełnić najmniejszego błędu.
Powrót do góry
Velg Płeć:Mężczyzna


Dołączył: 05 Paź 2008
Status: offline

Grupy:
Tajna Loża Knujów
PostWysłany: 13-01-2009, 18:16   

Velg szybował ponad oceanem, wraz z trzydziestoma swoimi rycerzami. Spraw do omówienia nie miał zbyt dużo - zaopatrzenie konfratrów było sprawą drugorzędną. Oni się zaopatrzyć umieli sami - na okolicznych wsiach. Ich kompetencje również nie pozostawiały wielu niejasności - mieli palić i rabować, aby ich zakonni bracia nie musieli się zajmować tak hańbiącymi sprawami. Gwardia zakonna zaś dostała się pod dowództwo Wielkiego Marszałka Gabriela - wbrew swoim gabarytom całkiem niezłego dowódcy. Tak więc trzydziestka zakonników była zbędna - i z najlepszym pożytkiem dla całego bractwa mogła posłużyć jako zwiadowcy.

Lecieli więc ponad szafirowymi wodami niezmierzonego oceanu, jako forpoczta największych sił inwazyjnych, jakie miał ogląd współczesny zachodni Gondor. Wiatr wiał lekko, rozwiewając czarne szaty zakonne, kontrastujące ostro z bielą sierści pegazów. Byli doskonale widoczny - ktoś mógłby wręcz powiedzieć, iż ich nie mieli nic wspólnego z jakimkolwiek zwiadem... A jednak zwykłe ludzkie przyzwyczajenia powodowały, iż tylko nieliczni podnosili głowę i patrzyli w niebo. Zaś tylko ci nieliczni mogli dostrzec powietrzny oddział.

Do tych nielicznych nie zaliczał się najwyraźniej dwudziestoosobowy patrol gondorski. Na swą zgubę dwie dziesiątki kawalerzystów były zbytnio zajęte patrolowaniem terenów przygranicznych, aby dojrzeć unoszących się kilkaset metrów nad ziemią jeźdźców. Jeden gest ręki Wielkiego Mistrza wystarczył, aby odziani w czarne płaszcze wojownicy zawrócili. Przez dłuższą chwilę, Velg przypatrywał się ruchom swych adwersarzy - wyraźnie poruszających się wzdłuż traktu. Wzdłuż traktu, który już jakieś dwie staje dalej wpadał do nielichego boru.

Przez piętnaście minut jeźdźcy wykonywali standardowy manewr, wykonując wielkie koło oraz, jednocześnie, wciąż obniżając poziom, na którym się znajdywali. Miało to ich ochronić przed zauważeniem - bowiem sfrunięcie za najbliższe wzgórze i próba przygotowania zasadzki była zazwyczaj zauważana nawet szybciej, aniżeli frontalny atak. Szczęściem, po upływie tego kwadransu, jeźdźcy trafili na małą polankę pośród drzew. Pięciu braci zostało wraz ze zwierzętami (acz Velg miał wyrzuty, zostawiając Siluya w cudzych rękach). Reszta poszła w kierunku, w którym wedle widoku z loku pegaza powinien być trakt. Po trzeciej części kwadransu oczom ukazała się owa dróżka.

- Znacie swą powinność... Na okrzyk "W imię światłości" palicie z kusz i ruszamy na nich. Nie bierzcie jeńców - ostawcie przy życiu jedynie jeźdźca w purpurze. To zapewne dowódca, a z nim chcę pomówić. Teraz się chować, dwunastu przy mnie, dwunastu na drugą stronę. - szeptem poinstruował podwładnych, gestem nakazując jednocześnie milczenie.

Zasadzka zorganizowana została sprawnie - choć wciąż nie było pewne, czy zasadzili się przy właściwym odgałęzieniu traktu. Czas płynął. Minuta... Dwie... Dziesięć... O ile można było ocenić przez liście drzew, słońce zaszło już i tylko ostatnie promienie słońca oświetlały świat. A wroga wciąż nie było - Wielki Mistrz chciał już nawet odwołać zasadzkę, kiedy na trakt wjechali Gondorczycy.

Ich przywódca, zbrojny w srebrzystą zbroję oraz purpurowy płaszcz z wyhaftowaną gwiazdą, jechał śmiało naprzód, jakby nie spodziewając się niczego złego. Gondor przecież był mocny, a na zachodnich rubieżach go nie niepokoił. Tylko raz czy dwa rzucił okiem na zacienioną przestrzeń pod drzewami. Widząc tam tylko zwykłą ściółkę, zrezygnował z oglądania monotonnej drogi.

Kiedy rozległ się odłos okrzyku Velga, nikt nawet nie pomyślał o skutecznej obronie. Salwa z kuszy zwaliła z siodeł ośmiu jeźdźców. Pozostałych siedmiu w szoku poczęło się rozglądać, szukając ukrytych strzelców. Nim jednak ich znaleźli, wyskoczyli na nich pokryci rycerze. Rzeź była całkowita - oponenci padali z odrąbanymi rękoma, przebitymi tułowiami... Tylko dowódca próbował się bronić - ciął nawet jednego z rycerzy w tors, obalając go na ziemię.

Nie na wiele mu się to jednak zdało - bowiem trzy sekundy później dopadł do niego Velg. Pierwsze pchnięcie, mierzone w serce, członek MACa zepchnął Mormegilem w bok. Drugiego ciosu Gondorczyk już nie wyprowadził - wykorzystując lukę w obronie, Jeździec Apokalipsy wraził ostrzę w bok konia. Oponent spadł z konia, jednakże walki nie zaprzestał. Próbował nawet przebić przeciwnika, wykorzystując fakt, iz jego ostrze ugrzęzło w zwierzęciu. Nie uwzględnił jednakże dwóch rzeczy - tego, iż po stronie zwiadowców jest jeszcze trzydziestu ludzi, oraz tego, iż Velg był od niego wielokrotnie szybszy.

Minutę później, na ścieżce walało się czternaście gondorskich trupów. Oraz jeden związany Gondorski dowódca, pilnowany przez zakonnika. Inni zwiadowcy gromadnie opatrywali swego rannego - acz jego rana okazała się być jedynie lekka. Doskonała zbroja przyjęła większość impetu ciosu, zachowując go w stanie użyteczności bojowej.

W końcu zaś zakończeniu uległ i ten etap. Velg podszedł do kasztanowłosego jeńca, nachylił się z kurtuazją i rzekł:

- Jakie twe miano?
- Nic ci do tego, psie.
- odwarknął ze złością Gondorczyk. Widać było, iż w swoim (na oko czterdziestoletnim) żywocie nie doznał jeszcze takiego upokorzenia.
- Och, chcesz umierać bezimiennie? - spytał się z kpiną rycerz.
- Jakbyś mógł śmieć podnieść rękę na Gondorczyka wysokiego rodu! Kiedy mój oj... - tu urwał, zapewne na skutek silnego policzka otrzymanego od Velga.
- Chyba właśnie śmiałem... A jeśli nie chcesz zginąć, lepiej mi powiedz, gdzie jest wasz fort czy inna placówka i ilu macie tam ludzi.
- Na przełęczy. Ale i tak ci to nie pomoże, kac...
- Urwał. Zrobił to, ponieważ Velg chwycił go za gardło i przyciągnął ku sobie.
- Limit mej cierpliwości już wykorzystałeś. Chętnię bym cię za potwarz usiekł w pojedynku - lecz ja pojedynkuję się jedynie z ludźmi, nie zwierzętami. - wycedził, łapiąc ręką konopny sznur, przezornie zabrany na wyprawę przez jednego z jeźdźców bractwa.

Już chwilę później niedoszły obrońca Gondoru wisiał na drzewie, zaś zwiadowcy Velga gotowali się do spalenia małego, przygranicznego posterunku. Tam mogli znaleźć jakiegoś języka, aby zorientować się w sprawach królestwa...

Później zaś - na wschód. Do lądu, który zwano Mordorem. Na zwiad i aby ocenić zamiary przeciwników Gondoru.

_________________
Powrót do góry Zobacz profil autora
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość Wyślij email Odwiedź listę obejrzanych anime / przeczytanych mang
Bezimienny Płeć:Mężczyzna
Najmniejszy pomiot chaosu


Dołączył: 05 Sty 2005
Skąd: Z otchłani wieków dawno zapomnianych.
Status: offline
PostWysłany: 13-01-2009, 19:46   

Ironicznym można nazwać, że tak polegający na ludzkich przyzwyczajeniach zwiadowcy sami padli ich ofiarą. Zainteresowani wydarzeniami pod sobą nie zauważyli zupełnie, że oprócz nich na niebie znajduje się ktoś jeszcze. Oczywiście, usprawiedliwiały ich też dwa inne czynniki - 31-szy powietrzny obserwator leciał na znacznie większej wysokości, a na dodatek znajdował się na wschód od nich, ukryty w mroku szybko nadciągającej nocy. Zresztą, powody były mniej ważne - znacznie istotniejszy był fakt, że zajęci swoją robotą zakonni nie zauważyli przelatującego nad nimi Nazgula, za to ten miał okazję dobrze zaobserwować całą sytuację i bezpiecznie się oddalić.

Kilka godzin później odpowiednie wiadomości trafiły Mordoru, i wywołały serię reakcji.

Pierwszą z nich była decyzja o natychmiastowej reaktywacji sił powietrznych. Kilka pierwszych oddziałów utworzono korzystając z gadzich wierzchowców dotychczas zarezerwowanych dla Nazguli - były uważane dotychczas za zbyt prestiżowe, by dawać je byle komu (poza tym orki miały tendencje do znikania gdy były w ich towarzystwie), ale udało się dla nich dobrać doborową grupę parających się magią Czarnych Numenoryjczyków. Resztę postanowiono uzupełnić poprzez zakupy (u sprzedawców znalezionych poprzez znajomości w AntyWiPie) dużej ilości wiwern, oraz przez negocjacje z kilkoma pozostałymi jeszcze na świecie smokami.

W następnej kolejności pościągano wszelkie rozesłane wszędzie oddziały. Większość miała zdążać w stronę Mordoru, z wyjątkiem sił w Morii i znad północnej części Anduiny - te skierowano na "pomoc" Sarumanowi w Isengardzie, by rozwiązał problem Rohański jak najszybciej, a potem nie wahał się zbytnio dołączyć do sił swego sojusznika.

Zdecydowano się też porobić kilka dodatkowych zakupów - ostatecznie, jeśli już podbije się Gondor i zdobędzie całe Śródziemie, to kwestia spłacania kilku kredytów nie będzie aż tak sercu niemiła.

Ostatnim rozkazem było rozesłanie zwiadowców. Wywiad Umbarski był co prawda całkiem profesjonalny i dobrze wykwalifikowany, ale zdecydowano się jednak przede wszystkim polegać na starej, uświęconej wiekami tradycji metodzie. Górskie gobliny może i nie są specjalnie inteligentne, ale gdy się je wyśle tysiącami, to co któryś coś zobaczy i doniesie gdzie trzeba (a i tych, które wpadną nie będzie szkoda, zawsze można ich wyhodować więcej). A nawet jak gobliny nie zobaczą, to przed wzrokiem hord szczurów, wron, kruków i innych padlinożerców nic się nie ukryje.

Władca Mordoru, zauważywszy istnienie nowego, wcześniej nieznanego gracza, nie zamierzał zostać zaskoczony.

_________________
We are rock stars in a freak show
loaded with steel.
We are riders, the fighters,
the renegades on wheels.

The difference between fiction and reality? Fiction has to make sense.
Powrót do góry Zobacz profil autora
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość
Velg Płeć:Mężczyzna


Dołączył: 05 Paź 2008
Status: offline

Grupy:
Tajna Loża Knujów
PostWysłany: 13-01-2009, 20:10   

Przeleciał nad terenami Gondoru. Spaliwszy posterunek, Velg nie nawiązywał już więcej walk z wojskami wroga. Potrzeby nie było - miejsca skupienia widział z góry, zaś miasta i forty były mu już znane z map. Dlatego właśnie nie zatrzymywał się na dłużej nad obszarami właściwego kraju. Zresztą, nie miał po co - niebezpieczeństwo odkrycia groziło armii tylko ze strony najbliższych posterunktów Gondoru.

Po kilku dniach drogii oraz przejedzeniu wszystkich zapasów Velg przeleciał nad Wielką Rzeką Anduiną, znaczącą zbliżanie się wschodnich krańców Mordoru. Podczas drogi kilkakrotnie wydawało im się, iż na ośnieżonych szczytach górskich dostrzegli jakąś pokraczną sylwetkę. Ponieważ jednak w większości przypadków, gdy jeźdźcy postanowili wybadać sprawę, obserwator uciekał z krzykiem, lawiny uniemożliwiły im sprawdzenie tożsamości owych tajemniczych osób.

Zresztą, wszystkie wypadki zeszły na rolę drugorzędną wobec tego, iż już z pegaza widział zbliżanie się góry graniczne wschodniego sąsiada Gondoru... Uwagę przykuwało też, iż ziemia poniżej nich wyglądała na wyludnioną... Jakby ktoś odwołał z niej wielkie masy ludzi - jednakże zastanawianie się nad tym musiało poczekać. Z oddali bowiem Velg dostrzegł na niebie cienie. Wyglądało, iż nie tylko oni bawili się w powietrznych zwiadowców. Ktoś inny też wykorzystywał skrzydlate wierzchowce - a coś, co zauważył Wielki Admirał Kościoła, przypominało zagubiony oddział zwiadowczy.

- Rozwiń chorągiew pokoju. - zwrócił się Velg do najbliższego rycerza.

- I niech wszyscy zostaną setkę metrów ode mnie i chorążego, jeżeli ów oddział nie ma wrogich zamiarów... Ale, jeśli jeźdźcy ci żywią krawe intencje i zechcą nastawać na moje życie, waszą powinnością jest przepłoszyć te obmierzłe ptaszyska. - wykrzyczał i wysforował się naprzód, w stronę oddziału na horyzoncie.

_________________
Powrót do góry Zobacz profil autora
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość Wyślij email Odwiedź listę obejrzanych anime / przeczytanych mang
Grisznak
-Usunięty-
Gość
PostWysłany: 13-01-2009, 20:38   

"Wy się ruszać! Szybko być!" - stojący na pokaźnych rozmiarów kamieniu ork spoglądał z zadowoleniem na przemieszczające się drogą oddziały zielonoskórych. Oblicze barwy spalonej ziemi przecinał co chwila złośliwy grymas. Gdy tylko zauważył jakichś maruderów, chwytał leżące wokół kamienie i z sadystyczną przyjemnością rzucał nimi, nieodmiennie trafiając łamagi i motywując je tym samym do dalszych wysiłków. "Wielkie Oko na was patrzeć! Wysłać was na żer Wielkiej Pajęczycy, a ona wyjeść wasze flaki i wypić soki!" - Grisznak wiedział doskonale, że te okrutne bestie, przed którymi lęk czuli mieszkańcy krain ludzi i elfów, truchlały, gdy tylko wspominano w ich bliskości o Szelobie. Nie, żeby sam się jej nie bał, ale nie bez kozery był tu dowódcą. Kierować tą zgrają mógł tylko najokrutniejszy z orków. A że przy okazji zdawał być ciut mądrzejszy od reszty? Nie miał złudzeń, która z cech sprawiła, że Mroczny Władca postawił go na czele orczych legionów.

Przez Morannon co chwila napływały nowe oddziały, pośpiesznie ściągane z Rhunu i Nurnu. Orki dzierżyły zakrzywione szable i proste włócznie, ich ciała pokrywały zbroje składające się przeważnie z kawałków metalu, kości i skór, połączonych na najróżniejsze sposoby. Przybyły przed chwilą posłaniec donosił o kolejnych jednostkach, zaś Grisznak liczył, zapisując wiadomości na kawałku wygarbowanej ludzkiej skóry. Fakt, że potrafił jako tako czytać i pisać a nawet liczyć, czynił go wśród orków wręcz tytanem intelektu.

"Pięć tysięcy orków i sto trolli wyrusza do Isengardu" - zameldował kolejny z przybyłych. Trolle, Grisznak ich nie lubił, ich smród raził nawet orkowy, generalnie mało wybredny, zmysł powinienia jednak byłby głupcem, gdyby nie doceniał ich znaczenia bojowego, sam widział, jak zmiatały z powierzchni ziemi oddziały wroga. Zasadniczo, pomaganie Isengardowi nie sprawiało mu przyjemności, z chęcią pozwoliłby białoskórym wytłuc te niedorobione Uruk Hai, którym wydawało się, że są orkami 2.1. Gestem ręki przyzwał Gshdyla, dowódcę wyruszającego na pomoc Sarumanowi oddziału.

"Twoja się nie śpieszyć" - powiedział - "A jak znaleźć Ugluka, to zrobić mu wisiwisek" - wieloczłonowe słowo "wiwisekcja" było jednak za trudne, nawet dla niegłupiego orka - "To wy go wypatroszyć. I pamiętać, zrobić zapasy ludziny. To będzie długa wojna". Podwładny skinął łbem i wrócił do swoich żołnierzy, którzy, jak na komendę, zaintonowali pieśń marszową, której ponure, budzące grozę słowa, miały wkrótce zabrzmieć w całym Gondorze.

"Nie nosić my pancerz i nie mieć my koń
Lecz ludzia my rezać z ochota!
W czerwonej posoka unużać swą broń
Piechota, orkowa piechota!"

Grisznak odwrócił się i wsiadł na varga, na grzbiecie którego pomknął ku Minas Morgul aby powiadomić Czarnego Władcę o postępach. Po drodze minął kilka luźnych watah goblinów, które biegły na zachód. Jeden z kurdupli nie zszedł orkowemu generałowi z drogi dość wcześnie i skończył w zębach "Rudego", tak Grisznak nazywał swojego wilka, z którym niejedną kampanię już przeszli. Gdy dotarł na miejsce, zostawił varga u bram i na piechotę ruszył przed siebie, czując na sobie wzrok Oka. Choć wiedział, że widzi ono wszystko, tu tak blisko Barad Dur, nie można było nie poczuć niemal fizycznie jego bliskości. W milczeniu mijał kolejne posterunki, na których strażnicy bez jakichkolwiek pytań otwierali mu wrota. Wreszcie dotarł na szczyt wieży, gdzie skłonił się dowódcy. W krótkich, żołnierskich słowach zameldował o tym co widział, po czym podniósł wzrok z nad skóry, oczekując na rozkazy.

"Panie, moja słyszeć o nowy wróg" - powiedział w końcu - "Przybyć z za morza i walczyć z białoskórymi."
Powrót do góry
Costly Płeć:Mężczyzna
Maleficus Maximus


Dołączył: 25 Lis 2008
Status: offline

Grupy:
Melior Absque Chrisma
PostWysłany: 13-01-2009, 20:56   

Altruista wraz z Costlym stali na jednym z najwyżej położonych balkonów kościoła obserwując teren.

- Wydawało by się, że to taka spokojna okolica, gdy widzę ją z tego miejsca. - Powiedział Najwyższy Kapłan wodząc wzrokiem po malowniczych lasach i wzgórzach rozciągających się przed nimi. Obecnie twierdza uniesiona była wyżej niż zazwyczaj, w celach obronnych. Wystrzał z armaty posiadał teraz naprawdę imponujący zasięg. Mroczny Kapłan Costly zamontował na murach i wieżach ogromną liczbę owych podczas przebudowy siedziby MAC.

- Jednak taką nie jest. - Powiedział Costly. - Doniesiono nam o starciach ludzkich wojsk z siłami goblinów w kraju sąsiadującym z Gondorem od północy. Nazywany jest Rohanem, wedle najnowszych informacji utrzymuje on sojusznicze stosunki z naszym przeciwnikiem.

- Czy powrócił już Velg? Wiemy coś więcej na temat owej potęgi skupionej na wschód za Gondorem? - Spytał Altruista.

- Nie, nadal nie powrócił. - Molina zasępił się. - Za to przysłał z powrotem jeźdźca z raportem. Spalił jeden z granicznych posterunków. Nie oczekiwałem od niego takiej aktywności.

- Wszystko jednak wskazuje na to - kontynuował po chwili - że Gondor znajduje się obecnie pomiędzy dwiema potęgami, które obrały go sobie za cel.

- Nam to ułatwia zadanie. - Stwierdził Najwyższy Kapłan.

- Tak. - Zgodził się Costly. - Zastanawiam się tylko kto w tej kampanii okaże się najgroźniejszym przeciwnikiem. Uwięziony w kleszczach Gondor, czy czający się za nim cień.

_________________
All in the golden afternoon
Full leisurely we glide...
Powrót do góry Zobacz profil autora
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość
Serika Płeć:Kobieta


Dołączyła: 22 Sie 2002
Skąd: Warszawa
Status: offline

Grupy:
Tajna Loża Knujów
WIP
PostWysłany: 14-01-2009, 00:22   

Mrok zapadał powoli w pięknej stolicy Lorien. Miękkie światło zachodzącego słońca muskało gęstwinę liści nad jej głową, gdy spokojnym krokiem przechadzała się malowniczą ścieżką wśród potężnych pni prastarych drzew. Brzemię odpowiedzialności za losy jej ludu - i nie tylko - ciążyło jej coraz bardziej w ostatnich czasach. Zdecydowanie potrzebowała odrobiny rozrywki.

Wiatr delikatnie rozwiał jej włosy, gdy wyłoniła się spod baldachimu koron drzew na otwartą przestrzeń wypielęgnowanego ogrodu. Królowa Galadrimów dostojnym krokiem podeszła do wielkiej, srebrnej misy i wyciągnęła rękę po dzban. Woda w potoku była zimna i krystalicznie czysta - gdy napełniała nią misę, kilka niesfornych kropelek ochlapało jej twarz. Pierścień na palcu zalśnił ledwo dostrzegalnym blaskiem, gdy granatowiejące niebo odbijające się w tafli wody zamigotało dziesiątkami gwiazd.

- Lustereczko, powiedz przecie...

Powierzchnia wody nabrała czerwonawego odcienia. Pasemka purpury zawirowały i ułożyły się w runiczny napis: "ERROR". Złośliwe Zwierciadło, nie zamierzało jej ani odrobiny dowartościować akurat teraz, kiedy tego najbardziej potrzebowała!

No nic, trzeba było spróbować czegoś innego.

- W takim razie, Zwierciadło, pokaż mi coś... cokolwiek, co mogłoby mnie zainteresować.

Tafla wody na chwilę zmieniła barwę na smoliście czarną, lecz już po kilku sekundach rozbłysła feerią barw. Oczom Galdrieli ukazał się brodaty męż... w każdym razie krasnolud, perorujący o czymś z zapałem:
"...mów teraz, a wraz z dwoma doskonałymi, niezniszczalnymi toporami z najczystszego mithrilu otrzymasz ten niepowtarzalny...!".

Nie, nie, nie! Jeden pogardliwy gest ręką, jeden błysk Nenyi, a powierzchnia wody znów przybrałą barwę granatowiejącego nieba. Znowu Telezakupy Mango-Erebor, to się robiło irytujące! Gdyby to jeszcze było coś o jej ukochanej sztuce urządzania ogrodów, ale nie, po co! Będzie musiała poważnie porozmawiać z Kelebornem, żeby nie grzebał w ustawieniach pod jej nieobecność... Chwilami żałowała, że w jej słowniku nie było krótkich, dźwięcznych słów zawierających literę "r" oraz, z reguły, spory ładunek emocjonalny. Nawet, kiedy nikt nie słyszał. Nikt nigdy nie mówił, że życie władczyni elfów było usłane różami.

Westchnęła cicho. Nauczona doświadczeniem tysięcy lat wiedziała, że grożenie temu Przepięknemu-Naczyniu-Niech-Je-Krasnoludzcy-Rzemieślnicy-Przetopią-Na-Niepowtarzalny-Breloczek-Do-Topora całkowicie mijało się z celem, Zwierciadło posiadało własną wolę i mogło ukazywać obrazy, o które nikt je nie prosił - co niniejszym czyniło.

- Zwierciadło, uciesz moje oczy czymś całkowicie nieistotnym, zabawnym i rozrywkowym - zażądała, przysięgając sobie w duchu, że to ostatnia próba dzisiejszego wieczora. Pierścień błysnął, tafla zamigotała... Oczom królowej Galadrimów ukazała się ubrana w zwykłą szarą szatę postać.
"- Konfratrzy działający pod komendą Jeźdźca Apokalipsy Velga skuteczniejsze oczyścili teren lądowania. Znajdujemy się obecnie około trzech kilometrów od brzegu. Nasza inteligencja potwierdza, że żadne z okolicznych państw nie uznaje tych terenów za własne, obecność naszych sił tutaj nie powinna sprowokować działań żadnych okolicznych państw..."
Nasze... CO? Galadriela przeanalizowała w myślach zdanie jeszcze raz. Czy ten człowiek - tak, zdecydowanie człowiek - właśnie zameldował, że domyślił się, używając swojego niezwykle bystrego umysłu, że znajduje się na ziemi niczyjej?
- Interesujące - powiedziała do siebie cicho - ja na ich miejscu prawdopodobnie skorzystałabym jednak z usług wywiadu...

_________________
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość Wyślij email Odwiedź blog autora
 
Numer Gadu-Gadu
1051667
Altruista
-Usunięty-
Gość
PostWysłany: 14-01-2009, 14:33   

Tymczasem w kościele MAC Altruista schodził powoli krętymi schodami. Ze względu na to, że schody były strome patrzał uważnie pod nogi. Gdy już znalazł się na dole zdjął ze ściany pochodnie i ruszył przed siebie, oświetlając sobie mroczny korytarz.

- Ze też on musiał sobie tutaj wybrać kwaterę. - Westchnął na głos Altruista. - Ciekawe, co też on knuje?

Na końcu mrocznego korytarza znajdowały się szerokie, masywne drzwi. Na drzwiach były namalowane jakieś ciemne skrzydła. Altruista już chciał zastukać, ale wtem drzwi nagle się rozwarły. Za nimi oczom Altruisty ukazała się ciemnowłosa, szczupła kobieta.

Najwyższy Kapłan, tak? - Zwróciła się do niego. - Fei Wang Reed spodziewa się ciebie. Proszę, wejdź. - Kobieta odsunęła się od drzwi, a Altruista wszedł do środka.
W ogromnym pomieszczeniu panował półmrok. Kapłan podał pochodnie dziewczynie i ruszył w głąb pomieszczenie. Było one oświetlanie nielicznymi pochodniami, które znajdywały się na ścianach. Kapłan rozglądał się uważnie, wcześniej tu nigdy był. Fei urządził się po swojemu i nie życzył sobie by ktokolwiek mu przeszkadzał. Gdzieniegdzie znajdywały się jakieś stoły na których leżały jakieś butelki czy flakoniki. Altruista widział też liczne regały z książkami. Jednak najbardziej zaciekawił go ogromny zbiornik, który był umiejscowiony na środku tej dużej sali. Był wypełniony jakimś płynem i coś w nim chyba było. Altruista podszedł do zbiornika i przyjrzał mu się uważnie. Widział teraz dokładnie co znajdywało się w środku. Był to młody chłopak, Altruista dawał mu zaledwie szesnaście lat. Kapłan miał wrażenie, że ten chłopak żyje, tylko był uśpiony. Altruista uśmiechnął się pod nosem. Akceptował wszystko co robił Fei, pod warunkiem, że było to w interesie kościoła.

Odwrócił się od zbiornika i ruszył dalej. W końcu zauważył Feia siedzącego na fotelu prawie na samym końcu sali. Mężczyzna był ubrany na czarno i wpatrywał się w zwierciadło, które znajdywało się na dziwnym stojaku. Fei słysząc kroki Altruisty obrócił się w jego stronę.
- Witaj Najwyższy Kapłanie Kane, spodziewałem się ciebie. - Na dźwięk swojego prawdziwego imienia Altruista skrzywił się lekko. - Bądź pozdrowiony bracie Fei. Wybacz, że odrywam cie od twoich hmm...eksperymentów, ale chciałbym cię prosić o przysługę.
- Przysługę? - Odezwał się Fei. - Ja już wam się wystarczająco przysłużyłem, miałem się teraz skupić na swojej pracy.
- Tak, tak - odezwał się pospiesznie kapłan - dużo już zrobiłeś, ale w naszej kampanii na ziemiach Gondoru pojawiły się, jakby to nazwać, dodatkowe, niesprzyjające okoliczności, które nam utrudniają podbój tego królestwa. Jesteś nam potrzebny, wiesz jak ważna jest dla nas ta kampania, potrzebujemy twojej mocy.
Po dłuższej pauzie Fei w końcu się odezwał. - Dobrze, ale tym razem zażądam za swoją pomoc zapłatę.
- Czego tym razem pragniesz? - Zapytał Altruista. - O tym porozmawiamy później. - Powiedział Fei. - Powiedz mi teraz, czego sobie życzy ode mnie Bractwo MAC?.
Słysząc, że Fei Wang Reeda zgadza się pomóc, Altruista odetchnął sobie w duchu, po czym dodał.
- Chciałbym byś...
Powrót do góry
kic Płeć:Mężczyzna
Nieporozumienie.


Dołączył: 13 Gru 2007
Skąd: Otchłań Nicości
Status: offline

Grupy:
Melior Absque Chrisma
PostWysłany: 14-01-2009, 18:27   

Zaszyty w swoim pokoju kic zastanawia się nad tym jak poszło Altruiście w rozmowie z Fei’em i czy dobrze, że to akurat jego nominował do tego zadania. Po prostu nie mógł się wyzbyć tego uczucia niepewności i wahadłowej prawidłowości tej decyzji. Wiedział do czego zdolny jest Altruista, wiedział też ile już razy Fei im pomógł. Z drugiej jednak strony wiedział również, że Fei również poniósł obopólne korzyści, a stosunki między nim, a Altruistą były bardzo dobre. Mimo to dalej się wahał. Nie był pewien skutków tej decyzji, nie był pewien wynagrodzenia i przepływu karmy. Jednak pomoc Fei’a była niezastąpiona i kic doskonale o tym wiedział.
- Sojusz… - Pomyślał sobie kic zagłębiony w stosunkach polityczno-prywatnych panujących w kościele. – …zobowiązuję.
Siedział tak dalej, odciągnięty od dokumentacji, którą nie tak dawno przewertował i zweryfikował, a następnie posegregował dla głębszego spokoju. Teraz tylko oczekiwał reakcji Fei’a i relacji Altruisty.
Uderzenie do drzwi, odpowiedź i wejście. Altruista z uśmiechem zamknął drzwi za sobą i powiedział.
- Wszystko idzie zgodnie z planem.
- Dobrze to słyszeć, a kwestie ekonomiczne?
- Zapłata będzie, ale nie ma czym się martwić.
- To dobrze coś jeszcze?
- Po za wieściami od Velga i ogólną sytuacją na lądzie, to tyle.
- Zapoznałem się już z tą dokumentacją. Raport napłynął do mnie przed kilku godzin. Dobrze się spisałeś, możesz odejść.
- Jak sobie życzysz Patriarcho. – Altruista skinął się i wyszedł bezszelestnie z komnaty.
Minęło kilka chwil, aż w końcu kic rzekł.
- Możesz już przestać się ukrywać i wyjść z cienia…
Cisza, nikt nic nie odpowiedział, żaden dźwięk się nie rozprzestrzenił, kompletna cisza. Kic spojrzał w dół, w swoją szklaną część pokoju i spostrzegł znów, jak kościół zmienił się w prawdziwą fortecę. Główna hala była nie do poznania. Tam gdzie kiedyś niekończące się rzędy ławek, stały stoły z uzbrojeniem. Tam gdzie konfesjonały, znajdowały się zbrojownie. Mimo iż zmiany były kolosalne, to jednak tron dla kica pozostał bez zmian. Wielka część kościoła była poświęcona militarnej mocy kościoła. Wilka też część kościoła znajdowała się w podziemiach. Wyspa unosiła bowiem taki skrawek ziemi, że kościół wraz z fortyfikacjami zajmowała wyłącznie niewielką część objętości całej fortecy. Wyspa bowiem rozbudowana była głęboko i szeroko. Tam znajdowały się kolejne pomieszczenia i miejsca odpraw. Tam znaleźć też można było nową skalę bractwa.
Kic spoglądał w dół i zamyślił się znów. Naglę przed oczami błysnęła mu malutka sylwetka. Szybkie zmrużenie oczu i podążanie za kształtem nie dało żadnego efektu. Bowiem cień tego kształtu padał już na plecy Patriarchy, a ten sprawnym ruchem dłoni uchwycił niewyraźny kształt.
- Trzeba było wyjść kiedy mówiłem, Anko. – Mówił uśmiechając się do kostki uchwyconej w dłoni. Kostce tak to się nie spodobało, że naburmuszyła się niesamowicie, przekształcając się ze swej sześciennej formy w kulę, która wyślizgnęła się z ręki. Teraz już wolna i znów sześcienna kostka, mieniąc się na różne kolory latała radośnie dookoła Patriarchy. Kic na to z uśmiechem odpowiedział.
- Dawno nie byłem w ogrodzie…

_________________
"Zaczynałem jako zwykły zegarmistrz, ale zawsze pragnąłem osiągnąć coś więcej." - Lin Thorvald


Melior Absque Chrisma
Pierwszy Epizod MACu
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość Odwiedź stronę autora Odwiedź galerię autora
Fei Wang Reed Płeć:Mężczyzna
Łaydak


Dołączył: 23 Lis 2008
Skąd: Polska
Status: offline

Grupy:
Melior Absque Chrisma
PostWysłany: 14-01-2009, 20:43   

- Chciałbym, byś zaśpiewał hymn MAC-u podskakując na jednej nodze, wygięty w „jaskółkę” – Fei mówił powoli, wyraźnie, uważnie wpatrując się w Altruistę, czekając na jego reakcję. Zawiódł się. Altruista już szykował się do przyjęcie odpowiedniej pozycji.

- Żartowałem – dodał. – A właściwie to sprawdzałem, jak bardzo jesteś zdeterminowany. Wygląda na to, że wystarczająco, bym się „tym” zajął.

Fei uśmiechnął się i odczekał chwilę, potrzebną na to, by dotychczasowy wystrój jego kwatery zmienił się – zrobiło się dużo jaśniej, rezerwuar zniknął, lustro rozpadło się na przeogromną liczbę trylionów kwantów światła, które zostały wessane, co do jednego, przez monokl (Fei musiał go sobie poprawić, zasada zachowania masy-energii sprawiła, że monokl, teraz cięższy, gotów był spaść), a kobieta, której Al wcześniej nie widział, rozpuściła się (poczynając od stóp) w swobodny strumień zerojedynkowy, który popłynął ku kartce, na której ułożyły się w dwa słowa: Xing Huo.

- Fei, widzę, że już wiesz, czego od ciebie oczekuję, więc nie będę cię dłużej zatrzymywał. A co do „jaskółki”… - Al zawiesił głos – jesteś bodaj jedyną osobą, której taki numer by przeszedł. Jednak nie to było zapłatą, jaką chciałeś. A więc co nią jest?

- Szyszka. Potrzebuję szyszkę z ponad stuletniej srebrzystej sosny. Miałem zamiar sam się po nią wybrać, ale że sytuacja się zmieniła… Chodzi mi o stosunkowo młodą, lecz już prawie dojrzałą szyszkę, zamkniętą, z wszystkimi zarodnikami, aczkolwiek bliską otwarcia. Dobrze by było, gdybyś zdobył ją zanim wrócę – mówiąc to Fei już otwierał szczelinę międzywymiarową, a gdy skończył, obrócił się i bez słowa przeszedł przez nią.

Najwyższy Kapłan jeszcze przez kilka chwil stał w miejscu, patrząc w puste teraz miejsce, po czym wzruszył ramionami i odszedł ku swoim zajęciom…

*** *** ***

Las wydawał się spokojny, może trochę za spokojny. Fei, idąc spacerowym krokiem, co jakiś czas przystawał i rozglądał się, ni to szukając, ni to podziwiając krajobraz lasu. W normalnych okolicznościach neutralny obserwator mógłby go wziąć za trapera, miłośnika lasu, a nawet za grzybiarza, lecz okoliczności nie były do końca normalne. Ten las nie był zwykłym lasem – to był Fangorn.

Panowała w nim niezwykła atmosfera. Fei wręcz czuł napięcie, wiszące w powietrzu myśli (nie jego!) i ciężar istnienia, jakby z każdej strony świdrowały go odwieczne oczy, szukające tylko pretekstu by skruszyć intruza. Fantastyczne kształty drzew, mające w sobie coś koszmarnie żywego, jakby zatrzymane w pół ruchu, w nienaturalnej pozycji, czekające tylko momentu, kiedy znów będą mogły, niezauważone, dokończyć, co zaczęły, zdawały się poruszać na granicy pola widzenia, na granicy rozpoznania.
Fei zatrzymał się przed trzema młodymi dębami, torującymi mu plątaniną powykrzywianych gałęzi, zdawałoby się, że zrośniętych. Ściągnął worek, jaki niósł na plecach, otworzył go, obrócił dnem do góry i pozwolił, by jego zawartość wypadła, dziesięć stóp od dębowej bariery. Worek schował do wewnętrznej kieszeni, obrócił się o pi radianów, i, nie zwracając już na nic uwagi, oddalał się spokojnym krokiem.

Fei przeszedł już jakąś staję, nie kierując się właściwie nigdzie. Wrażenie natarczywej obecności nie mijało, a raczej się nasiliło. Mimo iż wiatru właściwie nie było i korony drzew pozostawały w delikatnym bezruchu, szum liści nasilał się, płynąc z każdej strony. Fei mijał właśnie bliźniacze brzozy, pochylające się ku sobie, gdy ich pnie zadrżały, spadło kilkadziesiąt soczystych, zielonych liści, a dwa potężne konary wbiły się w ziemię tuż przed nim. Chwilę później ożyło kilkanaście innych „drzew”, ziemia zadrżała, gdy wielkie dęby i szybkie jarzębiny, uniosły się i z niewzruszoną pewnością siebie otoczyły Feia. Kilka stóp przed nim wylądowała niedawna zawartość jego worka – trzy potężne, dwuręczne topory, z grubymi drzewcami i prostymi dwustronnymi obuchami, miejscami wyszczerbionymi, choć nie zardzewiałymi – widać, że często używanymi. Fei uśmiechnął się tylko nieznacznie.

- Skąd masz orkowe topory i po co nam je przynosisz? – Drewniane oczy największego z „dębów” bez cienia uczucia wpatrywały się w niewielką, przy nim, postać człowieka.

- Isengard – rzucił Fei.

- Co??! Orki w Isengard?! Ale jak?! Skąd?! – To już nie był ten spokojny „dąb” co przed chwilą. Zresztą nie tylko on. Na wieść o orkach tak blisko Fangornu wśród wszystkich „drzew” zapanowało ogromne wzburzenie - potrząsanie konarami, potężny szum liści. Po chwili „dąb” dodał:
- I dlaczego nam o tym mówisz? Nie jesteś altruistą, za tym kryje się coś więcej… Isengard…

- Masz rację. Ja osobiście do orków nic nie mam. Dla mnie są one zielonymi stworzonkami, lubiącymi wojnę, żywność, od której dostałbym dożywotniej niestrawności, nie myjącymi się w płynach innych niż krew i na dodatek trochę nierozgarniętymi i niesfornymi. Dla was, Entów, orki są drzewobójcami, zgniłozielonym workiem mięsa, zabijających waszych braci.
Isengard jest twierdzą o dużym znaczeniu strategicznym, której nie zdobędą żadne ludzkie armie, a tak się składa, że akurat przydałaby się moim kompanom…
Pomogę wam ją zdobyć i zemścić się na orkach.

- A dlaczego mielibyśmy chcieć twojej pomocy? Owszem, wyczuwam twoją moc, ale zgnieciemy te robactwo i bez ciebie.

- Wiesz, jak wygląda twierdza Isengard. Nawet wy nie zdołacie jej zdobyć z marszu. Stracicie wielu swoich. Orki na pewno jej dobrze strzegą i są przygotowani do obrony. Nie obchodzi mnie, co zrobicie z zielonoskórymi. Możecie ich nawet wybić do nogi. Mnie chodzi tylko o twierdzę.

- Mówisz, że stracimy wielu, ale do Isengardu jest tylko jedna droga. Orki dowiedzą się o planowanym ataku na długo przed naszym pojawieniem się pod bramą twierdzy. Nie zmienisz tego.

- Czyżby? Dosłownie zlustrowałem wcześniej okolicę twierdzy i znalazłem alternatywę, z której możemy skorzystać. My – ja i wy.

- Wyjaśnij. Jeśli uznamy, że ten plan ma szansę realizacji, może z niego skorzystamy…

*** *** ***

Droga była bardzo trudna - strome góry, skalne wzniesienia, głębokie wąwozy, przełęcze, śnieg, lód. Początkowo Enty miały wiele problemów w poruszaniu się po tym terenie, na którym drzew nigdy nie było. Kilka z nich spadło z bardziej stromego zbocza, jednak na szczęście połamanymi kilkunastoma gałęziami, uniknęły one większych obrażeń i po pewnym czasie dołączyły do reszty. W grupie, poza Feiem, znajdowało się kilkaset Entów z różnych formacji, a więc były oblężnicze prastare „dęby”, taranujące wrogów strzeliste „sosny”, rozłożyste „klony”, dziesiątkujące przeciwników swymi szarżami, szybkie i zwinne „jarzębiny” – oplątujące swymi gałęziami pojedynczych wrogów, lub ciskające w nich stwardniałymi owocami, było i kilka uderzających z dystansu „modrzewi” – z wysokości kilkudziesięciu metrów i odległości kilkuset przetrzebiały wrogie armie deszczem ostrych jak igły… igieł, które na skutek ewolucji tego rodzaju Entów, wydłużyły się i straciły swą giętkość na rzecz twardości, niezbędnej do przebijania lżejszych pancerzów…
Enty nauczyły się wykorzystywać wszelkie szpary, wyrwy w skałach i wystające elementy, by wciskać w nie swoje gałęzie i elementy korzeni i, opierając się na nich, podnosić się w do góry. W wyższych partiach gór dodatkowa przeszkodą był twardy i zbity lód, który mimo że nie zatrzymał Entów, dość znacznie je spowolnił. Tylko Fei nie odczuwał tak trudów podróży, gdyż wędrował w międzywymiarach, będąc po drugiej stronie – pozostawiając szczelinę otwartą w ciągły sposób zmieniał parametry miejsca jej otwarcia, czego efektem była jakby samounosząca się i przemieszczająca szczelina z Feiem widocznym w jej wnętrzu.

Podróż trwała trzy dni. Wieczorem, trzeciego dnia, dotarli w bezpośrednie sąsiedztwo Isengardu. Z góry, na której się znajdowali widać już było iglicę twierdzy. Odczekano na zapadnięcie zmroku, po czym ruszono dalej. Najtrudniejszym elementem było wspięcie się na koronę skalną, otaczającą Isengard. Kilkanaście entów nie dało rady, wykończona uciążliwą wędrówką – ci dostali zadanie obejście twierdzy i przyczajenie się na wzniesieniach, niedaleko jedynej drogi, oraz wyeliminowanie napotkanych wrogów. Reszta entów zajęła z góry przewidzianą pozycję. Noc była już zupełna. W dole było widać kilkadziesiąt palących się ognisk, z czego większość skupiona była w pobliżu bramy – widać straże czuwały. Według informacji jakie uzyskał Fei, lustrując w dzień okolicę, orków było niecałe dziesięć tysięcy, reszta najprawdopodobniej opuściła twierdzę, by zająć się wojaczką. Iglica, z dołu oświetlona blaskiem ognisk, im wyżej, tym stawała się mroczniejsza, przez okna nie było widać żadnego światła.

Fei dał sygnał. Naciągnięte giętkie gałęzie kilkudziesięciu entów zostały puszczone. Kilka tysięcy kamieni, kawałków skał i brył lodu zebrane podczas wędrówki, większość wielkości dorodnej dyni, pofrunęło w dół, w kierunku ognisk. Jednocześnie trzystu entów ze zwiniętymi gałęziami i korzeniami, potoczyło się w dół po bardzo stromym zboczu, nabierając ogromnej prędkości, a „modrzewie” z wysokości korony skał wypuszczały dziesiątki tysięcy swoich igieł bojowych.
Lawina kamieni zrobiła swoje. Kilkuset orków zostało zabitych lub ciężko rannych. „Modrzewie” dokonały jeszcze większego spustoszenie – trudno było znaleźć orka biegającego poza prostymi „barakami”, który nie był choćby draśnięty ostrą igłą. Zapanował popłoch. Orki, nie widząc zagrożenia i nie będąc nań przygotowanym, nie wiedzieli co robić, włączając w to dowódców poszczególnych oddziałów. Z każdą chwilą rosnące w siłę odgłosy toczących się pni, dodatkowo przerażały, jakby nieboskłon nie wytrzymał w końcu ciężaru Wszechświata, załamał się pod nim i teraz w ogromnych kawałach spadał na ziemię, niszcząc wszystko, zanim jeszcze zrobi do sam Wszechświat…
Enty w miarę swoich możliwości pozmieniały swoją strukturę wewnętrzną, aby ich pnie stały się bardziej giętkie i nie połamały się w czasie tej karkołomnej eskapady.
Jej efekt był piorunujący – ogromne pnie „dębowe”, „klonowe” i „sosnowe” tratowały wszystko, co miało nieszczęście znaleźć się na ich drodze. Orki dziesiątkami ginęli pod paniami, miażdżeni potężną siłą. Nawet proste budynki nie dawały schronienia – rozpadały się pod wpływem uderzenia, grzebiąc tych, którzy w nich zostali.
Gdy wojska desantowe entów wytraciły znaczną część swego pędu, zaryły korzeniami w ziemię, stanęły, szybko się uformowały w kilkunastoentowe jednostki i zaczęła się prawdziwa rzeź. Orki, widząc swoich potężnych prześladowców poczuli, jak śmierć się zbliża. Część z nich próbowała uciekać – otwarto bramę i wypłynęła z niej rzeka zielonoskórych. Ku swojemu przerażeniu trafili na enty, który w międzyczasie zajął się strażnikami poza Isengardem. Nie widząc już drogi ucieczki przeważyła w nich złość, tłumiona do tej pory paniką i możliwością ucieczki. Teraz pozostało już im tyko zginąć – mogli tylko wybrać w jaki sposób. Było już za późno na zorganizowaną obronę, potworzyło się kilkadziesiąt grup, które próbowały stawić czoła entom, jednak ledwie połowa z nich miała swą podstawową broń, reszta nie miała czasu nawet, by jej poszukać i teraz łapała wszystko, co tylko choć trochę nadawało się do walki…

Gdy enty zaatakowały obóz, w iglicy pojawiło się światło. Jakaś postać wyjrzała przez okno. Jej oblicze przybrało wyraz niepewności i obawy. Wprawdzie iglica była w stanie wytrzymać nawet atak entów, to jednak w ten sposób zostanie ona także oblężona, bez możliwości ucieczki. Z pewnością nie była to miła perspektywa. Na dodatek mężczyzna ten nie mógł nic zrobić przeciwko entom. Co najwyżej czekać i mieć nadzieję, że im się znudzi oblężenie, lub że ktoś przybędzie mu z odsieczą. Jednak ta druga możliwość była mało prawdopodobna, a jeśli nawet – zdobycie Isengardu bronionego przez sporą grupę entów było praktycznie niemożliwe. Mężczyzna odwrócił się od okna, wyraźnie podirytowany i stanął jak wryty. Kilka kroków przed znajdowała się szczelina międzywymiarowe, zza której Fei spoglądał na niego z delikatnym uśmiechem.
W blasku świec siwe włosy i broda mieniły się pomarańczowo, a twarz, wyrażająca nieme zaskoczenie, zdeformowana grą cieni, wyglądała przerażająco. Dochodzące spod iglicy odgłosy masakry sprawiły, że starzec ledwo usłyszał słowa Feia, albo i wyczytał je z ruchu warg:

- Mogę cię stąd wyciągnąć, Sarumanie. Tutaj nie masz przyszłości. Będziesz mógł żyć tam, gdzie chcesz, tak, jak chcesz.

- Ma-masz… Moc… T-tak, możesz to zrobić. Zrobisz to! Czyń! Chcesz tego – chcesz mi pomóc!

- Próżne twoje wysiłki, świat, w którym się znajduję, nie należy do twojego świata, i twój świat nie oddziałuje na mój. Twoja moc nie ma na mnie wpływu. Jednak pomogę ci, ale musisz wybrać… - dalsze słowa stały się obrazami w głowie Sarumona, który pochwycił myśl i poszedł jej śladem.

- Wybieraj.

Twierdza spływała krwią zielonoskórych. To była prawdziwa rzeź. Właśnie kolejna grupa orków padła pod ciosami entów, gdy wysoki, przerażający krzyk, przeszył powietrze – tak potężny, że nawet odgłosy walki nie mogły go zagłuszyć. Nagle krzyk się urwał, zwieńczony głuchym uderzeniem. Orkowie najbliżej podbiegli do leżącego ciała. Obrócili na plecy i struchleli – z nieludzko wykrzywioną twarzą, zmasakrowaną po upadku, szczerzył się do nich martwy Saruman…

*** *** ***

Blask słońca przywitał padlinożernych ptaków, które przybyły w ogromnej liczbie na tę wspaniałą ucztę. Żaden ork nie uszedł z życiem, prawdziwa eksterminacja. Ich krew była wszędzie, od ziemi zaczynając a kończąc na liściach entów. Zaledwie sześciu z nich nie doczekało ranka – dwóch zostało powalonych i porąbanych przez broniących się do upadłego orków, trzech roztrzaskało się o wystające skały podczas lawinowego desantu na Isengard, a jeden zaginął. Prawie każdy miał połamane gałęzie lub był nadrąbany, lecz gałęzie w końcu odrosną, a żywica zagoi „rany”.

Twierdza została zdobyta. Saruman nie żył. Wszyscy orkowie polegli. Enty zostały, by zebrać siły po bitwie, czekając jednocześnie na przybycie wojsk MAC-a, przyszłego garnizonu Isengarda. Jednocześnie kilkunastu entów miało zostać dłużej i pomagać w kampanii MAC-u.

_________________

Ręce za lud walczące sam lud poobcina.
Imiona miłych ludowi lud pozapomina.
Wszystko przejdzie. Po huku, po szumie, po trudzie
Wezmą dziedzictwo cisi, ciemni, mali ludzie.

A. Mickiewicz
Powrót do góry Zobacz profil autora
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość
Velg Płeć:Mężczyzna


Dołączył: 05 Paź 2008
Status: offline

Grupy:
Tajna Loża Knujów
PostWysłany: 14-01-2009, 21:02   

Skończyła się jego podróż nad ziemiami Gondoru - zaś słudzy przeciwnika okazali się na tyle cywilizowani, aby nie nastawać na życie rzekomych posłów. Co więcej, zgodzili się nawet eskortować dyplomatę do miejsca, gdzie stacjonować miał jeden z ichnich wielmożów - zwany "Czarnoksiężnikiem z Angmaru". Już kilka godzin później przelatywali nad rozległymi ziemiami Mordoru. Zdawało się, iż eskortujący go jeźdźcy calowo wybrali akurat ową trasę przelotu - jakby chcąc uświadomić Jeźdźca Apokalipsy, iż Mordor jest potęgą. W dole widać było niezmierzone masy orków i innych sługusów Wielkiego Oka.

Niemniej, prawda mogła być znacznie gorsza - trasa mogła wcale nie być wybrana z zamysłem. Wielkie hordy mogły być po prostu wszędzie - tak, iż przelot bez ich ukazania gościowi byłby niemożliwy. Niezależnie od tego, czy zauważone przez trzydziestu zakonników oddziały były całością czy jedynie cząstką sił Saurona, trzeba było przewartościować priorytety. Ten kraj, zostawiony samemu sobie, byłby istnym mieczem Damoklesa. Choćby z tego powodu Velg chciał wystąpić z nowymi propozycjami od razu po powrocie. Minas Tirith leżało znacznie bliżej granicy z tą krainą aniżeli zachodniej granicy Gondoru - przeto nie można zapobiec jego opanowaniu przez sługusów Wielkiego Oka. Można, a wręcz trzeba było, przechwycić jak największą część Gondoru nim Biała Wieża upadnie.

Oczywiście, decyzję podjąć można było dopiero w Kościele Praworządności, jednakże jeździec miał już urobioną opinię. I jej zmieniać nie zamierzał, nie bacząc na jakiekolwiek zabiegi ze strony wrogich wodzów. Inna sprawa, że wątpił w istnienie jakichkolwiek zabiegów ze strony wroga - bowiem ten skierował go do wieży, której sam wygląd odstraszyłby większość ludzi o bardziej wyrobionym poczuciu estetyki.

Przynajmniej oczekiwanie nie było długie, bowiem kwestia, iż przybywa się w ważnej sprawie, wpływała mobilizująco na wszystkich sługusów rzeczonego Czarnoksiężnika. Widać zwłoki walające się nieopodal wieży należały do nazbyt wolnych administratorów. Już po kilkudziesięciu minutach udało mu się wysłać informację do przedstawiciela wroga, iż przybył z poselstwem od Bractwa MAC. I, co więcej, żaden orczy padlinożerca nie zjadł żadnego z jego ludzi - co już zakrawało na istny cud...

_________________
Powrót do góry Zobacz profil autora
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość Wyślij email Odwiedź listę obejrzanych anime / przeczytanych mang
Zegarmistrz Płeć:Mężczyzna


Dołączył: 31 Lip 2002
Skąd: sanok
Status: offline

Grupy:
AntyWiP
PostWysłany: 14-01-2009, 21:27   

Grima nie przejął się specjalnie śmiercią Sarumana. Owszem, utracił swego mocodawcę, ale znaczyło to tylko jedno: był teraz wolny i mógł pracować na samego siebie.
- Panie - szepnął do ucha konającego Theodena. - Złe wieści panie! Mordor pokonał naszego przyjaciela Sarumana.
Ponure oblicze króla zasępiło się bardziej, a jego zwrok zmętniał.
- Nieprzyjaciel zawarł pakt ze złymi duchami Fangoru. Enty i inne pokraczne istoty zrównały z ziemią Isengard - nie skłamał. Nagiął tylko prawdę. - Plotki mówią - dodał widząc, że władca coraz bardziej podupada na duchu. - że Mordor gromadzi siły i lada dzień napadnie na Gondor. Jego armie są liczne i nic ich nie powstrzyma. Gdy upadnie Kraj Namiestników przyjdą i po nas...
- Cóż można począć... - król westchnął. W jego starczych oczach gromadziły się łzy.
- Jest sposób! Przyjmijmy władzę Saurona Wielkiego - podsunął mu sługa.
- Ale czy tak wielki władca zechce z nami rozmawiać? - król już dawno stracił wszelką nadzieję.
- Panie! Możemy złożyć mu Gondor na tacy! Zwołaj oddziały i niech napadną na Kraj Namiestników. Weź państwo w dwa ognie, a Sauron powita cie jak równego sobie.
- Tak zrobimy - powiedział król Rohanu swym słabym, zmęczonym głosem...

***

Wojska Rohanu zebrały się szybko. Nie minął tydzień, a pograniczne prowincje Gondoru wypełniły się ogniem, krzykiem i tętentem kopyt...

_________________
Czas Waśni darmowy system RPG dla fanów Fantasy. Prosta, rozbudowana mechanika, duży świat, walka społeczna.
Powrót do góry Zobacz profil autora
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość Wyślij email Odwiedź stronę autora Odwiedź blog autora Odwiedź listę obejrzanych anime / przeczytanych mang
 
Numer Gadu-Gadu
1271088
Serika Płeć:Kobieta


Dołączyła: 22 Sie 2002
Skąd: Warszawa
Status: offline

Grupy:
Tajna Loża Knujów
WIP
PostWysłany: 14-01-2009, 22:04   

(drogi Sauronie, specjalnie dla Ciebie :>)

Wystarczy rozrywek na dzisiaj! Czekały ją jeszcze dzisiejszego dnia niezwykle ważne obowiązki i doskonale zdawała sobie sprawę, że nadszedł czas - najwyższy czas - aby przedsięwziąć pewne kroki. Dla dobra wszystkich szlachetnych i czystych istot zamieszkujących Śródziemie! Chociaż, w gruncie rzeczy... Dla dobra wszystkich dobrych i złych, czystych i plugawych istot zamieszkujących Śródziemie i pozostałe krainy świata - poprawiła się w myślach. Tak, to brzmiało zdecydowanie bardziej satysfakcjonująco.

Dwa niziołki, które niedawno zawitały do Lorien, odnalazła nieco na północ od wejścia do ogrodu. Gestem nakazała im iść za sobą. Gdy schodziła po licznych stopniach w głęboką kotlinę, którą przecinał srebrny strumień (jakże była dumna, że udało jej się uzyskać tak niezwykle malowniczy efekt!), wciąż walczyła z natrętną myślą, że być może powinna postąpić inaczej. Może byłoby prościej pozostawić brzemię w rękach kogoś innego, nieważne, jak bardzo nieodpowiednich, a samej zająć się czymś miłym i prostym. Ale decyzja została już podjęta.

- To jest Zwierciadło Galadrieli - rzekła. - Przyprowadziłam was tutaj, byście w nie spojrzeli, jeśli macie ochotę.

Krótko wyjaśniła niziołkom, czego mogą się spodziewać po obrazach ukazujących się w srebrnej misie, dyskretnie pomijając to, jak bardzo naczynie potrafiło być złośliwe. Inteligentnie złośliwe. Cokolwiek Zwierciadło pragnęło pokazać Powiernikowi Pierścienia i jego towarzyszowi, nie miało w tej chwili większego znaczenia. Nawet, jeśli oczom Froda ukazało się na zakończenie złowróżbne Oko.

Tak naprawdę będzie lepiej... - powtórzyła sobie w myślach po raz setny, ujawniając Powiernikowi Pierścienia swoją największą tajemnicę - lśniącą na jej palcu Nenyę. Frodo zdawał się rozumieć znaczenie swojej misji dla niej, i dla nich wszystkich - mały, niewinny niziołek wrzucony w straszliwą zawieruchę wojny pomiędzy Wielkimi. Nie tędy droga! Było jej obowiązkiem uwolnić chłopca od tego niewdzięcznego losu nawet, jeśli miałaby tego żałować. Westchnęła ciężko:
- Gdyby takie życzenie mogło się ziścić, pragnęłabym, żeby Pierścień Jedyny nigdy nie został wykuty albo żeby zaginął na zawsze.
Lecz Pierścień został wykuty i moc, którą dzierżył jego właściciel, można było wykorzystać w tylu celach... Słusznych celach.
- Jesteś mądra, nieustraszona i piękna, pani Galadrielo - rzekł Frodo. - Tobie dam ten Pierścień, jeżeli o to poprosisz. Dla mnie to brzemię jest za ciężkie.
Zaiste.
- Nareszcie się stało! Na miejscu czarnego Władcy postawić królową! A ja nie będę ponura, lecz piękna i straszna jak świt i jak noc! Czarodziejska jak morze, słońce i śnieg na szczytach! Groźna jak burza, jak grom! Oddaj mi Pierścień, ten Jedyny Pierścień, niziołku, a Śródziemie już nigdy nie pogrąży się w ciemności i zwątpieniu!

To była zaiste czarodziejska chwila, gdy jej palce zacisnęły się na Jedynym Pierścieniu, gdy poczuła pulsującą w nim prastarą, potężną magię... Gdy jej moc i moc Nenyi złączyły się w jedną, przerażającą potęgę. Czuła, jak Moc krąży w jej żyłach, jak odwiedza świat wraz z każdym jej oddechem, jak drzewa, woda, nawet sama ziemia uznają jej władzę i pragną pokłonić się jej, aby służyć. Niziołki opuściły głowy i ugięły kolana, ale powstrzymała je gestem ręki.
- Tak będzie lepiej - uśmiechnęła się ciepło. - Dla mnie i dla nas wszystkich.

Złowróżbne oko błysnęło w lustrze wody w srebrnej misie. Królowa Galadrimów i nowa Władczyni Pierścienia uśmiechnęła się do siebie i pomachała mu ręką.

*Dialogi w tłumaczeniu Skibniewskiej. Tak żeby mi nikt nie zarzucił, że się coś nie zgadza :]

_________________
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość Wyślij email Odwiedź blog autora
 
Numer Gadu-Gadu
1051667
Wyświetl posty z ostatnich:   
Strona 1 z 13 Idź do strony 1, 2, 3 ... 11, 12, 13  Następny
Ten temat jest zablokowany bez możliwości zmiany postów lub pisania odpowiedzi
Nie możesz pisać nowych tematów
Możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików
Nie możesz ściągać załączników
Dodaj temat do Ulubionych


Skocz do:  

Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group