FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy
RejestracjaRejestracja  Galeria AvatarówGaleria Avatarów  ZalogujZaloguj

Poprzedni temat :: Następny temat
Idź do strony Poprzedni  1, 2, 3, 4, 5, 6, 7  Następny
  Pewnego razu w dziwnym wymiarze...
Wersja do druku
DeadJoker Płeć:Kobieta
Soul Loser


Dołączyła: 02 Lut 2007
Skąd: Prosto od krowy!
Status: offline

Grupy:
AntyWiP
Lisia Federacja
Tajna Loża Knujów
PostWysłany: 17-12-2009, 17:04   

-Ale numer. Jeszcze nigdy mnie nikt nie porwał!-DeadJ. zaczęła się rozglądać po apartamencie.-A tosty z dżemem tu też serwują?-Szaman jęknął, zauważywszy, że jego wypowiedź, latające potwory i ogólna zła aura tego miejsca nie zrobiła na publice takiego wrażenia, jak powinna. Zmartwiło go też to, że DJoker najwyraźniej nie chciała słuchać opowieści o jego śmierci. Właściwie to nie do końca tak. Dziewczyna była pod sporym wrażeniem, ale w jej głowie powstał mały mętlik. W ciągu jakiejś pół godziny zdarzyło się bardzo dużo i bardzo dziwnie. Sytuacja była iście tragikomiczna, a w umyśle DeadJ. św. Mikołaj, Hiszpańska Inkwizycja, niebieski Distant, Maskotki, Szaman i porwanie zlały się w jedną, niezbyt strawną masę, zwłaszcza, że nie znała prawdziwej istoty wielu z tych rzeczy i osób. Nie wiedziała kim są ci, którzy ją porwali, jaki mają związek z Miyą i Seriką, które niewątpliwie ich znają, po co tak naprawdę została porwana i co tam robił pan w mechu i paladyni. W natłoku pytań i nadmiarze stresorów jokerowy umysł przeszedł na tryb awaryjny, przypominający objawami ostrą fazę narkotykową. Dziewczyna uznała , że potwory, które się przewijały gdzieś w kadrze są śliczne, a pan Szaman jest bardzo miły i sympatyczny. Z chęcią posłuchałaby o jego śmierci i dalszej działalności, ale były ważniejsze sprawy. Najpoważniejszym problem było to, że DeadJ. wciąż nie miała na sobie butów i było jej trochę zimno. Kiedy było jej zimno, zaczynała być głodna. Stąd pytanie o tosty. Bynajmniej nie miała też zamiaru uciekać. Wiedziała, że zawsze znajdzie się jakiś typ, który ją uratuje i była zupełnie spokojna, więc kontynuowała rozmowę.-Chętnie usłyszę o pańskiej śmierci, ale najpierw proszę dać mi coś do jedzenia.

_________________
Za czasów rycerstwa, smoków i komuny
Nim łamanie kołem całkiem wyszło z mody
Gdy inkwizytorzy nosili shotguny
Autor tego posta przeżywał przygody
Przejdź na dół
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość Odwiedź stronę autora
Velg Płeć:Mężczyzna


Dołączył: 05 Paź 2008
Status: offline

Grupy:
Tajna Loża Knujów
PostWysłany: 21-12-2009, 15:13   

Woland stał na środku sali, świadom tworzenia się Porządku z Chaosu. Bądź też, w wersji mniej optymistycznej, tworzenia się swoistej ciszy przed burzą Chaosu. W każdym razie, popatrzył po twarzach obecnych i zanotował dziwne zdecydowanie: Asthariel i Grim byli zdecydowani, aby uciec przed poringami, Serika i Miya były zdecydowane Nie-Dopuścić-Aby-Dusze-Przyjaciółek-Znalazły-Się-W-Pietruszce... Nie mówiąc już o Ysengrinnie, który właśnie dosadnie i z determinacją tłumaczył coś ogłupiałym paladynom, i Tren, która zdecydowanie nie zamierzała wybaczać magom.

- Miałem sen... – zaczął ni z tego ni z owego, zajmując miejsce na podwyższeniu – ... o pięknym, pełnym dobra świecie, w którym dziewica może przejść przez Mroczną Puszczę bez obaw, że zostanie napadnięta przez Wielkie Złe Wilkołaczyska. O taki świat chcemy walczy...
- Sprzeciw, wilkołaki nie są złe! Miały nieszczęśliwe dzieciństwo, ale są milusie! – przeszkodziła mu Miya, a wtem zawtórowała jej Serika...
- Tak, Wolandzie! Jak można nie kochać takiego słodkiego wilczka! Toż to jest słodkie jak szczenię, ale jacyś sadyści zmusili je do walki o pożywienie. Tak jak i poringi! – podniosła dalej protest, tak, iż mag prędko pożałował swoich niebacznych słów.
- W istocie, czuję to w kościach. – wtrącił się Moreau głosem, w którym obecna była wielka ilość ironii. Było to zrozumiałe, skoro do kości próbował dorwać mu się mały poring.
- W internacie magików były gorsze istoty. Jeden taki spróbował użyć księgi, którą nazywał „Wielcy Przedwieczni dla początkujących”. I wówczas... – Tren przerwała, chyba tylko po to, żeby obrzucić Wolfganga i Asthariela nieprzyjaznymi spojrzeniami – ... jakiś spróbował mi zjeść moją najlepszą bluzkę. A szło mu to nadzwyczaj dobrze. Zdawał się wręcz pochłaniać wszystko, wykrzykując jakąś dziwną głoskę - *G!*... – wówczas jej poring, jeszcze nie w pełni oswojony, począł dawać dowody sympatii, niszcząć jej część nogawki. - Aaaa!

Zrobił się niemiłosierny harmider – dziewczyna zdawała się oskarżać o wszystko dwójkę młodych czarowników, Najwyższa Westalka wyrzucała jej zaniedbania w karmieniu poringa, a reszta ekipy coraz ostrożniej przyglądała się własnym poringom. Nawet Grim zaczął się zastanawiać, czy po otworzeniu swego cylindra nie okaże się, że wszystkie jego cenne rupiecie skończyły w żołądku głodnej galaretki. Szczęściem, Woland przezornie kontrolował napływ dźwięków i obrazów do paladynów – bo taka demonstracja czystego nieporządku godzić mogła w postępuy szkolenia.

Wreszcie, zrezygnowany czarodziej zwyczajnie stworzył dla Tren nowe ubranie, aby zabezpieczyć się przed przyszłymi awanturami. Był jednak świadom, że dziewczyna mruknęła coś w rodzaju „z pewnością jego intencje są nieczyste! Kiedy spotkałam...!”, co niepomiernie irytowało Andellingena. Ewolucja odnosić się miała do wszystkiego. Co więcej, miała mieć ściśle okreslony kierunek – naprzód. Czemu więc zaprzeczać temu miała jakaś dziwna kobieta...? Śmieszne! - i w celu utrzymania wewnętrznej spójności, mag zmienił sobie odczucia. Jak wielką fuszerkę wykonał, miał się nigdy nie przekonać...

- Panowie i Panie! Związaliśmy się przysięgą – i przez to nie możemy opuścić w potrzebie tych, które niektórzy z nas znają pod mianami Wielkiej Bogini Dnia i Wielkiej Bogini Nocy, tudzież Wielkich: GoNik i Mayi. Przeto, skoro mieliśmy już czas na przygotowania, czas nam wyruszać w drogę... – powiedział, po czym szybkim ruchem zamknął portal prowadzący do Herbaciarni. Nawet przed samym sobą nie przyznał się, że oprócz pobudek ideologicznych swą rolę odegrał jeszcze lęk. Zdążył już polubić większość zgromadzonych, ale wolał nie sprawdzać, jakie licho przywlecze się następne. - Tak więc, ruszajmy w pogoń za Szamanem...! Tak więc, ktoś ma jakiś pomysł, gdzie moglibyśmy rozpocząć poszukiwanie?!
- Tak, w jego dawnym świecie! – wyrwała się któraś z kobiet.
- O...? – zmarszczył brew.
- Był fajny! Bardzo fajny...! No i... yyyy... Bambosh tam był! – wykrzyczały chórem Serik i Miyak.
- Świetnie, idziemy. – rzekł, widząc, że właśnie gotowały się one do prezentacji Nowego Świata przez portal. Mina mu zrzędła, kiedy zobaczył, jak kraina wyglądać miała obecnie – lecz słowo się rzekło, a kobyłka paladyna uciekła spod zamku, bowiem nie starczyło płota.

Widok rozległych pustkowi strasznie oddziaływał na wyobraźnie. Konkretnie, umysły niektórych członków Loży nagle zaczęły pracować na pełnych obrotach, w daremnym usiłowaniu znalezienia jakichś wymówek. Oliwy do ognia dolewał jeszcze fakt, że przez portal dobiegały jeszcze jakieś nieziemskie ryki. Widać było, że fauna tego świata nie została kompletnie zniszczona. Wróżyłoby to dobrze, gdyby tylko nie była ona przystosowana do polowania na dowolny rodzaj organizmu żywego. A, sądząc ze stanu flory, takie przystosowanie było praktycznie konieczne.

- Ktoś zgłasza sprzeciw...? - zapytał się Wolfgang, a jawny absurd tego zapytania zaskoczył wszystkich. Przywódca szybko wykorzystał zaskoczenie i kontynuował – Skoro zaś nikt nie ma żadnych przeciwwskazań, to postuluję poczekanie na Ysengrinna i kontynuowanie wyprawy. Nie jesteśmy już dziećmi i umiemy się bronić, więc ufam, że środki ostrożności podejmiecie we własnym zakresie... – tu skończył, widocznie uważając, że rozstrzyga tym sprawę.

Cisza trwała dalej, aż Woland zdecydował się znów coś powiedzieć.

- A właśnie, moja pani, zechcesz, abym dołożył wszelkich starań ku twemu bezpieczeństwu...? – zapytał Tren z przesadną wręcz kurtuazją. Ku pytaniu temu miał dwa powody – raz, że po magicznej zmianie swego umysłu żywił do dziewczyny znacznie cieplejsze uczucia, dwa, że z doświadczenia nie dowierzał Normalnym Osobom. Życie (znaczy – wedle wspomnień przechowywanych w głowach) nauczyło go, że Normalne Osoby mają wszelką szansę pokazać się tylko na dwa sposoby - martwe lub Nadzwyczaj Ważne. Ponieważ zaś Tren wciąż żyła, musiała być Nadzwyczaj Ważna.

_________________
Powrót do góry Zobacz profil autora
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość Wyślij email Odwiedź listę obejrzanych anime / przeczytanych mang
Tren Płeć:Kobieta
Lorelei


Dołączyła: 08 Lis 2009
Skąd: wiesz?
Status: offline

Grupy:
Tajna Loża Knujów
PostWysłany: 21-12-2009, 21:46   

Sytuacja w której okrągłe różowe coś nagle zżera ci kanapkę nie jest miła. Jeszcze mniej gdy potem dobiera się do herbaty, ciastek, zastawy, cegieł...
To był za dobry wymiar, by został od tak zjedzony.
-Ja stanowczo protestuję! – krzyknęła zauważając, że stworzeń jest zdecydowanie więcej, i że wizja zostania dolną częścią łańcucha pokarmowego nie jest wcale wykluczona.
Na szczęście Serika i Miya po chwili przypomniały sobie jak spacyfikować stworzenia zwane poiringami. Teoretycznie na szczęście...
Była otoczona. Ze wszystkich stron nadciągał różowy koszmar. Mocniej ścisnęła trzymane w ręku jabłko. Czemu się na to zgodziła? Wolno wycofywała się w stronę ściany. Ona i karmienie małych okrągłych różowych stworzeń jabłkami. Za co? To był całkiem dobry wymiar. Co prawda czoło i plecy wciąż ją bolały, ale żołądek był pełny. Spojrzała ponuro na jabłko. Jeden z poiringów wykorzystał tę okazję. Skoczył i wgryzł się w nie, ku przerażeniu dziewczyny. Strząsnęła go szybko i niewiele myśląc cisnęła przeklęte jabłko w dal. Poiringi widząc lecący posiłek ruszyły za nim.
Uratowana!
Jak się okazało nie do końca. Poiring, który wgryzł się w jabłko wyraźnie stracił zainteresowanie posiłkiem i zamiast tego skierował je na Tren. Dziewczyna dostrzegła to i zaczęła powoli wycofywać się w stronę ściany. Czułość ze strony tego stworzenia była ostatnią rzeczą jaką chciała. Ktoś mógłby się przyczepić, że nie ma się czego obawiać ze strony małej różowej kulki, ale przerażony człowiek nie rozumuje logicznie. A Tren była przerażona wylewnością uczuć, które płynęły od poiringa.
Zaraz na mnie skoczy.
Zaraz na mnie skoczy. I zaprzytula mnie na śmierć.
Zaraz na mnie skoczy. Tylko nie to! Wszystko tylko nie to!
Teraz nieomal biegła tyłem chcąc oddalić się od przerażającej istoty, ale ku jej przerażeniu poiring radośnie podskakując również przyśpieszył. Tren mogła nieomal zobaczyć małe różowe serduszka emitowane przez niego.
Poślizgnęła się i z pewną wprawą wylądowała w ciemnym kącie. Za nią była ściana. Nie było dokąd uciekać. Poiring już ją miał! Spojrzała przerażona w stronę różowej istoty która zaraz zaleje ją falą bezgranicznej miłości i żarłoczności.
Zamarła.
Ku jej zdziwieniu poiring zrobił to samo. Podskakiwał w miejscu, ale z jakiegoś powodu nie zbliżał się. Tren była skonfudowana. Spróbowała się skoncentrować. I wtedy zrozumiała, że ma coś na ramieniu. Spojrzała w to miejsce, ale zobaczyła bezkształtną plamę. To chyba jakieś stworzenie, pomyślała. Spróbowała przyjrzeć mu się uważniej. Tu chyba ma oczy... Rysy stworzenia gwałtownie wyostrzyły się i oto na jej ramieniu siedziało nieduże fioletowe stworzenie. Zmieściłoby się ono w dłoni, choć próba potwierdzenia tego mogłaby się źle zakończyć dla eksperymentującego z powodu kolców na grzbiecie i nieprzyjaznych, fosforyzujących czerwonych oczu. Ich spojrzenia się spotkały.
Tren wciągnęła głęboki oddech. Stworzenie wciąż tam siedziało jak gdyby nigdy nic, a poiring wyraźnie nie chciał się zbliżać. Dziewczyna czuła, że coś się tu wyraźnie nie zgadza, bo ni stąd, ni zowąd miała wyraźne uczucie deja vi. Miała uczucie, że widziała już kiedyś to stworzenie, ale umysł nie mógł skojarzyć skąd.
Stworzenie nadal siedziało nieruchomo, odstraszając poiringa. Tren poczuła przypływ ciepłych uczuć. „A skoro nie rzuciło się mi jeszcze ono na twarz...” Powoli podniosła rękę i niezdarnie pogłaskała stworzenie. Kolce na jego grzbiecie opadły lekko, tak by nie pokaleczyła się.
Oczy Tren rozbłysły. Po podróży po tylu światach wreszcie znalazła bratnią duszę.
Ostrożnie zaczęła wstawać, ale po chwili zreflektowała się, że reszta drużyny może nie być najszczęśliwsza z powodu nowego nabytku. Jakkolwiek praktyczny i ładny był jej nowy towarzysz, był wyraźnym wrogiem poiringów. A to mogło nie przysporzyć mu sprzymierzeńców. Dziewczyna ostrożnie, starając się nie wzbudzać podejrzeń wstała i schowała stworka do kieszeni. Miała wrażenie, że prawie nic on nie waży, a kieszeń właściwie się nie wybrzuszyła. Dziwne, ale Tren spotkała się z wieloma dziwnymi rzeczami. Gdyby okazało się, że to coś złego najwyżej to wyrzuci.

Przemówienia były czymś co wymaga mało krytycznej publiczności. Ta prawda został potwierdzona i tym razem, gdy przemówienie Wolanda zostało przerwane przez Front Ochrony Wilkołaków. A skoro ktoś wykonał już brudną robotę i wtrącił się, to równie dobrze i ona mogła dorzucić parę groszy. Niestety jej opowieść przerwana została przez powrót poiringa, który najwyraźniej nie chciał się łatwo poddać. Tren była wściekła i przez sekundę rozważała czy nie wysłać poiringa w nicość, ale niestety Serika wtrąciła się ze stwierdzeniem, że źle traktuje tę „biedną istotę”. W takim wypadku otwarta anihilacja poiringa nie wchodziła w grę. Nie mniej jego żywot skończy się, gdy tylko zostaną sam na sam bez świadków.
Aby poprawić sobie humor pozłorzeczyła trochę na magów.

I nigdy nie przyzna głośno, że jest wdzięczna za nowe i zdecydowanie lepsze jakościowo ciuchy. W czasie zmiany ich, dyskretnie przetransportowała stworzenie, które w myślach ochrzciła jako Konrad. Co prawda nie był idealną obroną przed poiringami, ale najlepszą jaką w tej chwili miała. Powinna go chyba czymś nakarmić, ale w trakcie przenoszenia poczuła, że stał się nieznacznie cięższy. Może zjadł coś co miała w kieszeni? Choć o ile pamiętała nic tam nie było. Ale kieszeń, w której siedział nadal prawie nie odkształcała się.

- A właśnie, moja pani, zechcesz, abym dołożył wszelkich starań ku twemu bezpieczeństwu...?
Miała ochotę parsknąć śmiechem, ale sytuacja była tak absurdalna, że śmiech uwiązł jej w gardle. Wiedziała, że magowie nie są z reguły normalni, ale zazwyczaj wystarczyło parę ironicznych słów, by trzymali się na dystans. Z całą pewnością nie proponowali jej potem ochrony. Tren zgłupiała. Zagranie było zbyt naiwne, by było pułapką. Z drugiej strony aż wrzeszczało, że coś tu jest nie tak. Tren na sekundę się zawiesiła, a w tym czasie jej mózg wyprodukował kilka prawdopodobnych wyjaśnień sytuacji, w której mężczyzna po usłyszeniu od kobiety, że jest typem którego nienawidzi z głębi serca, jak gdyby nigdy nic proponuje jej ochronę.
a) Pułapka - mało prawdopodobne; zbyt naiwnie i jawnie zastawiona.
b) Rzeczony osobnik jest kretynem – mało prawdopodobne; jest na tyle inteligentny, by czarować i ma dobrą retorykę.
c) Jest szaleńcem – do rozważenia.
d) Oczekuje z tego jakiś korzyści – mało prawdopodobne; nie mam do zaoferowania nic zbyt wartościowego i nie ujawniłam swoich mocy.
e) Zakochał się...
Próbowała wymyślić coś jeszcze, ale jakoś jej nie szło. Realnie przedstawiały się tylko opcja c i e. Tren nie wiedziała co gorsze. Mag w obłędzie czy poiring w skali makro?
Tymczasem jakkolwiek gruboskórna Tren wiedziała, że pewnych propozycji się nie odrzuca.
-Jeśli nie masz nic lepszego d roboty – mruknęła. Była lekko onieśmielona z powodu wszystkich teorii, które przed chwilą wymyśliła i na chwilę straciła cały rezon.
Możliwe, że się mylę. Może ma jakiś inny motyw...
Mam nadzieję, że się mylę...
Obym się myliła!

_________________
"People ask me for advice all the time, and they ask me to help out. I'm always considerate of others, and I can read situations. Wait, aren't I too perfect?! Aren't I an awesome chick!?"
Powrót do góry Zobacz profil autora
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość Wyślij email Odwiedź blog autora Odwiedź galerię autora Odwiedź listę obejrzanych anime / przeczytanych mang
Ysengrinn Płeć:Mężczyzna
Alan Tudyk Droid


Dołączył: 11 Maj 2003
Skąd: дикая охота
Status: offline

Grupy:
AntyWiP
Tajna Loża Knujów
WOM
PostWysłany: 26-12-2009, 02:00   

- Zapewne nikt was nie uświadomił, ale paladyni są anachroniczni - Ysengrinn mówił w przestrzeń, defilując z kijkiem w ręku przed tablicą niczym generał Patton. - Otóż są. Żyjemy w epoce postmodernizmu, relatywizmu i przewartościowywania, nikt już nie wierzy, że coś jest takie, na jakie wygląda. Jeżeli zatem coś na wierzchu jest białe, błyszczące i w ogóle niepokalane, to ludzie w zasadzie z miejsca przyjmują, że tuż pod cienką warstewką pozłotki kryje się jeśli nie łajno, to co najmniej rdza. Zresztą słusznie, bowiem jak uczy stara bajka, kłamstwo stroi się w piękne szaty prawdy, zaś prawda - idzie przez świat naga. Doświadczenie nauczyło mnie, że istnieją trzy rodzaje rycerzy w lściącej zbroi - fikcyjni, cyniczni hipokryci oraz martwi.

Paladyni Zakonu Wartości, całkowicie zbaraniali, klęczeli w równych szeregach, z rękoma złożonymi na udach i wielkimi przerażonymi oczami wbitymi w rycerza. Delikatnie mówiąc nie nadążali za biegiem wydarzeń - najpierw była bitwa, potem nie wiadomo kiedy pozamykani zostali w mydlanych bańkach i wysłani pod sufit, a gdy wreszcie ich uwolniono dziwna zgraja wydelegowała podejrzanie mrocznego typa, żeby uzgodnił z Zakonem rozwiązanie problematycznej sytuacji. Mroczny typ początkowo wydawał się mocno zirytowany swoim zadaniem, szybko jednak nabrał nagłego zapału i z determinacją przystąpił do dzieła. Rycerze nawet nie zauważyli kiedy "negocjacje" przekształciły się w regularne szkolenie połączone z ćwiczeniami i indoktrynacją.

- Jeżeli zatem chcecie przeżyć w tym brutalnym świecie i nie skończyć jako pośmiewisko, musicie opanować jedno jedwabiście ważne i kluczowe pojęcie, które pozwoli wam pogodzić ideały ze skutecznością - to mówiąc odwrócił się w stronę tablicy i napisał dużymi literami słowo po angielsku. - "BADASS". Czy któryś z was się kiedyś spotkał z tym terminem? - spojrzał po słuchaczach, zgodnie jednak z przypuszczeniami żaden z nich nie poderwał się do odpowiedzi. - Tak też myślałem. Przejdźmy w takim razie do prezentacji. Świętopełku, slajdy!

Zaciągnął na tablicę biały ekran po czym odszedł na bok i wyłączył swym kijkiem światło. Świętopełk - dorodny poring jasnopomarańczowego koloru - chwycił w pyszczek przełącznik rzutnika i uruchomił wyświetlacz ostrożnie żując przyciski. Pierwszy slajd przedstawiał białowłosego pana o bardzo smutnym spojrzeniu kocich oczu, ubranego w skórzaną kurtkę z ćwiekami i uzbrojonego w pokryty runami, srebrzysty miecz.

- Błyszczące zbroje wyszły z mody całe dekady temu, dzisiaj szanujący się paladyn ubiera się w ciemne bądź matowe kolory. Jak widać na przykładzie nie musi nawet nosić zbroi - wystarczy dopasowana skórzana kurtka, ćwiekowane rękawice i buty z klamerkami. Ważne, żeby wyglądał groźnie i jedwabiście. Jeżeli paladyn nie będzie wyglądał groźnie ludzie będą się śmiać z jego, jak to mówią, "nieżyciowych" zasad moralnych, jeżeli zaś nie będzie wyglądał jedwabiście przestanie wzbudzać szacunek i straci pewność siebie. Chciałeś coś powiedzieć, rycerzu.
- Panie Ysengrinn, przecież to nie jest żaden paladyn, tylko... AU! - młody paladyn chwycił się za rękę, w którą czarnowłosy rycerz zdzielił go kijkiem.
- Jeżeli zostanie nam trochę czasu po wykładzie możemy podyskutować o cechach które czynią kogoś paladynem, na razie jednak się nie rozdrabniajmy - rzekł, dając znać poringowi. Pojawił się kolejny slajd, tym razem zawierający dwa wyrazy - Kolejne słowa, które powinniście znać - "COOL" oraz "AWESOME".

* * *

- Zakon...
- ... Dnia i Nocy?
- Prawda, że ładnie?
- Wydawało mi się, że jeszcze chwilę temu nazywali się Zakonem Rycerzy Wartości...
- Owszem. Na szczęście dali to sobie wyperswadować. Chyba pobiłem rekord w szybkości nawracania na nową wiarę.
- Yyyyseeen...
- Sama kazałaś mi się nimi zająć... czcigodna westalko.
- "Zająć" w sensie "wypracować jakieś porozumienie", nie "ukształtować na swoje podobieństwo"...
- Bez obaw, nie zrobię z nich odnóżki mojego zakonu. Po prostu pomogę im wyjść na ludzi.
- Nie możesz zamiast tego wyjść z nimi na przykład na piwo?
- Nie pokażę się w barze z bandą utrefionych pajaców świecących się jak choinki - wycedził zimno rycerz.
- Khem. Nie przypuszczałam, że tak bardzo dbasz o swoją reputację.
- Już i tak muszę tłumaczyć się z tego, że widywano mnie z demonami, wampirami i wyraźnie nieletnimi pannicami.
- Khem. Prawie poczułam się winna - szeroki uśmiech Seriki mówił coś zupełnie innego.
- Tego tylko brakuje, żeby widziano mnie z jakimiś... Paladynami - ostatnie słowo wykrztusił jakby było bardzo gorzką w smaku ropuchą.
- Dooobraaa... Rozumiem, że pierwszej kolejności będziesz starał się zmienić ich wygląd?
- Z tym już prawie kończymy. Wybrałem kilku chłopaków ze smykałką do przeróbek, robią właśnie ostatnie poprawki.

Wskazał ruchem głowy za wielki parawan, którym oddzielono część pomieszczenia. Gdy zaciekawione Miya i Serika podeszły i zajrzały za niego zobaczyły siedem maszyn do szycia, nad którymi pochylało się w nabożnym skupieniu siedmiu paladynów, wyszywając coś z szarych, żółtych i ciemnogranatowych partii materiału. Wprawdzie nie był to najniezwyklejszy widok jaki widziały w życiu, na pewno jednak miałby szanse powalczyć w czołówce dowolnego zestawienia. Nieco dalej kilku innych pracowicie przerabiało zbroje, usuwając pozłotkę za pomocą trawienia kwasem i zostawiając tylko nieliczne złocone i posrebrzane elementy i napisy. Największe wrażenie robiła jednak profesjonalna kuźnia, w której wykuwano rękojeści o prostym i surowym wyglądzie i zastępowano nimi jarzące się od złota i klejnotów rękojeści paladyńskich mieczy. Ku zdziwieniu dziewczyn część pracujących w pocie czoła mężczyzn wcale nie była paladynami, lecz należała do oddziału antymagów.

- Yseeen... Czy ci panowie przypadkiem nie przybyli tu przypadkiem by nas schwytać?
- W sumie możliwe, zebrali się wszyscy w jedną kupę i nie bardzo pamiętaliśmy żeby ich porozdzielać. Cóż, wygląda na to, że niechcący ich też przeflancowałem na naszą stronę.
- ... Przerażasz mnie.
- Mnie z kolei przeraża sposób w jaki działa ten wymiar - wzruszył ramionami. - Jestem członkiem zakonu militarnego, przyzwyczajonym do dyscypliny, porządku oraz słuchania i wydawania rozkazów. Nie mam problemu z narzucaniem innym swej woli, jeżeli jest to konieczne - do tej pory jednak nie zdarzyło mi się, by ktoś nie tyle podporządkowywał się, co dawał się formować niczym glina. Nawet pomimo tego, że nie posiadam żadnych mocy parapsychicznych potrafiłbym ich, na przykład, w anioły przerobić. Całkiem dosłownie. Im szybciej się stąd wydostaniemy tym lepiej.
- Jakby ci to powiedzieć... Czekamy tylko na was?
- Heh... Dajcie mi jeszcze z pół godziny. Wtedy przynajmniej część z nich powinna być gotowa do wymarszu.
- ... Zaraz zaraz, kto powiedział, że ich zabieramy ze sobą?!
- A nie zabieramy? To po cholerę kazałyście mi się z nimi użerać?
- Ysen... Nie wiemy nawet czy oni byliby w stanie opuścić ten świat.
- Zatem sprawdzimy.
- Ale...
- Waszej organizacji przyda się zbrojne ramię. A mi przyda się oddział pomocników żeby was lepiej upilnować.

* * *

Pół godziny później pierwszy oddział rycerzy nowego zakonu stał w równych szeregach, poddając się inspekcji Ysengrinna i Wolanda. Składał się z dwunastu ekspaladynów, ośmiu eksantymagów i, co Wolfgang stwierdził z lekkim niepokojem, czterech wilkołakóww ludzkich postaciach, które nie wiadomo skąd wzięły się w komnacie. Wszyscy mieli na sobie granatowe lub szare płaszcze i czarne zbroje, każdy strój jednak inaczej wykończony i ozdobiony. Wyglądali poważnie i groźnie, choć z ich oczu wciąż przebijał brak pewności siebie i doświadczenia. Przed szeregiem stał młody blondyn, jeszcze niedawno dowódca paladynów z Zakonu Rycerzy Wartości, który salutował im mieczem.

- Rycerz Orli Adel melduje, że Drużyna Zmierzchu z Hufca Dnia osiągnęła pełną gotowość bojową!
- Dziękuję. Spocznijcie, rycerzu orli.
- Wziąłeś stopnie z... harcerstwa? - zauważył Woland, nawiązując połączenie telepatyczne.
- Owszem.
- ... Dlaczego?!
- A dlaczego nie? Nomenklatura zakonna trochę mi się przejadła, a harcerska jest dobra jak każda inna. Zwłaszcza dla paladynów.
- Swoją drogą... Drużyna hufca... Planujesz rozbudować tę formację?
- Nie wiem
- przyznał lustrując wyposażenie kolejnego rycerza. - Nie wiem nawet czy zdołamy ich stąd wyprowadzić i zrobić jakikolwiek użytek. Jeżeli jednak możliwości pozwolą, a okoliczności wykażą konieczność, to chcę, żeby każda drużyna mogła stać się zalążkiem hufca, a każdy hufiec - chorągwi - skinął głową Adelowi, wyrażając aprobatę dla stanu ekwipunku, po czym zwrócił się do rycerzy. - Bracia! Nadszedł zły czas, w którym potrzebne są wasze wasze miecze. Perfidny wróg porwał Boginię Dnia i Boginię Nocy, którym zakon nasz poprzysiągł służyć i które przysiągł strzec, zadając tym samym hańbę Zakonowi i policzek każdemu z nas z osobna. Ruszamy zatem na świętą wyprawę, na samo dno piekieł i wrócić możemy jeno z tarczą albo na tarczy!
- Z tarczą lub na tarczy!
- Nawet jeżeli przyjdzie nam polec na polu chwały, to naszym śladem wnet pójdą następni - Drużyna Świtu pod wodzą Rycerza Bogini Świętopełka, Drużyna Zenithu Rycerza Orlego Elvrica, drużyna Zaćmienia Tropiciela Szarego Pazura. Wkrótce będą gotowi dołączyć do naszej świętej krucjaty. Drużyno, naprzód!

Dwudziestu czterech rycerzy uformowało natychmiast kolumnę czwórkową i ruszyła przez portal. Ku umiarkowanemu zdziwieniu pozostałych obecnych nie rozwiali się w powietrzu zaraz po przekroczeniu wrót, wręcz przeciwnie - wydawali się nabierać ciała i materii. Ysengrinn zauważalnie odetchnął z ulgą.

- Czy mi się wydaje, czy powiedziałeś im, że poślesz za nimi oddział dowodzony przez poringa?
- Świętopełk jest bardzo dobrym podoficerem - burknął czarnowłosy rycerz, odwracając wzrok. - Bardziej boję się o Szarego Pazura - mam nadzieję, że nie pozjada swoich podwładnych.
- Skąd w ogóle wytrzasnąłeś te wilkołaki? Przecież cały czas byłeś tutaj na górze...
- Nie teraz. Możemy dokończyć rozmowę w drodze, a prawdę mówiąc nie chciałbym, żeby coś ich zeżarło nim dotrą do celu.

_________________
I can survive in the vacuum of Space


Ostatnio zmieniony przez Ysengrinn dnia 11-02-2010, 18:30, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry Zobacz profil autora
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość Odwiedź galerię autora
Serika Płeć:Kobieta


Dołączyła: 22 Sie 2002
Skąd: Warszawa
Status: offline

Grupy:
Tajna Loża Knujów
WIP
PostWysłany: 02-01-2010, 18:15   

Nareszcie trochę świeżego powietrza!

Dziwny wymiar Wolanda był owszem, ciekawym miejscem, ale Serika zaczynała powoli mieć dosyć tłoczenia się w Wieży ze świeżo ustanowioną Lożą Knujów i kilkudziesięcioma Aniołkami Ysena. Męcząca była też przedłużająca się bezczynność - oczywiście rozumiała, że każdy ma jeszcze coś ważnego do załatwienia, trzeba obszyć płaszcze złotą obramówką i w ogóle, ale ile można? Teraz przynajmniej miała poczucie, że coś konkretnego zaczynają robić!

Na przykład błądzić.

Po przekroczeniu portalu naprawdę była przekonana, że coś się rypnęło i portal prowadzi zdecydowanie nie tam, gdzie trzeba. Miała kiedyś okazję wpaść przejazdem do Bamboshowej Mistycznej Krainy. Była spokojna, zwyczajna i jedynym, co odróżniało ją od każdego innego przeciętnego świata była możliwość załatwienia sobie magicznych papuci, które dopakowywały właściciela oraz rujnowały mu opinię wśród znajomych z innych światów za sprawą posiadania pokaźnych, króliczych uszek. O ile pamiętała, Bamboszki z uszami nie przyprawiały jednak świata o efekty uboczne w rodzaju krajobrazu, który wyglądał jak po przejściu huraganu skrzyżowanego z pożarem. Nie zabłądzili jednak. Wyraźnie czuła, że Szaman i dziewczyny gdzieś tu byli - chociaż dokładne zlokalizowanie ich było mocno problematyczne. Przy tak oszalałej magii świata znalezienie jednego Szamana, nawet naznaczonego, przypominało szukanie igły w stogu siana.
- Nie podoba mi się tu - wzdrygnęła się Tren. Sądząc po minach całej reszty, wszyscy podzielali jej zdanie.
- Mi też... Co tu się stało, do licha? - zawtórowała jej Miya.
- Duże BUM! - orzekł Grim. - Bardzo duże.
- To tylko znaczy, że naprawdę dzieje się tutaj coś złego - zasępił się Woland. - Cokolwiek się tutaj stało, nie wygląda to na naturalny kataklizm!
- To COŚ, co zasuwa w naszym kierunku również nie wygląda na naturalne - zauważył ze stoickim spokojem Ysen, przyglądając się wypełzającemu z głębokiej wyrwy w ziemi potworowi. Potwór zresztą również mu się przyglądał. Wszystkimi stoma oczkami. Przyglądał się, falował czułkami, pełzał i wyglądał groźnie. Nawet pomimo różowego chitynowego pancerzyka w błękitne kwiatuszki. Ysen nie wyglądał na specjalnie zachwyconego i Serika wcale mu się nie dziwiła. Pewnie nie spodziewał się, że pierwszym przeciwnikiem dzielnych rycerzy z Zakonu Dnia i Nocy będzie przerośnięty ślimak pancerny!

Drużyna pod dowództwem Ysena spisała się prawie na medal. Na medal, bo była karna, zdyscyplinowana i bardzo sie starała. Zmasowany atak przypuszczony na ślimaka-giganta zdołał zgruchotać jego pancerz i po chwili stwór został posiekany na plasterki. Prawie, bo każdy z plasterków szybko nabył po kilkadziesiąt oczek na czułkach i obłypał rycerzy mocno oburzonym spojrzeniem, po czym począł rejterować w stronę bezpiecznej i przytulnej wyrwy w ziemi. Dalsze ataki przyniosły tylko taki skutek, że ślimaczków było coraz więcej, ale w zamian za to były coraz mniejsze i coraz bardziej energicznie nawiewały. Gdy doszło do tego, że dzielny Zakon Dnia i Nocy siekał trawę, a tylko poringi wsuwały coś z zadowolonymi minami na pyszczkach, Ysengrinn dał rozkaz do zaprzestania działań.
- Rycerz Orli Adel melduje, że Drużyna Zmierzchu z Hufca Dnia wykonała zadanie! - zameldował dumnie były paladyn.
- Rycerz Orli Świętopełk melduje, że poringi się najadły! - zawtórował dowódca drugiego oddziału.
- Byliście cool i awesome! - rozczuliła się Serika.
- Wszyscy! - poparła ją Miya. - Poringi też!
- Ysen, Ysen, jak myślisz, może powinniśmy wcielić do formacji wszystkie poringi? Wyglądały na zachwycone...
- To znaczy, że przestałyby za nami łazić? - w głosie Tren brzmiała iskierka nadziei.
- No, pewnie nie do końca, ale... Hej, patrzcie!
Poringi tymczasem najwyraźniej zapaliły się do pomysłu, bo same z siebie ustawiły się w równiutką kolumnę czwórkową - nierówną nieco, bo do pełnej czwórki brakowało dwóch stworków.
- Wypuścilibyście je z tego kapelusza? - poprosiła Miya. - Inaczej na pewno będą się potem czuły wyalienowane!
Grim westchnął ciężko coś stylu "no dobrze, dobrze, możemy spróbować" i wyjął z kapelusza dwie brakujące podskakujące kuleczki. Te dołączyły do drużyny i po chwili cały komplet poringów podskakiwał rytmicznie w kolumnie pod dowództwem bardzo dumnego z siebie Świętopełka.
- Ysen, zdaje się, że przybyła nam drużyna... Co oznacza, że mamy niedomiar dowódców.
- Coś się wymyśli... Ale może ruszmy się, zanim z tej dziury wylezie jeszcze coś?

Marsz po zniszczonym terenie nie należał do łatwych i przyjemnych i wkrótce cała kompania miała Mistycznej Krainy po dziurki w nosie. Dosyć pojawiających się w najmniej spodziewanych momentach groteskowych stworów, dosyć ukształtowania terenu dającego się zdefiniować jako dziura pod dziurą dziurę podkopuje, dosyć zawodzącego wichru i generalnie dosyć wszystkiego. Dlatego też majaczące gdzies na horyzoncie zabudowanie powitane zostały przez wszystkich dziką radością. Nawet pozbawione mieszkańców stanowiłyby niezłe miejsce na nocleg...

A pozbawione mieszkańców bynajmniej nie były, sądząc po tym, że gdy zbliżyli się do wioski, najpierw zapanowało w niej niezłe zamieszanie, a chwilę później wszelkie życie zamarło. Drzwi pozamykane, okiennice zatrzaśnięte na głucho, tylko jakaś krowa wyłamała się bezczelnie i zamuczała żałośnie.
- Dobry wieczór! Jest tu kto?
- Nie jesteśmy groźni! Naprawdę!
Ups, to chyba nie bardzo działało... Okoliczni mieszkańcy zapewne byli przyzwyczajeni do nadchodzących od strony Pustkowia rozmaitych stworów i tak łatwo nie dawali się nabrać.
- Proszę państwa, jesteśmy tylko znużonymi podróżnymi i będziemy wdzięczni za miejsce do spania. Prosiiiiiiimyyyyy? - zakończyły chórkiem dziewczyny.
Któreś drzwi uchyliły się i wyjrzała zza nich zapijaczona nieco twarz jakiegoś... Prostego człowieka, tak na oko.
- Wynocha, bo na widły nabijemy! Myślą, że tak się dobrze kryją, stwory parszywe, tylko o tym szkielecie, tfu!, zapomnieli!
- To bardzo miły szkielet!
- Zgiń, tfu!, przepadnij, siło nieczysta!
- Ależ, proszę pana, to czysty gatunkizm i niczym niepoparte uprzedzenia!
- A jak w ten sposób pan nie rozumie, to może przestaniemy być mili? - uśmiechnął się drapieżnie Ysengrinn i butnemu chłopu jakoś tak zrzedła mina. - Wie pan, mój oddział bardzo chętnie pomoże wam w walce z potworami, ale jeżeli w ten sposób pan do tego podchodzi...
- Ysen, nie groź im, tak nie wolno!
- ...to może się okazać, że nie uzna was za przyjaciół, czyż nie? - dokończył rycerz puszczając mimo uszu uwagi koleżanek.

Trudno powiedzieć, które argumenty okazały się najbardziej skuteczne, lecz koniec końców drużyny zbrojnych (i poringów) rozlokowały się po okolicznych szopach, a dla trzonu dowódczego znalazły się nawet miejsca w chałupach.

- I długo to już trwa?
- Oj, panocku, nie tak dawno się zaczęło, ale końca nie widać!
- Nie ma pan może jakiegoś pomysłu, co właściwie się wydarzyło?
- A skąd ja wiedzieć mam, my prości ludzi jesteśmy! A Bambosh Raiderzy, mości panowie, zamiast nas bronić to bąki zbijają!
- Może są tak zajęci, że nie docieraj ą aż tutaj!
- Sraty taty, ich psim obowiązkiem jest walczyć, a tu co? Ruja i poróbtswo, drodzy państwo, znikąd pomocy! Mogliby wziąć tyłki w troki i wybić te stwory, co nam mućki porywają! Jedna jedyna nam krowa żywicielka została, a i ją się boimy na wypas prowadzić!
- Brzmi paskudnie...
- Co to się porobiło, ja pytam! Koniec świata, a Ci nic, tylko siedzą se w zamkach i w nosach dłubią!
- Przykro nam, naprawdę... My nietutejsi, ale obiecujemy, że spróbujemy znaleźć przyczynę tego zamieszania.
- Dzieku... Jadźka! Jadźka! Zostaw to!
- Ale mamuś, on taki pocieszny... - zaprotestowała mała tuląca się do poringa, któremu najwyraźniej nie przeszkadzał taki typ adorowania.
- Y... To może spróbujemy dla małej takiego załatwić na własność? Świętopełk raczej nie opuści Ysena, ale na pewno znajdziemy poringa, który by ją pokochał!
- Taaaak, taaaaak, mamuś, zgódź się, taaaaak!
- A wracając do kwestii potworów...

W zasadzie nie dowiedzieli się niczego specjalnie ciekawego - ot, stało się COŚ, co zmiotło kawałek krainy z powierzchni ziemi, a w zamian za to zaludniło powstałe Pustkowie rozmaitymi stworami. Gustującymi w krowach, co skutecznie zniechęciło do nich okolicznych mieszkańców. Część tubylców przeniosła się gdzieś dalej, ale nie jest łatwo tak zostawić za sobą dorobek całego życia i odejść gdzie oczy poniosą... Większość więc została, kląc na czym świat stoi i próbując pomimo coraz większych problemów związać koniec z końcem. Tutejsze siły zbrojne najwyraźniej zupełnie nie radziły sobie z sytuacją...
Wszystko to miało tylko jeden plus - mieszkańcy wioski, zadowoleni, że wreszcie ktoś przybył z odsieczą, z wdzięczności uszyli całej drużynie poringów stylowe płaszczyki. Od tej chwili Drużyna Zielonego Jabłuszka mogła nie tylko podskakiwać, ale i powiewać!

_________________
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość Wyślij email Odwiedź blog autora
 
Numer Gadu-Gadu
1051667
Szaman Fetyszy Płeć:Mężczyzna
Epic One


Dołączył: 06 Maj 2003
Skąd: Z emigracji wewnątrzkrajowej
Status: offline
PostWysłany: 03-01-2010, 03:21   

Szaman zerknął na DeadJoker. - Wybacz, niezłe faux pas - nagle przed dziewczyną zaczęły się materializować z białego światła tosty z dżemem, a zaraz potem para nowych butów. - Żeby uprzedzić; nie, to nie halucynacje ani zaden podstęp - wyjaśnił zamaskowany po czym dodał. - Jesteśmy w Strefie 0, tu granice między światem materialnym a zaświatami można by rzecz przeplatają się przez co osiagam pełną moc nie wchodząc na wyższy plan egzystencji - zakończył pokazując parę pokaźnych skrzydeł.

- Więc ty... - Mai nie dokończyła, bo Szaman uprzedził pytanie.

- Tak, nie żyję, aczkolwiek zyskałem powłokę astralną jak widać. Ale jak zostałem Aniołem to za długa historia, moja śmierć ma związek z tymi drugimi, którzy skończyli dość... marnie.
- Zawsze wiedziałem, że atak kiedyś nastąpi - Zamaskowany kontynuował. - Dranie jednak wybrały idealny moment, jakby to była zmowa. Byłem świeżo po rozwodzie, utraciłem sporą część dawnej mocy... i wówczas Asmodeusz, mszcząc zabitego przeze mnie Lucyfera złamał pieczęcie i zaatakował z cała armią. Było ich więcej, ja w ówczesnym stanie byłem słabszy od Asmodeusza i co gorsza wciąż traciłem moc. Z każdą chwilą mogłem bezpowrotnie utracić jej starożytny poziom. Bamse Mały wciąż nie był dostatecznie wytrenowany. Pozostało więc jedno - pozbawić diabły zwycięstwa. Zwabiłem je jak najdalej od jakichkolwiek wiosek i popełniłem największe bluźnierstwo, którego żaden Bambosh Rider przede mną nie zrobił. Autodestrukcja Starożytnych Bamboshków - takich efektów nigdy bym się nie spodziewał. Cała Rarohenga... czy może jak wolicie, Pustkowie została przesycona skażoną, oszalałą magią... moją magią, można by rzec że jestem kimś w rodzaju boga tego psychodelicznego cyrku. A tu, w Strefie 0, mogę robić niemal wszystko, łacznie z tworzeniem jedzenia i ubrań - spojrzał na DeadJoker nieśmiało próbującą tostów. - Spokojnie, może i jestem lekko szurnięty i draniowaty, ale nie mam zamiaru was skrzywdzić. Gdyby tak było, rzuciłbym was na pożarcie Asmodeuszowi - z oddali rozległ się potępieńczy ryk.
- Taaak - kontynuował - ten, który chciał mnie zabić zrobił to, ale zapłacił słoną cenę - Kiedy eksplodowałem znalazł się w epicentrum Strefy 0. Teraz jest groteskowym mutantem przesyconym moją energią i... bezwolną marionetką. To samo spotkało diabły, które miały pecha przeżyć - zakończył tworząc jedzenie dla Mai i Gonik.
Sięgnął do swojej kieszeni i wyjął komórkę. - Czas na dalszą część planu. Mam dobrą wiadomość dla was dziewczyny. Dwie wypuszczę, ale porwę inną - podszedł do szafy i wyjął strój Zorro. - Ech, to będzie ciężkie, ot tak nie da się porwać. Musi sama tego chcieć, a w tym celu muszę się wystylizować na bizona - Szaman wyraźnie był zajęty kombinowaniem jak koń pd górę.
- Zaraz - wtrąciła się Mai. - Czy zamierzasz porwać...
- Tak Maieczko, Srebrzysto-niebieską, Madelyn Igneid Yumeni Al'Wedd. Sądzę, że jej kronikarskie zapędy spowodują, że nie odmówi porwania do tego konkretnego świata gdzie planuję się udać. Tych bizonów chyba jeszcze w szafie nie ma... Poza tym, po prostu nudzić to się nie będzie, bo nudzić się ze mną nie da, co nie?
Znów rozległ się potępieńczy ryk - no więc właśnie.
Szaman spojrzał przed siebie. - Hmm, już są... idą ratować krowy porwane przez mutanty. Super. Pomógłbym, ale na tą odległość potwory nie bardzo dają się sterować. No ale wróćmy do rzeczy; strój Zorro, stlista... spokojnie moje panie, wstrzymajcie konie, tylko się wyszykuję na imprezkę i lecimy. Zaraz dwie z was będą wolne - przerwał im próbę ucieczki. - I nie, nie powiem czemu chcę porwać Miyę. Chociaż... co mi tam, fajna imprezka będzie na tamtejszym zamku, chociaż jego szpitalno-białe ściany przyprawiają o dreszcze - wyjaśnił enigmatycznie.
Powrót do góry Zobacz profil autora
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość Wyślij email Odwiedź stronę autora
 
Numer Gadu-Gadu
2277120
DeadJoker Płeć:Kobieta
Soul Loser


Dołączyła: 02 Lut 2007
Skąd: Prosto od krowy!
Status: offline

Grupy:
AntyWiP
Lisia Federacja
Tajna Loża Knujów
PostWysłany: 03-01-2010, 17:49   

-Fajnie. Tosty niezłe, a ta bajka, co nam pan opowiedział to nawet śmieszna jest. Tylko, że ja naprawdę chcę wiedzieć, po co tu jesteśmy. Czy chodzi o nielegalny handel organami, a może o przekręty przy tworzeniu ustaw dla Sejmu?-zapytała DeadJoker, chrupiąc tostem i machając nogami.-Ale niech mnie pan nie wypuszcza, bo na zewnątrz na pewno jest zimno i nieprzyjemnie i nie mają tam dobrego jedzenia.-Posłała Szamanowi uśmiech pod tytułem "Jesteśmy jedną wielką szczęśliwą rodziną". Jednocześnie zaczęła przechodzić na kolejny poziom przytępienia spowodowanego natłokiem bodźców i informacji (analogiczny do stanu wywołanego przez brak bodźców, czyli nudę). Na chwilę się wyłączyła, próbując dojść do ładu z informacjami o śmierci swego porywacza. czy jest on aniołem, mutantem czy Zorrem? Najbardziej podobała się jej trzecia opcja, gdyż zawsze pałała sympatią do poczciwego zamaskowanego mściciela.-A kim jest Madelyn Igneid Yumeni Al'Wedd?-na tym poziomie przeciążenia DeadJ. była bowiem w stanie zapamiętywać długie nazwiska i mnożyć liczby czterocyfrowe w pamięci, raczej jednak nie korzystała z tej drugiej zdolności, bała się bowiem, że spowoduje to przejście na kolejny poziom. A tego byśmy nie chcieli.

_________________
Za czasów rycerstwa, smoków i komuny
Nim łamanie kołem całkiem wyszło z mody
Gdy inkwizytorzy nosili shotguny
Autor tego posta przeżywał przygody
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość Odwiedź stronę autora
Velg Płeć:Mężczyzna


Dołączył: 05 Paź 2008
Status: offline

Grupy:
Tajna Loża Knujów
PostWysłany: 06-01-2010, 21:35   

Woland przyglądał się jedynej pozostałej w wiosce krowie. Gdzieś tak pomiędzy myślą „Coś tu dziwnego...” a „[i]widać poringi pozjadały...” ktoś pchnął go widłami. Odpływając w ciemność, mag usłyszał jeszcze zadowolony okrzyk „No, nie będzie mi krowokrad się we wsi panoszył... Panocku, co za czasy, kiedyś to takim Bamboshowie widły we wraże miejsca wsadzali...!”. To zresztą miało rozstrzygnąć o stosunkach między Wolfgangiem a mieszkańcami wioski.

Rana nie była poważna – przynajmniej nie była poważna dla czarnoksiężnika jego klasy. Profesury czarnej magii nie dostawało się za piękne oczy, lecz mimo wszystko nie dawała ona jakichkolwiek niezwykłych cech fizycznych. A tak się składało, że w tej sytuacji nie mógłby zrobić cokolwiek, co uszłoby za naturalne – nawet, jeśli bardzo by tego chciał. A nie chciał – umierał dopiero po raz drugi i chciał zobaczyć, czy niczego nowego się nie nauczy. Wreszcie, kiedy stwierdził, że jego nadzieje są daremne, wyszedł częścią umysłu ze swego ciała i stanął obok. Po czym zaczął nieść swoją drugą formę.

Mieszkańcy, którzy obserwowali duplikację maga, byli wstrząśnięci... Zwłaszcza, że Woland zachowywał się, jakoby nic nadzwyczajnego się nie wydarzyło.


***


Tymczasem, czarodziej dotarł do chałupy, w której miał spać. Chatka sprawiała wrażenie, jakby miała się zaraz zawalić – ale nie zamierzał narzekać. Mógł trafić dużo gorzej. Mógł spędzić noc, uciekając przed potworami pustkowi. Nie, żeby było przed czym uciekać – ale Serika skłonna była zmusić ich do ucieczki, aby nie zrobili krzywdy potworom (!). W każdym razie, nie było na co narzekać.

Towarzystwo, które rozlokowało się w budynku, prędko poczęło umilać sobie czas konwersacją.

- Czuję w kościach, że mieszkańcy nie posiadają szkieletu moralnego... – zauważył Morou, kładąc się na jednym z bardziej miękkich miejsc klepiska.
- Przeczucia to mało powiedziane. Przecież oni mnie nabili na widły... Chyba tylko do tego jeszcze je chowali – bo prac gospodarczych tu nie uświadczysz... – odpowiedział mniej ranny z Wolandów, przymykając oczy.
- A wyśmienitą herbatkę z mlekiem mutanta zrobić...? – dopytywał się A-Tur, usłużnie podchodząc do wypoczywających.
- Nie, w czaszce by mi po tym chlupotało. – kategorycznie odmówił kościsty dżentelmen.

Wtem członkowie Loży usłyszeli podniesione głosy, dochodzące sprzed budynku. Tłuszcza żwawo dysputowała ze sobą. Trzej towarzysze ucichli, celem zorientowania się w materii sporu – ale właściwie nie było to konieczne, gdyż mieszkańcy mówili naprawdę głośno.

- ... i lokaj z piekła rodem, on z tego wszystkiego najgorszy! Ja rzekłem, żem spragniony – a cóż w tym zdrożnego? - a on stwierdził, że najbardziej odpowiadać mi musi wódka...! I się uparł przy żonie i dzieciach...!
- Tak, co mu do uczciwego człowieka...! Nie alkoholik żeś – a twoja wyrozumieć nie może, że kapkę piwa każdemu trzeba... – dołączył drugi.
- Nie popuszczę, jakem rzekł...! Na drzewo go, nawet jeśli później by mnie kulki obłożyły klątwą...! – pierwszy wciąż nie wyzbył się pretensji.
- Nie, gorszy jest szkielet...! Widzieliście, jak się szczerzył, kiedy na mnie patrzył...? Jakby myślał, żem okradam sąsiada czy co...! Nie daruję takiej zniewagi! – kolejny się dołączył.
-Ależ wiedźmok wszystkich przebija...! – czwarty, z pochodnią w jednej ręce i cepem w drugiej, sprawiał wrażenie największego pieniacza ze wszystkich.
- Co żem zrobił...? – Woland wyszedł przed chatę i zmierzył ich spokojnym wzrokiem. Nic nie wskazywało na to, żeby robił sobie coś z uzbrojonego tłumu.
- Żeś nie umarł, kiedym cię przebił...! Powinieneś żeś zemrzeć...! – piąty już, sprawiający wrażenie wioskowego Idioty Spod Ciemnej Gwiazdy, wtrącił się.
- I za to, żeś nie umarł, kiedy jeszcze mogłeś, czeka cię śmierć...! – kiedy kolejni już wieśniacy grozili magowi, ów zaczął podejrzewać, że katastrofa nie dotyczyła tylko terenu i zwierząt – zajrzała też w serca ludzi.
- Głupiś, najgorszy jest lokaj – bo bardziej podoba się twojej narzeczonej od ciebie. – dorzucił Morou, podżegając kłótnię wewęntrzną...

Mości westalko...? – ozwał się telepatycznie do Seriki nim rozjuszeni wieśniacy porzucili swary.
... – odpowiedziała mu pustka.
Ekhm, rozjuszeni wieśniacy planują samosąd. Mają widły, cepy, młoty, sierpy i takie tam... Może coś z tym zrobisz, nim A-Tur wyrządzi im krzywdę? – indagował dalej.
Poringi karmię...! – jakby usłyszał oburzonego Serika – One są wrażliwe, mogłeś je przepłoszyć...! Choć... Mówiłeś, że co mają...? Świetnie, wyślę poringi – niech się najedzą! – zabarwienie głosu mentalnego wnet zmieniło się i wskazywało na euforię.
Ekhm, nie chciałbym nic mówić... Ale nawet w Faerunie, gdzie Bezimienna Istota ma DUŻO WIĘCEJ poringów, nie stanowią one siły militarnej... – Andellingen chciał mówić dalej, ale przerwał mu gwałtowny komunikat. GDZIE?! – rozmówczyni musiała być wyjątkowo wrecz podniecona, bo po odpowiedzi (W Faerunie) natychmiastowo się wyłączyła... Czarnoksiężnik miał jak najczarniejsze przeczucia co do jej zamiarów.

Chwilę później, skontaktował się bezpośrednio z Ysenem... Z zamiarem zaoszczędzenia sobie trudu uspokajania wieśniaków – tudzież powstrzymania A-Tura od interwencji, jeśli tłuszcza zrezygnuje ze sporów wewnętrznych i skupi się na obcych...

***


A tymczasem, trzeci Wolfgang siedział na dachu chałupy, w której była Tren. Miał niejasne przeczucie, że coś go obserwuje. I, w zupełnie naturalnym odruchu, darzył to wzajemną niechęcią. Najchętniej zszedłby z niewdzięcznego posterunku – jednak przysiągł dziewczynie, że będzie ją chronić, a przysiąg łamać nie zamierzał...

_________________
Powrót do góry Zobacz profil autora
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość Wyślij email Odwiedź listę obejrzanych anime / przeczytanych mang
Tren Płeć:Kobieta
Lorelei


Dołączyła: 08 Lis 2009
Skąd: wiesz?
Status: offline

Grupy:
Tajna Loża Knujów
PostWysłany: 07-01-2010, 19:28   

Ciemność w Kącie do niedawna wiodła całkiem spokojny żywot. To było zanim banda dziwaków przybyła tutaj i zaczęła lać jego i jego pobratymców (metaforycznej) po głowie. Przy czym dało się to jakoś ścierpnąć. Szczytem wszystkiego były natomiast sprowadzony jakis czas później różowy koszmar. Istoty te co prawda nie mogły pożreć ciemności, ale pałaszowały cegły, co paradoksalnie mogło w krótkim czasie przyczynic się do śmierci ciemności. I wtedy ta dziwna dzieczyna wpadła do Kąta. Ciemność postanowiła skorzystać z okazji i zemścić się za wszystkie ciosy szczotką, ale wtedy zauważył poiringa. Świeżo wychodowana niechęć do tej istoty sprawiła, że Ciemność w Kącie momentalnie zmieniła cel i skierowała całą swoją aurę przeciwko poiringowi, który wyczuwając złą aurę zatrzymał się i podskakiwał zdenerwowany. Mniej więcej w tym momencie Ciemność zaczęła się materializować. Było to dziwne uczucie, zwłaszcza, że wcześniej niczego za bardzo nie odczuwała. Gdy Ciemność kończyła przybierać formę, natychmiast uruchomiła nowo nabyte procesy myślenia. Różowy koszmar z całą pewnościa nie był odpowiedzialny za tą zmianę, została więc... Odwrócił głowę i spojrzał prosto w oko dziewczyny. Jej uczucia popłynęły do niego lekko. Nie była źle nastawiona, co najwyżej lekko zdezorientowana, ale pełna podziwu i fascynacji. Ciemność zdał sobie sprawę z paru rzeczy. Po pierwsze, ten człowiek był mu potrzebny do istnienia. Wiedział, że jeśli oddali się od niej powróci do niematerialności, a jakoś nie uśmiechało mu się tracić dopiero co zyskaną świadomość.
Poza tym jej uczucia i moc stanowiły dobrą pożywkę.
Dziewczyna podniosła rękę i delikatnie go pogłaskała.
Nie protestował.

Tren sądziła, że na dobrą sprawę ta cała wyprawa jest niepotrzebna. Porywacz bowiem musiał traktować jeńców albo bardzo źle, albo dość dobrze. Gdyby było inaczej to Tren wpadłaby do tego wymiaru chwilę wcześniej i też została porwana, a skoro się tak nie stało to pozostawały te dwie opcje. Albo jeńcy byli traktowani bardzo źle i wtedy wyprawa może się okazać musztardą po obiedzie, bo będą najprawdopodobniej martwi. Możliwe było też, że porywacz traktował ich dobrze, co oznaczało, że wyruszają ratować kogoś, kto jest w lepszej sytuacji. Dobrze chociaż, że mieli ze sobą doborowe oddziały (do zanotowania, nigdy nie narażać się Ysenowi), choć militaryzacja poiringów budziła jej opór.
Sam świat okazał się być w kiepskim stanie. Przypominał jeden wymiar, do którego Tren kiedyś trafiła. Na szczęście tym razem był ktoś, kto zabijał potwory zamiast niej i nie chciał w zamian jej noża/ręki/whatever.

Wieś była klasyczna. Była kwintesecją wiejskości, na którą składa się ksenofobia, zabobony, szarże z widłami i gwara. Oczywiście ich grupa natychmiast wzbudziła sensację. Tren wolała nie czekać na dalszy rozwój wypadków. Gdy tylko dostali przydział na chałupy, dziewczyna korzystając z tego, że jej wygląd normalnej osoby nie zwraca uwagi zajęła pokój i zamknęła się w nim. Spojrzała na drzwi i westchnęła. Kątem oka zauważyła łóżko co przypomniało jej, że nie spała od ponad doby. Szybko ułożyła się na nim i natychmiast usnęła.
Obudziły ją jakiś czas później odgłosy zza okna, które Tren dość szybko sklasyfikowała jako należące do Niezadowolonego Ludu. Podeszła do okna i wyjrzała. Na szczęście tłum stał przy innym budynku i nie wyglądało, by ktokolwiek miał zmaiar szturmować jej pokoju. Już miała odejść, gdy jej uwagę przykuł stojący na podwórzu chłopiec, który wskazywał na dach jej chałupy i krzyczał coś co brzmiało jak "Diabeł! Diabeł!". Dość szybko na miejscu zjawiła się matka, która zgarnęła go stamtąd, ale Tren zdążyła się domyślić, kto okupuje dach.
"Ani Diabeł, ani skrzypek - tylko cholera."
Konrad, który do tej pory siedział w kieszeni wyczuł jej emocje. Wskoczył na stolik i skierował nienawistne spojrzenie w miejsce, gdzie siedział Woland. Zwierzęca intuicja, pomyślała Tren stwierdziwszy, że umiejscowienie zgadza się z tym co pokazywał chłopiec.
Dziewczyna zamyśliła się. Miała ochotę zemścić się jakoś na Wolandzie. Mogłaby przy użyciu swoich mocy zrobić pod nim dziurę, ale lewitacja mogła zepsuć cały dowcip. Poza tym Tren nie miała ochoty reperować później dachu. Nie, ten pomysł z całą pewnością odpadał. Rozejrzała się po pokoju i zauważyła napoczęty bochenek chleba. Zaraz potem jej wzrok padł na torbę. A gdyby tak...
Już po chwili Tren dostała się na strych, gdzie przesunęła starą ławę pod miejsce obok Wolanda (używając Konrada jako wskaźnika), a następnie zaczęła się przedzierać przez dach. Woland nie okazał zdziwienia, choć nagłe pojawienie się Tren, ze słomą we włosach, torbą i gramolącą się przez dziurę nie należało do widoków codziennych. Oczywiście dziewczyna utknęła po drodze i mag musiał jej pomóc. Po chwili Tren stała obok otrzepując się ze słomy (choć nadal pozostało trochę w jej włosach). Postanowiła jak najszybciej przejśc do meritum:
-Za sprawą postronnego obserwatora zorientowałam się, że siedzisz na dachu. No i doszłam do wniosku, że pewnie trochę zgłodniałeś. I tak pomyślałam, że skoro sama miałam jeść to warto się podzielić. Mam nadzieję, że lubisz kanapki.
Po czym usiadła i wyjęła z torby deskę do krojenia, bochenek chleba i duży nóż kuchenny. Sprawnie ukroiła kilka kromek. Dziewczyna ponownie zagłębiła rekę w torbie i tym razem wyciągnęła sporej wielkości słoik z żółtym dżemem. Dżem ten pośród wędrowców był legendarny jako jedna z potraw "przy której nikt nie cierpi głodu". 98% stworzeń uznawało go za niezjadliwy i całkiem dosłownie wolałoby odciąć sobie kończynę i ją zjeść niż kosztować dżemiku. Tren weszła w jego posiadanie przypadkiem, gdy robiła zakupy. Kupując prowiant w pewnym wymiarze zaczęła się targować ze sprzedawcą, który był akurat w posiadaniu słoika tego specjały. Chcąc pozbyć się upierdliwej klientki stwierdził, że sprzeda jej produkty po niższej cenie tylko jeśli zje kanapkę z rzeczonym dżemem, a jak jej się uda to nawet dorzuci słoik z przetworem za darmo. Biedny sprzedawca nie wiedział, że jego klientka posiada spaczony zmysł smaku, który pozwalał jej zjeść nawet legendarny dżem. Co prawda jej skromnym zdaniem jest to najpaskudniejszy przetwór jaki kiedywkolwiek jadła, ale w czasie podróży były momenty, gdy musiała korzystać i z tej "żelaznej racji", jako że dżem nigdy się nie psuł.
Tren ostrożnie odkręciła słoik. I zaczęła smarować kanapki.
-Cienko smarujesz - zauważył Woland.
-Ten dżem nie smakuje dobrze w dużych ilościach - stwierdziła. Była to szczera prawda, a poza tym Tren chciała tylko zażartować z Wolanda, a nie trwale straumatyzować jego kubki smakowe.
Po chwili na desce leżało kilka kanapek. Tren wzięła jedną i ugryzła. Przy okazji uśmiechnęła się lekko, aby usprawiedliwić mimowolne drgnienie mięśni. Dżem smakował tak samo paskudnie jak pamiętała. Przyszło jej do głowy, że ta sytuacja byłaby całkiem miła, gdyby nie stanowiła dowcipu, a obok siedział ktoś inny.
Wzięła drugiego gryza. Teraz pozostawało czekać na efekty. Co prawda po pierwszym gryzie mag pewnie zablokuje zmysł smaku, ale do tego dojdzie dopiero jak spróbuje dżemu. Najniebezpieczniejsze było w nim właśnie to, że pachniał on neutralnie i wyglądał jak najzwyklejsze nie budzące podejrzeń przetwory.

_________________
"People ask me for advice all the time, and they ask me to help out. I'm always considerate of others, and I can read situations. Wait, aren't I too perfect?! Aren't I an awesome chick!?"
Powrót do góry Zobacz profil autora
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość Wyślij email Odwiedź blog autora Odwiedź galerię autora Odwiedź listę obejrzanych anime / przeczytanych mang
Karel Płeć:Mężczyzna
Latveria Ruler


Dołączył: 16 Kwi 2009
Skąd: Who cares?
Status: offline

Grupy:
Syndykat
WOM
PostWysłany: 07-01-2010, 20:39   

- Wybaczy pan ale czy mógłby pan powtórzyć? - zapytał uprzejmie A-Tur.
- Pomiocie piekielny! Ty i tobie podobni inwentarz nam zżeracie. I o pijaństwo mnie oskarżasz! - przywódca bił nerwowo trzonkiem kosy w glebę.
- Z całym szacunkiem ale zapach pańskiego potu jednoznacznie wskazuje co pan spożywa w czasie wolnym od pracy.
- C-co? Widzieliście go?! jeszcze mówi że śmierdzę? - trzonek kosy zaczął opadać szybciej.
- Cóż rzeczywiście niektórzy mogą odczuwać pewien dyskomfort w pańskiej obecności.....szczególnie damy. Tym bardziej że pańska bielizna zalatuje krową.
Tutaj wieśniacy zamarli i spojrzeli na swojego szefa. Ten przez chwilę nie powoiedział nic po czym odrzekł.
- Ł-łże jak pies! Dość tego chłopaki...auuu! - wieśniak spojrzał na zranioną rękę. To ostrze kosy zraniło go w rękę. Dziwne, przed chwilą sięgała mu nad głową. Tubylec spojrzał pod nogi. Oto poring ukontentowany chrupał jego narzędzie pracy systematycznie je skracając. Widać ze przyprowadził przyjaciół bo te oblazły pozostałych wieśniaków i również zajadały się cepami i widłami.
- Cóż jeśli to państwu nie przeszkadza oddalę się - powiedział lokaj do biegających w panice rolników. Wtem wpadł mu do głowy pewien pomysł.....

Godzinę później.....
...wieś wypełnił dudniący odgłos. Nie dało się go zignorować bo był na tyle głośny że ziemia drżała. Kto nie był zajęty (np. uciekaniem przed poringami) podążał sprawdzić cóż takiego się dzieje. Otóż to A-Tur prowadził czarnego jak ęgiel byka wielkości dinozaura za sznurek. Kanapka którą już,już Woland miał ugryźć zamarła w powietrzu.
- A-Tur.....co to ma być?
- nie jestem pewien Sir ale wygląda mi to na apisa. Ma takie egipskie symbole na bokach - rzeczywiście. Gigantyczny byk bardziej przypominał wyciosany z obsydianu posąg niż żywą istotę. Kto wie? Może rzeczywiście takowym był.
- To widzę - odrzekł tymczasem czarnoksiężnik - powiedz mi jednak co ci do diabła strzeliło by takowego sprowadzać do wioski?
- Już wyjaśniam Sir! Otóż zdałem sobie sprawę ze może czekać nas długa i ciężka podróż.
- No i?
- Zauważyłem ze sir Ysengrinn posiada pojazd który oszczędza mu trudów podróży. W związku z tym że to nieodpowiednie by damy i pan lordzie Wolandzie podążali piechotą.
- Tak.....i postanowiłeś złapać jakiś transport....to zrozumiałe. Powiedz mi tylko dlaczego byk wielkości piekarni?
- Sir to prawda że były tam również inne stworzenia ale uznałem ze grzbiet najeżony długimi na stopę kolcami czy też płonący żywym ogniem nie jest najlepszym miescem na jazdę. I wtedy znalazłem tego oto...apisa czy tak sir? Musiał czuć się tu obco bo próbował mnie tylko stratować i nadziać na rogi.
- Acha...- skomentował to mag domyślając się dalszego ciągu. Tymczasem apis do tej pory smętny i osowiały dostrzegł kątem jednego z czerwonych oczu ocalałą jałówkę. W jego byczym sercu obudziła się żądza....

_________________
"So come forth, Avenger. It is time to put our lingering dispute... to an end!"
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość
Ponury Płeć:Mężczyzna
Grim Greetings


Dołączył: 27 Lip 2006
Skąd: ....diabli wiedzą
Status: offline
PostWysłany: 07-01-2010, 23:01   

Rycerze jaki pierwsi dobili do bramy. Stała na oścież, co nie było znowu takim zaskoczeniem. Brakowało jej wrót. Sam ostrokół też nie był pierwszej młodości. Ziały w nim wielkie dziury, a niektóre z pali były kompletnie wyrwane. Oddział rozstawił się po obydwu stronach wejścia. Kilka umownych znaków i rycerze poczęli wpływać do wioski zajmując strategiczne pozycje niczym dobrze wyszkolony oddział specjalny. Rozbili się na trzy grupy. Pierwsza zabezpieczyła wejście, umowne nazwane głównym, umożliwiając członkom Loży względnie bezpieczne przejście. Dwie pozostałem poczęły biec wzdłuż okrągłej palisady w poszukiwaniu innych możliwych bram i, jeśli to możliwe, zabezpieczeniu również ich.
Towarzysze przekroczyli łuk bramy głównej. Wicher zelżał. Ysengrinn mógł wreszcie odstawić trzy pasażerki, które na siłę użyły jego mecha jako środka transportu i częściowej ochrony przed wściekłymi podmuchami.

- Ysen, ja rozumiem starania, ale czy oni aby trochę nie przesadzają? – spytała machnięciem głowy wskazując rozbiegany oddział.
- Nonsens, robią dokładnie to co do nich należy – rzekł otwierając kokpit. Na jego twarzy przezierała duma, choć starał się ją skrzętnie ukrywać.

Parę chwil później Serika z Miyą już czarowały osobnika który odważył się wyściubić nos z chałupy. Gdzie ich starania wzięły w łeb do akcji wkroczył Ysen. Grim nigdy nie był dobry w te klocki, zresztą wiedział że argumenty rycerza przekonały by nawet przydrożny głaz do ruszenia się z miejsca. Zastawił wszystko w jego rękach.
Efekty było nad wyraz zadowalające. Dostał wygodne posłanie i dach nad głową. A nawet ciepły posiłek. Będzie musiał potem powypytywać kilka gospodyń o jakieś rodzinne przepisy.
Swoistą kwaterą główną stał się dom sołtysa, umiejscowiony niemal w samym centrum wioski. Wokół budynku już rozstawił się główne trzon Drużyny Zmierzchu. Przy dwóch bramach, druga została zlokalizowana po przeciwnej stronie głównej i nazwana bramą północną, rozstawiło się po czterech rycerzy, wspieranych przez dwa poringi. Wzniesione zostały nawet proste wieżyczki obserwacyjne, po jednej na północną, południową, wschodnią i zachodnią krawędź wioski. Każdą obstawiał jeden człowiek.
Narada z głową wioski nie trwała długo, jako że i dużo nie było do powiedzenia. Tubylcy nie mieli bladego pojęcia do się stało z ich krainą. Co nie zmieniało faktu ze ich sytuacja była paskudna. Sytuacja całych tych cholernych pustkowi była paskudna i trzeba było coś na nią poradzić.

- Jedno jest pewne, cała ta przeklęta pustynia jest wypełniona taką ilością magii że nie jeden dostał by zawrotów głowy. Czuć ją niemal w kościach. Do tego jest dzika i wynaturzona. Nie tylko zniszczyła florę, a faunę zmieniła we wstrętne abominacje, ale i zaczyna odpiskiwać swoje piętno na tych, bogu ducha winnych ludziach – przyciszył głos do szeptu. – Zachowują się co najmniej dziwnie. Aż dostaje ciarek.
- W to musi być zamieszany Szaman. Jest szalony i posiada niebagatelną moc. Mógł by być do tego zdolny. – Rzucił zamyślony Wolfgang

Rozmowa trwała jeszcze jakiś czas, kiedy wszyscy zgodnie postanowili udać się na spoczynek. To była ciężka podróż, a im wszystkim przyda się chwila relaksu.

_________________
Live fast, die young,
make a pretty corpses
Powrót do góry Zobacz profil autora
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość Wyślij email
 
Numer Gadu-Gadu
6705894
Serika Płeć:Kobieta


Dołączyła: 22 Sie 2002
Skąd: Warszawa
Status: offline

Grupy:
Tajna Loża Knujów
WIP
PostWysłany: 08-01-2010, 01:18   

Ranek nadszedł zdecydowanie za szybko - rozmowa z gospodarzami przeciągnęła się do późnych godzin nocnych, a wszyscy wstawali, zgodnie z ogólnowszechświatowym wiejskim zwyczajem, o świcie i nie wypadało się zbyt długo wylegiwać. I tak dobrze, że jej bieżąca ludzka powłoka smacznie sobie spała, gdy Serika wyprawiała część swojej uśpionej w dużej mierze świadomości po obiecane poringi dla dzieci wieśniaków. Dobrze się stało, że Woland podpowiedział jej, gdzie szukać dużych ilości podskakujących kuleczek. Zdecydowanie nie miała ochoty budzić większej częsci siebie i rozpełzać się po tysiącach światów tylko po to, żeby zlokalizować jakieś skupisko poringów. Mai i GoNika całe szczęście dało się zlokalizować bez takich numerów.

Faerun brzmiał zdecydowanie znajomo. Bywała tam jakiś czas temu dość regularnie, chociaż szczerze mówiąc zapamiętała głównie tunele. Dużo tuneli. Bardzo dużo tuneli. Od groma tuneli, zabawną czarną podrasę elfów, z której zdaje się pochodził Daerian (tak żeby daleko nie szukać), dużo magii oraz dużo paskudnych wojen, krwi i zła. Na Powierzchni była parę razy i jako żywo nie przypominała sobie tam poringów, ale cóż, skoro Woland tak twierdzi...
Założyła, że wolałaby się wyrobić, kiedy jej ciało śpi, więc postanowiła się streszczać. Nie stworzyła sobie nawet tymczasowej powłoki materialnej, bo po co, potrzebna jej była sama czysta moc. Moc, którą mogła przeczesać świat w poszukiwaniu stworków, przy okazji sprawdzając, czy nie udałoby jej się zlokalizować szybko czegoś ciekawego. Starego znajomego, czy coś - w końcu to był macierzysty wymiar Daera, ktoś mógł się tu pętać...

Poringi! Nie musiała szukać, ich obecność odczuła jakby były z nią połączone słabą bo słabą, ale istniejącą mentalną więzią. Nie była pewna, jakim cudem, nigdy przedtem nie miała do czynienia z tego typu stworzonkami, a już na pewno nie w Faerunie. W sumie z "drużynowym" stadkiem było podobnie, ale to dało się łatwo wytłumaczyć - być może dzięki temu, że jako pierwsza zaczęła je oswajać, uznały ją po prostu za "tę od jabłek"... Ale faeruńskie!? Zdawała sobie sprawę z obecności ich wszystkich (a było ich naprawdę zatrzęsienie), ale niektóre z nich "czuła" znacznie mocniej, do tego stopnia, że zdawało jej się, że ich obecność dodaje jej energii. Odrobinę, bo ile energii mogłoby pochodzić od garstki oswojonych poringów?... Formalnie rzecz biorąc wiedziała, co to oznacza w tym świecie, chociaż sprawa była mocno absurdalna i wytłumaczalna chyba jedynie przez założenie, że te maleństwa mają jakiś typ świadomości zbiorowej. Tak czy inaczej, było zdecydowanie zabawnie. Serice przeszło przez chwilę przez myśl, że może powinna się grzecznie przywitać z tutejszym panteonem, ale po pierwsze nie miała na to czasu, po drugie robienie za boginkę kilku stworków to jeszcze nie powód, po trzecie miała co innego do roboty. Na przykład niezwykle kuszące byłoby rozszerzenie poringowej strefy wpływów w Faerunie. Co się mają maleństwa pałętać same, skoro mogą się zaczepić u jakichś miłych ludzi? A okoliczne dzieciaki na pewno również ucieszyłyby się z uroczych maskotek! Ale nie, to po pierwsze mogło poczekać, po drugie nic na siłę - na pewno same odkryją swoje Przeznaczenie, po trzecie zdaje się, że tym samym podebrałaby je komuś innemu... Co przypominało jej, że miała przy okazji sprawdzić, kim jest wspomniana przez Wolanda Bezimienna Istota i czy przypadkiem nie ma tu nikogo znajomego.

Szybki skan największych źródeł mocy tego świata podał odpowiedź na pytanie drugie (tak, sztuk trzy, jeśli liczyć kawałek Wolanda) i pierwsze (a Punyanowi wyraźnie się nudziło). Pomachała mentalnie Daerowi i Bezimiennej Istocie, ale nie wydawali się specjalnie chętni do niezobowiązujących pogawędek. Zajęci Jak Cholera. Obaj. I to zajęci wyjątkowo mało interesująco, bo polityka leżała bardzo daleko od wszystkiego, co mogłoby ja bawić. No nic, przynajmniej dowiedziała się tyle, że poringi może sobie "podbierać" i Punyan Jakoś To Przeżyje. Wzdech, faceci... A już myślała, że dzieje się tam jakaś fajna imprezka.

To wszystko wbrew pozorom było dosyć czasochłonne. Wybrała jeszcze trzy poringi, które pragnęły wstąpić na Drogę Zielonego Jabłuszka, a nikt jeszcze nie zaoferował im swojej przyjaźni, przetransportowała je do Mistycznej Krainy i poczuła, że jej ciało właśnie się budzi... Ostatnio lubiła być w jednym miejscu postanowiła więc wracać, pozostawiając na miejscu tylko niewielką część siebie, nawet bez żadnej fizycznej manifestacji. Niech się poringi cieszą! (No i będzie wiedziała, gdyby zaczęło się dziać coś naprawdę ciekawego... Na przykład kiedyś wypadałoby obejrzeć tę nową Punyanową siedzibę).

Oswajanie poringów przez dzieciaki odbyło się w radosnej atmosferze (przetykanej mocnymi wątpliwościami rodziców, ale to się wytnie). Na zewnątrz było jednak znacznie mnie wesoło. Po pierwsze, zbagatelizowała zupełnie uwagi Wolanda, a wieśniacy NAPRAWDĘ nie byli tak przyjaźnie nastawieni, jak miała nadzieję. Incydent z widłami rzeczywiście był mocno nieprzyjemny, choć na szczęście obyło się bez ofiar. Jednak wyglądało na to, że prawie nikt z przybyłego towarzystwa nie miał ochoty pozostawać w wiosce dłużej, niż to absolutnie konieczne. Wieśniacy akurat w tej kwestii zdawali się z nimi całkowicie zgadzać - również nie chcieli, żeby dziwni obcy przebywali tam dłużej, niż to absolutnie konieczne (wyjątek stanowiły te przemiłe starsze panie, które uszyły poringom płaszczyki!). Na domiar złego ktoś uznał, że okoliczna menażeria ma braki i sprowadził Mrocznego Bizona. A dokłaniej byka. W każdym razie był wielki, czarny i stanowił zapewne marzenie każdej heteroseksualnej jałówki, włączając jedyną wioskową Mućkę, która o mało nie rozsadziła stodoły na widok miłości swego życia. Mroczny Bizon zresztą również zdawał się zainteresowany i ku absolutnego przerażeniu gospodarzy właśnie z błyskiem w oczach forsował drzwi budynku gospodarczego.

- Dobra, kto to tu sprowadził, czy mógłby nad tym zapanować i kiedy ruszamy ratować dziewczyny i krasule? - Serika skompresowała wszystkie potrzebne pytania w jednym i wypowiedziała je (intensywnie ziewając), kiedy wreszcie wygramoliła się z chałupy na zewnątrz.
- Ja, panienko, tak i wydaje mi się, że niedługo - odpowiedział uprzejmie i równie krótko piekielny lokaj, całkowicie niewzruszony faktem, że wrota stodoły w końcu puściły i miłość rozkwitła w niej pełną parą (notabene, stodoła wytrzymała. To bardzo solidna stodoła była!).
- To... Może mógłbyś mu powiedzieć, że tam, gdzie idziemy, prawdopodobnie będzie wystarczająco dużo pięknych jałówek, żeby mógł zostać porządnym Bohaterem Takim Jak Ty z licznym haremem?
- Oczywiście, panienko - oznajmił A-Tur i oddalił się w kierunku lokalnego przybytku miłości.
- A skąd ten wniosek? - zainteresowała się Miya, która również wstała skoro świt. I była nad podziw przytomna, w przeciwieństwie do co niektórych.
- Tak jakoś... Zobacz, Potwory porywają krowy. Być może w celach konsumpcyjnych, ale kto wie, może przynajmniej część zachowują sobie na później. To raz. Dwa, że te potwory skądś się wzięły. Zgodnie z tym, co w nocy opowiadał nam nasz gospodarz, pojawiły się całkiem niedawno. Nie wiem jak wy, ale ja łączyłabym to z metamorfozą Bambosha. Ewidentnie mu odbiło, jego moc zupełnie nie przypomina starej, a jest jakoś tak podejrzanie tożsama z mocą, która szaleje sobie na Pustkowiu. Jak dla mnie wniosek nasuwa się sam...
- ... znajdziemy źródło potworów, znajdziemy i dziewczyny? - dokończył Ysen.
- Bingo! A jak bardzo dobrze pójdzie, znajdziemy też zaginione stado krasul - rozpromieniła się Serika. - To jak, śniadanko i ruszamy?

_________________
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość Wyślij email Odwiedź blog autora
 
Numer Gadu-Gadu
1051667
Karel Płeć:Mężczyzna
Latveria Ruler


Dołączył: 16 Kwi 2009
Skąd: Who cares?
Status: offline

Grupy:
Syndykat
WOM
PostWysłany: 10-01-2010, 21:20   

Śniadanie oczywiście przygotował lokaj. Po uprzednim uspokojeniu byka(przez psychologię oraz nokaut). Tym razem A-Tur podał gromadzie owoce morza. Skąd wziął krewetki, ośmiornice ryby i inne tak daleko od najbliższej wody pozostaje jego tajemnicą. Tak samo jak to skąd wytrzasnął stół na 14 osób, ozdobny dywan na trawnik oraz otwarty namiot w wypadku deszczu który rozpiął nad ty wszystkim.
- Niesamowite. - stwierdził Asthariel z uznaniem oglądając swoje srebrne sztućce. Zastawa nie została pożarta przez poringi tylko dlatego że lokaj dostarczył im zapas ulubionych przez nich jabłuszek - jak to kolejna niewyjaśniona zagadka.
- Jak ty to skombinowałeś? - zapytała Serkia. Wydawała się wiedzieć na czym polega sekret blondyna ale zapytała się najwidoczniej w imieniu reszty. A-Tur spojrzał na nią ze zdziwieniem.
- Nie rozumiem pani pytania demoiselle. Jeżeli sir Woland każe mi coś wykonać to obowiązkiem lokaja jest spełnić życzenie swojego pracodawcy.
- A...cha. - tymczasem zaczęła się zbierać gęsta mgła. Siedzący przy stole zajęci znakomitymi potrawami nie zwrócili na to uwagi. Pierwszą osobą która skojarzyła że coś jest nie tak był czujny Ysengrinn.
- Ta mgła jakoś śmierdzi - stwierdził z przekonaniem - żadna zwyczajna mgła nie....- po czym zwalił się na stół.
- G-gaz usypiający.... - odgadł Woland również osuwając się na swoim krześle. pozostali jeden po drugim zapadali w sen.....oprócz Pana Moreau który z racji braku płuc był na efekt mgły odporny. Zza białej zasłony dobiegł odgłos drapania....

_________________
"So come forth, Avenger. It is time to put our lingering dispute... to an end!"
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość
Velg Płeć:Mężczyzna


Dołączył: 05 Paź 2008
Status: offline

Grupy:
Tajna Loża Knujów
PostWysłany: 11-01-2010, 20:58   

- Jestem pewien, że dżem jest zaiste przepyszny... Niemniej, zapomniałem stworzyć w tym ciele kubki smakowe – więc nie mogę ci opisać jego słodyczy... – rzekł Woland do Tren, która nagle jakoś się... załamała.? Nie, żeby mag wiedział o co chodzi...

***


Jakiś czas później...

Cholerne ciało, znów miało awarię... – pomyślał Woland, odpływając z tej rzeczywistości. Po prawdzie, nie miał ochoty – wracanie do ponurego świata wymagało jakiegoś nakładu mocy, który dla czarodzieja był karkołomnym naddatkiem. Przeto, chwytał się ostatnich chwil w Mistycznej Krainie niczym tonący brzytwy.

Spojrzał z nieuświadomioną miłością na Tren, po czym opuścił swoje ciało...

***


Byty niefizyczne wcale nie miały dobrej sytuacji. Owszem, nie były przywiązane do swoich ciał, lecz jakież to rodziło komplikacje...! Wyobraźmy sobie sytuację najprostszą z możliwych – kiedy istota pragnęła wypić jakiś napój w towarzystwie. Z perspektywy ludzkiej było to śmiesznie proste. Wystarczyło wziąć kubek do ręki i upić łyk płynu... Lecz perspektywa istoty niematerialnej znacząco różniła się od ludzkiej. Najpierw trzeba było uświadomić sobie, że kubek ISTNIEJE – a dalej, że istnieje realnie. Dopiero z taką wiedzą można było się zająć mniej abstrakcyjnymi zagadnieniami, takimi jak sposób własnej materializacji, tudzież CO właściwie należy zrobić z herbatą czy winem. Wymęczony takimi dylematami umysł zapominał już o zaprogramowaniu radości z takiego poczęstunku i z niesmakiem odrzucał filiżankę płynu, który tak bardzo chciał skosztować... Tak było przynajmniej w przypadku mistrzów mniejszych aniżeli Wolfgang von Andellingen – ale i jemu zdarzały się gorsze dni, tudzież zadania, które sprawić mu mogły trudność.

Tak więc, i on spędził kilkanaście minut próbując sobie poradzić. Ze świata, w który znów trafił, jedynie oneiromancją mógł trafić do poprzedniego świata. A w wiosce nikt nie spał, poza nieprzytomnymi... I Mućką, która spała, marząc o Prawdziwie Męskim Apisie... A, że nie chciał przyjść świat do Wolanda, to Woland przyszedł do świata - „opętując” biedne zwierze, które wnet (z jakąś dziwną furią!) wywaliło drzwi stodoły i poczęło gnać w stronę miejsca, w którym ekipa spożyć zamierzała śniadanie...

_________________
Powrót do góry Zobacz profil autora
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość Wyślij email Odwiedź listę obejrzanych anime / przeczytanych mang
Tren Płeć:Kobieta
Lorelei


Dołączyła: 08 Lis 2009
Skąd: wiesz?
Status: offline

Grupy:
Tajna Loża Knujów
PostWysłany: 11-01-2010, 22:20   

To było dołujące.
Naprawdę dołujące.
Tren machinalnie dokończyła jeść kanapkę i nawet zapomniała jak źle smakuje dżem, do tego stopnia, że wzięła się za spożywanie kolejnej kromki.
To było jak próba przewrócenia bańki-wstańki. Nie dało się. No, chyba że uszkodziłoby się ją, ale Tren miała nieodparte wrażenie, że nawet wbicie noża kuchennego w siedzącą koło niej postać do niczego nie doprowadzi.
Nienawidziła czuć się bezsilna. Szczególnie dlatego, że wszystkie jej dotychczasowe doświadczenia wyraźnie to sugerowały. Nie jest w stanie kontrolować dzikich przerzutów między wymiarami. Nie jest w stanie wrócić do domu. Nie jest nawet w stanie choć trochę uprzykrzyć życia jednemu magowi.
Życie jest do chrzanu.
Wzięła trzecią kanapkę i roztargnionym wzrokiem ogarnęła ogólny chaos i scenę zwierzęcego seksu w stodole.
Prawie jakbym wróciła do tego akademiku.

Akademik jak każda magiczna budowla składał się z wielu posklejanych ze sobą pomniejszych wymiarów przez co posiadał nieograniczoną ilość pokoi. Tren zdążyła znienawidzić go z głębi serca. Wspomniane wypadki z opętaniem i przeżarciem były tylko czubkiem góry lodowej. Chociaż rektor osobiście nałożył zaklęcia ochronne na jej pokój to nie przeszkadzało to znudzonym studentów w przełamywaniu ich i wyrządzaniu szkód w pokoju „jego ulubienicy”. Napisy na ścianach, magiczna zmiana jej ciuchów w stroje, które Tren najchętniej spaliłaby, kradzieże bielizny, nagłe pojawianie się mackowatych potworów. Czysty koszmar. Gdyby miała słabszą psychikę pewnie załamałaby się. Nawet sen nie był taki dobry, gdy tuż przed zaśnięciem trzeba było wysłuchiwać przez cienkie ściany życia miłosnego w akademiku. Nie wspominając o paskudnej stołówce. Diabli by to nadali.

Wróciła do rzeczywistości, w której radosne uciechy zostały przerwane przez pacyfikację A-Tura, na tyle by zorientować się, że jej kubki smakowe zostały właśnie zmaltretowane przez czwartą kanapkę. Szybko wstała, zebrała swoje rzeczy, mruknęła coś niezrozumiałego do Wolanda i szybko zeszła na dół. Konrad siedział na ławie.
-Nic nie mów – warknęła, choć stworzenie jak dotąd nie wykazało żadnych predyspozycji do komunikacji werbalnej lub telekinetycznej. Stworek wyglądał na całkiem zadowolonego z usłyszanej uwagi. Tren była zbyt zdenerwowana, by to zauważyć, ale w międzyczasie Konrad stał się nieznacznie wyraźniejszy. Wciąż miał tendencję do rozmazywania się na krawędziach, ale jego główny zarys był już w miarę stabilny.
-Głupstwo – mruknęła komentując ogólną sytuację i kopnęła stojące obok pudło. Chmura kurzu, który na nim leżał natychmiast wzniósł się w powietrze i Tren zaczęła kaszleć.
Ten krótki akt agresji zakończył proces dołowania. Tren krztusząc się przeklinała cicho swój pech i wróciła do stanu afirmacji. Skakania między wymiarami nie zatrzyma, ale zawsze może spróbować wrobić w coś Wolanda. Nie wolno się tak łatwo poddawać... W końcu pokaże, że nie-mag też może osiągnąć sukces!
Kurz opadł i Tren zdała sobie sprawę, że siedzący na ławie Konrad wrócił do obrzucania nienawistnymi spojrzeniami maga. Doprawdy, skąd u niego taki uraz? Koniec końców mag nie był taki zły...
Dziewczyna gdyby mówiła ugryzłaby się w język. Ponieważ jednak był to monolog wewnętrzny pozostało jej jedynie przysiąść i buczeć cicho w lekkiej furii.
Tren nigdy nie miała większego wpływu na swoje losy, ale odkąd wpadła na tą bandę sytuacja zdawała się wymykać z kontroli bardziej niż zwykle.

Przy śniadaniu miała lekko tępy wyraz twarzy charakterystyczny dla osoby, która przeżyła właśnie jakiś dziwny lub niemiły sen, a po przebudzeniu nie wie co o tym wszystkim myśleć. Powoli żuła przegrzebka zastanawiając się czym najlepiej zabić paskudny smak dżemu, który wciąż pałętał się po jej kubkach smakowych. Wybór padł na pastę z tuńczyka, której charakterystyczny smak powinien choć trochę zagłuszyć przetwór. Nałożyła sobie dużą porcję i zaczęła jeść razem z chlebem. Gdzieś w tle tuńczykowego aromatu wyczuwała wciąż smak porannej depresji.
Może powinnam dzisiaj spróbować jakoś poprawić sobie humor...
Poczuła lekki zawrót głowy. Zdążyła odłożyć widelec i zdać sobie sprawę, że najwyraźniej nie tylko ona ma jakieś sensacje. Ale w następnym momencie straciła władze nad ciałem i wylądowała twarzą w paście z tuńczyka, więc nie miało to większego znaczenia.

_________________
"People ask me for advice all the time, and they ask me to help out. I'm always considerate of others, and I can read situations. Wait, aren't I too perfect?! Aren't I an awesome chick!?"
Powrót do góry Zobacz profil autora
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość Wyślij email Odwiedź blog autora Odwiedź galerię autora Odwiedź listę obejrzanych anime / przeczytanych mang
Wyświetl posty z ostatnich:   
Strona 5 z 7 Idź do strony Poprzedni  1, 2, 3, 4, 5, 6, 7  Następny
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików
Możesz ściągać załączniki
Dodaj temat do Ulubionych


Skocz do:  

Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group