FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy
RejestracjaRejestracja  Galeria AvatarówGaleria Avatarów  ZalogujZaloguj

Poprzedni temat :: Następny temat
Idź do strony Poprzedni  1, 2, 3 ... 33, 34, 35, 36  Następny
  Forgotten Realms
Wersja do druku
Karel Płeć:Mężczyzna
Latveria Ruler


Dołączył: 16 Kwi 2009
Skąd: Who cares?
Status: offline

Grupy:
Syndykat
WOM
PostWysłany: 15-01-2010, 20:29   

- A więc teraz walczysz na serio....dobrze! - stwierdził szermierz gdy toczyła go fala motyli. Chwilę później poczuł jak ,,ostrze" Istoty przejechał mu bok trochę poniżej żeber. Najwidoczniej motyle przeszkadzały mu tak samo jak demonowi. Drugi cios jednak nie dosięgł celu. Bezimienny zorientował się że motyle zostały poruszone ruchem spowodowanym przez pęd powietrza. Podniósł głowę do góry. W samą porę by zablokować cięcie nurkującego z powietrza Karela. Tylko że ciął jedną ręką. Druga szponiasta dłoń i chwyciła Poringa za gardło. Wzbił się jednym uderzeniem skrzydeł po czym zanurkował wpadając w korkociąg. Uderzył głową Poringa w kamieniste sklepienie.. Ten poderwał się i ciął przez pierś ale to nie zatrzymało demona na długo. Bezimienny ciął ponownie i to tym razem w rękę w której Karel trzymał miecz. Ten jednak zastawił się drugim ramieniem. Nadzieje przeszła przez nie jak przez masło ale Poring został wystrzelony jak z procy potężnym kopniakiem. Już miał wyciągnął palec w stronę ponownie powalonej Istoty. Jednak właśnie wtedy w plecy uderzyło go zkalęcie Wolandow/Manshoonów. Magia wytrąciła go z równowagi i musiał się podeprzeć mieczem. I wtedy zobaczył pędzące na wprost ostrze Poringa.
~Szlag - zaklął w myślach gdy ostrze przebiło mu pierś sięgając do serca-klejnotu.

_________________
"So come forth, Avenger. It is time to put our lingering dispute... to an end!"
Przejdź na dół
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość
Bezimienny Płeć:Mężczyzna
Najmniejszy pomiot chaosu


Dołączył: 05 Sty 2005
Skąd: Z otchłani wieków dawno zapomnianych.
Status: offline
PostWysłany: 16-01-2010, 13:29   

Westgate
*trzask* - rozległ się dźwięk pęknięcia czegoś twardego. Bezimienny zmarszczył brwi - zdecydowanie nie był to odgłos przebijanego serca. Zanim zdążył podjąć jednak jakąś decyzję, od jego dłoni po ostrzu do czubka miecza przepłynął duży impuls magii, eksplodując wewnątrz klatki piersiowej demonicznej sylwetki (i odrzucając obu walczących na odległość kilku metrów).

Siedzącą na murze w odległości dwóch kilometrów Arveiaturace naszło nieodparte uczucie, że za chwilę zdarzy się coś złego. Nauczona wieloletnim doświadczeniem smoczyca wiedziała, że instynktom lepiej ufać - i jej ręka powędrowała do torby w poszukiwaniu znajdującego się tam amuletu z najsilniejszym zaklęciem ochronnym jakie znał świat.

A gdzieś daleko, nad równinami i wzgórzami Chessenty leciało wielkie miasto - którego piloci się niepokoili. Pora już było wydać nowe rozkazy, a mimo to obu głównodowodzących nadal nie było widać - z braku nowych poleceń Sakkors utrzymywało więc kurs na ostatnio wybrany cel.

_________________
We are rock stars in a freak show
loaded with steel.
We are riders, the fighters,
the renegades on wheels.

The difference between fiction and reality? Fiction has to make sense.
Powrót do góry Zobacz profil autora
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość
Velg Płeć:Mężczyzna


Dołączył: 05 Paź 2008
Status: offline

Grupy:
Tajna Loża Knujów
PostWysłany: 16-01-2010, 13:49   

Jeden padł, trzynastu zostało – i kontynuowali tkanie wielkiego zaklęcia. Zaklęcia o mocy wystarczającej, aby zniszczyć całe Wrota Zachodu wraz z wszystkimi walczącymi. Gdzieniegdzie tylko widać było oznaki oporu, jakby czarownicy walczyli z pędowi ku magii...

A jeden z trzynastu porzucił tkanie czaru – świadom, że pozostali sobie poradzą. W krótkim zaklęcie stworzył on z samej mocy magicznej Istotę. Istotę bezcielesną, acz zdolną do czasowego powstrzymania (a może i zranienia?) Karela. Sam zaś począł znów tworzyć efekty – tym razem tworząc bańkę z mocy dookoła obojga walczących, która miała dać pozostałym czas na dokończenie zaklęcia... Wnet jednak, moc ich przeżarła - aura Murphy'ego była zbyt potężna.

A daleko stąd, z Prospur wyjechała armia Pereghosta – zmierzająca teraz ku Ilipurowi. Garnizon, który zostawiono, nie był duży – ledwo dwustu pięćdziesięciu Bedynów, wspieranych przez dowódcę-Banytę. Prawdziwą siłę garnizonu stanowiła jednak dwusetka nieumarłych, utworzonych ze zwolenników starego porządku. Zbuntowali się na drugi dzień okupacji – wrzeszcząc coś o bestialstwie, którego dopuścić się mogą Zhentarimowie. Z całej tej obrony własnych rodzin wyszło im tyle, że powisieli jeden dzień na szubienicy, po czym Pereghost z uciechą nakazał stworzyć z nich zombie...

_________________
Powrót do góry Zobacz profil autora
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość Wyślij email Odwiedź listę obejrzanych anime / przeczytanych mang
Karel Płeć:Mężczyzna
Latveria Ruler


Dołączył: 16 Kwi 2009
Skąd: Who cares?
Status: offline

Grupy:
Syndykat
WOM
PostWysłany: 16-01-2010, 18:01   

Demoniczny Karel padł na gruzowisko. Gruchnął o ziemię i się nie podnosił, w tym momencie demoniczna powłoka rozpłynęła się niczym dym i na gruzach leżał już szermierz w ludzkiej postaci. Istota wstała pierwsza, wybuch nie zaszkodził jej zbytnio. Karel również powstał. Ale powoli, z wysiłkiem podpierając się na mieczu. Trzymał się za przebitą klatkę piersiową. Na pierwszy rzut oka nie oberwał zbyt mocno ale kruczowłosy wiedział lepiej - rana była śmiertelna.
~ A więc...to już? Oczy zachodź mi mgłą...ja widzę...to...on? - na krótką chwilę wizja poprawiał mu się i zidentyfikował Bezimiennego. Za sobą czuł obecność Wolandów..... i Istoty przez nich stworzonej. Ciął na ślepo i chyba nawet ją trafił ale ponownie się zachwiał i ledwo co zdołał utrzymać równowagę. Zerknął na Poringa. Czy to błysk triumfu w jego oczach czy ma już omamy? Nie da mu tej satysfakcji!
- Nie...cisz się. - powiedział Karel wyprostowując się - Jeśli myślisz że będziesz miał o czym opowiadać znajomym....to się mylisz - szermierz zaczął powoli...niezauważalnie zbierać energię. Mrok, błyskawice, siłą życiowa...wszystko to miało przed jego śmiercią przysłużyć się raz jeszcze.
- Zabieram....was wszystkich ze sobą! - tu ponownie hardo spojrzał wprost w oczy Poringa. Czy to strach w nich ujrzał? Czy może ponownie zachodzące mgłą oczy go oszukują? Sama Istota nie dostrzegła jednak w oczach szermierza lęku. Kruczowłosy zacisnął pięść. Jego sylwetka zaczęła błyszczeć.
~ Więc...im pokarzę. Przepraszam i sayonara: córko, loko....a przede wszystkim ty Kit.
- Zjedzcie to! UGAAAAAAAAAAAHHHHHHH! - wrzasnął a krzyk ten wstrząsnął niebiosami.
Eksplozja mocy tak silna że mogła zabić każdego.....Westgate przestało istnieć.....
......Gdy powietrze się oczyściło można było jeszcze przez chwilę zobaczyć sylwetkę utkana z ciemności - po czym i ona się rozwiała. pozostawiając wbitego w ziemię Fenrira.

_________________
"So come forth, Avenger. It is time to put our lingering dispute... to an end!"
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość
Serika Płeć:Kobieta


Dołączyła: 22 Sie 2002
Skąd: Warszawa
Status: offline

Grupy:
Tajna Loża Knujów
WIP
PostWysłany: 16-01-2010, 23:55   

Eksplozja mocy wstrząsnęła światem.
I kolejna.
Przerażająca burza magicznej energii szalała nad Westgate. Nawet w świecie, gdzie bogom zdarzało się stąpać po ziemi, a bohaterowie niejednokrotnie dzierżyli potęgę, którą mogli ich zgładzić, rzadko zdarzało się, że dwie odwieczne, nadludzkie istoty ścierały się ze sobą z taką zajadłością i furią. Nie zawsze też zmagania bogów miały tak widoczny wpływ na świat materialny. Ostatnimi czasy Zapomniane Krainy najwyraźniej prześladował jednak straszliwy pech. Zaledwie przed piętnastoma laty zakończył się potworny okres wojen bogów, zupełnie niewspółmiernie do sytuacji zwany Czasem Kłopotów, ledwie świat zdążył zaleczyć rany, nieśmiertelne potęgi znów zstąpiły na ziemię, by rozstrzygać swoje spory.

Ani Karel, ani Bezimienna Istota, skupieni na ruchach przeciwnika, nie zwracali uwagi na miasto, które w szybkim tempie zamieniało się w ruinę. Większość osób ewakuowała się znacznie wcześniej, ale wciąż w stronę bramy zdążali przerażeni, rozhisteryzowani ludzie. Nie było już ich aż tylu, by tratowali się nawzajem, po tamtej największej fali uciekinierów pozostały jednak na ulicach zwłoki zarówno tych, którzy padli ofiarą walk pomiędzy ludźmi, jak i tych, których dosięgły płonące fragmenty rozpadających się budowli.

Miasto opustoszało... Prawie. Tu i ówdzie jakieś zapłakane małe dziecko wołało matkę, której rękę najwyraźniej puściło podczas panicznej ucieczki. Na próżno. Spod zawalonego budynku rozpaczliwie wygrzebywał się młody mężczyzna, jednak niewiele mógł zrobić - ciężki drewniany filar, który przygniatał mu nogi, ważył zbyt wiele, by był w stanie unieść go choćby o milimetr. W stronę bramy wciąż podążały pojedyncze sylwetki - kuśtykając, wspierając się o laskach, przewracając się o zalegający na drodze gruz... Prawie wszyscy, którzy byli w stanie o własnych siłach opuścić miasto, już dawno przekroczyli bramę. Pozostali najsłabsi i ranni. Nieliczni tylko obrońcy miasta najwyraźniej zwlekali z ewakuacją, pomagając osobom uwięzionym pod gruzami wydostać się z pułapki i podtrzymując rannych. Ci, którzy szli o własnych siłach patrzyli na nich z mieszaniną niedowierzania i absurdalnego rozbawienia, nazywając ich szaleńcami... Lub z podziwem, szepcząc coś o bohaterach.

Nikt z wielkich osobowości świata nie był świadkiem dramatu, który rozgrywał się z mieście będącym niegdyś największym i najbogatszym ośrodkiem Smoczego Wybrzeża. Żaden potężny mag nie wyczuł szalejącej burzy mocy, a bogowie Zapomnianych Krain pozostawali głusi na błagania wiernych...

Czyjaś uwaga została jednak zwrócona na Smocze Wybrzeże.

Fragment świadomości istoty znanej przez oswojone poringi jako Ta, Która Rozdaje Jabłka, a przez parę innych osób pod mianem Seriki, dostrzegł wściekłe wyładowania magii i w początkowym okresie walki całkowicie je zignorował. Zapomniane Krainy były światem silnie magicznym, większe czy mniejsze fajerwerki się zdarzały i czujka, którą zostawiła w tym świecie ze względu na swoich kulistych, podskakujących podopiecznych nie planowała sprawdzania każdego szmeru. To nie było jednak pojedyncze zaklęcie, ani nawet pojedyncze epickie zaklęcie. Czas mijał, a zawirowania magii nie ustawały - wręcz przeciwnie, im dłużej to trwało, tym silniej Serika odczuwała, że tam dzieje się coś Ważnego. Być może nawet Bardzo Ważnego. To był efekt, który mogło wywołać jedynie starcie potęg znacznie przewyższających mocą cokolwiek, co można było zaklasyfikować jako "nieistotne".
Jedną z nich zidentyfikowała bardzo łatwo i to był główny powód, dla którego postanowiła nie skupiać większej części siebie bliżej tych fajerwerków. Bezimienna Istota po pierwsze nie znosiła się nudzić, po drugie mogłaby mieć coś przeciwko temu, żeby ktoś ingerował w jej prywatne zabawy, po trzecie zaś generalnie potrafiła o siebie zadbać. Druga moc, znacznie mniej rzucająca się w oczy, kogoś uparcie jej przypominała, ale minęło trochę czasu, zanim połaczyłą jej istotę z towarzyszem podróży z zupełnie innego świata, Wolandem. Natomiast trzecia istota... Serika była pewna, że nigdy wcześniej jej nie spotkała. Oczywiście było mnóstwo istot, z którymi nigdy się nie zetknęła i nie zetknie, lecz taka potęga z pewnością powinna była zwrócić jej uwagę już wcześniej. Kimkolwiek był tajemniczy osobnik, jego mroczna aura, przepełniona nienawiścią i gniewem, zrobiła wrażenie nawet na niej. Był potężny, wściekły i bynajmniej nie próbował się ograniczać. Punyan wybrał sobie godnego przeciwnika... Była o niego spokojna, ale mimo to zaczynała mieć jakieś bliżej niesprecyzowane złe przeczucia. Coś było bardzo nie tak. Tak bardzo, że w końcu zdecydowała się przyjrzeć temu bliżej...

MIASTO?! CZY ICH RÓWNIUTKO PORĄBAŁO?! WALCZYLI W MIEŚCIE?!

Stłumiła wściekłość na samą siebie, że nie zwróciła na to uwagi wcześniej. Powinna była się domyślić, że to, co czuła było czymś więcej niż tylko czystą magią. Nie była w stanie oszacować, ile osób zginęło - sądząc po oddalających się od ruin tłumów na szczęście większość zdołała się ewakuować. Wciąż jeszcze w płonących ruinach znajdowały się resztki mieszkańców. Serika niewiele myśląc zaczęła tkać barierę odgradzającą obszar otaczający walczących od reszty miasta - w sumie głównie na wszelki wypadek, bo walka najwyraźniej dobiegała właśnie końca. Rezultat nie był specjalnie zaskakujący. Serika obiecywała sobie właśnie, że jak już się to wszystko skończy i jak dorwie Poringa za zrównane z ziemią Bogom ducha winne miasto...

- Zjedzcie to! UGAAAAAAAAAAAHHHHHHH! - wrzasnął Mroczny, a krzyk ten wstrząsnął niebiosami. W dokłądnie tej samej chwili Serika zrozumiała, co stanie się za ułamek sekundy. Nie było czasu na żadne rozsądne działanie - a kiedy nie ma czasu na działanie rozsądne, pozostaje działanie całkowicie nierozsądne. Zaereagowała całkowicie instynktownie. Jej moc owinęła się wokół każdej żywej istoty w promieniu kilku kilkometrów, tworząc słup mocy izolujący zarówno od ataków fizycznych, jak i tych na poziomie astralnym... A potem rozpętało się piekło.

***

Przez dłuższą chwilę próbowała się pozbierać. Zabolało. Zabolało jak cholera. Nigdy by nie przypuszczała, że istota, której nawet nie znała, byłaby w stanie wyrządzić jej krzywdę poważniejszą niż zadrapanie, którego nawet by nie zauważyła... To naprawdę nie była miła niespodzianka. Nie, nic specjalnego jej nie było, po prostu przez jakiś czas będzie słabsza, niż być powinna. Gdyby jednak w ostatniej chwili nie ruszyła naprawdę sporych rezerw mocy, to by się mogło skończyć mało przyjemnie.

Dla miasta owszem, skończyło się mało przyjemnie.

Wciąż niematerialna Serika z niezdrową fascynacją obserwowała, jak ogromny krater, na którego miejscu niegdyś znajdowało się Westgate, powoli wypełnia się morską wodą. To był jeden z tych widoków, których nie zapomina się nigdy - i zapewne nikt, kto przeżył katastrofę, nigdy nie zdoła wypchnąć go ze swojej pamięci... Ponieważ Ci, którzy znajdowali się w mieście, przeżyli. Setki małych wysepek wyłaniało się z zatoki, która powstawała w miejscu byłego miasta, a na każdej z nich znajdował się ktoś żywy... Lub coś żywego, bo niektóre za lokatorów miały jedynie szczury czy koty, które nie zdążyły wynieść się z miasta. Tylko na samym, samiuteńkim środku tego przedziwnego, "nakrapianego" fragmentu morza znajdowała się wyspa, która odbiegała od schematu. Centrum zatoki znaczył bowiem ogromny, wbity w ziemię miecz z dwiema wilczymi głowami tworzącymi gardę. Miecz, który jeszcze przed chwilą należał do rozwcieczonego wojownika, którym władała Ciemność. Wyglądał dziwnie, jakby nie na swoim miejscu, oświetlony promieniami wchodzącego właśnie słońca. Tam też znajdowało się jedyne pozostałe na powierzchni martwe ciało. Ciało młodego, jasnowłosego chłopaka.

- Żegnaj, nieznajomy... - wysłała myśl właściwie nie wiadomo do kogo, bo demon, który właśnie poległ na polu bitwy, z pewnością nie mógł jej już usłyszeć. Może dlatego, że miała całkowicie irracjonalne przeczucie, że to co właśnie się stało mogło być nie tylko końcem?...
Nie miała wbrew pozorom nastroju na melancholijne wzdychanie do księżyca. Nasuwało się zbyt wiele bardzo nieprzyjemnych pytań. Co, gdzie, jak, dlaczego i co tu się do licha ciężkiego działo?! Zdecydowanie zamierzała zdobyć parę odpowiedzi - zwłaszcza, że rozesłane po świecie czujki podpowiadały jej, że walka ta nie była jedynym istotnym wydarzeniem, które właśnie się odbywało.

Upewniwszy się, że uwięzieni na wysepkach ludzie pewnie stosunkowo szybko zostaną stamtąd ściągnięci jeśli nie przez gromadzące się na brzegu siły, to przez znajdującą się nieopodal flotę, Serika postanowiła wreszcie zacząć działać troch ę bardziej konkretnie.
Bezimienną Istotę - zgodnie z przewidywaniami całkiem żywą - zlokalizowała niedaleko od miasta w zupełnie innej powłoce materialnej. Sama przybrała nierzucającą się w oczy postać małej, co najwyżej dziewięcioletniej dziewczynki w znoszonych ciuchach, dla każdego postronnego obserwatora wyglądającej jak jedno z tysięcy dzieci, które dzisiaj opuściły Westgate.
- Na pewno nic ci nie jest? - upewniła się, chociaż wszystko wskazywało na to, że w wielkim bum! najbardziej oberwała ona sama.
Cóż, później przyjdzie czas na inne, mniej przyjemne pytania. A jedno z nich z całą pewnością będzie brzmiało "I WY TO NAZYWACIE 'POLITYKĄ'!?"

_________________
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość Wyślij email Odwiedź blog autora
 
Numer Gadu-Gadu
1051667
Bezimienny Płeć:Mężczyzna
Najmniejszy pomiot chaosu


Dołączył: 05 Sty 2005
Skąd: Z otchłani wieków dawno zapomnianych.
Status: offline
PostWysłany: 17-01-2010, 17:08   

Westgate
Gdzieś blisko zewnętrznych krawędzi krateru, nad powierzchnią wody po której pływały różne pozostałości po mieście które jeszcze kilka godzin temu się w tym miejscu znajdowało, w powietrzu otworzyła się dziura. Z tak powstałego otworu zsunęła się lina, a po niej zjechała białowłosa elfka, zręcznie lądując na tworzącej się pod jej stopami, rozszerzającej się gwałtownie tafli lodu. Bezpieczne schronienie Leomunda okazało się być godne swej nazwy. Arveiaturace ruszyła szybkim krokiem w stronę centralnej wyspy - miała tam nadal coś do załatwienia - a za nią postępowała rozszerzająca się na wszystkie strony fala lodu, tworząc most, po którym można było przedostawać się z wyspy na wyspę.

Abeir-Toril
Świadomość Istoty oplatała rozpostartą pod nią planetę i rozpościerała się wokół, na obszar całej kryształowej sfery, a także poza nią, na okoliczne płaszczyzny egzystencji. Wiele, bardzo wiele lat minęło, od czasu gdy ostatnim razem była bez łączności z jakimkolwiek ciałem materialnym - i zdążyła już prawie zapomnieć, jak ta koncentracja na aspekcie fizycznego "tu i teraz" ograniczała jej percepcję. Na rzeczywistość, nawet przy tej samej gamie zmysłów, patrzyło się po prostu inaczej gdy większość świadomości związana była z jakimś konkretnym punktem przestrzeni. Wszystko, co działo się dalej, było wtedy mniej istotne i nie przyciągało takiej uwagi. Teraz jednak Istota mogła podziwiać świat w całej jego rozciągłości - falujące morza energii życiowej, fale pływów w jądrze planety i siatki naprężeń na jej powierzchni, dalekie emanacje umysłów, i przepiękny ocean Splotu, z jego lokalnymi zawirowaniami, punktami koncentracji magii, liniami i prądami energii. Gdy obserwowało się świat w ten sposób, można było zobaczyć wiele ciekawych rzeczy.

O, na przykład w Ghealdaneth ostatni z żyjących jeszcze w okolicy arcymagów rzucał właśnie zaklęcie teleportacji, dochodząc do wniosku że jako biedny uciekinier w Thesku ma więcej przyszłości niż jako bogaty mieszkaniec i właściciel demolowanej właśnie przez rozszalałą tłuszczę posiadłości. W Yhaunn jakiś kapłan Cyrica właśnie ginął od sztyletu w plecy, z ręki już liczącego swój zysk Zhentarima. W Anaurochu linia Wysokiego Lodu powoli się wycofywała. W Narfell jakiś mag właśnie tracił życie w efekcie połowicznie udanego przywołania. W okolicach Messeprar i Shussel coraz częściej można było spotkać przedostające się tam ze Statku Bogów poringi. A gdzieś daleko na północy, w samym centrum Wielkiego Lodowca, zaledwie kilkanaście kilometrów od znanego Bezimiennemu portalu w Novularondzie, pod warstwą lodu leżało...
TAK. To zdecydowanie będzie ciekawe.

Pora jednak było powrócić do świata śmiertelnych. Niedaleko za resztkami bramy leżało ciało, które wydawało się idealnie nadawać - nie było na nim widać żadnych większych obrażeń, więc i naprawa jego nie powinna stanowić dużego wyzwania. Dodatkowo, co też było ważne, wokół ciała nikogo nie było - wydawało się, że ów, zmarły na zawał serca człowiek nie miał żadnych bliskich którzy mogliby być zdziwieni jego nagłym powstaniem. Oczywiście, nie oznaczało to końca kłopotów.
- Na pewno nic ci nie jest? - upewniała się drobna, zaniedbana dziesięcioletnia dziewczynka, jednak ton jej głosu wyraźnie wskazywał, że zatroskanie jest jedynie wstępem do późniejszej połajanki.

Westgate
Wokół centralnej wyspy, na środku skutego lodem jeziora zgromadził się tłum. Oczywiście, nie był on bardzo liczny - zdecydowana większość osób nadal była zbyt przerażona wydarzeniami, by ryzykować jakiekolwiek zbliżanie się do miejsca gdzie kiedyś było miasto, niezależnie jak spokojnie ono teraz wyglądało. Z pozostałych część była ranna, zmęczona, zajęta dbaniem o innych, lub po prostu nie przejawiała zainteresowania tym co działo się na jeziorze. W efekcie zgromadzenie liczyło sporo poniżej tysiąca osób - z których połowę stanowili żolnierze. Wojska Cormyru opakowywały właśnie w płótno ciało bezimiennego bohatera, który zgodnie ze słowami tajemniczej elfki powstrzymał, za cenę swojego życia, odrodzenie Wielkiego, Przedwiecznego Zła. Choć słuchający byli nadal w zbyt dużym szoku by traktować słowa o uratowaniu ich od zagłady inaczej, niż z niedowierzaniem, słowa nieznajomej pozostawiły ślad w ich umysłach. Miasto co prawda zostało zniszczone, ale przecież prawie trzy czwarte jego mieszkańców (w tym oni sami) pozostało przy życiu, a po świecie nie maszerowały niezliczone zastępy demonów łaknące ich krwi i dusz. Żołnierze z Cormyru obiecywali pomoc i przesiedlenie w bardziej przyjazne rejony.
Szczególnie zaś w cud i szczęśliwy los wierzyli ci, którzy byli obecni w ostatnich chwilach miasta. Ci, którzy widzieli wznoszący się nad Westgate niczym złowroga chmura cień demonicznej istoty, i którzy przeżyli chwile grozy widząc zbliżający się do nich front olbrzymiej eksplozji. To, że wybuch przeżyli mogło być przecież wyłącznie zasługą bogów.

W przyszłości legenda o Obrońcy miała tylko rosnąć, dodając coraz bardziej nieprawdopodobne elementy. Pojawiały się też kolejne informacje, coraz bardziej wiążące osobę Nieprzyjaciela z tajemniczym Kościołem Jedynego Boga (czyli, jak później byli zwani, Bractwem Przeklętych). W końcu pojawili się nawet nieliczni paladyni Bezimiennego - choć ich zachowanie często różniło się znacząco od tych prezentowanych przez czempionów Torma i Tyra.

Kilka kilometrów za brama miasta, na dziwnie omijanym przez uchodźców terenie, starszy człowiek i młoda dziewczynka spotkali się z zakapturzoną postacią. Po sprawdzeniu, czy zaklęcie Pominięcia nadal działa i odebraniu od smoczycy Łzy Selune, pod niezauważoną przez nikogo grupką otworzył się portal który przeniósł wszystkich do Sakkors.

- Dobrze być w domu - stwierdził zadowolony Bezimienny

_________________
We are rock stars in a freak show
loaded with steel.
We are riders, the fighters,
the renegades on wheels.

The difference between fiction and reality? Fiction has to make sense.
Powrót do góry Zobacz profil autora
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość
Velg Płeć:Mężczyzna


Dołączył: 05 Paź 2008
Status: offline

Grupy:
Tajna Loża Knujów
PostWysłany: 17-01-2010, 17:10   

- Wrota Zachodu zostały zniszczone... – zameldowali Larethowi zwiadowcy Cormyru. Dowódca jedynie skinął głową. W normalnych okolicznościach nie uwierzyłby w takowy raport, jednakże teraz normalnych okoliczności nie było. Po wielkim pokazie mocy nad miastem, dowódca wojsk cormyrskich uwierzyłby nawet, że miasto stałoby się domeną diabłów. - W naszą stronę zaczyna zmierzać kolumna ocalałych... – dodał główny zwiadowca.
- Świetnie. Rozbrójcie wszystkich członków sił zbrojnych, których wyłapiecie. A, skoro już zhentarimskim ścierwom obiecałem amnestię i uciekli do nas... Niechże się wykażą i wskazują nam Ogniste Noże. – dopowiedział.

W ciągu następnych godzin, wojska Cormyru metodycznie przeczesywały szeregi uchodźców. Wszystkich uzbrojonych rozbrojono (a odebranej im broni użyto później do lepszego wyekwipowania wojsk królestwa), tymczasem Ogniste Noże (które udało się wyłapać) zostały zatrzymane. Trzydziestu najznaczniejszych przywódców skrytobójców, których udało się złapać, zostało ściętych. Azoun-od-Wrót, jak nazwano później teraźniejszego króla Cormyru, miał sporo powodów do zadowolenia.

***


Szczęściem, enklawa Thay została w miarę nienaruszona. Nienaruszona – oznaczało to tyle, że duża większość jej członków żyła. Oprócz tego, choć budynki były w ruinie, ocalał portal. Oznaczało to, że możliwe było sprowadzenie pomocy z tego mocarstwa. Co więcej, możliwe to było nie tylko de facto, ale i de iure, bowiem państwowość Wrót Zachodu przestała istnieć – a Cormyr, jako nowy posiadacz tej ziemi, nie miał żadnych zastrzeżeń.

Przez zamarzniętą wodę wnet przeszli Czerwoni Czarnoksiężnicy, a za nimi zaczęły się sączyć szeregi kapłanów z całej Góry Thay. Prócz nich, przeszły dwa tysiące gwardii zulkirskiej i setnia minotaurów.

Wnet poczęto udzielać pomocy samym uchodźcom – acz tym zajmowali się raczej kapłani niż wojska Cormyru. Z wojsk królewskich został tylko tysiąc pospolitego ruszenia, aby służyć jako garnizon – acz i o pomocy królewskiej nie należało zapominać, gdyż wnet wydelegowano całą flotę Cormyru z tysiącem Purpurowych Smoków i trzecią częścią Wojennych Czarodziejów celem przerzucenia chętnych ludzi na cormyrską stronę Smoczego Morza. Żywot w zniszczonym mieście mógł być trudny – więc zdawało się, że obie strony skorzystają, jeśli uchodźcy znajdą miejsce jako farmerzy Cormyru...

***


A tymczasem, wspomożone przez Thayczyków wojska kierowały się na zachód, wychodząc naprzeciw „odsieczy” dla Westgate...

***


A siły Purpurowej Krucjaty gromadziły się na Prespurze, osłaniane przez floty (wojenne i kupieckie): Sembii, Vast oraz flotę opłaconych piratów. Na dniach mieli wyruszyć i zacząć desant...

***


Cała osobowość Wolanda przeniosła się na Sakkors i złączyła z częścią, która tam pozostawała. Prócz picia herbatki miał teraz dwa cele - zrozumienie, jaka była natura szaleństwa, które go ogarnęło... I zapobieżenie temu, aby Rzeź Calimshanu się powtórzyła - przez co gotów był dopaść tego, który za nią stał. Gdziekolwiek był.

Idę ku tobie. Strzeż się. - pomknęła przez setki tysięcy głów magiczna wiadomość. Szukać miała tego, który winny był za przyzwanie slaadów - i miała oznaczać, że Woland w każdej chwili gotów jest zakończyć jego żywot.

Daleko w Thay, magowie wciąż śledzili losy kropki-Sylara - a inni dobierali do tajemniczego celu zestaw artefaktów.

_________________
Powrót do góry Zobacz profil autora
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość Wyślij email Odwiedź listę obejrzanych anime / przeczytanych mang
Bezimienny Płeć:Mężczyzna
Najmniejszy pomiot chaosu


Dołączył: 05 Sty 2005
Skąd: Z otchłani wieków dawno zapomnianych.
Status: offline
PostWysłany: 19-01-2010, 14:21   

Najwyższy Tron
W środku olbrzymiej, majestatycznej komnaty na równie imponującym siedzisku, od którego pochodziła nazwa całej siedziby, siedział gospodarz. Oczywiście, niewiele osób które miało szczęście (lub nieszczęście) zobaczyć kiedyś wnętrze pomieszczenia i właściciela tronu rozpoznałoby go w wychudzonym człowieku o niezdrowej cerze, dziobatych i nerwowo drgających policzkach, siedzącym z przyciągnietymi pod brodę kolanami i mamroczącym coś do siebie niewyraźnie. W komnacie jednak, oprócz Cyrica nie było nikogo innego. To było, oczywiście, jednym z problemów - ostatnio nawet najbardziej wierne, demoniczne sługi bały się podchodzić w zasięg wzroku Czarnego Słońca. Mniej wierne po prostu w którejś chwili przestały się pojawiać. Coraz słabsze i mniej liczne były również głosy wyznawców z terenów całego Faerunu. Najpierw przyszła ta nowa wiara, która była jakąś nędzną parodią wiary w Jedynie Słusznego Boga, potem ataki na Cyrinitów nasiliły się na świecie (z pewnością w skutek jakiegoś spisku wśród mas przerażonych jego Wielkością nędznych bożków i boginek), a potem do tego wszystkiego doszli zdrajcy, chwiejne chorągiewki przerzucające się ze swoją wiarą na jakiegoś protegowanego tego prymitywa Malara.
Cyric czuł, jak powoli ale systematycznie opuszczają go siły. Było to niewyobrażalne - dla wszystkich przecież powinno być jasne, że jest on Jedynym Prawdziwym Bogiem - jedynym, którego warto wyznawać i popierać. Jego ostateczne zwycięstwo było nieuniknione, a zazdrośni inni bogowie mogli co najwyżej opóźniać nieuniknione. Dlaczego więc ostatnio nawet w kontaktach z najbardziej mu bliskimi bogami zła odbierał z ich strony cień szyderczego rozbawienia, tak jakby wszyscy byli już pewni jego upadku? Było to nie do zniesienia.
Inni bogowie go nie rozumieli, ich miałkie umysły po prostu nie mogły w pełni objąć jego wielkości. Tylko jedna Shar wiedziała, z kim należy trzymać i komu okazywać odpowiedni szacunek. Jej dobiegający z cieni szept dało się słyszeć nawet teraz, gdy prawiła Zabójcy Bogów zasłużone komplementy i rozpościerała przed nim wizję wspaniałej przyszłości.
Oczywiście, nawet ona miewała czasem pomysły które trudno było nazwać racjonalnymi - choć z dnia na dzień, im bardziej słabły jego siły, tym bardziej Cyric przekonywał siebie samego, że może ten ostatni pomysł nie był aż taki desperacki jak mogłoby się wydawać.

_________________
We are rock stars in a freak show
loaded with steel.
We are riders, the fighters,
the renegades on wheels.

The difference between fiction and reality? Fiction has to make sense.
Powrót do góry Zobacz profil autora
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość
Serika Płeć:Kobieta


Dołączyła: 22 Sie 2002
Skąd: Warszawa
Status: offline

Grupy:
Tajna Loża Knujów
WIP
PostWysłany: 19-01-2010, 21:16   

Sakkors

Polityka. Jak ona nie znosiła polityki!
Od Bezimiennego i Wolanda zdołała wyciągnąć mniej-więcej tyle, że do Zapomnianych Krain przybył MAC (to religijne, totalitarne bractwo z iluzjonistą na czele), podbił trochę terenów, sprowokował wojnę, po czym pewnego dnia się wyniósł, pozostawiając po sobie koszmarny bałagan. Jedną ze składowych owego bałaganu był Mroczny, który najwyraźniej z MACem przybył. Drugą był Sojusz, grupa oportunistycznych państw trzymająca z MACem (podobno), którą właśnie tłukła cała reszta świata - i który z bliżej nieznanych nikomu przyczyn uparcie nie chciał się poddać.

Z Mrocznym sprawa była tajemnicza, ale w granicach rozsądku. Przybył, tam gdzie się pojawiał działy się rozmaite nieprzyjemne rzeczy, jak masakra w Nelderildzie czy uwolnienie dwóch mało sympatycznych, a za to mocno skłóconych dżinów, które w chwili obecnej rezydowały we włóczni Poringa (włócznia była cudna! I może należałoby ich kiedyś poznać z Kropkiem?). I w końcu trzeba było coś z tym zrobić, a że w mieście, to "jakoś tak samo wyszło". Bezimienny nawet dość konsekwentnie utrzymywał, że "on tu tylko sprząta" (po MAC), przybył, bo miał miłe wspomnienia z poprzedniej wizyty i uznał, że poringi będą tu szczęśliwe (poringi były absosmerfnie boskie!), a poza tym "bo się działo" - akurat to było szalenie w jego stylu. No i załatwił sobie domek, który również był absosmefnie boski.

I wszystko (poza nieszczęsnym Westgate) byłoby w porządku, gdyby nie ta idiotyczna, całkowicie bezsensowna wojna, która nie dość, że nie miała żadnego dobrego powodu, żeby zaistnieć, to nie miała również powodu do tego, żeby trwać.

Dziewczynka westchnęła cicho i wyciągnęła się na rachitycznej trawce, która dzielnie próbowała odzyskać najwyższy poziom Sakkors dla roślinności. Najbardziej na świecie nienawidziła czuć się bezsilna - po kiego komuś moc, jeśli nie ma żadnego rozsądnego pomysłu, co z nią zrobić? Przecież nie pójdzie tam rozbrajać wojsk, bo skończy się jeszcze gorzej! Po raz kolejny w swoim absurdalnie długim życiu doszła do wniosku, że nie rozumie i zapewne nigdy nie zrozumie polityki. I ludzi. Pół biedy Punyan, który się "nieco" za daleko zapędził przy zabawie, sama kiedyś robiła gorsze numery, jako że jej moc ze swojej natury jest daleko bardziej destrukcyjna, i doskonale rozumiała jak to działa. Drobną różnią było to, że ona w którymś momencie zaczęła dostrzegać konsekwencje - ale przecież nie mogła tego od niego wymagać. Ochrzaniła go z góry na dół dla zasady, co miało zapewne szansę przynieść taki skutek, że będzie uważał, żeby następnym razem nie zauważyła. Oh well, zawsze coś. Zresztą tutaj mogła mieć pretensje głównie do siebie, że nie zauważyła wcześniej, co się dzieje. Ale ludzie... Nie, kompletnie nie rozumiała ludzi!
Rozpełzła się po całym kontynencie ze szczególnym uwzględnieniem państw Sojuszu i nasłuchiwała plotek. A im więcej wiedziała, tym bardziej nic nie trzymało się tu kupy. Cóż, posłucha sobie jeszcze trochę, może W KOŃCU znajdzie odpowiedź na pytanie, czemu właściwie Sojusz jeszcze nie wystąpił z prośbą o pokój w sytuacji, gdy jego sojusznik zniknął, a atakowali go właściwie wszyscy sąsiedzi...

Póki co Nie Rozumiała.
Oraz czuła się jak ostatnia idiotka, bo nie była w stanie znaleźć żadnego choć trochę satysfakcjonującego rozwiązania.
Oraz była wkurzona i nieszczęśliwa.
To nie było dobre.

Leżenie na trawie i dołowanie się zresztą również nie było dobre, było za to całkowicie niekonstruktywne! I coś z tym należało natychmiast zrobić.

I tak powinna się wziąć do roboty. Przyszła sobie pozwiedzać Sakkors tak z gołymi rękami, bez niczego - a przecież w takiej sytuacji należał się gospodarzowi prezent na parapetówę! Ten łysawy, były ogród z jednym smętnym drzewkiem aż się prosił o obsadzenie czymś sympatycznym - a w dodatku brzmiało to jak Fajne Zajęcie. No to do dzieła!
Przede wszystkim należało zacząć od tego, co już jest. Drzewka nie ruszała, samo w sobie było dokładnie tak fajne, jak być powinno, ale już trawa pozostawała trochę do życzenia. Zdecydowanie wygodniej leżało się na takim puszku, jaki był na planecie z Grzybkiem w tamtym innym wszechświecie - pomyślała, a źdźbła trawy poczęły się rozszczepiać na coraz cieńsze i cieńsze, i było ich coraz więcej i więcej, aż w końcu zaczęły tworzyć gruby, miękki, futrzasty zielony dywan. Po chwili namysłu darowała sobie przemalowywanie go na różowo (nie byłoby tak dobrze widac na nim poringów!), ale za to szturchnęła uśpione od lat nasiona rozmaitych kwiatów, żeby wreszcie zaczęły coś robić. Jednolita zieleń to nie było to, ale zieleń w różnokolorowe, choć głównie żółte kropeczki rządziła na całej linii! Zwłaszcza, gdy były to pachnące kropeczki. I zwłaszcza, gdy te kropeczki nocą będą świecić się niczym gwiazdy, by ziemia mogła zastąpić rozgwieżdżone niebo przy postawionych barierach. Trawiasto-futrzasty dywanik był na tyle wygodny do chodzenia i wylegiwania się (oraz odporny na deptanie), że wytyczanie ścieżek nie miało sensu. Mru... Ale wielki trawnik to też nie było TO. Na trawniku powinno coś rosnąć! Jednak zanim rozpoczęła akcję "wyższe zielsko", zadbała o kilka ślicznych stawików. Z wodą. Rozważała wprawdzie coś bardziej interesującego, ale to wiązało się ze stawianiem bariery anty-osowej, a poza tym w coli kiepsko się pływało. Nie dość że się lepiła, to jeszcze bąbelki szczypały w oczy. Woda jednak była lepsza!

Ooook, a teraz - co by tu posadzić? Drzewa i krzewy owocowe to była absolutna podstawa. Trochę tylko zmodyfikowała ich fizjologię, żeby mogły kwitnąć i owocować przez okrągły rok, niezależnie od pogody. Oczywiście musiały koniecznie się wśród nich znaleźć jabłonki, ale Serika bynajmniej się nie ograniczała. Niespecjalnie przejmowała się przy tym strefą klimatyczną, z której rzeczone rośliny pochodziły - Sakkors miało łagodny mikroklimat, a poza tym uczyniła rośliny odpornymi na temperatury, suszę i, na wszelki wypadek, na brak wilgości. Magia mythalu powinna utrzymać ten efekt na stałe. Gratis dołożyła trochę roślin użytkowych własnego pomysłu - zawsze żałowała, że pewne rzeczy nie rosną na drzewach i uznała, że najwyższy czas to zmienić. Na drzewku czekoladowym rosły czekoladowe gwiazdeczki, a jego specjalna odmiana produkowała różne rodzaje pralinek. Bardzo zabawnie jej zdaniem wyglądały drzewa chipsowe, którego sztywne liście były słone i chrupiące. Szczególnie dumna była z potężnych roladowców, których wielkie, przypominające z zewnątrz kokosy owoce zawierały wewnatrz najwyższej jakości roladę z bitą śmietaną. Było tego jeszcze trochę, jednak jej najnowszą dumą i chlubą stały się krzewy kubkowe. Dojrzałe owoce kubkowców zawierały, w zależności od odmiany, rozmaite napoje (w tym gazowane), a same w sobie posiadały wygodny uchwyt na dłoń i wieczko, które łatwo było oderwać. Opróżnione ulegały biodegradacji jak na owoce prystało, można było jednak sobie taki kubek ususzyć. Dobrze wysuszony nie przeciekał i zachowywał wszelkie własności normalnego kubka (niestety włącznie z tym, że sam się nie napełniał, ale nie można mieć wszystkiego!). W dodatku były szalenie efektowne i kolorowe, a specjalną magiczną właściwością kubkowców była magia szpiegowska ściśle specjalizująca się w wyławianiu ze światów motywów graficznych związanych z ich kulturą. Niestety oznaczało to, że w tej chwili kubkowce mają szansę produkować pewien odsetek owoców z wizerunkiem Patriarchy Kica, ale na pewno w końcu się tego oduczą. Trzeba było je tylko trochę natchnąć... O właśnie, kubek z wielkim, rudym i bardzo leniwym kotem był zdecydowanie lepszym pomysłem. Zwłaszcza, że zawierał sok pomarańczowy! Zawartości kubka kicowego na wszelki wypadek postanowiła nie sprawdzać.

W międzyczasie w okolicy zebrało się całkiem sporo gapiów, którzy podziwiali wyrastający w niezwykle szybkim tempie ogród. Większość z nich stanowiły ciekawskie, wścibskie kendery, było też trochę poringów, którym bardzo wyraźnie spodobała się nowa wersja trawy. Nawet Toadie (jak nazwała tego miłego Slaada rozlewającego (na podłogę) herbatę w bibliotece) zdawał się być zainteresowany i sprawdzał, jak szybko uda mu się złamać najbliższe drzewko żelkowe. Miał pecha, drzewka żelkowe i krzewy galaratkowe były wyjątkowo elastyczne, więc badania skończył wykonując piękny łuk w powietrzu, gdy drzewko postanowiło się wyprostować. Oczywiście trawa skutecznie zamortyzowała upadek.
A propos herbaty - dzbaneczniki, odmiana kubkowców, zdecydowanie powinny się spodobać!

W zasadzie część użytkowa ogrodu była ukończona, ale widok kenderów, które dokładnie sprawdzały właściwości tego całego nowego zielska podsunął jej jeszcze jeden pomysł. Nad tym trzeba było jednak odrobinę dłużej pomyśleć, żeby przypadkiem w żadną stronę nie przedobrzyć... Odłożyła pomysł na trochę później, zajmując się jednocześnie staranną obserwacją przeuroczego drobnego ludku, a tymczasem przymierzyła się do bardziej reprezentacyjnej i oficjalnej części ogrodu. Tu wystarczyło wybrać co bardziej efektowne odmiany zwykłych roślin (w tym paproci! Serika z nieznanych sobie przyczyn uwielbiała paprocie) i trochę je podbajerować. Przede wszystkim zależało jej na tym, żeby nocą jarzyły się delikatnym blaskiem zastepującym sztuczne magiczne oświetlenie. Poza tym pokombinowała trochę z mchem, żeby jego darń układała się w całkiem wygodne fotele (to tak, jakby komuś nie podobała się trawa). Całość wyszła całkiem efektownie, choć nie była pewna, czy nie przedobrzyła z pnączami, ale do pnączy również miała słabość. Zwłaszcza kwitnących. Skoro już o pnączach była mowa, spuściła ich trochę na mury cytadeli, będą ślicznie wyglądać z zewnątrz!

Ufff... Serika popatrzyła na swoje dzieło i uznała, że To Było Dobre.
Nadszedł czas na numer specjalny, czyli podarunek przede wszystkim dla kenderów. One aż się prosiły, żeby im sprezentować możliwość wciskania się do jeszcze mniejszych szczelin i badania zakamarków, do których do tej pory nie mogły się dostać! W ogrodzie wyrastał jeszcze jeden gatunke drzewek. Wyglądały dość niepozornie, ale za to byłyna tyle magiczne same z siebie, że nie potrzebowały do istnienia wsparcia mythalu. Z łatwością można byłoby zasadzić je poza Sakkors. A co najważniejsze, ich owoce w swoich dużych, twardych pestkach zawierały zwoje. Magiczne zwoje. Serika naprawdę była z siebie dumna i zupełnie nie rozumiała, dlaczego nikt wcześniej nie stworzył Zwojów Zamiany W Kjutne Zwierzątko. Pomysł nie wydawał jej się aż tak wykręcony, żeby nikt na to nie wpadł, a przecież efekt mógł dać tyyyyyle radości! Każdy ze zwojów zawierał wizerunek futrzastej kulki z uszkami i w chwili, gdy dzierżąca osoba zapragnęła go użyć zamieniał ją w słodkiego zwierzaczka. To mogło być całkiem użyteczne, jeśli była to fretka, wiewiórka, sroczka, lemur czy mały kotek, ale można też było trafić na małego króliczka, pieska w typie mopa do podłogi albo orzesznicę czy chomiczka. Na co wypadnie, na to bęc, całkowicie losowo! Ciekawiło ją też, kiedy ktoś trafi na kurzyka. Wprawdzie w Zapomnianych Krainach nie było kurzyków, niedużych, nie do końca materialnych czarnych puchatych kulek z dużymi oczkami, które bardzo skutecznie potrafiły chować się pod meblami, ale po prostu nie mogła ich sobie darować. Darowała sobie natomiast śkłiby i poringi - jednak podróby poringów to nie byłoby to, kiedy jest tu tyle prawdziwych! Zaklęcie trwało zawsze Wystarczająco Długo, a żeby je przerwać wystarczyło zażyczyć sobie powrotu do prawdziwej postaci.

Wkrótce okazało się, że zdaniem kenderów to również Było Dobre. Zdaje się, że miały również jakieś pomysły, co zrobić z nową zabawką - przynajmniej sądząc po tym, że stadko fretek na wyścigi pognało w stronę mieszkalnej części Cytadeli.

Prawie zadowolona z siebie podniosła się i wyruszyła w drogę powrotną do biblioteki, z zamiarem przyciągnięcia tu gospodarza i uroczystego zaprezentowania podarunku. Prawie zadowolona... Wzdech. Sakkors było cudowne, ale dlaczego poza nim świat musiał być taki paskudny?

_________________
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość Wyślij email Odwiedź blog autora
 
Numer Gadu-Gadu
1051667
Sylar Płeć:Mężczyzna
Poszukujący Prawdy


Dołączył: 11 Lis 2009
Status: offline
PostWysłany: 19-01-2010, 22:28   

* * * Calimport * * *


Gdy walka trwała w najlepsze, Sylar korzystał z każdej możliwości, by się wzmocnić. Na pierwszy ogień poszedł jeden z martwych Slaadów koloru błękitu. Innych Slaad tego samego rodzaju podpatrzył wydarzenia. Nie żył jednak na tyle długo, by przekazać je dalej.

Użyteczność nowo nabytej zdolności nie dało się przecenić. W pierwszym podejściu Sylar przebył jeden z murów i przebierając się w jednego z martwych żołnierzy szukał kolejnego celu. Przedarcie się przez zajęte w chaosie walką z wrogiem jednostki zbrojne było bezproblemowe jak na zdolności bohatera. Przekradając się w ten sposób, dostał się w końcu w pobliże Abbas yn Akkabar el Quaahl, zajętego przygotowaniami zaklęcie. Przedarcie się przez osobistą straż maga było bezproblemowe, właściwie przemknął niezauważony. Bohater srogo zawiódł się, spoglądając na nikłą moc maga. -"Nic tu po mnie" - pomyślał sobie Sylar, po czym znikł niezauważony przez nikogo zostawiając maga, jego podopiecznych i straż w spokoju.

* * * Sespech * * *


Po męczącej wyprawie na zachód, Sylara przywitały kolejne problemy. Cerno doniósł mu, że rada mocno naciska na zawarcie pokoju, a siły Chondath, Turmish i najemnicy z Chessenti naglę stchórzyli. Prawda była nieco inna. Oczywiście władza danych państw doszły do wniosku, że mogą się tylko poddać. Sespech nie był od tego wyjątkiem. Podczas nieobecności bohatera ostatecznie padło Westgate, a wraz z nim nadzieja na opór.

Wtedy Sylara przeszyła pewna telepatyczna informacja, ciągnąca się za nim z Calimportu. Bohater jedynie uśmiechnął się ukradkiem, oczekując tym razem wyzwania. Dało mu to też do myślenia. Jak słusznie wnioskował, wróg jakoś go namierzał. - "Igrać z losem" - pomyślał, a odpowiedź była oczywista.

Bohatera męczył już Sojusz. Jego wartość znacząco dla niego zmalała. Nakazał Cerno i reszcie trzymać garnizony jeszcze przez 2 dni. Po czym w bardzo delikatny, lakoniczny i dobitny sposób dał do zrozumienia Cerno, że nie ma sensu dłużej przetrzymywać tej wojny. Zaproponował drużynie Ognistych Ostrzy pójście z nim. Cerno jednak twardo odmówił, twierdząc, że tu jest jego dom i tu zostanie. Sylar nie oponował. Po tym udał się w dalszą drogę, znikając sprzed oczu Cerno.

Sztylet tymczasem przekonywał radę do swojego zdania. Ci jednak nie chcieli dać wiary argumentom Cerno. Dyskusja była długa i zakończyła się fiaskiem. Rada, wraz z innymi przedstawicielami władzy Sojuszu postanowiły wysłać wiadomość z propozycją rozmów pokojowych. Wszystkie jednostki miały zająć pozycje obronne i nie atakować wrogich sił.

Tymczasem Sylar pojawił się w okolicach Kagaar. Znalazł odosobnionego zbrojnego i korzystając z okazji bezlitośnie go uśmiercił, przebrał się za niego, przybrał jego postać, a ciało zdezintegrował. Potem dołączył do głównej armii. Poszukując kolejnego celu. W myślach jednak dudniła mu wiadomość obcego. Oczekiwał jego wizyty.
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość
Velg Płeć:Mężczyzna


Dołączył: 05 Paź 2008
Status: offline

Grupy:
Tajna Loża Knujów
PostWysłany: 20-01-2010, 14:11   

Janal yn Rassid el Khimran ostatnimi czasy miał wrażenie, że Ktoś go obserwuje. Wrażenie było na tyle dojmujące, że generał coraz bardziej zwiększał swą ochronę. Od czasów śmierci syl-paszy wszyscy ważniejsi ludzie w Calimshanie zaczęli bacznie obserwować wszystkie kąty i zwiększyli płace swych ochroniarzy... Ale środki przedsięwzięte przez Janala były znacznie bardziej radykalne. Najpierw zwiększył dwukrotnie rozmiary swej obrony, później zaopatrzył się w podstawowe przedmioty magiczne i wynajął maga, a na końcu wynajął swego sobowtóra. Sam zaś spał wraz ze swymi zaufanymi żołnierzami – pewien, że zareagują na czas. Wciąż jednak nie mógł opędzić się od wrażenia, że Ktoś obserwuje jego życie. Tylko, kiedy zasypiał swym płytkim snem, opuszczały go podejrzenia...

Zaś z głębi jego świadomości uśmiechał się Byt. Istota mogła nie ujawniać swej obecności, lecz wzbudzanie u Wielkiego Generała poczucia stałego zagrożenia było jej na rękę. Wówczas więcej rzeczy czynił z własnej inicjatywy, co zdejmowało z maga ciężar podszeptywania mu ważkich decyzji. Można było więc więcej czasu poświęcić utrzymywaniu kontaktu z Daerianem (który w siedzibie rady obserwował mapę) i własnemu bezpieczeństwu. O resztę martwić się nie musiał – przecież za ochronę wziął się Punyan, a dziewięcioletnia uczennica (przygotowywana do roli skrybki-kleryczki) druida Malara gorliwie strzegła swego mistrza...

***


- Proszę pana druida, a do czego to służy...? - zapytała się smarkula Jhyarona, druida służącemu Malarowi.
- Do wycinania serc. - odpowiedział machinalnie człowiek, dotykając rękojeści kościanego miecza ofiarnego.
- A po co jelonkom wycinać serca, panie druidzie...? - dalej molestowała go mała, której widocznie nie spodobała się odpowiedź.
- Bo Malar tak chce. - odpowiedział druid, próbująć wymierzyć smarkuli uderzenie. Irytowała go niepomiernie – niedawno dostał uczennicę niejako „z urzędu”. Mała dziewczynka, zapewne pochodząca z dobrego domu, widocznie nie dostała w życiu dość dużo batów. Nie odstępowała go nawet o krok i zasypywała go głupimi pytaniami... Zresztą, po małej w ogóle nie było znać tresury – nie tylko malaryckiej, ale jakiejkolwiek...

Na szczęście kilka razów w głowę nauczyło małą moresu. Wprawdzie wciąż podążała za druidem, lecz nie dopytywała się już o rozmaite dyrdymały. Jhyaron mógł tylko westchnąć z politowaniem. Najchętniej by małą zabił – lecz wyższa instancja mogła mu tego nie wybaczyć... Pozostało mu więc godzić się na rozwiązanie połowiczne – milczącą dziewczynką podążającą za nim wszędzie. Zapewne kilka razów więcej mogło ją i z tego wyleczyć...

***


Tymczasem, gdzieś na Wybrzeżu Mieczy nastąpiło inne wydarzenie. Znacznie bardziej lub znacznie mniej wiekopomne – zależy, z jakiej perspektywy na to patrzeć. Z jednej z enklaw w tajemniczy sposób zniknął ser w sławnym sosie z wysp Moonshae. Przywódca enklawy, będący równocześnie żarłokiem i smakoszem, mógłby zignorować taką stratę – jednakże żaden z Czerwonych Czarnoksiężników nie miał pojęcia o dziwnym złodzieju. Oznaczać to mogło tylko dwie rzeczy: dowodził bandą idiotów, których należało wyrzucić, bądź jego podwładni knują celem zastąpienia go jakimś psem Cytadeli... Znak, że są idiotami i należy ich wyrzucić!

Prędko podjął śledztwo, aby wytropić źródło takowych intryg. Ktoś, kto zamierzał donieść zulkirom, że nie potrafi strzec ani enklawy ani nawet własnego sera, z pewnością nie zasługiwał na prawo do życia...!

_________________
Powrót do góry Zobacz profil autora
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość Wyślij email Odwiedź listę obejrzanych anime / przeczytanych mang
Bezimienny Płeć:Mężczyzna
Najmniejszy pomiot chaosu


Dołączył: 05 Sty 2005
Skąd: Z otchłani wieków dawno zapomnianych.
Status: offline
PostWysłany: 20-01-2010, 19:38   

Kagarr
Obrońcy Kagarr zdążyli już się przyzwyczaić do widoku wrogich sił za swoimi murami. Olbrzymie prace włożone w przygotowania do długotrwałego oblężenia miasta wydawały się co prawda wręcz absurdalnie śmieszne, biorąc pod uwagę dysproporcje sił oraz stosunkowo słabe umocnienia miejskie, ale nikt z mieszkańców na to nie narzekał. Zamiast jednego wielkiego szturmu, który byłby zdolny do przełamania obrony miasta równocześnie w wielu punktach, obrońcy musieli się martwić jedynie stosunkowo niewielkimi atakami, mającymi na celu tylko testowanie ich sił i przygotowań. Oczywiście, nawet "małe" dla napastników szturmy nadal wymagały od sił miejskich uwagi i powodowały straty i zmęczenie, ale sytuacja Kagarr jak na razie nie była najgorsza.

Generał Janal yn Rassid el Khimran patrzył na magów z oczekiwaniem
- Jesteście pewni? Nie chciałbym by wojska atakujące przekonały się w środku, że coś przegapiliście
- Musieliśmy rozszerzyć zakres naszych zaklęć wyszukujących i bliżej przyjrzeć się kilku fałszywym alarmom, co wydłużyło proces o cały dzień, ale możemy teraz powiedzieć z całym przekonaniem: w mieście nie ma pułapek które byłyby przeznaczone dla naszej armii. Dotyczy to zarówno pułapek magicznych, mechanicznych jak i alchemicznych. Co do tych ostatnich - nie wykryliśmy obecności w mieście nie tylko substancji alchemicznej która stanowiła bazę pułapki w lesie, ale też substancji pokrewnych, a nawet prochu dymnego. Nie wykryliśmy również prób magicznej ochrony przed zaklęciami wykrywającymi. - głos nieformalnego przywódcy magów Calimshańskich w obozie brzmiał sucho i beznamiętnie, jakby takie drobnostki jak trwająca właśnie wojna mało go obchodziły. - Oczywiście, nie oznacza to, że w środku jest bezpiecznie. Całe miasto wypełnione jest wojskami - nie omieszkał dodać.
- Doskonale - wiadomości te były właśnie tym, na co generał czekał. - To, skoro już to wiemy...

Obrońcy dali się kompletnie zaskoczyć. Atak na bramę z użyciem prowizorycznego taranu i ściany tarcz wydawał się być tym, czym wszystkie ataki poprzednie - działaniem nękającym. Owszem, przeprowadzany przez całe 4 tysiące ludzi, był on większy niż zwykle, ale dwunastotysięczny garnizon nie miał się przecież czego obawiać. No, przynajmniej do momentu w którym z dwóch innych stron miasta nie ruszyły kolejne, znacznie większe grupy, tym razem z drabinami.
W panice obrońcy przegrupowywali swe siły, wzmacniając posterunki na murach w miejscach przewidywanego nowego ataku... wszystko na próżno.
Na próżno, bowiem w chwili gdy chroniony od góry drewnianymi osłonami taran dotarł w zasięg stu metrów od murów, z ziemi wokół bramy wystrzeliły nagle gęste pnącza, które zaczęły wspinać się do góry, szybko pokrywając ją od góry do dołu ścianą wijącego się bluszczu, który wciskał się w każdą możliwą szczelinę. Pnącza ściągały z murów i dusiły nieostrożnych obrońców ktorzy podeszli do nich zbyt blisko, a na miejsce odciętych wyrastały natychmiast następne, ale ich prawdziwa funkcja objawiła się chwilę później, gdy rozległ się pierwszy trzask. Przerośnięte bluszczem na wylot wrota i sąsiednie kawałki muru zaczęły pękać, tak jakby niszczycielska siła natury działała na nie nie od kilku minut, a od stuleci. Jedno skrzydło drzwi zostało dosłownie wyrwane przez pnącza z zawiasów, a drugie zwisło przekrzywione pod dziwnym kątem. Wojska Calimshanu runęły w tak utworzoną wyrwę, a za nimi poszły kolejne fale wojsk idących z głównego obozu.

Jhyaron wraz z towarzyszącym mu magiem i kilkunastoma wojownikami wrócili zaś spokojnie do głównego obozu, gdzie nadal pozostawała ponad połowa wojsk.

Lśniące równiny
Wojska Tethyru wreszcie osiągnęły Ormath. Tradycyjnie, zażądano kapitulacji miasta, a jednocześnie zadbano o rozpoczęcie ustawiania umocnień pod obozy oblegających sił, oraz o kompletne odcięcie miasta. Na szczęście leżało ono na równinie, więc niespodziewany atak wojskom właściwie nie groził, ale odrobina paranoi w warunkach wojennych jeszcze nikomu nie zaszkodziła. Rozpoczęcie składania machin oblężniczych, oraz budowy i umacniania stanowisk pod nie pozostawiono do następnego dnia.


Sakkors
W mieście nadal brakowało części dowódców, ale tym razem ich rolę przejął Daerian. Poza tym, podczas chwilowej bytności władca miasta zdążył wydać swoim oddziałom odpowiednie dyspozycje.
I dlatego właśnie świt znalazł latające miasto wiszące jak zły cień dokładnie nad Hlondeth. Mieszkańcy miasta, jak łatwo się domyślać, nie przyjęli tego ze spokojem, ale na odpowiedź na rządanie kapitulacji trzeba było czekać ponad godzinę. Nie wynikało to jednak z niezdecydowania mieszkańców w kwestii obrony - widząc wiszącą nad główą latającą górę nikt nie miał wątpliwości, czym musiałby skończyć się opór - zwłaszcza, że miasto nie tylko nie przeprowadziło mobilizacji, ale nawet nie miało zaciągniętego do normalnej liczebności swojego stałego kontyngentu wojskowego.
Problem był znacznie bardziej prozaiczny - w mieście panował chaos. Oficjalnym władcą nadal pozostawał Dmetiro Extaminos, po tym jak z poparciem MAC udało mu się usunąć z tego stanowiska i wtrącić do lochów własną matkę. Z drugiej strony poprzednia władczyni, Dediana, dysponowała w mieście (i wśród sił wojskowych - to był właśnie powód rozwiązania części jednostek) wystarczającym poparciem by nawet za bytności w mieście grupy zachodniej wojsk MACu jej syn nie odważył się wydać rozkazu egzekucji. Teraz, gdy nie tylko wojska Bractwa znikły, ale nawet jego polityczne poparcie okazało się niewiele warte, tylko jego kontakty z Sespech, SCF i Turmishem utrzymywały sytuację w delikatnej równowadze. Równowaga chwiała się coraz bardziej z każdą wiadomością docierającą z frontu zachodniego, aż wreszcie ostatecznie przepadła z chwilą gdy przez miasto przejechał oddział Turmickich posiłków na front... nagle rozkazem zawrócony do domu.

Gdy ostatecznie sytuacja się unormowała, to Dediana Extaminos była tą osobą, która ogłosiła tajemniczym najeźdźcom całkowitą kapitulację miasta. Jej synem żywiły się już w tym czasie ryby w miejskim porcie.

Kagarr
Służba wartownicza była nudna, pomyślał, nie po raz pierwszy w swojej karierze, Abdul yn Alhazred. Większą część czasu spędzało się wykonując powtarzalne i niezbyt ekscytujące czynności. Co gorsza, żaden warty swojej gaży ochroniarz nie chciałby, by te okresy nudy się nagle skończyły. Nawet taki, którego wszyscy inni nazywali za jego plecami "Szalonym Caliszytą".
Abdul cicho westchnął, i ponuro spojrzał na stojącego w drugim końcu namiotu druida, robiącego kolejny wykład swojej podopiecznej. Druid owszem, był niebezpieczny, ale to dziewczynka nie pasowała mu do obrazu. Trzeba będzie na nią zwracać baczniejszą uwagę.

Tym czasem po całym obozie latały tajemnicze, różowe kulki. Nie budziły one żywego zainteresowania żołnierzy tylko z jednego powodu - były to niewidzialne różowe kulki. Poruszały się one po pozornie losowych trasach, które jednak, gdyby zostały zaobserwowane z góry, raptem zaczynały tworzyć część jakiegoś większego wzoru.
A w środku utworzonej za ich pomocą sieci pająk czekał, aż złapie się w nią ofiara.

_________________
We are rock stars in a freak show
loaded with steel.
We are riders, the fighters,
the renegades on wheels.

The difference between fiction and reality? Fiction has to make sense.
Powrót do góry Zobacz profil autora
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość
Serika Płeć:Kobieta


Dołączyła: 22 Sie 2002
Skąd: Warszawa
Status: offline

Grupy:
Tajna Loża Knujów
WIP
PostWysłany: 20-01-2010, 23:58   

Nudno, potwornie nudno,
Mówi się trudno, ja mogę dużo znieść...


Dziewczynka nuciła pod nosem (grzecznie, nawet bez słów tym razem!), a że Mistrz, ten nadęty, antypatyczny, bucowaty druid wreszcie poszedł spać, nie mógł jej uciszyć. Po cichu podejrzewała, że tak czy inaczej ma szansę planować sprawdzić, czy serduszka małych dziewczynek wyglądają podobnie, jak serduszka małych jelonków (a przynajmniej o tym marzyć). Jednak dopóki gość był tu potrzebny, zamierzała pilnować go jak oka w głowie. Poza tym, przecież nie mogła mu pozwolić zginąć teraz, kiedy zajmowała się głównie snuciem coraz ciekawszych planów na uprzykrzenie mu życia, gdy wreszcie będzie mogła dorwać go w swoje ręce!

W każdym razie przynajmniej *coś* robili, a to zdecydowanie poprawiało jej humor. Nawet, jeśli miała podejrzenia graniczące z pewnością, że to, przy czym się upierała, zostanie ostateczne uznane za nadmiar uprzejmości, z którym absolutnie nie warto się chrzanić. Cóż, zobaczymy, najwyżej będzie gwałtownie protestować!

A na razie było nudno i postanowiła się trochę rozerwać. Przecież i tak nie pilnowała Wielkiego Pana Druida zawodnymi ludzkimi zmysłami, nie musiała przy nim tak pokazowo sterczeć przez calutki czas! A z całą pewnością nie była jedyną osobą, której się nudziło.
Ku jej niezmiernemu rozczarowniu ten ponuro łypiący na nią z kąta ochroniarz nijak nie dawał się namówić na grę w kości. Nie pomogły ani Wielkie Słodkie Oczka, ani Wielkie Smutne Oczka. Bydło. Co on, podejrzewał, że chce go odciągnąć od wielkiej, słusznej misji obserwowania podłych druidów, czy jak?
W sumie to całkiem nieźle o nim świadczyło, tak swoją drogą.

Ostatecznie skończyła rżnąć w karty z grupką żołnierzy siedzących nieopodal wejściu do namiotu. Mieli pecha, widać taka aura... Postarała się, żeby ją obejść, zebrała prawie wszystko zupełnie nie oszukując, po czym na samym końcu przerżnęła równiutko całą wygraną. Mili byli, niech się cieszą!

A wokół druida wciąż nie działo się nic interesującego, tylko niewidzialne różowe kuleczki przemykały sobie w mroku.

Nudno...

_________________
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość Wyślij email Odwiedź blog autora
 
Numer Gadu-Gadu
1051667
Velg Płeć:Mężczyzna


Dołączył: 05 Paź 2008
Status: offline

Grupy:
Tajna Loża Knujów
PostWysłany: 21-01-2010, 19:35   

Horda szarych orków została przyszpilona do rzeki przez siły Thay. Zanosiło się na bitwę stulecia – pomiędzy dwoma ponad stutysięcznymi armiami. Szczęściem, zarówno dowódcy armii thayskich, jak i kapłan dowodzący hordą, nie zamierzali wykrwawiać się w daremnych potyczkach. Przeto, horda ruszyła na zachód, skąd miała zostać wysłana na Alaor – a później miała wesprzeć Gruumsha w jego mnogich knowaniach...

***


Tymczasem, Krucjata wyładowała się na północ od Turmish i natychmiast ruszyła na południe. Pod mocnym przywództwem Sigismunda Dragonhearta paladyni i reszta wojska rozbiły lokalne oddziały państwa i ruszyły na południe, ku granicy turmishkiej. Los państwa zdawał się przesądzony. Zgromadzenie Gwiazd po śmierci Herengara nie miało w swoim składzie nikogo wybitnego. Ba!, nie miało nie tylko polityka wybitnego, ale i zarządcy klasy reprezentowanej przez poprzedniego lorda Turmish. Oznaczało to, że nie miał kto pokierować wojskami, które zostały w kraju – a które były jedynie kroplą wobec morza Purpurowej Krucjaty...

Liczono, iż zasoby pieniężne wystarczą na opłacenie kolejnych najemników... Jednak, od jakiegoś czasu zresztą panowała kleptokracja, więc i pieniędzy na obronę nie było...

***


Atak na Sultim był... dziwny. Wcześniej miasto było nieźle przygotowane do odparcia wszelkich najazdów, zniknięcie MACu zmieniło sprawę. Bez MACanckich zarządców, o umocnienia nikt nie dbał – więc nie było się opierać. Nie pamiętano nawet o łańcuchu w porcie – przez co lidze suzailskiej nic nie przeszkodziło w szybkim ataku. Na jego skutek, prawie cała marynarka mulhorandzka poszła na dno. Zatopienia przez ligę suzailską uniknęły tylko dwie galery, które stały w porcie. Te (puste w chwili ataku) statki najeźdźcy po prostu zdobyli...

Następnie, zaatakował Legion Gryfa. Magiczne bombardowania miasta były tak dotkliwe, że wkrótce nawet despota lokalny ustąpił. A normalni mieszkańcy mogli powitać faraona, jedyne wybawienie od okrucieństwa wolnościowców ideowych...

_________________
Powrót do góry Zobacz profil autora
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość Wyślij email Odwiedź listę obejrzanych anime / przeczytanych mang
Bezimienny Płeć:Mężczyzna
Najmniejszy pomiot chaosu


Dołączył: 05 Sty 2005
Skąd: Z otchłani wieków dawno zapomnianych.
Status: offline
PostWysłany: 21-01-2010, 21:03   

Sespech
Rada, wraz z innymi przedstawicielami władzy Sojuszu postanowiły wysłać wiadomość z propozycją rozmów pokojowych. Wszystkie jednostki miały zająć pozycje obronne i nie atakować wrogich sił.
Cerno myślał, że prawie popłacze się z pustego śmiechu, gdy usłyszał tą decyzję. Kwestia tego, że wszystkie byty członkowskie SCF-u pragną pokoju, i nie zamierzają się specjalnie przeciwstawiać rozpędzającej się dopiero machinie wojennej Zachodu była oczywista. Rada zapomniała jednak w swoim rozumowaniu uwzględnić jednej rzeczy - tym, co trzymało Sojusz razem, i dawało legitymizację decyzjom rady były wpływy głównych sił sprawczych stojących za utworzeniem tego bytu politycznego. Niestety dla rady, siłami tymi były, dla ziemi północnych - Westgate z jego bogactwem, i wpływami jakie w regionie miały Ogniste Ostrza, dla Lśniących Równin - Ormath z wpływami Lorda Quwena (oraz w mniejszym stopniu Lheshayl). Na południu oczywiście liczył się tylko Sespech, którego władcę Ogniste Ostrza miały w kieszeni.
Tak długo, jak długo ta sytuacja się utrzymywała, Lord Targeth Cormaeril mógł zarządzać tworzącym się właśnie państwem bez trudu. Jednak śmierć jego, lorda Quwena i barona Thuragara, zniszczenie Westgate i praktyczny upadek Ostrz oznaczał koniec Sojuszu. Na Smoczym Wybrzeżu i Lśniących równinach, bez spoiwa łączącego tak zróżnicowane państwa-miasta razem, wszelka organizacja i wspólne dowodzenie jakimikolwiek siłami stały się fikcją. Na południu, ze względu na znacznie większą centralizację władzy sytuacja była lepsza - ale tylko dla Sespech, a nie dla Sojuszu. Próba zamaskowania śmierci barona (już na starcie skazana na porażkę) wywołała wściekłość u jego córki (i następczyni) Gilseny - która cieszyła się pełnym poparciem armii kraju. Nowa władczyni Sespechu zarzuciła przedstawicielom północnych ziem sojuszu próbę odsunięcia jej od należnej jej władzy i de facto planowanie zamachu stanu - a były to zarzuty nie tylko bardzo ciężkie, ale też i w oczywisty sposób prawdziwe.
Bez jej współpracy jakiekolwiek decyzje Sojuszu dotyczące tych ziem były mniej warte niż pergamin na którym zostały zapisane.

Lśniące równiny
W Ormath zamieszanie panowało jeszcze większe. Nawet siły własne miasta ledwo się trzymały obrawszy na przywódcę syna poprzedniego władcy. Wojska Tethyru rozłożone obozem niedaleko miasta nie zdążyły jeszcze rozpocząć oblężenia, a ich oddziały wojskowe patrolujące równinę pozwalały na razie swobodnie podróżować mniejszym grupkom mieszkańców, którzy uznali że wolą być gdzie indziej. Z okazji tej korzystali ci, którzy woleli uniknąć schwytania (w tym praktycznie wszystkie obecne w mieście Ostrza i znaczna grupa oficjeli Sojuszu). Spora część stacjonujących w Ormath wojsk również nie pragnęła niczego innego jak wrócić do domu, ale - co kilka nieprzyjemnych wydarzeń jasno wykazało - zorganizowane oddziały próbujące opuszczać miasto wywoływały jednak szybką i gwałtowną reakcję najeźdźców. To, że większość wojsk zmuszona była do pozostawania w mieście nie oznaczało jednak, że byli oni chętni za to miasto umierać - wręcz przeciwnie, zwiększało tylko presję by zawrzeć z Tethyrem jak najkorzystniejsze warunki poddania się.

Pola Nun
Faran yn Salik śmiał się głośno, gdy wokół niego świat pogrążał się w szaleństwie. Od czasu, gdy nagle, bez uprzedzenia jego oddział obudził się w barakach w Shamph stwierdzając, że dowódcy i oficerowie polityczni Bractwa gdzieś znikli, a najemnicy zostali zostawieni sami sobie, sytuacja ciągle się pogarszała. Czekające na nowe rozkazy oddziały już kilka dni później zostały poproszone przez władze miasta, by opuściły teren niepodległego Chondath i wróciły do Chessenty. Najemnicy, w nienajlepszych humorach w skutek wielkiej popijawy dnia poprzedniego, i zaniepokojeni wykrytym właśnie brakiem ich Chessenckiego płatnika (oraz całej kasy oddziału) wyrazili zdecydowaną niechęć wobec pomysłu. Niestety, oddziały miejskie najwyraźniej taką odpowiedź przewidziały.
kolejna pochodnia, i kolejna chata zajęła się ogniem
Sądząc z rozmów ze spotkanymi najemnikami z innych rozbitych oddziałów, sytuacja ta powtarzała się we wszystkich miastach Chondath (które, wykorzystując okazję, wyraźnie przymierzało się do zrzucenia narzuconej mu siłą zależności lennej wobec Chessenty). Nawet oddziały wystarczająco silne, by się obronić rozpadały się, gdy dochodziło do różnic zdań co do dalszej służby. Owszem, dla sporej części żołnierzy reputacja była bardzo ważna - ale czym innym było branie udziału w wojnie, nawet zapowiadającej się na krwawą, po jednej ze stron, a czym innym oddawanie swojego życia za obronę kraju pogrążonego w chaosie, w sytuacji w której zwycięstwo nie wchodziło w grę, a na dodatek nie można było być pewnym, czy dostanie się swoje obiecane pieniądze. W efekcie ziemie na pograniczu i w rejonie Akanul pełne były najemników, którzy robili to, co pozbawieni zatrudnienia na wojnie najemnicy robią najlepiej - grabili i palili.
Faran yn Salik śmiał się nadal, a wokół niego kilka setek najemników zamieniało kolejną wieś w pogorzelisko.

_________________
We are rock stars in a freak show
loaded with steel.
We are riders, the fighters,
the renegades on wheels.

The difference between fiction and reality? Fiction has to make sense.
Powrót do góry Zobacz profil autora
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość
Wyświetl posty z ostatnich:   
Strona 34 z 36 Idź do strony Poprzedni  1, 2, 3 ... 33, 34, 35, 36  Następny
Ten temat jest zablokowany bez możliwości zmiany postów lub pisania odpowiedzi
Nie możesz pisać nowych tematów
Możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików
Nie możesz ściągać załączników
Dodaj temat do Ulubionych


Skocz do:  

Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group