FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy
RejestracjaRejestracja  Galeria AvatarówGaleria Avatarów  ZalogujZaloguj

Poprzedni temat :: Następny temat
Idź do strony Poprzedni  1, 2, 3 ... 32, 33, 34, 35, 36  Następny
  Forgotten Realms
Wersja do druku
Daerian Płeć:Mężczyzna
Wędrowiec Astralny


Dołączył: 25 Lut 2004
Skąd: Przestrzeń Astralna (Warszawa)
Status: offline

Grupy:
Tajna Loża Knujów
PostWysłany: 12-01-2010, 23:58   

Sobowtór Aldorna w Sespech niespokojnie oglądał mapy. Jego funkcją było co prawda być zwykłym figurantem, ale pozory musiał zachować.
I wtedy poczuł dziwne mrowienie na karku... jakby ktoś go obserwował.
A chwilę potem nie czuł już nic, gdyż jego serce przeszył rapier. Poprowadozny ręka mistrza. Ostatnią rzeczą, jakiej doświadczył sobowtór były dzięki pośpiewywanej przez zabójcę piosenki "Laska maga ma na końcu gałkę".
Śpiewająca Klinga znany był z tego, że swoje ofiary podchodził niezauważony, ale naprawdę wyróżniało go, że lubił rozweselać ich ostanie chwile.
Bard nie czekał na pojawienie się straży, zniknął w cieniach nim ktokolwiek zdołał go dostrzec. Lub usłyszeć - jego pieśni nie były przeznaczone dla nich.

Milczące Ostrze preferował inne metody. Jego połączenie zaklęć maga z niezwykłym talentem zabójcy do krycia się pozwoliły mu dostać się nocą do sypialni Lorda Quwena... a potem wystarczyło wkropić mu do ust odpowiednio przygotowaną truciznę - po delikatnej nitce jedwabiu.
Oficjalnie, Lord zmarł we śnie... na atak serca.

Ostatnim celem był sam Lord Herengar, władca Turmishu - który akurat udawał się na spoczynek. Jego śmierć była szybka i lodowato zimna, gdy tylko przekroczył próg komnaty.
Czarny Lód z radością wyszedł zza kotary, rzucając kolejne lodowe zaklęcia w zaskoczonych strażników. A potem z zimnym uśmiechem rozbił pięć lodowych posągów na kawałki.

Śmierć Lorda miała przynieść największe konsekwencje ze wszystkich wydarzeń... Jego zabójstwo i łatwość z jaką zostało dokonane, rzuciło strach na pozostałych członków rady. Wielu z nich zaczęło się ciągle niespokojnie oglądać przez ramię, starając się opanować strach. Nie rezygnowali z dotychczasowej polityki, bali się jednak...
Także wśród ludu narastał strach. Wieści o zniszczeniu Westgate nadchodziły drogami magicznymi, a rozchodząc się wśród zwykłych mieszkańców jeszcze narastały. Śmierć Lorda stanowiła zaś dowód, że bezpieczeństwo Turmish zakończyło się. Mieszkańcy Alaghon codziennie zasypiali, wpatrując się z niepokojem w wody morza.
Przy tym wszystkim wśród ludu coraz częściej pojawiali się zwolennicy wycofania się z wojny, albo chociaż wycofania udziału w nich wojsk Turmish. Ich głosy nie sięgały Rady... jeszcze. Słowa te podsycane były pieśniami bardów, głosami karczemnych dyskutantów, przede wszystkim zaś - kapłanów, których słuchano najbardziej. Kult Waukeen, a przede wszystkim Chauntea'i prawie oficjalnie dążyły do ograniczenia roli w sojuszu z MAC...
Pod powierzchnią spokojnego Turmish narastał strach i chaos.

_________________


Ostatnio zmieniony przez Daerian dnia 13-01-2010, 16:09, w całości zmieniany 1 raz
Przejdź na dół Zobacz profil autora
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość
 
Numer Gadu-Gadu
3291361
Velg Płeć:Mężczyzna


Dołączył: 05 Paź 2008
Status: offline

Grupy:
Tajna Loża Knujów
PostWysłany: 13-01-2010, 12:53   

- A ja, świecący od ciągłego grzmota,
Leżałem. - Zbroja była na mnie złota.
I duch nie wyszły z umarłego ciała
Czuł jakąś dumę, że spokojnie leży;
A nad nim ziemia poruszona grzmiała
I unosiły się duchy rycerzy.
- Trójca widm mój stos ogniem zapalała,
A ja czekałem, aż piorun uderzy:
Tak byłem pewny, że w owe rumiane
Grzmotem powietrze – jak duch zmartwychwstanę.


Człowiek podający się za Orbakha gładko wydeklamował tekst, czemu towarzyszyły grzmoty w pobliżu. Blask błyskawicy oswietlił jego bladą twarz, nadając słowom upiorne kontacje. Prawie można było uwierzyć, że osobnik ten pokonał śmierć tylko po to, aby dalej bawić się wśród zywych...

- Panie, co zrobimy...? - spytała się niezbyt pewnie drowka, pełznąc po murze okolicznego domu.
- My...? Nic. Wy uciekniecie z miasta, a ja tu zostanę do końca. - skończył i zaśmiał się. Co dziwne, żaden z jego ludzi nie odpowiedział. Wszystkich zmroziło szaleństwo, które widać było w oczach ich dowódcy... Posłusznie odbiegli, a Woland-Manshoon-Orbakh (który zapomniał już, kim jest) szedł przez miasto, na przekór uciekającym tłumom...

***


- Już przybliżały straszne czarownice
Chwast zapalony i suche piołuny,
I moje blade oświeciwszy lice,
Wrzeszcząc, posępne swe śpiewały runy:
Kiedy je trzasły aż trzy błyskawice
I trzy siarczane, ogniste pioruny,
I tak strzaskały płomienie czerwone,
Żem je nie martwe sądził, lecz zniknione.


Ludzie schodzili z drogi nieznajomego. Czarodziejka i dwie inne kobiety, które w imię „prawowitego władcy Wrót Zachodu” próbowały zatrzymać wędrowca, wnet padły rażone gromami z jasnego nieba. Niebiosa zresztą zaczęły się kotłować – jakby starcie dwóch potęg na ulicach Wrót Zachodu było dla nich kroplą przelewającą czarę.

Po ich śmierci, nikt nie próbował przerywać marszu dziwnego człowieka. Czy to tłuszcza przelewająca się przez ulicę, czy to regularni wojskowo – wszyscy tworzyli przejście. Zamaskowany, bladolicy nieznajomy kroczący ulicami pośród rozgrywającej się wkoło apokalipsy mógł być albo bardzo potężny albo bardzo szalony... Lub łączyć obie te przywary. W każdym razie – lepiej było się mu nie sprzeciwiać...

- Kometa. – I tu, coraz bardziej blady
I mieszając się już, rzekłem ponuro:
Świat zwyciężyłem! i oto są ślady,
Żem duch mający moc – nad tą naturą!
Gwiazdy tę gwiazdę wysłały na zwiady,
Czym żyw? czy jeszcze okryty purpurą
Czynię rzecz króla, człowieka i zboja?
Niebo się zlękło o świat. – To śmierć moja.
– wykrzyczał, gdy na niebie ukazała się wielka poringokula ognia. Potem, nagle poczuł się wycieńczony i padł na kolana tak gwałtownie, jakby ktoś go pchnął. Pioruny biły wokół – a on klęczał, oddychając pośpiesznie, jakby coś go męczyło. Zdawało się, że Manshoon-Orbakh-Woland sami wierzą, że giną... I tak trwali,

_________________
Powrót do góry Zobacz profil autora
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość Wyślij email Odwiedź listę obejrzanych anime / przeczytanych mang
Bezimienny Płeć:Mężczyzna
Najmniejszy pomiot chaosu


Dołączył: 05 Sty 2005
Skąd: Z otchłani wieków dawno zapomnianych.
Status: offline
PostWysłany: 13-01-2010, 14:25   

Westgate
Główną aleja prowadzącą do dzielnicy portowej szedł młody człowiek z włócznią na ramieniu. Po obu stronach jego trasy budynki rozpadały się, jakby po ciosach pięści niewidzialnego Tytana, a w kierunku z którego przybył, rozpościerał się ocean płomieni, rozprzestrzeniających się wszerz mimo padającego deszczu, trawiąc na swej drodze wszystko - nawet stal i kamienie. Aleja była pusta na całej długości - stanowiła ona jedną z głównych linii ataku sahuaginów wcześniej, a ostatnie wydarzenia wygoniły z niej ostatnich odważnych. Pusta, z wyjątkiem oświetlanej coraz częstszymi błyskami piorunów mrocznej sylwetki stojącej u jej przeciwnego końca.

Gdzieś w zupełnie innej części miasta, z ruin które jeszcze niedawno były sporych rozmiarów kamienicą, wyszła drobnych rozmiarów postać. Białowłosa elfka o wyjątkowo bladej cerze, sądząc z ubrania - czarodziejka, poruszała się niepewnie, jakby nie była przyzwyczajona do chodzenia. Wzrok z jej lodowo zimnych, niebieskich oczu prześlizgnął się bez zainteresowania po pokrytej szronem i ciałami gwardzistów miejskich ulicy, po czym skierował ku efektom pirotechnicznym widocznym w oddali. Arveiaturace zakryła swoje włosy kapturem szaty i spokojnie ruszyła w miasto, szukać bezpiecznego punktu obserwacyjnego.

_________________
We are rock stars in a freak show
loaded with steel.
We are riders, the fighters,
the renegades on wheels.

The difference between fiction and reality? Fiction has to make sense.
Powrót do góry Zobacz profil autora
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość
Fei Wang Reed Płeć:Mężczyzna
Łaydak


Dołączył: 23 Lis 2008
Skąd: Polska
Status: offline

Grupy:
Melior Absque Chrisma
PostWysłany: 13-01-2010, 16:36   

Najważniejsze figury wszystkich ziem znajdujących się w zasięgu bezpośrednich wpływów MAC długo debatowali za zamkniętymi drzwiami. Bractwo, choć nietrudno przyszło im odgadnąć celu narady, uszanowało prośbę miejscowych osobistości. I to pomimo tego, iż odbywała się ona w sali konferencyjnej kompleksu świątynnego Bractwa, jako najlepszego (a przede wszystkim najbezpieczniejszego) w tym celu miejsca. Z drugiej strony dowodziło to wielkiemu zaufaniu... A narada? Sądząc po pojawiających się od czasu do czasu okrzykach, była burzliwa.

- Ale pomyślcie, ileż pieniędzy MAC zdążyło już władować w naszą gospodarkę! Sami słyszeliście. A gdy stanie się tak, jak mówicie...

- To jest nieuniknione. Weźcie pod uwagę to, co się stanie gdy...

- Dobrze mówi! Co z tego, że tę wojnę wygralibyśmy...

- Prawdziwe zmiany w ludziach, poczynając od najniższych szczeblach, potrwają jeszcze lata. Teraz, kiedy mamy podstawę i wiedzę, być może będziemy w stanie sami poprowadzić nas ku lepszej przyszłości. Widzimy w końcu Drogę - coś, co bez Bractwa byłoby niemożliwe...

- W obecnej sytuacji korzystanie z półśrodków byłoby dużym błędem. Gdy nie możemy dotrzeć tam, gdzie zmierzaliśmy, powinniśmy wybrać nowe miejsce przeznaczenia - możliwie najbliżej poprzedniego...

- Cholera! Niestety muszę przyznać ci rację. Nie mogąc dysponować tym, co widzieliśmy, stając się jednocześnie wrzodem w sercach wszystkich innych, sami stworzylibyśmy sobie zagrożenie...

- Ale wiecie, czym to grozi? Będziemy przecież całkowicie...

- Owszem, ale tak nas nigdy nie pokonają. Możemy przegrać wojnę, możemy stracić wielu, ale będziemy się w stanie podnieść. To jest siła, o której...

- Obawiam się tylko, że zacietrzewienie może być zbyt wielkie, a przez to droga do celu bardzo długa...

- To jest ryzyko, które gotowi jesteśmy przyjąć.

- A więc postanowione?

Niedługo po zakończeniu obrad odbyło się spotkanie przedstawicieli tutejszych władz z Najwyższym Kapłanem i wszystkimi ważnymi osobistościami Bractwa (brakowało tylko Patriarchy, ale nikt nie wiedział, gdzie ten się zawieruszył). Altruista odezwał się pierwszy.

- Wiecie, jaka jest sytuacja. Wiecie też, że nie zostawiamy Was samych. Możecie liczyć na nasze wsparcie w takim stopniu, w jakim jesteśmy stanie je udzielić.

- Tak, za co dziękujemy - odezwał się przedstawiciel Untheru. - Ten świat jest twardy i twardym trzeba być, aby w nim przetrwać. Możemy przyjąć Waszą pomoc, ale to tylko osłabi nasze serca i zwiększy zaciekłość i wrogość innych. Bez pełnego wsparcia, jakie stanowi obecność Bractwa do czasu zakończenia reform, będziemy przeklęci na własnej ziemi.

- Więc dobrze - odparł Najwyższy Kapłan. - Głęboko wierzę, że uda Wam się osiągnąć cel, który teraz sami sobie wytyczyliście. Dzisiejsza modlitwa wieczorna w całości zostanie poświęcona intencji powodzenia na Waszej drodze.

- A Wy, moi drodzy... - Altruista zwrócił się do wszystkich zgromadzonych przedstawicieli Bractwa. - Jeśli ktoś ma jeszcze jakąś niezakończoną sprawę w Faerun, niech zostanie i doprowadzi ją do końca, jeśli chce. Transportem w późniejszym terminie zajmie się Fei. A teraz zapraszam wszystkich na modły.

Tak oto, wśród tysięcy głosów odmawiających wspólną modlitwę, kończył się ostatni dzień obecności Bractwa MAC w Faerun. Reformy, jakich się ono podjęło, nie zostały doprowadzone do końca, ale udało się może nawet coś ważniejszego - zaszczepić wiarę i siłę w ludziach. Nie była to wprawdzie wiara w Boga, ale wiara w siebie i własne możliwości. Kto wie, czy nie było to prawdziwym zwycięstwem Bractwa?

Późnym wieczorem tego dnia Kościół Praworządności i prawie wszyscy ludzie związani bezpośrednio z MAC, zniknęli ze świata Faerun. Świata znajdującego się w totalnym chaosie i wojnie. Jednak gdzieś w odległym miejscu Wszechświata miały miejsce wydarzenia, które nie tylko mogły zmienić bieg wydarzeń w jednym świecie, ale i w niezliczonej liczbie innych. Być może ich zasięg miał dosięgnąć Faerun. MAC nie mogło doprowadzić do katastrofy na tak wielką skalę, co wszyscy rozumieli. Bractwo, zostawiając wszystkich swoich sojuszników na pastwę rozszalałego wroga, naprawdę wyciągał do nich dłoń. I nie tylko do nich, bo ratując przed katastrofą między innymi świat Faerun, MAC w ten sposób ratuje też swoich najzacieklejszych wrogów w tym oraz innych światach...
Powrót do góry Zobacz profil autora
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość
Karel Płeć:Mężczyzna
Latveria Ruler


Dołączył: 16 Kwi 2009
Skąd: Who cares?
Status: offline

Grupy:
Syndykat
WOM
PostWysłany: 13-01-2010, 18:08   

Postać odwróciła głowę powoli. Wśród mroków burzy można było zobaczyć szmaragdowy blask jednego z oczu.
- Hmm to ty. Najwyższy czas....- stwierdził Karel tonem...oczekiwania? Kto wie. Tak czy siak widać że oczekiwał Poringa. Natomiast sama istota stanęła jak wryta. TEGO głosu się nie spodziewała. Doprawdy codziennie los raczył go nowymi doświadczeniami...ale w końcu o to chodziło.
- Ostatnim razem prawie mnie miałeś.....ale prawie czyni wielką różnicę. Teraz jestem silniejszy....i dodatkowo pogoda mi sprzyja - jakby na potwierdzenie tych słów uderzy piorun oświetlając złowieszczy uśmiech.
- Pozwól że i dziś cię zaskoczę nowym doświadczeniem.
- O? A jakim? - zapytał zawsze ciekawy Poring.
- Bólu. - i prawie można by rzec że zniknął. W istocie ułamek sekundy później był już przed oponentem bliżej niż pozwalał na to cios włóczni. Potężny hak prawą ręką w żołądek doprawiony bonusowo elektrycznością zgiął ,,młodzieńca" w pół. Uppercut drugą wybił go wysoko w powietrze. Szermierz następnie strzelił piorunem z całej dłoni trafiając go w locie. Niebo rozdarła eksplozja. Z dymu jednak po chwili wyleciała kula. Zanim jednak dotarła do celu błysk błyskawicznie wyciąganego miecza przeciął ją w locie. Gdy słyszeć można było szczęk chowanego ostrza dwie połówki uderzyły po bokach i lekko za kruczowłosym wzbudzając prawdziwe inferno.
- Show your moves. - zachęcał szermierz.

_________________
"So come forth, Avenger. It is time to put our lingering dispute... to an end!"
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość
Velg Płeć:Mężczyzna


Dołączył: 05 Paź 2008
Status: offline

Grupy:
Tajna Loża Knujów
PostWysłany: 13-01-2010, 18:49   

- Wtenczas... w tej gwieździe oczyma usiadłem
O mocowałem się z nią jak z szatanem;
Truciznami ją serdecznymi jadłem,
Trawiłem jadów duchowych gryszpanem.
Więc czasem ona – a czasem ja bladłem...
Ażem nareszcie padł, jednym kolanem
Przyklękły... dysząc... przejasnymi świty
Jak rycerz w szrankach dzidą w pierś przebity.
– wymamrotał czarodziej, wciąż klęcząc w zacienionej uliczce.

Wtem poderwał się, kiedy nadchodziła fala elektryczności – która mogła zniszczyć całą dzielnicę. Zakrzyknął coś w starożytnym języku i wytworzył tarczę. Potężna, magiczna bariera pochłonęła większość mocy uderzenia i uchroniła kilkudziesięciu ludzi przed śmiercią, acz sam mag zachwiał się i padł.

- Podniosłem ducha, który śmiercią gardzi.
Niejeden sobie wieśniak wieczór długi
Umili pieśnią – i tym się rozhardzi,
Że będzie o swych ojcach przypominał,
Jak śmiało na śmierć szli...!
– znów wyrwało się z jego piersi, wraz ze wspomnieniami. Sam zaś porwał się z ziemi i uniósł w powietrze. Magia Manshoona i istoty, która kiedyś zostać Wolandem stopiła się w jedno – a potężny podmuch wiatru, który cisnął zaskoczonym Karelem do morza, był czymś, na co sam Woland nie mógłby się odważyć...

_________________
Powrót do góry Zobacz profil autora
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość Wyślij email Odwiedź listę obejrzanych anime / przeczytanych mang
Karel Płeć:Mężczyzna
Latveria Ruler


Dołączył: 16 Kwi 2009
Skąd: Who cares?
Status: offline

Grupy:
Syndykat
WOM
PostWysłany: 13-01-2010, 19:45   

Wiatr był doprawdy silny. Cisnął szermierzem z taką mocą że przebił na wylot jeden ze statków stojących u nabrzeża. Woland-Manshoon mamrotał coś wisząc w powietrzu. Ale oto w statku pojawiał się druga dziura. To wyrzucony z dna morza Fenrir szybował w stronę maga. Nie trafił go jednak tylko minął. Oto jednak łańcuch napiął się jakby za sprawą szarpnięcia i ogniwa przycisnęły się do boku maga. Miecz przeleciał mu przed oczami, raz,drugi,trzeci. W mig był spętany łańcuchem i mieczem niczym baleron. A potem przyszło szarpnięcie. Leciał tak szybko że doświadczył efektu tunelu. jednak i w tym tunelu zdołał coś dojrzeć. To szermierz powiększył dziurę poczynioną przez swoja broń i zmierzał na spotkanie z Wolandem....a konkretnie jego lewa pięść. Lewy prosty był tak silny że Rock zacząłby bić brawo. Jednak ani jeden ani drugi nie zwolnił tylko minęli się - tylko Woland został wprawiony w ruch obrotowy co chwilę będąc do góry nogami to powracając do poprawnej pozycji. Karel poczekał aż łańcuch napnie się ponownie po czym ponownie szarpnął chwytając go w obie ręce. Kręcił nim teraz nad głową w powietrzu po czym raz jeszcze szarpnął w odpowiednim momencie. Mag zaczął się odwijać z metalowej pułapki niezwykle szybko ponownie jednak został wprowadzony w ruch wirowy - tym razem wokół własnej osi. Uderzył w jakiś budynek zagłębiając się aż po fundamenty. Widać jednak że jego upadek musiał naruszyć punkt konstrukcyjny bo budowla zaraz się zawaliła.
- Another one bites a dust....na czym to my?.....! - powiedział kruczowłosy po czym uskoczył z budynku na którym wylądował wiedziony instynktem. nie pomylił się - to Bezimienny w tej chwili zwiększył w tym miejscu ciśnienie powietrza i szermierz nienapinający mięśni nie spodziewając się ataku zostałby przerobiony na konfiturę.
- Zagramy? - zapytał szermierz lądując i wyciągając chilijskie peso.
- O co? - zapytała istota.
- Jak wypadnie orzeł to ja ci przywalę. Jak reszka to ty mi przywalisz. Jak krawędź to moneta powiększy twoją kolekcję.
- Uczciwa propozycja. - przyznał Poring i Karel rzucił monetą.

_________________
"So come forth, Avenger. It is time to put our lingering dispute... to an end!"
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość
Sylar Płeć:Mężczyzna
Poszukujący Prawdy


Dołączył: 11 Lis 2009
Status: offline
PostWysłany: 13-01-2010, 22:39   

Będąc w przestrzeni nicości Sylar spojrzał na stojącą przed nim szachownicę. Wiele pionków posuniętych było już do przodu. Wile też już padło. Widać było, że partia ta zbliża się ku końcowi. Bohater zauważył, że siła figur po jego prawej była niższa od tych po lewej. Mimo tego właśnie w tej chwili znikły kolejne dwie figury na korzyść gracza po lewej, tego który wykonywał ruch jako drugi, na rzecz czarnych.

Sylar z uwagą spojrzał raz jeszcze na siatkę szachownicy i rozstawienie figur. Złapał za jeden z pionów i przeciągnął go na drugi koniec szachownicy. Bohater rzucił raz jeszcze okiem na szachownicę by spojrzeć na nowe rozstawienie. Zmarszczył lekko czoło i potarł swoją brodą, a następnie rzekł.

- Szach - i pomyślał - "bo nie sztuką jest zbić wiele figur, ale dobrze je rozstawić."

* * * Ormpetarr * * *



Wieść o śmierci Aldorna zszokowała Drużynę Ognistego Sztyletu. Sylar spojrzał na rozsypujące się zwłoki po czym stwierdził.

- Tak, zabił jeszcze Quwena i władcę Turmish.

- Wiedziałeś o tym i mimo tego nic nie zrobiłeś!

Wrzasnął zdenerwowany Cerno. Potrafił panować nad emocjami, jednak niespodziewany obrót sytuacji zdecydowanie mu się nie podobał. Sylar wzruszył beztrosko ramionami i rzekł.

- Mogłem zgładzić zabójcę. Nie widziałem jednak takiej potrzeby. Pionek padł, Turmish mnie nie obchodzi, a za Quwentem nigdy nie przypadałem. Można powiedzieć, że wyświadczył mi przysługę. Będę musiał odpowiednio mu się odwdzięczyć w wolnej chwili.

- I co teraz?

- Nic. MAC odszedł a ich siły razem z nim. Chondath jest tu z nami. Turmish żąda krwi, Mulhorand, Unhter i Chessentia, ci walczyć będą za swoją wolność i własne prawo.

- Trzeba donieść o tym Lordowi Targhetowi!

- Ah, no tak... Lord padł ofiarą szału potworowi nie z poza Faerun. Do tego naglę purpurowa krucjata ruszyła do Westgate. Najpewniej dojdzie tam do rzezi, a Westgate zniknie z map świata

- Lord nie żyje! Westgate upada? Co teraz?

- Nie poddacie się chyba? Trzeba uśmiercić paru skorpionów.

- Ja im odpłacę...

Gdy wszyscy już ochłonęli po szoku, postanowiono powziąć odpowiednie środki. O śmierci króla nikt się nie dowiedział i nie dowie. Przynajmniej do końca wojny to zabójstwo stanie się mroczną tajemnicą Sespech. Ironiczny koniec Aldorna kopii, w ślad idąca za oryginałem. Zbliżał się zmierzch...

Siły z północnych części SCF ruszyły do Lśniących równin*1 podzieliły się na dwa oddziały. 20k z nich ruszyło na zachód, reszta z pełnego marszem skierowała się na wschód, aby wspomóc upadający Westgate. Tam też przybyło wsparcie z Chondath, najemników z Chessenti*2 oraz Turmish. Forteca Ormath mimo braku władcy postanowiła stawić czoła wrogowi. Wiedzieli, że to ich wina i nie odpuszczą tego im nigdy.

[size=8]Do armii Sespechprzybyli również najemni żołnierzy z Chessenti*2[size=8]. W południowej części Sespech uformował się niecało 30k oddział jazdy, który doprowadził uchodźców do Nagawater. Tam dalszą eskortą zajęły się piesze siły Sespech.

Tymczasem Sylar znikł z ziem Sespech. Zapadła noc. Bohater stwierdził, że czas najwyższy bezpośrednio wpłynąć na rozgrywkę.

- Ygorl?

- To ty człeczyno?

- Już czas.

- Więc otwieraj tą cholerną bramę!

- Zaraz, moment...

* * * Calimport * * *



Byłą późna noc. Wszyscy już spali i tylko najwytrwalsza straż opierała się oznakom nudy będąc w głębokim upojeniu lub na wpół świadom wydarzeń z otoczenia. W Calimporcie, przed bramą do dzielnicy pałacowej pojawił się Sylar. Niezauważenie zbliżył się do potężnych murów dzielnicy. Następnie korzystając ze swych zdolności przebił się, tworząc podziemny tunel, który zaraz po tym znikł bez śladu. Gdy znalazł się już w środku przedarł się do środka pałacu, dzięki swoim zdolnościom unikając straży, pułapek, alarmów i bezbłędnie trafiając do celu. Stanął nad łożem władcy Calimshanu. Jednym szybkim ruchem zmiażdżył jego szyje a wraz z nią tchawicę, i krtań. Śmierć dogoniła w końcu i jego.

Nie zwlekając Sylar ruszył w drogę powrotną, i tym razem umykając wszelkim zabezpieczeniom. Gdy już wydostał się poza mury, błyskawicznie przeniósł się do dzielnicy Młota. Tam znalazł odpowiednie miejsce i otworzył magiczny portal. Był on ciemny jak smoła, bez blasku i sfery znanej mu z innych dzieł tego typu. Z jego wnętrza wyłonił się Ygorl, władca Slaadów, a za nim jego bracia Slaady błękitne. Po krótkiej wymianie zdań z Slaadzkim bogiem, Sylar otworzył drugą bramę.

Chaos zapanował w sercu Calimshanu. Atak od środka był kompletnym zaskoczeniem dla straży. Początkowy element zaskoczenia działał na korzyść Slaadów, którzy zaczęli wylewać się na ulice całej dzielnicy. Stwory z uśmiechem na twarzach grabiły wszystkie cenniejsze przedmioty i plądrowały pozostałości rynsztunku miasta, a całą resztę podpalali. W ten sposób odcięto wojowników od ich uzbrojenia. Mimo tego siły Calimportu dzielnie stawiały opór. Po paru godzinach głównym siłom miasta udało się zebrać odpowiednio silny oddział, aby zatrzymać rozprzestrzenianie się Slaadów.

Wyjaśnienia:

Spoiler: pokaż / ukryj

1* - zmiana powiązana ze słuszną uwagą Bezimienneg. Niech idą bronić swojego kraju.
2* - chessentycy najemnicy jeszcze jadą.
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość
Bezimienny Płeć:Mężczyzna
Najmniejszy pomiot chaosu


Dołączył: 05 Sty 2005
Skąd: Z otchłani wieków dawno zapomnianych.
Status: offline
PostWysłany: 14-01-2010, 17:05   

Westgate
Wiatr od morza rozwiał włosy obu stojących wojowników. Moneta poszybowała w górę, błysnęła i zaczęła spadać. Kolejny, o wiele silniejszy podmuch wiatru malowniczo podniósł kurz i pył wokół walczących. Moneta uderzyła z brzękiem o kamień, potoczyła się i wpadła gdzieś głęboko pomiędzy gruzy dogorywającej właśnie rudery. Co, w sumie, było do przewidzenia.
- Cóż, w takim razie wróćmy do metody tradycyjnej - westchnęła Istota, po czym zniknęła nagle, używając manewru bliźniaczo podobnego do tego, który zaprezenował wcześniej Karel.
...który oczywiście był przygotowany na obronę przed własnymi sztuczkami. Chwilę przed tym, jak Bezimienny pojawił się tuż przed nim i wyprowadził uderzenie pięści na twarz, szermierz odchylił się z linii ciosu, uśmiechając się szyderczo. Na uśmiech było jednak za wcześnie - nagle w oczach zrobiło się mroczno, w głowie zakręciło, a z prawego ucha pociekła krew.
- Pieśń Smoka Pustki - wyjaśnił uprzejmie Poring - przed tym nie da się tak po prostu uchylić.
Widząc niezrozumienie na twarzy przeciwnika dodał - Atak wywołuje fale wibrującego powietrza, które podążają za pięścią. Niesłyszalną dla ucha pieśń, która powoduje że skały, szyby... czy naczynia krwionośne po prostu pękają.

To mówiąc zamierzył się do kolejnego ciosu...który został przerwany przez olbrzymią deskę, która nadleciała znad pleców karela, trafiając prosto w Istotę i zmiatając ją kilkanaście metrów dalej. Wiatr zawył wokoło, unosząc różne drobne i mniej drobne rzeczy, ciskając je naokoło. Z północy, od strony wody widać było zbliżające się centrum potężnego huraganu.

Calimport
Slaady wylewały się mniejszymi i większymi grupkami z dwóch portali w sabbanie Sjull, siejąc śmierć, zniszczenie i wzbudzając panikę wśród mieszkańców. Magowie z Dziedziny Piór i Dziedziny Magów zaczynali się powoli orientować w sytuacji, i stawiać pierwsze poważniejsze przeszkody na drodze próbujących się przedostać do sabbanu Tyrbos grup potworów. Gwardia miejska obstawiała mury do Dziedziny Młota, ale na razie nie interweniowała bardziej, czekając wciąż na posiłki z dziedzin Pałacowej i Armady, oraz na większe siły kapłanów z dziedziny Wiary. Sytuacja wewnątrz opanowanego przez slaady sabbanu była jednak dramatyczna - tylko niewielka część mieszkańców zdołała się ewakuować do sąsiednich sabbanów zanim prowadzące do nich bramy zostały zamknięte i zabarykadowane. Reszta musiała się chować po domach i piwnicach, mając nadzieję, że nie zostaną wykryci - lub że slaadom nie będzie się chciało nikogo szukać w miejscach, do których ze względu na ich rozmiary trudno im się było dostać.
W jednej z takich piwnic, razem z właścicielem znajdującego się na górze sklepu, jego rodziną i sąsiadami, chował się
Khemed el Haseir, ściskając sztylet w rękach i modląc się do swego boskiego patrona o wybawienie. Z braku lepszego pomysłu do modłów przyłączyli się również pozostali obecni. I ponieważ Khemed niegdyś był jednym z wyższych kapłanów Bhaala (a potem Cyrica), a modlitwy były szczere, po raz pierwszy od czasu gdy porzucił ścieżkę Księcia Kłamstw zostały one wysłuchane.

Daleko, w Durparze Kazgoroth przygotowywał się do powrotu do Sakkors. Umówiony portal co prawda się spóźniał, ale nie było to nic niezwykłego, a Kazgoroth się specjalnie nie śpieszył. Głos kapłana dobiegł go niespodziewanie i nagle - a razem z nim przyszło gwałtowne poszerzenie percepcji i świadomości. Do pierwszego głosu dochodziły następne, proszące o różne rzeczy - zaklęcia, porady, błogosławieństwo, czy miłosierdzie, ale ten pierwszy głos był nadal najsilniejszy, i dołączały się do niego następne, proszące o to samo. Nowo wyniesiony bóg Mordu nie mógł tym głosom odmówić.

Ziemia w dziedzinie Młota zatrząsła sie, a kilka budynków rozsypało w drobny mak, gdy w mieście pojawił się ktoś nowy. Kazgoroth nawet w swej normalnej ludzkiej postaci nie robił dobrego wrażenia. Teraz jego pełna ostrych zębów paszcza wznosiła się sześć metrów nad poziomem gruntu, ciało pokryte było łuskami, a z wielu miejsc wyrastały narośla w kształcie szpikulców lub ostrzy. W szponiastej dłoni trzymał wielki miecz o poszarpanej krawędzi, którym machał wokoło, rozrzucając na boki przerażone slaady. Nagle jego krwawoczerwone oczy znieruchomiały, gdy zobaczył przed sobą odzianą w mrok figurę Ygorla. Potworne wycie wydarło się z piersi Bestii, i dwa tytaniczne potwory rzuciły się na siebie.

Dragon Coast
Priapurl drogo zapłacił za swój opór. W chwili, gdy walki na ulicach dobiegły wreszcie końca, w miasteczku zostało żywych tylko siedemnastu z tysiąca obrońców. Straty po stronie atakujących były prawie trzykrotnie wyższe - ale największą cenę poniosło całe miasto. Priapurl był stosunkowo małą miejscowością, z architekturą głównie drewnianą - gdy podczas walk zaprószył się ogień, nie było nikomu go ugasić. Ludzie w większości zdołali się ocalić, ale miasto, poza pojedyńczymi (zwykle kamiennymi) domami, spłonęło kompletnie - włącznie ze znaczną częścią palisady. W efekcie, gdy po pochowaniu poległych wojska Tethyru wreszcie ruszyły, nie zostawiły za sobą garnizonu - nie było już ku temu żadnego powodu.

W Elversulcie również było krwawo, choć z zupełnie innego powodu. Gdy dowódca kontyngentu z Westgate - Majeh Scourgebringer, oświadczył, że mimo przeważających sił wroga i słabych pozycji obronnych (Elversult również nie rozrósł się do rozmiarów jakie uzasadniałyby wybudowanie porządnego, kamiennego muru i musiał zadowolić się drewnianym), oraz wbrew głosom wojsk Eversulckich, miasto będzie bronić się do ostatniej kropli krwi i do ostatniego mieszkańca. Oszalały z bólu po otrzymaniu wiadomości o losie jego rodzinnego miasta Scourgebringer nie przewidział, jakie konsekwencje te rozkazy wywołają.
Gdy wojska Tethyru wreszcie rozpoczęły szturm, na wieżach obronnych pojawiły się białe flagi, a przez główną bramę wyszły smętne resztki garnizonu miejskiego - ci, którzy przeżyli walki, które wybuchły gdy w gniewie, krzycząc coś o tchórzach i zdrajcach Majeh przebił swym mieczem władczynię Elversultu, Yanseldarę.

Sespech (i okolice)
Pod Kagarr dotarła główna kolumna wojsk Calimshanu. Rozstawiwszy i umocniwszy obóz w bezpiecznej odległości rozpoczęły one spokojne i systematyczne tworzenie systemu umocnień przygotowawczych pod oblężenie miasta. Sypano stanowiska dla wielkich trebuszy oblężniczych. Do lasu wysłano zagony po drewno do budowy wież strażniczych, dodatkowych drabin i taranów. Dżiny i jeźdźcy patrolowali okolicę, a magowie obłożyli obóz serią zaklęć alarmowych, mających wykryć wszelkie próby wtargnięcia na jego teren - w szczególności, dodano dodatkowe alarmy i bariery przeciw istotom innoplanarnym.

Ze strony Yhepu szła druga grupa wojsk, zamierzając wkrótce spotkać się z wojskami południowego sąsiada pod Kurrsh.

Calimshan
Dwie godziny minęły, zanim główne wojska Calimportu dotarły do dziedziny Młota. Nie dowodził już nimi Fahd yn Ralan el Pesarkhal, sułtan dziedziny Armady, gdyż miejsce Syl-Paszy Fahda el Pesarkhala było w pałacu, pod dobrą strażą. Abbas yn Akkabar el Quaahl - Sułtan dziedziny Piór i Wielki Wezyr Calimshanu dbał właśnie, by luki w zaklęciach ochronnych, które umożliwiły dostanie się do środka osobie niepowołanej zostały załatane. Tym razem planowano w tym miejscu wykorzystać odkryte niedawno przez światłych naukowców Calimu zaklęcie Mythalu.
W miejsce poprzedniego dowódcy wojskami kierował - z bezpiecznej odległości, niemłody już ale doświadczony i zasłużony generał Haseid el Khalid.
Tytaniczne starcie Ygorli i Kazgorotha, które zakończyło się remisem i zniszczeniem ich ziemskich form, wprowadziło dużo zamieszania w szeregi już i tak wybitnie zdezorganizowanych slaadów, co dało wojskom okazję do oczyszczenia z niebezpieczeństwa sabbanów Tyrbos i Amyra. Wygnanie ich przywódcy spowodowało, że strumyczek nowych slaadów jakie przechodziły przez portale urwał się - a i te które były w mieście przejawiały znacznie mniejszą chęć do walki i znacznie częściej przypominały sobie, że mają coś do zrobienia w domu.

Mimo tego, walki potrwały jeszcze wiele godzin, i kosztowały życie kolejnych kilku tysięcy gwardzistów, zanim wreszcie wycięto wszystkie slaady w mieście i zapieczętowano ostatnią bramę.

Limbo
Gdy Ygorl, znacznie osłabiony po walce pojawił się na powrót w Limbo, pierwszą rzeczą którą zobaczył była rozciągnięta w nieszczerym uśmiechu paszcza Bazim-Goraga - chwilę potem Firebringer wytrącił kosę z osłabionej łapy Władcy Entropii, a szponami drugiej ręki rozerwał mu gardło.

Westgate
Huragan szalał na całego, a w jego środku walka trwała nadal. Bezimienny zrezygnował już zupełnie z używania technik ogniowych (przy tej pogodzie ich moc była znacznie osłabiona), polegając głównie na mocy wiatru i błyskawicach. Karel atakował mieczem i błyskawicami, od czasu do czasu sięgając po mroczniejsze moce. Obydwaj mieli poszarpane i pocięte ubrania, pomimo zdolności regeneracyjnych każdy z nich nosił też ślady licznych, choć powierzchownych obrażeń. Wokół nich roziągały się ruiny i kratery, dając świadectwo skali walki, jaką od godziny toczyli.
- Młot powietrza - wyszeptał poring, wyciągając rękę i odskakując w tył na dużą odległość. Potrzebował chwili spokoju i koncentracji, o które przy walce w bliskim zasięgu było trudno.
Uderzenie powietrza odrzuciło do tyłu nie tylko Karela, ale i szybującego nadal poringa. Gdy obydwaj wylądowali, oddzielało ich ponad dwieście metrów prostej przestrzeni.
- to powinno wystarczyć - pomyślała Istota, wznosząc włócznie do góry, ostrzem ku niebu. Huragan jakby przycichł, a potem cały wiatr zaczął zwijać się wokoło włóczni, tworząc okrążające ostrze miniaturowe tornado, które obracało się coraz szybciej i szybciej, sypiąc również na boki wyładowaniami.

_________________
We are rock stars in a freak show
loaded with steel.
We are riders, the fighters,
the renegades on wheels.

The difference between fiction and reality? Fiction has to make sense.
Powrót do góry Zobacz profil autora
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość
Ysengrinn Płeć:Mężczyzna
Alan Tudyk Droid


Dołączył: 11 Maj 2003
Skąd: дикая охота
Status: offline

Grupy:
AntyWiP
Tajna Loża Knujów
WOM
PostWysłany: 14-01-2010, 18:42   

Chrysos przygotował operację z sobie właściwą starannością i pracowitością. Zgromadził znaczne zapasy, skoncentrował praktycznie całą flotę powietrzną Lazarusa, na którą załadował w Wielkiej Rozpadlinie wielką armię. Następnie podzielił te siły na dwie eskadry - pierwsza miała dowieźć posiłki na Przełęcz Uthangolską i uniemożliwić wrogu jej odzyskanie. Gwendolyna miała poprowadzić drugą, w której składzie było wyjątkowo dużo magów i kapłanów, by wykonać trudniejsze zadanie - odnaleźć w sercu Równiny Czarnego Popiołu opuszczoną i zapomnianą wielką cytadelę, przepędzić z niej jakiekolwiek starożytne zło tam napotkają i obsadzić. Gdyby przedsięwzięcie się powiodło byłby to potężny cios dla nieprzyjaciela, który na własnym terenie musiałby oblegać potężną twierdzę na zupełnym pustkowiu, albo liczyć się z niszczącymi wypadami z niej.

Nim jednak obie flotylle się rozdzieliły otrzymał wstrząsającą wiadomość od dowódcy oddziału który już stał na przełęczy - przybysze odeszli, pozostawiając swe imperium samemu sobie. Obecnie jedyną władzą Untheru byli mierni i skorumpowani karierowicze, wyniesieni przez Bractwo tak wysoko, że bez jego opieki nagle poczuli lęk wysokości. Armia nagle straciła większość kadry oficerskiej i praktycznie rozpadła się, większość żołnierzy po prostu rozeszła się do domu by pomóc przy żniwach. Była to zupełnie nieprawdopodobna informacja, w którą nigdy by nie uwierzył - gdyby nie przekazały jej dwa tysiące przerażonych Untherczyków, którzy przybyli przed jego ludzi i rzucili broń, prosząc o łaskę. Wkrótce potwierdzili to zwiadowcy i raporty wywiadu, informując o zamieszkach, grabieżach i formowaniu się zbrojnych band dezerterów w całym kraju. Cała misterna, budowana od miesięcy konstrukcja zawaliła się niczym domek z kart.

Jednocześnie był to kraj pozbawiony jakichkolwiek bogów, którego mieszkańcom groził po śmierci straszliwy los - ich dusze miały zostać wtopione na wieki w przerażający Mur Niewierzących. Nie można było tego tak zostawić.

- Gwendolyno, Twoja dotychczasowa misja nie ma już sensu strategicznego. Udasz się zamiast tego do Unthalass, stolicy Untheru i przejmiesz tam władzę.
- Oszalałeś?! Mam najwyżej dwadzieścia tysięcy ludzi!
- Wystarczy w zupełności do tego zadania, a wkrótce będziesz miała dziesięć razy więcej. Muszę natychmiast wydać odpowiednie rozkazy w Rozpadlinie i przede wszystkim poinformować Lazarusa i Valamira. Nie możemy zostawić tych nieszczęśników z ich okrutnym losem - jak tylko się umocnisz zacznij głosić chwałę swej bogini i nawracać ich. Jeżeli nie damy im boga, którego mogliby czcić czeka ich wieczne potępienie.
- Dobra. Mam jednak nadzieję, że nie zostawicie nas na lodzie.
- Masz moje słowo.

* * *

Ysengrinn i Valamir mierzyli dwóch Halruaańczyków podejrzliwymi i bardzo mało przyjemnymi spojrzeniami. Magowie zdawali się tym nie przejmować, a przynajmniej bardzo starali się sprawiać takie wrażenie.

- Nie macie powodów by z nim trzymać - zauważył wyższy z nich. - Zostaliście tu ściągnięci przemocą i przemocą zmuszeni do złożenia wiążącej was przysięgi.
- Nie widzę też powodów dla których mielibyśmy trzymać z wami.
- Chcemy uczynić z was sojuszników i przyjaciół, współrządzących halruaańskim imperium.
- Szczerz mówiąc niewiele nas to wielkie siedlisko pogaństwa i zabobonu obchodzi. Dlaczego mielibyśmy chcieć nim rządzić?
- Prawda, jesteście bardzo pobożnymi ludźmi... Nie chcielibyście podarować swym bogom milionów nowych wyznawców?
- ... Słucham?
- Lazarus nigdy się na to nie zgodzi... Ale my jesteśmy gotowi uczynić Sześcioro Bóstw oficjalnym panteonem imperium Halruii. Nam, magom, to naprawdę nie robi różnicy...
- ... A jest na naszych ziemiach wiele niezbyt przyjemnych kultów, które należałoby wyplenić. Dla ich wyznawców religia Sześciorga może okazać się kuszącą alternatywą, jeżeli znaleźć odpowiednie argumenty na jej poparcie...
- Kuszące, nie powiem. Zdajecie sobie chyba jednak sprawę, że nie jesteśmy wam w stanie pomóc w tym spisku?

- Nie prosimy was o pomoc w zamachu. Chcemy tylko, byście dopilnowali, że ta budowla się nie zawali gdy usuniemy główną podporę.

* * *

Wojska Skirgaily dotarły do Kurrsh, gdzie zbratały się z armią Calimshanu. Dowódcy ustalili plan współpracy i obydwie armie ruszyły w kierunku brodów na Nagaflow.


* * *

Na mocy ugody pomiędzy dwoma mocarstwami w Messemparze otworzono portal w enklawie Thay, przez który wkrótce zaczęły przelewać się halruaańskie wojska prosto z metropolii. Nikt w mieście nawet nie myślał o obronie, wszyscy dotychczasowi poplecznicy MAC albo uciekli, albo przybiegli zapewnić dowódcę o swym poparciu i gotowości do usług. Wielotysięczna armia rozlała się po całej północy i ruszyła na południe, w kierunku stolicy.

Gdy maszerowali doszły ich słuchy o objawieniu się tam potężnej bogini, której u stóp wyrastały kwiaty i zioła, a która pocieszała strapionych Untherczyków i obiecywała im rychłą poprawę losu. Im bardziej wojska zbliżały się do Unthalass, tym bardziej drogi zapchane były rzeszami pielgrzymów, pragnących ją ujrzeć i oddać się pod jej opiekę.

_________________
I can survive in the vacuum of Space
Powrót do góry Zobacz profil autora
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość Odwiedź galerię autora
Daerian Płeć:Mężczyzna
Wędrowiec Astralny


Dołączył: 25 Lut 2004
Skąd: Przestrzeń Astralna (Warszawa)
Status: offline

Grupy:
Tajna Loża Knujów
PostWysłany: 14-01-2010, 21:48   

Spod piasków pustyni, dzień drogi od Skuld dobiegły powolne, głuche dźwięki. Potężny kształt giganta podnosił się spod piasków, pnąc się na powierzchnię. Zamek Endariona wyłaniał się na powierzchnię. Piasek osypywał się ze szczytów siedmiu bocznych stalagnatów i gigantycznego centralnego, wyrzeźbionego w kształt niezwykłej wieży.
Zamek osiadł na piaskach pustyni - po czym otworzyły się dziesiątki wrót, z których wychodzili wojownicy, formułując szyki. Wojska stacjonujące wcześniej wymaszerowały z zamku, z portali wychodzili zaś kolejni żołnierze. Z wielkich wrót otwartych na szczycie wyleciały smoki.
Operacja trwała wiele godzin, ale zakończyła się całkowitym sukcesem.

Na mury zamku wytoczono działa. Magowie zajęli pozycje.

I wtedy dłonie drowich magów opadły na specjalne kryształy na pulpitach sterujących. Podniosła muzyka operowa rozbrzmiała potężnymi tonami. W dźwiękach utworu Wagnera i wśród błyskawic gigantyczny drowi zamek wzniósł się w powietrze, a potem majestatycznie popłynął w stronę Skuld. Przed nim maszerowała armia, zaś w powietrzu szybowały smoki.

Do stolicy Mulholarandu mieli dotrzeć w ciągu zaledwie jednego dnia. Faraon siedział w sali tronowej razem z Daerianem, czekając na chwilę, gdy powróci na należny mu tron.
Wydawało się niemożliwe, by armia stolicy zdecydowała się wystąpić przeciwko jego władzy - a nawet jeśli, jej zmiażdżenie byłoby jedynie formalnością.

_________________
Powrót do góry Zobacz profil autora
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość
 
Numer Gadu-Gadu
3291361
Karel Płeć:Mężczyzna
Latveria Ruler


Dołączył: 16 Kwi 2009
Skąd: Who cares?
Status: offline

Grupy:
Syndykat
WOM
PostWysłany: 14-01-2010, 21:58   

~Cóż to? - pomyślał szermierz obserwując jak to Poring zbiera się do ofensywy. Pytanie tylko co ma zamiar użyć? Tak czy siak trzeba było mu w tym przeszkodzić. Karel rzucił się w stronę przeciwnika chcąc przerwać przygotowania do ofensywy. Już miał go ciąć gdy zdał sobie że jest za późno. Włócznia była wycelowana prosto w niego - ba prawie dotykała jego piersi. Z tej odległości nie było jak zrobić uniku.
- Raaaaaggghhhh! - ryknął Karel gdy został porwany przez wiatr i pioruny ku niebu. Wznosiło go coraz wyżej i wyżej aż zniknął jako mała kropeczka na nieboskłonie. I wtedy zza chmur w których zniknął można było zobaczyć błysk po czym szara pokrywa rozstąpiła się ukazując idealny otwór.
- No to by było na tyle. Fajnie było tylko szkoda że tak szybko. - wzruszyła ramionami Istota i zamyśliła się. Co teraz? Czym teraz zająć swoją wciąż poszukującą wrażeń osobę. Te rozmyślania przerwał mu odgłos uderzania ciała w podłoże. Podniósł wzrok - to z pewnością musiało być ciało pułkownika. I wtedy ku jego zdumieniu, nieskończenie powoli ciało podniosło się na nogi.
- Ty....ty $%&*^&#^(* - zaklął szpetnie Karel po czym obrzucił Poringa stekiem wyzwisk tak straszliwych że nawet burdelmamom w Calimporcie włosy stanęłyby dęba. Niektóre z nich Bezimienny słyszał po raz pierwszy więc notował je sobie w pamięci. To były przekleństwa tak złe że aż dobre.
- Będziesz umierał powoli i w męczarniach.....już wiem kim jesteś - tam na górze miałem wizję. Fufufufu myślisz że nie jestem w stanie zranić twojego prawdziwego ciała? - tu kruczowłosy z wysiłkiem podniósł do góry Raikomaru. Ostrze było czyste gdyż jak do tej pory nie dosięgło ciała Poringa.
- To ostrze jest w stanie zranić nawet....bogów - powiedział z wysiłkiem - w tym w postaci astralnej. Hah...hah - zadyszał.....po czym podniósł jedną rękę do twarzy.
- Umbro - powiedział i w tej chwili otoczyły go ciemności. Wirowały wokół niego niczym tornado strzelając zielonymi piorunami. Równie nagle rozstąpiły się ukazując demona z absolutnej ciemności. Czterometrowego demona trza zaznaczyć. Poringa Atsralnego trudno było zaskoczyć. Chociaż to nie do końca prawda - ciągle był zaskakiwany. To oczywiste jeśli każde możliwe wydarzenie traktuje się indywidualnie. Można więc stwierdzić ze miał pewien poziom stałej zaskoczonej. Na tyle tyle stały że według jego zdziwienia można by zbudować zaskoczeniograf. Jednak nawet jego zaskoczenie skakało wyżej....tak jak dzieje się z igłą przy trzęsieniu ziemi. Karelowi udała się ta sztuka. Beimienny spojrzał prosto w oczy odmienionego szermierza. To był zły wzrok....całkiem dosłownie, gdyż dwa promienie wystrzeliły z owych szmaragdowo świecących oczu. Promienie trafiły Istotę w pierś poniosły ze sobą i eksplodowały gdy uderzył w ruinę jednego z budynków.

_________________
"So come forth, Avenger. It is time to put our lingering dispute... to an end!"
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość
Velg Płeć:Mężczyzna


Dołączył: 05 Paź 2008
Status: offline

Grupy:
Tajna Loża Knujów
PostWysłany: 14-01-2010, 22:19   

Horda stanęła wreszcie przed bramami Rauthilu. Tam władał Talashan, wielkiej wagi (dwieście kilo żywej masy!) despota lokalny. Do władzy wyniósł go okres chaosu, który towarzyszył okupacji kraju przez MAC. Wtedy właśnie poznał smak wolności – i nabrał przekonania, że wolno grabić i gwałcić ile popadnie, albowiem bogów nie ma. Przeto, zdeterminowany był bronić swoich proregatyw jako przywódcy zbrojnej siły dwunastu tysięcy fellachów nawet za cenę życia ludzi, którymi dowodził.

Nie wszyscy ludzie, którzy mu towarzyszyli, podzielali przekonanie o celowości takowych działań. W szczególności, protesty podnosiła część, która jeszcze nie zasłużyła sobie na serdeczną nienawiść wszystkich organów ścigania, które kiedykolwiek miały pojawić się w Mulhorandzie. Podnosili oni nieśmiałe protesty, zaczynające się zawsze od słów „Siać prosim, panie...” - i tłumione lakonicznym zapewniemien, że „Oni obsieją, a my weźmiemy”. Kim „oni” mieli być, nikt nie wiedział... Jednak szeptano, że Talashan zamyśla o wyprawie do „dziwnej ziemi potężnych magów, którzy jedzenie tworzą”, bowiem w okolicy jak okiem sięgnąć nikt nie myślał nawet o uprawach.

Druga, bardziej zdemoralizowana część wojsk, również nie miała nic przeciwko zasiewom. Niemniej, animozje pojawiały się, jeśli chodzi o planowany podział dóbr. Otóż, propozycje były ze sobą sprzeczne... Dziwić się więc nie należało, że kiedy szare orki stanęły przed skłóconym miastem, co porządniejsi ludzie cichutko czmychnęli z armii – spaliwszy uprzednio most, aby ich pryncypał nie pogonił za nimi. W tej sytuacji, upadek miasta był oczywisty. Rauthil upadło i zostało splądrowane.

***


Tymczasem, w jedynym niespalonym skrzydle pałacu faraona obradowali strategowie. Zdarzyło im się obradować nad mapą okolic stolicy. Było to o tyle trudne, że żaden z nich nie umiał przeczytać tej mapy – przez co pełniła ona głównie funkcję fetyszu, służącego do łatwiejszego przyporządkowania sobie żołnierzy.

- Zaatakujmy ze strony drogi do Ghel... khy... aneth na zach... chłód! – powiedział najstarszy rangą. Żaden z nich nie miał pojęcia, gdzie jest zachód (gdzie jest Gheldaneth, też zresztą nie), lecz z uwagi na tuszę stratega zgodzili się na jego propozycję.
- Ale będą mieli miecze...! – wyrwało się jednemu z nich.
- ...
- ...

Ilości uwagi, które poświęcali temu trudnemu zagadnieniu dowódcy, były wręcz wyczuwalne. W tym momencie jednak jeden z mulańskich żołnierzy krzyknął:

- Moja matka żyła w Nelderildzie...! – po czym przytknął ręce do pancerza...

Pałacem wstrząsnął potężny wybuch, który zniszczył zarówno dowództwo armii, jak i ostatnie zachowane skrzydło pałacu.

***


Tymczasem, ciało Manshoona w Westgate zginęło. Zginęło – i jego miejsce zajęło szesnaście klonów, każdy płonący szaleńcem Istoty, która utworzyła się z jego fuzji z Wolandem. Szesnaście wściekłych istot, każda płonąca furią, uniosły się w powietrze – i uderzyły wszystkimi formami energii w Karela.

_________________
Powrót do góry Zobacz profil autora
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość Wyślij email Odwiedź listę obejrzanych anime / przeczytanych mang
Bezimienny Płeć:Mężczyzna
Najmniejszy pomiot chaosu


Dołączył: 05 Sty 2005
Skąd: Z otchłani wieków dawno zapomnianych.
Status: offline
PostWysłany: 15-01-2010, 16:15   

Westgate
Bezimienny powoli podniósł się po trafieniu. Z rany na jego piersi, która zasklepiała się wyjątkowo powoli, wydobywały się smugi cienia. Włócznia gdzieś zniknęła, ale na prawym ramieniu znajdował się metalowy ochraniacz, którego jeszcze przed chwilą tam nie było. Karel widział, jak wokół ciała Istoty gromadzą się kłęby mocy, spowijając ją coraz większym , choć niewidocznym dla śmiertelnego oka kokonem. W okolicy coś jakby się zmieniło. Wojownik cieni nie widział nic niezwykłego, ale nadal miał wrażenie, jakby świat wokoło został nieco...zmieniony.

Kilkadziesiąt metrów dalej, jedna grupa bohaterskich obrońców miasta naciągała właśnie kusze, gdy dosięgła ich fala rozszerzającej się, uwolnionej wreszcie Aury. Kusza pierwszego wystrzeliła prosto w niebo, gdy jeden z kamieni usunął się z pod jego nogi podczas podchodzenia do krawędzi krateru w którym się ukrywali. Drugi po prostu źle wycelował, i bełt z jego kuszy przeleciał niezauważony jakieś kilkanaście metrów nad głową Istoty. Trzeci przycelował bardzo starannie - i dokładnie w chwili, w której miał wystrzelić, w kark wbił mu się powracający z niebios bełt pierwszego ze strzelców.

Efekty te podzieliły się jednak dość nierówno - na przykład, z szesnastu Manshoonów-wolandów tylko dwóch zostało wyłączonych z walki. Pierwszy z nich zginął, gdy rzucone przez niego zaklęcie wybuchło dużo bliżej, niż zamierzał. Drugi nadal żył, ale zmuszony był uciekać przed magiczną chmurą żrącego kwasu, która, zamiast polecieć na Karela, zdecydowała się gonić za swym stwórcą.

- Miecz, który rani nawet bogów - Głos który dobiegł od strony Istoty niewiele przypominał jej wcześniejsze, radosne odzywki. - Cóż, trzeba będzie się go pozbyć, najlepiej z całą ręką - oznajmił młodzieniec głosem który wyprany był z jakichkolwiek emocji.
W ręce, wyciągniętej w stronę karela zaczęło się coś formować, i po chwili Bezimienny trzymał w ręku długi, prosty miecz o białej klindze. Wokół miecza leniwie krążyły płonienie, ale w stosunku do tego co dotychczas tu zaszło, wydawał się zupełnie niegroźny - było to, oczywiście, bardzo dalekie od prawdy. Ostrze, zwane Nadzieją (choć pochodzenie tej nazwy dawno zostało już zapomniane - nawet przez samego Bezimiennego) pulsowało mocą, a Istota czuła je tak, jakby stanowiło przedłużenie jej własnego ciała (bo, szczerze mówiąc, ostrze faktycznie było cześcią materialnej postaci Istoty).
- Zobaczymy, ile zdążyłem już z tego zapomnieć - stwierdził Bezimienny, idąc w kierunku przeciwnika, a jednocześnie tkając lewą ręką jakieś zaklęcie - a następnie ruszył szybszym krokiem, w coraz bardziej powiększającej się, lecącej na przeciwnika hordzie tęczowych motylków.

_________________
We are rock stars in a freak show
loaded with steel.
We are riders, the fighters,
the renegades on wheels.

The difference between fiction and reality? Fiction has to make sense.
Powrót do góry Zobacz profil autora
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość
Velg Płeć:Mężczyzna


Dołączył: 05 Paź 2008
Status: offline

Grupy:
Tajna Loża Knujów
PostWysłany: 15-01-2010, 18:25   

Czternastu Manshoonów westchnęło. Magia na normalnym poziomie spływała po nieprzyjacielu jak po kaczce. Wciąż sięgali po silniejszą magię i niedługo mieli sięgnąć po najsilniejszą znaną sobie magię. Bolała ich świadomość, że co wykorzystają przeciw nieprzyjacielowi, tego nie będą mogli użyć przeciw sobie. Zaczęli więc pleść czary, uprzednio zajmując strategiczne miejsca na dachach największych budynków Wrót Zachodu. 

- Wszechmiłość zmyta w krwi - i wszechcierpienie...! - wyrwało się im wszystkim z ust i wnet... Przemienili się.

A po przemianie działali już razem, na podobieństwo kręgu. Potężne pioruny, ogień, zabójczy wiatr  - to wszystko było produktem szaleństwa, które ponownie ogarnęło czarodziejów. Wszystko to stworzone było z ich sił życiowych, z czego musieli zdawać sobie sprawę. Jednak, nie mogli już przestać tkania swojego labędziego śpiewu, swoich ostatnich czarów... 

_________________
Powrót do góry Zobacz profil autora
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość Wyślij email Odwiedź listę obejrzanych anime / przeczytanych mang
Wyświetl posty z ostatnich:   
Strona 33 z 36 Idź do strony Poprzedni  1, 2, 3 ... 32, 33, 34, 35, 36  Następny
Ten temat jest zablokowany bez możliwości zmiany postów lub pisania odpowiedzi
Nie możesz pisać nowych tematów
Możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików
Nie możesz ściągać załączników
Dodaj temat do Ulubionych


Skocz do:  

Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group