FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy
RejestracjaRejestracja  Galeria AvatarówGaleria Avatarów  ZalogujZaloguj

Poprzedni temat :: Następny temat
Idź do strony Poprzedni  1, 2, 3, 4, 5 ... 11, 12, 13  Następny
  Kampania MAC na ziemiach Gondoru
Wersja do druku
Avalia Płeć:Kobieta
Love & Roll


Dołączyła: 25 Mar 2007
Skąd: mam wiedzieć?
Status: offline

Grupy:
AntyWiP
PostWysłany: 17-01-2009, 10:34   

Patriarcha wyszedł z komnaty Avalii może nie do końca zachwycony ale na pewno z uśmiechem. Dziewczyna owszem przyjęła pierścionek mimo iż i tak była jedyną zoną kic'a. Ale i tak z Nabu nie zarwała.
Dochodziła pora kolacji, a sama białogłowa stwierdziła, że jednak burczy jej już w brzuchu, dlatego przebrała się w trochę postrzępione/potargane spodnie i czarny golf bez rękawków. Wtedy stwierdziła, ze brak jej Leny, ale nie miała jak po nią się wybrać bo nie bardzo wiedziała w jakiej części multi ta mała wylądowała.
Wracając do rzeczywistości, Avalia wybrała się do jadalni na jakiś posiłek. Kiedy weszła do ogromnej sali wydała z siebie malownicze "ehh" gdyż miejsc wolnych tam zabrakło. Nie mniej postanowiła wziąść to co jeszcze w kuchni zostało i przysiadła sobie na parapecie zajadając się swoim ulubionym spaghetti. Co prawda ów danie nie było w menu, ale kucharki z powodu braku czego innego szybko to przysądziły.
- Ciekawe jak im idzie ta kampania - mruknęła nawijając makaron na widelec.
Przejdź na dół Zobacz profil autora
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość Wyślij email
Bezimienny Płeć:Mężczyzna
Najmniejszy pomiot chaosu


Dołączył: 05 Sty 2005
Skąd: Z otchłani wieków dawno zapomnianych.
Status: offline
PostWysłany: 17-01-2009, 10:48   

Ciała wszystkich dwunastu orków leżały w kałużach krwi. Kitkara wykonała swoją misję idealnie - popełniła tylko jedną, drobną pomyłkę. W swojej historii nie widziała wielu wsi - być może dlatego uznała dwa wyższe od reszty budynki za wieże strażnicze (których przecież małe i niewyposażone we własne garnizony wsie rejonu Anfalas nie posiadały).
Ogień z płonących młyna i spichlerza szybko rozprzestrzeniał się na resztę wioski oraz na pobliskie pola. Przerażona ludność próbowała go gasić, ale bezskutecznie - ogień był zbyt silny i rozprzestrzeniał się zbyt szybko.
Gdy ogień się dopalił, widać było, że wioska nie nadaje się do odbudowy - zwłaszcza w obliczu nadchodzącego nieprzyjaciela. Chłopi nie mieli innego wyjścia, jak tylko spakować to, co udało im się ocalić z popiołów i udać się na wschód, niosąc ze sobą wieści o nowych przybyszach - istotach przerażających, o wiele bardziej niszczycielskich i okrutnych nie tylko od orków Mordoru (którzy co prawda zażądali jedzenia i nie mieli zamiaru płacić, ale samej wioski i ludności nie tknęli), ale nawet od siepaczy tyrana Denethora. Wieść rozchodziła się po kraju szybko - nadchodzące armie MACu mogły być pewne, że od teraz spotkają się z wrogością mieszkańców (już i wcześniej podejrzliwie nastawionych do wszystkich obcych). Mogły być też pewne, że długo nie minie zanim wieści te - najprawdopodobniej sporo wyolbrzymione, jak to takich wypadkach bywa, przedostaną się na już przez nich kontrolowane terytoria.

***
W miejscu stacjonowania resztek floty MACu odgrywała się powtórka wydarzeń sprzed kilku dni. Tym razem jednak razem ze statkami napastników (w o wiele mniejszej ilości - nie było już potrzeby demonstracji siły, wysłano więc tylko tyle okrętów, ile było potrzebnych do tego zadania) przybył Khamul - jeden z Nazguli. To on właśnie, przenikając swym upiornym wzrokiem wszelkie iluzje pokazywał, gdzie uderzać a co ignorować. Tym razem żadnych ocalałych nie było.

***
Velg poganiał swojego pegaza, próbując równocześnie przezwyciężyć nadchodzącą senność. Wiedział, że zanim wyląduje musi się oddalić jak najdalej od Selerondu.
Stanowczo nie docenił Aragorna. Nie ufał mu i pamiętał, by kontrolować poczynania jego wojsk, ale zapomniał o czymś innym - o kuchni. Trucizna, jaką ten dysponujący szeroką wiedzą zielarską spadkobierca Królów Północy dodał do jedzenia zabiłaby każdego normalnego człowieka - i Velg był pewien, że większość z jego żołnierzy spotkał taki właśnie los. Ci którzy pozostali też zresztą nie mieli przed sobą lepszych perspektyw - jedną z pierwszych rzeczy, jaką zrobiły oddziały wierne Aragornowi było zabezpieczenie bram, portu oraz stajni z pegazami. Tylko szczęściu Velg zawdzięczał, że Siluya akurat tam nie było.
Na pomoc reszty armii też nie mógł specjalnie liczyć - tu również Aragorn wykazał się sprytem, czekając aż wojska MACu przeprawią się przez rzekę i pomaszerują dalej w głąb Gondoru, zostawiając w mieście tylko batalion zaopatrzenia i szpital polowy.
Podzielenie armii w obliczu wroga nie wchodziło w grę, a cofnięcie się by odbić Selerond wiązałoby się ze stratą cennych dni. Czego jak czego, ale czasu armia MACu nie miała w nadmiarze - każdy dzień opóźnienia oznaczał więcej wojsk czekających na końcu (z Mordoru wciąż wylewały się strumienie posiłków) oraz mniej zapasów przechwyconych po drodze - a nowe sygnały mówiły, że chłopi na aktualnie zdobywanych terenach nawet sami, bez udziału sił Gondoru (czy Morgulu) kryją się po lasach, niszcząc lub chowając zapasy żywności by te nie dostały się w ręce wroga.
Odlatując, Velg widział jeszcze, jak przez oczyszczone przez Gondorczyków podejścia do brzegów twierdzy dobijają barki niosące oddziały Umbaru.

***
Sauron obserwował przez palantir marsz kolumn przybyszów. Patrzył na rozmiar armii przeciwnika, tempo jej poruszania się i rozważał sytuację strategiczną.
- Jak oni zamierzają się wyżywić? - Nawet w głosie zazwyczaj wyjątkowo opanowanego Króla Nazguli dało się słyszeć zdziwienie.
- Z trudem, z trudem - odpowiedział mu z satysfakcją Mroczny Władca - W swoich kalkulacjach musieli założyć dostarczanie zapasów drogą morską, przechwycenie zapasów Gondoru, oraz szybki marsz i łatwe zwycięstwo. Wedle moich obliczeń, nawet jeśli na okrętach oprócz samej armii przewożono wyłącznie żywność (co oznaczałoby, że będą mieli braki gdzie indziej), nawet jeśli zdążyli ją całą wyładować (co biorąc pod uwagę czas jaki na to mieli jest mało prawdopodobne) i jeśli wszystkie zapasy zabrali ze sobą, zamiast ustanowić normalną linię zaopatrzenia (przechodzącą przez Selerond, więc obecnie bezużyteczną) to żywność skończy im się niedługo po dotarciu do Minas Tirith. Oczywiście, o ile zaczną zjadać konie. Jakoś nie sądzę, by potrafili się zdobyć na duplikowanie orczych metod aprowizacji awaryjnej. Nawet jeśli zajmą miasto z marszu - tu Sauron roześmiał się głośno - to czeka ich głód. Jeśli nie zajmą go z marszu...
- tu nawet na tym co zostało z twarzy Czarnoksiężnika pojawił się szeroki uśmiech.

- Wydaj rozkazy Grisznakowi. Ma pchnąć oddziały do nękania kolumny MACu na każdym kroku. Ma atakować małymi grupkami w dzień i w nocy, nie pozwalając ich wojskom odpocząć. Ma likwidować oddziałki zwiadowcze. Ma markować ataki i wciągać ich w zasadzki. Ma upewnić się że wszystkie zapasy żywności na drodze ich marszu zostaną wysłane do Minas Tirith, zjedzone, zatrute lub zniszczone. Jeśli mu się uda, ma też spróbować zniszczyć jak największą część zapasów przeciwnika. Konie ma oszczędzać - koń je tak lekko licząc tyle, co pięciu piechurów. Im więcej mają kawalerii, tym szybciej zgłodnieją. Chcę, by ta armia dotarła na pola Pelennoru głodna, zmęczona, schorowana i zdesperowana.
- A ta ich latająca forteca? - zapytał Czarnoksiężnik - Wygląda na potężną broń sama w sobie.
- Odnośnie jej mam specjalne plany. Zobaczysz.

Władca Barad Duru był zadowolony. Zapowiadał się piękny dzień.

_________________
We are rock stars in a freak show
loaded with steel.
We are riders, the fighters,
the renegades on wheels.

The difference between fiction and reality? Fiction has to make sense.
Powrót do góry Zobacz profil autora
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość
Costly Płeć:Mężczyzna
Maleficus Maximus


Dołączył: 25 Lis 2008
Status: offline

Grupy:
Melior Absque Chrisma
PostWysłany: 17-01-2009, 11:50   

Costly przyjmował jeden raport za drugim. Przeciwnik podejmował szereg akcji uprzykrzających życie armii MAC. Dodając do tego zdradę Aragorna Costly ostatecznie uznał, że wydarzenia dotarły do punktu, gdy należy odsłonić już dwie ważne karty z tali Bractwa. Mroczny Kapłan starannie zastanowił się nad środkami. Kampania może potrwać jeszcze długo, było by dobrze, gdyby Bractwo nie musiało do ostatniej chwili pokazywać swojej prawdziwej mocy. Ale uwolnienie jej części w tym momencie było zapewne najrozsądniejszym wyjściem z sytuacji.

***

Niemożliwy do opisania huk poderwał do lotu wszystkie ptaki w promieniu kilkunastu kilometrów. Oto kościół, po wzniesieniu się jeszcze wyżej i zwiększeniu zasięgu dział, oddał pełną salwę w grupujące się w pobliżu trasy przemarszu armii MAC oddziały zaczepne wroga. Szereg akolitów biegał po całej twierdzy przekazując do artylerzystów informacje o położeniu wroga. Te starannie nanoszone na mapy przez kapłanów w Lustrzanej Komnacie co chwile były aktualizowane i wysyłane dalej. Kontrole nad całością Mroczny Kapłan Costly pozostawił Kasildzie.

Sam Molina analizował kwestie logistyczne. Ku jego zdumieniu wróg starannie niszczył wszelakie zapasy znajdujące się na trasie przemarszu wojska MAC. Bractwo mogło być spokojne o własne zapasy, kampania już podczas planowania rozpisana była na wiele tygodni i tak też zapasy zostały przygotowane. Część floty MAC, która nie zdążyła oddalić się w stronę kontynentu padła ofiarą ponownego ataku piratów. Utrudnia to ewentualne przysłanie wsparcia z ziem MAC, ale jeżeli wojna nie przeciągnie się powyżej planowanych terminów, to nie powinno to mieć znaczenia. Na dłuższą metę sytuacja ta może odwrócić się na korzyść Bractwa. Wróg skupia się na zapasach MAC, nie zastanawiając się w żaden sposób nad własną sytuacją.

Jedynym zmartwieniem mógł być proch. Skupiona w kościele magia sprawia, że zwykły proch zawodzi. Używana przez Bractwo mieszanka czarnego prochu i magicznego pyłu daje należyty efekt dopiero. Wedle obliczeń Kapłana poziom prochu powinien zaspokoić potrzeby kampanii. Jednak był to jedyny składnik, którego nie dało się uzupełnić na ziemiach Gondoru. Od przybycia tutaj uzyskano już spore liczby zapasów jedzenia czy wody. Komorzy armii MAC grupowali wszystko co możliwe, pomimo należytych zapasów zgromadzonych w fortecy. Kapłan pochwalał ich przezorność, nawet, jeżeli pod pewnym względem było to nadgorliwie.

Postępowanie okolicznej ludności było zupełnie nielogiczne. Z informacji odnośnie historii terenu, które udało się zgromadzić Bractwu wynikało, że okoliczna ludność prowadziła walki z Mordorem od tysiącleci. Każdy dorosły mężczyzna w tym kraju może wymienić członka swojej rodziny zabitego przez orka. Tym czasem okoliczna ludność nie dość, że orków nagle zaczęła słuchać, to jeszcze wraz z nimi współpracują. Przeciw ludziom. Nie pozostaje Bractwu nic innego jak odrzucić wszelakie zasady logiki podczas przyszłych spotkań z tubylcami.

***

Pracowani Fei Wang Reeda nie była zbyt przyjemnym miejscem. Costly jednak nie był też zbyt przyjemną osobą, dlatego bardzo dobrze pasował do otoczenia.

- Wyglądasz jak w domu Kapłanie. - Powiedział dostojnik spoglądając na gościa bez cienia wyrazu na twarzy.

Costly skłonił się lekko.

- Dziękuje.

- Z czym więc przybywasz? - Przeszedł od razu do rzeczy Fei.

- Wysłuchaj proszę mojej opowieści...

_________________
All in the golden afternoon
Full leisurely we glide...
Powrót do góry Zobacz profil autora
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość
Zegarmistrz Płeć:Mężczyzna


Dołączył: 31 Lip 2002
Skąd: sanok
Status: offline

Grupy:
AntyWiP
PostWysłany: 17-01-2009, 11:56   

Wraz z każdym przebytym kilometrem plotka o obcych najeźdźcach stawała się coraz ciekawsza. Spalono nie wioskę, tylko miasto. Nie jedno, tylko trzy. Zabito nie 12 osób, a 12 000. Nie orków, tylko ludzi. Nie dorosłych tylko dzieci. Nie zostali zabici w walce, tylko nabici na halabardy, upieczeni żywcem i zjedzeni. Smoczy Język nie mógł słuchać tych bzdur z poważnym wyrazem twarzy. Ich powtarzanie jednak jakoś nie sprawiało mu trudności. Nim pierwsi najeźdźcy pojawili się na horyzoncie cały Gondor drżał ze strachu i nienawiści przed najazdem nieznanych, obcych sił. Heroldów Gubernatora Mordoru przywitano więc z radością.

- Mieszkańcy Gondoru! - głos herolda brzmiał jak mosiężny dzwon. - Na Wybrzeżu wylądowały nowe, obce wojska. Najeźdźcy plądrują kraj, paląc i rabując! Dorosłych zabijają na miejscu po strasznych torturach, a dzieci pieką żywcem i zjadają na oczach matek! By zapewnić ludowi Gondoru bezpieczeństwo Gubernator Grima ogłosił powszechną mobilizacje... - aplauz, jaki wybuchł zagłuszył słowa herolda. - ...i ogłosił co następuje:
- Każdy mieszkaniec Gondoru, którego roczny dochód przekracza sto marek srebra, lub który zbiera ze swych pól powyżej trzystu worków przenicy, żyta, jęczmienia lub innego zboża ma obowiązek stawić się pod Minas Tirith. Ma wziąć ze sobą konia, lance, kopie lub włócznie, miecz lub topór bojowy, kolczugę i szyszak, tarczę okrągłą lub podłużną, dwa oszczepy do ciskania lub łuk i czterdzieści strzał, nóż lub sztylet i zapas żywności na dwa tygodnie.
- Każdy mieszkaniec Gondoru, którego roczny dochód przekracza pięćdziesiąt marek srebra lub który zbiera ze swych pól powyżej stu i pięćdzisięciu worków przenicy, żyta, jęczmienia lub innego zboża ma obowiązek stawić się pod Minas Tirith pieszo. Ma obowiązek zabrać ze sobą taki sam rynsztunek, jak opisano.
- Mieszkańcy Gondoru, których dochód roczny nie przekracza pięćdziesięciu marek srebra lub którym nie udały się zbiory, lub ci, którzy mają nieurodzajną ziemię, a takoż ci, co trudnią się rzemiosłem, pasterstwem, handlem lub usługami mają zebrać się w grupach po dziesięć osób i wybrać ze swych szeregów najsilniejszego i najzdrowszego. Stawi się on pieszo pod Minas Thirit, a towarzysze zakupią mu wspólnie rynsztunek jak wymieniono.
- Jeśli zaś ktoś ze słabego zdrowia, ze starości lub z braku ochoty nie zechce stawić się pod Minas Tirith ma obowiązek poszukać sobie zastępcy i zapewnić mu ekwipunek, z jakim sam powinien się stawić.
- Tak zebrane wojsko zapewni ludowi Gondoru protekcje!

_________________
Czas Waśni darmowy system RPG dla fanów Fantasy. Prosta, rozbudowana mechanika, duży świat, walka społeczna.
Powrót do góry Zobacz profil autora
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość Wyślij email Odwiedź stronę autora Odwiedź blog autora Odwiedź listę obejrzanych anime / przeczytanych mang
 
Numer Gadu-Gadu
1271088
Daerian Płeć:Mężczyzna
Wędrowiec Astralny


Dołączył: 25 Lut 2004
Skąd: Przestrzeń Astralna (Warszawa)
Status: offline

Grupy:
Tajna Loża Knujów
PostWysłany: 17-01-2009, 12:52   

Saruman był zadowolony z siebie. Mimo opóźnień, do jakich dopuścił, sytuacja nadal znajdowała się pod kontrolą. Przede wszystkim przeciwnik wyraźnie go zignorował... a to dało mu czas na dokończenie wielu projektów, które wyraźnie przydadzą się w wojnie.
Przede wszystkim, jego wspaniałe maszyny były już gotowe. Ale na razie nie wysłał ich bezpośrednio na pole bitwy, o nie... Cześć z nich zachował dla obrony Isengardu, a resztę posłał do swoich sojuszników... wspierane przez hordy piechoty będą w stanie powstrzymać każdą armię.

Zbuntowane orły i uruki znalazły natomiast wspólny język... obie rasy miały w końcu dosyć hegemonii ludzi i elfów (w przypadku orłów również ratowania ich bez najmniejszej wdzięczności za pomoc). Zaś pozbawione lotnictwa, z wyjątkiem jednego latającego kościoła (a próbowali trafić z armat orła... do tej pory nie mógł uwierzyć w takie marnotrawstwo cennego prochu i amunicji), armie przeciwnika nie miały żadnej możliwości odpowiedzenia na spadające z nieba bomby zapalające. Te nie były dość silne, by wyrządzić wiele szkód... gdyby nie to, ze bystre oczy orłów z dowolnej wysokości pozwalały bombardować w kolumnie wozy z żywnością, a co najlepsze - z magicznym prochem wroga. Gobliński ogień, którego woda nie była w stanie ugasić, rozrzucony siłą eksplozji powodował niewiarygodne straty zarówno w zapasach, jak i oddziałach. Zapasy wroga powinny wkrótce być już na wyczerpaniu.
Zakończony całkowitym sukcesem atak został oczywiście przerwany, nim wróg zdołał odkryć jakąkolwiek metodę przeciwdziałania. Natomiast iluzje, którymi posługiwał się przeciwnik zostały użyte... lecz doskonały magiczny wzrok palantiru, pokazujący jedynie prawdę, w połączeniu z przenikającym w znacznym stopniu iluzje wzrokiem orłów ponownie pokonał wrogie metody. Przeciwnikom wyraźnie brakowało finezji...

Poselstwo do Króla pod Górą zakończyło się pełnym sukcesem. W zamian za wsparcie militarne (już wysłane, w postaci dwóch pięknych nowych maszyn i oddziału Dunlendingów) otrzymał odpowiedni zapas mithrilu (niewielki, lecz wystarczający do jego potrzeb) oraz prawdziwy skarb - kości Smauga. Natychmiast przystąpił do pracy...

_________________
Powrót do góry Zobacz profil autora
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość
 
Numer Gadu-Gadu
3291361
Morg Płeć:Mężczyzna


Dołączył: 15 Wrz 2008
Skąd: SKW
Status: offline

Grupy:
AntyWiP
Fanklub Lacus Clyne
Tajna Loża Knujów
PostWysłany: 17-01-2009, 13:14   

Kiedy armie bractwa Melior Absque Chrisma ścierały się z orkami Mordoru i wojownikami Gondoru, dziesięć tysięcy krasnoludów spod Góry - głównie górników - zaczęło zasiedlać Khazad Dum, aby ponownie otworzyć tam wielkie kopalnie mithrilu.

W okolicach Ereboru nie została ani jedna żywa dusza - ludzie przenieśli się parę kilometrów dalej, kiedy zobaczyli, jak dzieci Aulego przed swoim odejściem wyciągneły z jeziora wielkie kości i wywiozły je w niewiadome strony. Próbowali oczywiście protestować, jednakże w końcu ustąpili strachowi - nie mieli pojęcia czemu krasnoludy opuszczają te ziemie, ani po czyjej stronie chcą stanąć do bitwy (stron z resztą ostatnio trochę się namnożyło i nawet sprawni politolodzy mieli problemy z określeniem kto z kim walczy) - wiedzieli natomiast, że jeśli Nieprzyjaciel uderzy, będą musieli bronić się sami. Nie było więc sensu wykrwawiać się przeciwko niedawnym przyjaciołom.

W tym samym czasi główny trzon armii Daina - z nim samym na czele - wraz z oddziałem Dunlendingów zatrzymał się w Osgiliath na drodze do Minas Tirith. Zwiadowcy donosili bowiem, że MAC w każdej chwili może zaatakować Wieżę Straży, doszły ich uszu też wieści o zdradzie Aragorna, co rodziło niepewność co do jego przyszlych akcji - jedno było tylko pewne - chciał zająć tron Gondoru i pokonać Mrocznego Władcę. Nie żeby jego obecność, lub jej brak robiła Dainowi wielką różnicę, ale nie mógł pozostawić sojusznika w potrzebie - głównie dlatego, że po upadku Gorthaura następnym celem byłby prawdopodobnie on sam. No i wspomniany drugi pierścień.

Nie zamierzał też jednak wkraczać w mury miasta - tajemniczy przybysze zapewne szykowali zasadzkę - nikt nie wiedział jaki jest ich cel, wiadomo było, że na pewno nie przybyli zza morza - Valarowie nie palili wsi.
Stolica nie mogła upaść. Krasnoludy rozstawiły straże dookoła ruin miasta i szybko wzniosły prowizoryczne - choć całkiem solidne - fortyfikacje. Dodatkowo otrzymane od Sarumana maszyny sprawiały, że Osgiliath było nie do wzięcia. Jeśli wróg pojawi się na polach Pellenoru, zostanie wzięty w kleszcze.
Powrót do góry Zobacz profil autora
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość Wyślij email Odwiedź listę obejrzanych anime / przeczytanych mang
 
Numer Gadu-Gadu
8137449
Serika Płeć:Kobieta


Dołączyła: 22 Sie 2002
Skąd: Warszawa
Status: offline

Grupy:
Tajna Loża Knujów
WIP
PostWysłany: 17-01-2009, 16:21   

Galadriela Szeptała w Snach.
Jej głos docierał do słabych umysłów i do tych, które dzierżą moc, do mędrców i do prostego ludu, lecz odbijał się od niewidzialnej tarczy, którą Patriarcha kic roztoczył nad wojownikami Bractwa. Naznaczeni czarem, który zagnieździł się w ich duszy i uwalniał ją od omamów, iluzji i zauroczeń innych, niż samego Patriarchy oraz tych, których wspierał swoją mocą, nie słyszeli Szeptania w Snach. Obca magia, jakże inna od wszystkiego, co do tej pory widziano w Śródziemiu, otuliła ich umysły i dusze szczelnym kokonem.

Cóż, problem sam się rozwiązał. Najeźdźcy z zewnątrz sami w sobie nie wyróżniali się wśród ludzi niczym specjalnym, może poza fanatycznym wręcz oddaniem swoim przywódcom. Nawet Galadriela, mistrzyni magii umysłu (być może) ustępująca w Śródziemiu jedynie samemu Sauronowi, nie była w stanie wpłynąć na ich i tylko ich dusze, omijając pozostałą cześć ludności danego terenu. Na szczęście, zgodnie z jej przewidywaniami, Nieznajomi zareagowali. Teraz każdy, który walczył pod sztandarem MACu, nosił w sobie pierwiastek czegoś Obcego.

Nowa Władczyni Pierścienia uśmiechnęła się do siebie z nieukrywaną satysfakcją. Wiele spośród Sił i Mocy, które kształtowały tereny Śródziemia od tysięcy lat spierało się ze sobą, Dobro i Zło, Światło i Ciemność toczyło nieskończoną walkę o dominację nad światem i sercami zamieszkujących go istot... Lecz ta nowa, całkowicie nieznana moc, nowy gracz na magicznej arenie Śródziemia, musiał zaburzyć układ sił. Pani ze Złotego Lasu doskonale zdawała sobie sprawę, że nie ma nic gorszego, niż nowy, wspólny wróg. Jeżeli siły Światła i Ciemności, elementy naturalnego porządku rzeczy, same z siebie nie starły się jeszcze z Obcą Mocą, być może należało im to... zasugerować.
W takich warunkach rzucenie klątwy było dziecinną igraszką, której dokonałaby bez najmniejszych problemów nawet pozbawiona mocy Pierścieni. Magia Śródziemia znajdowała się w tej rozgrywce po jej stronie! Nawet ta jej część, z którą Galadriela nie chciałaby mieć nic wspólnego. Ale po takie środki, plamiące jej ręce krwią wszystkich tych, którzy poświęcili życie walce z Ciemnością, nie zamierzała sięgać, nie musiała czerpać z Mocy Jedynego - wystarczyło, że przyroda pokłoniła się córce Finarfina i obróciła się przeciwko Obcym.

Właściwie nie stało się nic wielkiego. Żadnych wielkich trzęsień ziemi, które pochłonęłyby armię Nieznajomych. Żadnych tornad porywających jeźców wraz z końmi, aby rzucić ich martwe ciała dziesiątki kilometrów dalej. Żadnych gromów z jasnego nieba. Żadnych fajerwerków.

Jednak stało się... coś.

Żołnierze potykali się o wystające z ziemi korzenie drzew, co zaburzało szyk i spowalniało marsz - nieznacznie, ale irytująco. Nie było dnia, żeby któryś z oddziałów nie natknął się na złośliwe torfowisko. Żywność, którą posiadali, psuła się w zastraszającym tempie, nawet jeśli wziąć pod uwagę nieprzyjemną, wilgotną pogodę. Ludzie cierpieli zresztą na zaskakujący brak apetytu, narzekając, że jedzenie - dobre przecież i na pewno nie zatrute - przestało im smakować. A niedożywiona armia - to chora armia. Gnębieni przez uporczywe biegunki żołnierze póki co nie tracili wysokiego morale, zagrzewani do boju przez samego Patriarchę, lecz ich fizyczna wytrzymałość pozostawała wiele do życzenia.

Galadriela wiedziała, że raz pozbawieni łaski Yavanny Najeźdźcy już jej nie odzyskają. Nawet, gdyby jej samej zabrakło mocy, poruszyła lawinę, która potoczy się dalej. Obcy sprzeciwiali się Valarom i poniosą za to karę. Juz teraz widziała znaki, że magia, ta przedziwna, obca magia Nieznajomych, nie zawsze funkcjonowała zgodnie z zamierzeniami jej dzierżycieli, subtelnie zaburzana przez inne moce. A to był tylko początek.

Poza tym Galadriela wciąż Szeptała w Snach.
Jej głos docierał do słabych umysłów i do tych, które dzierżą moc, do mędrców i do prostego ludu. A gdy Szeptała, ich sny piękniały. A gdy Szeptała, każda ich myśl o okrucieństwie wojny stawała się coraz bardziej im nienawistna i obca. Lecz równie nienawistni i obcy zdawali im się Nieznajomi, którzy swoją obecnością bezcześcili tereny Śródziemia.
Galadriela Szeptała w Snach, wprowadzając ziarno nieufności do Obcych w sercach wszystkich tych, do których docierał jej głos.

***

Obcy byli najmniejszym z jej problemów. Właściwie dobrze się stało, że ich obecność pozwalała jej ukierunkować gniew i nienawiść, nad którymi po włożeniu na palec Pierścienia trudno jej było zapanować. Musiała przyznać, że trochę się przeliczyła. Oczywiście słyszała opowieści o potędze Pierścienia i tym, jak silnie wpływał na tych, którzy go nosili, ale podejrzewała, że zdoła wykorzystywać jego moc przez wiele lat, zanim zgubny wpływ Jedynego na zawsze odmieni jej serce i umysł. Takiej eksplozji emocji nie spodziewała się w najgorszych koszmarach! Pozbawiona skromności duma rozpierała ją, gdy w Zwierciadle widziała efekty swoich działań. Pragnęła wciąż jeszcze i jeszcze, jeszcze więcej władzy i potęgi! Gniew przesłaniał jej jasny obraz sytuacji, gdy coś szło nie po jej myśli, gdy jakikolwiek nieprzewidziany czynnik zaburzał jej plany.
A najgorsza i najtrudniejsza do opanowania była wściekłość na tego, który najpierw tak podle oszukiwał ją, ukrywając się pod imieniem Niosącego Dary, potem próbował zapanować nad jej - jej, pani Galadrieli! - wolą. A w końcu trzymał ją w szachu, przetrzymując jej rodzinę.

W dodatku to ziarno niepewności... Wtedy, wiele tysięcy lat temu, czuła moc tętniącą w podarunku Nieprzyjaciela, ale jakże inna była ta moc od mocy Jedynego! Wmawiała sobie, że stworzenie dwóch podobnych złotych obrączek to była przecież dla niego fraszka - ale coś cicho mówiło jej, że obrączki wcale nie były podobne. A jeśli nie były, to Jedyny musiał powstać później, a jeśli powstał później... Nie, to nadal nic nie wyjaśniało. A nawet jeżeli, to jej umysł był zbyt opanowany przez gorycz i żał, by na zimno przeanalizować sytuację.

I jeszcze ten przeklęty list!

Władczyni Pierścienia pewną ręką kreśliła kolejne litery, nie próbując nawet opanować strumienia jadu.

Drogi Annatarze,
czy też może powinnam napisać "Sauronie", skoro po tylu latach zdecydowałeś się w końcu przedstawić mi swoim prawdziwym mianem? Cieszę się niezmiernie, że wciąż pozostają w Twojej pamięci czasy, w których przyjmowałam od Ciebie podarki i ufałam, że mogę je bezpiecznie zatrzymać bez szkody dla mojego umysłu i serca. Pragnęłabym Ci uświadomić, że dziś nie jestem aż tak naiwna. Piszesz, że odrzuciłam ze wzgardą Twój dar. Odrzuciłam dar tego, kto podążył ścieżką Morgotha, tego, który przybył, by jako Niosący Dary opanować nasze serca, zdradliwie zasłaniając się czystymi intencjami i szlachetną propozycją przyjaźni. Zastanawiam się, jak niskie musiałeś mieć o mnie mniemanie, jeśli sądziłeś, że ze ślepą ufnością będę wpatrywać się w kogoś, kto tchórzliwie ukrywa się pod nieswoim imieniem. Gdybyś naprawdę pragnął zawrócić ze zgubnej ścieżki prowadzącej ku Ciemności, gdybyś przybywał z czystymi zamiarami, czyż zasłaniałbyś się fałszywą tożsamością i próbował zamydlić nam oczy, miast odsłonić karty i pozwolić nam wniknąć w twoją duszę i przejrzeć Twoje - szlachetne podobno - intencje? Wybacz proszę, ale muszę Cię zmartwić. Bez względu na to, jak biegły byłeś w wygłaszaniu komplementów, jak cenne stwarzałeś przedmioty, by nas ucieszyć, po tym jak opadła maska te wszystkie zabiegi nie były warte garści zeschłych liści. Mam nadzieję, że nie masz do mnie żalu, że nie okazałam się taką kretynką, za jaką mnie miałeś.
W odpowiedzi na Twoje propozycje zacznę od tego, że jeden splugawiony pierścień na mojej dłoni całkowicie mi wystarczy. Teraz i kiedykolwiek. Cokolwiek zrobiłeś z Vilyą po tym, jak położyłeś na niej rękę, nie ma żadnego znaczenia. Możesz ją zatrzymać.
Pragniesz odzyskać pierścień, aby pozbawić go mocy? Cudownie! Całym sercem pragnęłabym Ci uwierzyć! Dlaczego jednak miałabym wierzyć komuś, kto wcześniej nie robił nic, tylko kłamał? Oczywiście rozumiem, że Pierścień znajdujący się w moich rękach jest Ci zdecydowanie nie na rękę i odzyskanie go wiele by zmieniło. Jestem jednak w stanie sobie wyobrazić, co się stanie, gdy znów znajdzie się w Twoim posiadaniu i - niespodzianka! - nagle zmienisz zdanie w sprawie jego przyszłych losów. Wówczas to, czym grozisz, stałoby się faktem niezależnie od działań podjętych z mojej strony, czyż nie? Dysponując Jedynym, mam przynajmniej JAKIEŚ szanse ocalenia tego, co jest mi tak drogie.
W sprawie pozostałych propozycji: nie ukrywam, że brzmią niezwykle kusząco. Jestem skłonna przemyśleć przynajmniej część z nich pod warunkiem, że zwrócisz wolność mojej rodzinie i przyjaciołom (notabene możesz przekazać Cirdanowi, że dziękuję mu za ciepłe słowa i wyrazy uznania, jakkolwiek by one nie brzmiały). Jeżeli odzyskają wolność, przysięgam - a mam nadzieję, że MOJE słowa są wystarczająco wiarygodne - że nie spróbuję zrobić nic, co naruszyłoby niezależność terytorialną Mordoru ani nie porwę się na wymyślenie sposobu, by dokonać destrukcji pierścienia poza miejscem jego wykucia.
Mam nadzieję, że taka odpowiedź Ci wystarczy. Gdybyś wolał przedyskutować warunki w bardziej bezpośredni sposób, wiesz, gdzie mnie szukać. Być może po tym, jak w końcu użyłeś wobec mnie swojego prawdziwego imienia miałbyś ochotę pokazać mi również swoją prawdziwą twarz?

Pani Złotego Lasu, Władczyni Pierścienia,
Galadriela


***

List wyruszył w kierunku Mordoru pocztą goblińską (tą samą, która została przechwycona poprzedniego dnia) natychmiast po napisaniu. Nawet nie przeczytała go po raz drugi.

_________________
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość Wyślij email Odwiedź blog autora
 
Numer Gadu-Gadu
1051667
Costly Płeć:Mężczyzna
Maleficus Maximus


Dołączył: 25 Lis 2008
Status: offline

Grupy:
Melior Absque Chrisma
PostWysłany: 17-01-2009, 17:35   

Costly cierpliwie czekał na powrót Fei Wang Reeda. Choć bez emocji przyjął opowieść o zdrajcy, który przybył prosić o pomoc, a potem sprzeniewierzył się własnym sojusznikom, to zgodził się pomóc Bractwu w zemście. Jak zawsze nie za darmo.

Kapłan cierpliwie oczekiwał na - oby - korzystne wieści w pracowni dostojnika. Wielki cylinder wraz z Tworem przyciągał cały czas jego wzrok. Choć ciężko było coś dostrzec w mętnej cieczy, to całość otoczona była niezwykłą aurą, włosy Moliny stawały dęba od samego przebywania w pobliżu tej istoty. Czymkolwiek ona była.

- Wróciłem.

Kapłan podskoczył lekko z zdziwienia, gdy usłyszał głos za swoimi plecami.

- Widzę. - Powiedział szybko opanowując swoje zdziwienie. - Czy misja się powiodła?

- Tak. - Powiedział krótko Fei. - Mogę odnaleźć bez problemu każdą istotę, którą widziały moje oczy. Otworzyłem wir wymiarów w odpowiednim miejscu. Nie było świadków. Tak jak chciałeś, jest żywy. Choć trochę minie nim odzyska przytomność. I raczej nigdy nie odzyska pełni zmysłów. Istoty ludzkie nie są stworzone do przebywania w wymiarach.

- Nie szkodzi. To i tak będzie wkrótce bez znaczenia. - Stwierdził sucho Costly. Pochylił się nad nieprzytomnym mężczyzną leżącym u stóp Fei'a.
- Witaj ponownie, Aragornie.

_________________
All in the golden afternoon
Full leisurely we glide...
Powrót do góry Zobacz profil autora
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość
Altruista
-Usunięty-
Gość
PostWysłany: 17-01-2009, 17:37   

Co do diabła? - Powiedział zdziwiony Aragorn. Stał jak wryty i wpatrywał się w postać siedząca na tronie. Miał wrażenie, że wzrok mu płata figle, przetarł dłonią oczy i jeszcze raz spojrzał na tą postać.
- Nie, to jakaś magia jakieś czary, to niemożliwe! - Krzyknął. Na tronie siedział Aragorn Obieżyświat i uśmiechał się szyderczo do prawdziwego Aragorna.
Oprócz dwóch Aragonów w komnacie znajdował się jeszcze Altruista.

- No, no - odezwał się Kapłan - Nasz wierny wspólnik zaszczycił nas swoją obecnością.
Aragorn obrócił się w stronę Altruisty i chciał już sięgnąć po miecz, ale zamiast tego zamarł, nie mógł ruszyć ręką. Nie mógł w ogóle nic zrobić poza wpatrywaniem się w hipnotyczne zielone oczy Najwyższego Kapłana, które teraz wydawały mu się cudowne i nieziemsko piękne. Kapłan zbliżał się powoli do Aragorna.
- Przybyłeś do nas prosząc o pomoc, wsparcie. My ci zaufaliśmy, otworzyliśmy przed tobą nasze serca, udzieliliśmy ci pomocy. A ty jak nam odpłaciłeś za to wszystko? Otrułeś Admirała, jego ludzi, przejąłeś miasto podnosząc rękę na swoich sprzymierzeńców. Myślałem, że jesteś dobrym człowiekiem. Strasznie się na tobie zawiodłem Aragornie. Mogliśmy cię uczynić królem. Z naszą pomocą mogłeś uratować swój lud. Mogliśmy dać ci wiele, jednak ty okazałeś się zdrajcą.
W dłoni Altruisty zmaterializowała się włócznia.

- Aragonie synu Arathorna. Nie widzę dla ciebie miejsca w świecie, który zamierzamy zbudować. - Bladolicy kapłan uwolnił spod swojego uroku Aragorna i wbił włócznie w jego serce. Ten zachwiał się, złapał oburącz za drzewce włóczni i runął na plecy.
Altruista stanął nad nim i spojrzał w jego gasnące oczy. Mimo wszystko żal mu było zabijać tego człowieka. Jednak nie było innego wyjścia, Aragorn zapłacił za swoją zdradę. Obrał drogę z której się nie wraca. Altruista obrócił się w stronę Kica, który nadal siedział na tronie w postaci Aragorna. Patriarcha wstał powoli i rzekł:
- Teraz muszę odwiedzić moje zagubione dzieci.


Ostatnio zmieniony przez Costly dnia 17-01-2009, 17:42, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry
kic Płeć:Mężczyzna
Nieporozumienie.


Dołączył: 13 Gru 2007
Skąd: Otchłań Nicości
Status: offline

Grupy:
Melior Absque Chrisma
PostWysłany: 17-01-2009, 17:37   

Rzekł swoją sekwencje „nowy” Aragorn, gdy nagle usłyszał telepatyczne wieści z Lustrzanej Komnaty o zbliżającym się zagrożeniu.
- Jednak będę musiał pierw przywitać naszych gości. – Rzekł kic do Altruisty, opuszczając powłokę iluzji.
- Jak sobie życzysz… - Odezwał lekko zawiedziony Altruista. – I ja również przygotuję się do bitwy.

* * *

„Nagły” atak wroga był bardzo tajemniczy. Wróg bodaj nie zauważył wcześniej wieży, albo dostrzec jej w ogóle nie chciał. Tak czy owak orli wojownicy lecieli chyba po to, aby poddać się, bo w obecnym staniem atakowanie wojsk Bractwa było równoznaczne tylko ze sromotną porażką. Wielki Patriarcha wręcz nie mógł się nadziwić jak zuchwali są jego wrogowie, jak śmiali i wręcz bezczelni oni są. Nie dość, że bez mała oddział jeźdźców rzucili w sam środek potęgi nowych przybyszów, to jeszcze śmieli ich całkowicie zignorować.
- Chodźcie - powiedział śmiało kic, wpatrując się w swoją kulę – a poczujecie smak przegranej…
Nowy wróg Bractwa, jak na rozkaz, ruszył w stronę wojsk MAC… i mógł jedynie tego żałować.
Zaczęła się walka - a raczej jednostronny atak orłów. Aby jednak dokonać czegokolwiek, wspaniali wojownicy Isengardu, zaczęli rozpraszać iluzję. Dzięki temu cała armia była widoczna jak na dłoni, a pomiędzy szeregami, wręcz świeciły, tak jakby była to jakaś gra, zapasy amunicji magicznej i prowiantu. Nie myśląc ni chwili, wrodzy jeźdźcy rzucili się na zapasy Bractwa. No cóż, przynajmniej tak to im się zdawało. Trzeba było bowiem nadmienić, że ich liche zaklęcia i zdolności, odsłoniły jedynie najsłabsze punkty iluzji, a cała reszta widocznych punktów zaopatrzenia była wręcz tanią prowokacją, dla niezbyt mądrych wojowników. Zapasy bowiem znajdowały się na latającej wyspie Twierdzy.
Pomińmy jednak daremne trudy oddziału powietrznych jeźdźców. Byli oni tak bardzo zaabsorbowani czynieniem chaosu w swoich głowach, że nie zauważyli jak pomiędzy ich oddział pojawiają się zza magicznej zasłony 500 jeźdźców pegazów, które pozostawały wcześniej w kościele. Do tego należy również wliczyć gwardie wyborowych jeźdźców gryfów, królów wszelkiego ptactwa. Kościół również nie stał obojętnie na ignorancję, a wręcz głupotę wroga. Pomiędzy odpowiednimi stanowiskami obronnymi kościoła, już od dawna czekali na wroga najlepsi magowie Bractwa. Patriarcha również nie odpuścił zabawie. Po za wcześniejszym kamuflażu powietrznej armii, zabezpieczeniu iluzjami zapasów i stworzeniu punktów prowokacyjnych, skorzystał również ze swojej magii uroków i owładną niezbyt mądrymi ptakami.
Cóż można było rzec? Była to istna rzeź na wrogiej armii. Masowe zaklęcia ognistych kul, piorunów, błyskawic, paraliżów i wszelkich innych ofensywnych zaklęć dziesiątkowały armię wroga. Tylko nieliczni mogli uniknąć zaklęć najwyższych magów Bractwa. Ci jednak wpadli pod ostrzał zwinnych pegazów i ich jeźdźców wyposażonych w kusze, jak i broń biała. Z piekielnym uśmiechem Księżniczka Kitkara lecąc na grzbiecie Kemiego zadawała marnym zwierzętom śmierć zanosząc się śmiechem. Natomiast majestat potężnych gryfów, wręcz osłupiał i ogłupiał orły. Czuły one bowiem, że stanąć do walki przeciw gryfom, jest największą głupotą. Zaklęcia i uroki Patriarchy jedynie wzmagały ten stan, a same orły poddawały się bez walki. Instynkt po prostu nie pozwolił im mierzyć się z taką siłą. Niedobitki i uciekinierzy skończyli w brzuchu Kemimiego, w brzuchu potężnego, ale i zwinnego smoka.
W taki o to sposób, powietrzne siły Isengardu znikły szybciej niż powstały, a część orłów jedynie wzmocniły siły powietrzne Bractwa. Szkody jednak były również wśród MACu. Kilku rannych jeźdźców pegazów i parę jeźdźców gryfów. Na ziemi natomiast spadło kilka goblińskich bomb. Jednak one trafiały w najsłabiej części wojska oraz zaopatrzenia i szybko zostały ugaszone przez moce obecnych tam: Ryuzakiego, Norrca i Kitkarę. Co do prochu magicznego? On był tak lekki i cenny, że znajdował się zabezpieczony w kościele. Żeby jednak określić poziom bezpieczeństwa, to wystarczy wskazać jedynie, że już przed ekspansją na Gondor, zadbali o to Fei Wang Reed oraz Patriarcha Kic.

* * *

Czasu jednak ich ponaglał. Bowiem z Lustrzanej Komnaty dochodziły głosy, że Aragorn zdradził Bractwo. Trzeba było coś z tym uczynić. Kic już wiedział co musi zrobić.

Kic dzięki niezawodnej Ance pognał w stronę zdrajców. Natomiast w kościele pozostawił swoje mamidło. Miało ono być dla Patriarchy oczami i na bieżąco przekazywać mu dane z kościoła.

Kic w postaci Aragorna nakazał zaprzestać ostrzału na wojska Velga i floty Bractwa oraz pomóc im. Było to niezwykłym zdziwieniem dla reszty spiskowców, a niektórzy wręcz podważali wiarygodność i słowo Aragorna-kica.
- Jak to? Dlaczego? – Krzyczał jeden z obecnych dowódców-spiskowców.
- Już ich zaatakowaliśmy. Nie możemy teraz zrezygnować. – Argumentował kolejny.
- Przecież to oni mordowali nam ludzi! – Wypominał trzeci.
- To nie oni! – Krzyknął Kic (w postaci Aragorna) uciszając wszystkich i skupiając na sobie uwagę. – To byli orkowie i ludzie Rohanu.
- Jak to?! – Dziwili się nawzajem dowódcy wojsk.
- Spalili posterunek zdrajców z Rohan, zabili orków i uratowali stamtąd ludzi Gondoru. Taka była prawda. Ale nie czas i pora na szczegóły. Powstrzymać wojska, ratować MAC, bo jak nie, to czeka nas i Gondor zagłada! – Krzyknął kic, co poskutkowało jedynie ciszą. Po chwili jednak rzekł jeden.
- Jeżeli tak się stało to trzeba działać. – Krzyknął i wybiegł z sali, po czym ruszyli kolejni, zmotywowani poprzednikami. W sali pozostało wyłącznie parę osób niezbędnych do połączeń logistycznych.

* * *

Kic miał jednak jeszcze jeden cel. Flota Umbarskich korsarzy i jeden niewinny Naz’gul prosili się o interwencję Najwyższego. Niestety prawdą było, że kilka małych statków Bractwa zostało zatopionych. Tych kilka, rzecz jasna, które stały na wybrzeżu okrytych niewidzialnością. Jednak w porcie Lond Galen znajdowała się cała reszta floty MAC, która wręcz cisnęła się na i tak sporych rozmiarów porcie. Ta nieliczna flota korsarzy morza jednak nie spodziewała się kontrataku. Urządzenie, jakie przyniósł Velg było niezawodne. Z wież obronnych miasta poleciały pociski i wbijały się jak oszczepy w kolejne statki zuchwałej floty oraz eksplodowały z wielkim impetem. Efekt był natychmiastowy. Na niebie zatańczyły barwy czerwieni i żółci, a w tle zagrały kolory błękitnego morza i nieba. Demonstracja sił korsarzy Umbraski jednak się nie powiodła. Niestety i Naz’gul zapłacił za swój atak. Patriarcha mimo iż słaby z zaklęć wielu szkół magii, to jednak wyspecjalizowany był w tej jednej, iluzji. Nie można byłoby odmówić jemu jeszcze wielkiej potęgi i mocy magicznej. Mimo sporej rozmiarów odległości, Kic zauroczył wierzchowca Naz’gula i wprowadził go w trans.

Gadzia jaszczurka poczuła nagła duchotę i ruszyła w stronę morza. Lecieli wiele dni, bowiem gad był niezwykłe wytrzymały, a zaklęcie nie do rozproszenia. Lecieli tak aż do momentu, gdy wierzchowiec Naz’gula po prostu padł z wycieńczenia i runął, wraz ze swoim panem, na taflę wody. Gad rozpłaszczył skrzydła i leżąc drgał co chwilę oraz krztusił się słoną wodą morza, a na horyzoncie znajdowała się wyłącznie granica nieba i morza otaczający ich dookoła. Naz’gul w końcu miał czas i okazję nauczyć się pływać…
Minęło kilka, lat. Jeden z wielkich statków MAC znalazł resztki gada leżące na dnie oceanu. Śladów Naz’gula jednak tam nie było.

* * *

Nie minął kwadrans, od kiedy armia Gondoru wstrzymała swoje niecne działania, a w świat ruszyła informacja na temat miłosierdzia Patriarchy Kica i dobroci jakie niosło ze sobą Bractwo. Informacja ta brzmiała mniej więcej tak:
„Mimo naszej zdrady wywołanej przez nieprawdziwą informację i kłamstwa Bractwo darowało nam ten błąd. Mogę z cała stanowczością powiedzieć, że jednak to oni przybyli tutaj ratować Gondor z rąk krwawych i znienawidzonych przez wszystkich orków oraz zdradliwych jeźdźców z Rohannu. Dzięki nim upadło już wiele posterunków orków i Rohan, którzy działają razem, grabiąc ziemie Gondoru. Ludzie, kryjcie zbiory przed prawdziwym wrogiem: Mordorem oraz Rohanem i podarujcie je prawdziwemu sprzymierzeńcowi, MACowi. Bowiem to oni uratują nas od tej niewoli.”
Ruszyło na wschód wielu jeźdźców, którzy rozprzestrzenili plotkę. A jak to plotki, wzmogły się jedynie przekazywane z ust do ust. Już kilka dni po całej akcji, wśród ludu Gondoru, Kic urósł do rangi narodowego bohatera, a Bractwo nazywano Aniołem Stróżem. Od teraz ludzie wręcz garneli się do armii Bractwa. Widzieli bowiem w niej armię, która w końcu wyzwoli ich z rąk okupantów. Widzieli w nich zwycięzców i zbawicieli.
Kampania Rohanu i Mordoru przybrała od teraz całkiem inną formę. Ludzie uciekali na zachód, bądź chowali przed nimi żywność. Wróg jednak nie zadbał należycie o swoje zapasy, martwiąc się niesamowicie o prowiant Bractwa. Rohańczycy cierpieli na głód, a orkowie wręcz wariowali już z tego powodu. Napięcie w obu armiach wroga rosło z każdą chwilą, a granica tego była bliska. Plotki bowiem krążyły. Orkowie z głodu zaczęli walczyć i zjadać ludzi. Czy to wieśniaków Gondoru, czy nawet armia Rohanu oraz ich koni. Rohańczycy zaczęli w rewanżu napadać na orków, widząc w nich bestie, które w każdej chwili mogą próbować ich zjeść, a chłopi z Gondoru znów uciekali ku Bractwu i armii Aragorna, w której panowała pełna mobilizacja.

_________________
"Zaczynałem jako zwykły zegarmistrz, ale zawsze pragnąłem osiągnąć coś więcej." - Lin Thorvald


Melior Absque Chrisma
Pierwszy Epizod MACu
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość Odwiedź stronę autora Odwiedź galerię autora
Costly Płeć:Mężczyzna
Maleficus Maximus


Dołączył: 25 Lis 2008
Status: offline

Grupy:
Melior Absque Chrisma
PostWysłany: 17-01-2009, 17:46   

- Raport od dowódców armii sir.

Costly podniósł zmęczone oczy na człowieka stojącego przed nim. Nie wiedział który to już raport dziś, nie spał od dawna.

- Mów. - Powiedział zmęczonym głosem.

- Ostrzał fortecy skutecznie odstrasza jednostki naziemne przeciwnika. Nie dostrzeżono nadal żadnych znacznych sił przeciwnika w pobliżu. Wymuszony jednak przez te działania szyk spowalnia naszą armie w ogromnym stopniu. W tym tempie osiągniecie Minas Trith jest kwestią nie dni, a tygodni. Także starcie z Orłami, choć nie przyniosło większych strat, praktycznie zatrzymało na dłuższy czas nas w miejscu. Samuraj Ryuzaki wraz z Jeźdźcem Apokalipsy Norrcem proszą o spotkanie i przedsięwzięcie środków ku naprawie obecnej sytuacji.

- Tak też się stanie. Przekaż im to. - Powiedział Kapłan. Mężczyzna skłonił się i odmaszerował.

Kolejny drażniący raport. Po ziemi, która zdawała się walczyć z naszymi ludźmi i ciągłych informacjach o ruchach coraz to nowych sił w okolicy. Czym jest ta przeklęta kraina? - zastanawiał się Molina.

Były jednak i pozytywy. Patriarcha uwalniając środki przygotowane wcześniej przez Velga zadał oddziałom nękającym armie MAC druzgoczące straty. Intensywnie rozprzestrzeniana propaganda MAC-u mieszała się z dezinformacją wysyłaną przez drugą stronę. Prości ludzie nie wiedzieli już w co wierzyć, coraz częściej nie wierzyli po prostu nikomu.

Gondor stał się szachownicą, na której potężne siły przesuwają swoje figury i pionki. Nieważne która strona wygra - los Gondoru jest policzony.

_________________
All in the golden afternoon
Full leisurely we glide...
Powrót do góry Zobacz profil autora
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość
Grisznak
-Usunięty-
Gość
PostWysłany: 17-01-2009, 18:32   

Wojska Mordoru w sporej części pozostały w obozie na polach Pellenoru, częśc armii zajęła kwatery w Minas Tirith, czuwając nad tym, aby rohański sojusznik za bardzo się tam nie rozpanoszył, zaś resztę wojsk Grisznak pozostawił w odwodzie, wiedząc, że może się przydać. W chwili obecnej ciężar walk zrzucił na gobliny, których lotne oddziały kąsały maszerujące ku stolicy Gondoru wojska MACa. Nie była to otwarta wojna, nie doszło do żadnej bitwy, choć o takiej właśnie marzyli dowódcy przybyszów z za morza. Gobliny atakowałyt małymi grupkami, z nienacka, wystrzeliwując strzały, podrzynając gardła strażnikom, podpalając wozy i namioty, paląc wsie i zatruwając studnie truchłem. Maszerujące początkowo raźnie oddziały MAC topniały w oczach, na wskutek chorób i skrytobójstw. Na dodatek wśród sprzymierzonych z nimi Gondorczyków coraz częście dały się zaobserwować dezercje. Żaden z dumnych wojowników nie lękał się śmierci, jednak pragnął ją spotkać na polu bitwy, przelewając krew za swojego władcę lub patriarchę. Śmierć w błosie, od zatrutej nawozem strzały lub bolesne konanie z powodu zatrutej wody nie były tym, o czym wojownicy MAC marzyliby najbardziej. Na dodatek żywność... Dowodzący wojskami Norrc uznał zapewne, że wojna powinna żywić wojnę i liczył na to, że podległe mu oddziały wyżywią się kosztem mieszkańców tych ziem. Srodze się pomylił, wioski witały bowiem jego żołnierzy ciszą, przerywaną jedynie łopotem skrzydeł kruków, które stadami podrywały się do góry, płoszone odgłosem maszerującej armii, by po jej przejściu wrócić do swych makabrycznych uczt na trupach mieszkańców Gondoru. W oczy żołnierzy MAC zaglądał coraz wyraźniej lęk towarzyszący widmu głodu. Pojawiały się pierwsze przypadki pożerania przez jeźdźców koni, ich najwierniejszych bądź co bądż towarzyszy walki.

Nie minęło wiele czasu, gdy z czterech tysięcy przednia część armii, dowodzona przez Norrca stopniała do połowy. Wtedy dopiero właśnie Grisznak zdecydował się na pierwszą próbę sił. Rzucił ku wrogom liczący siedem tysięcy korpus orków pod dowództwem generała Ghulasha. Wojska MAC, przyjąwszy pozycje obronne, dzielnie stawiały opór naporowi przeciwnika. Niejedn ork padł trupem pod ciosami macanckich mieczy. W końcu grupa orczych jeźdzców podjęła próbę obejścia pozycji obronnych MAC od północy. Obrońcy zareagowali rozsądnie, wysyłając oddział piechoty, by zatrzymał wroga i uniemożliwił mu okrążenie. Na to dokładnie czekały orki. Na osłabione skrzydło południowe spadł główny atak armii zielonoskórych. Choć obrońcy walczyli do ostatniego żołnierza, orki wściekłym atakiem przełamały linię obrony i weszły na tyły wojsk wroga, siejąc śmierć i zniszczenie. Zwarta do tej pory linia obrony MAC pękła. Walki trwały jednak długo, bo żaden obrońca nie prosił o litość ani też żaden ork nie zamierzał nią się popisać. Tylko resztki, pod wodzą Norrca, zdołały uciec i dołączyć do głółnych sił. Po zwycięstwie, orki ruszyły ku Dol Amroth.
Powrót do góry
Costly Płeć:Mężczyzna
Maleficus Maximus


Dołączył: 25 Lis 2008
Status: offline

Grupy:
Melior Absque Chrisma
PostWysłany: 17-01-2009, 21:07   


Spoiler: pokaż / ukryj
Norrc za bardzo nie miał jak wrócić do głównych sił, bo to on je prowadził i niejako atak na Norrca musiał by być atakiem na główny (i obecnie jedyny, bo armia nie rozdzieliła się jak do tej pory) trzon armii. Ale przyjmijmy, że była to przednia straż, w końcu wreszcie wraca pozytywna aktywność do questu i szkoda to przerywać.


Ostatni atak orków był jak do tej pory najbardziej zuchwałym i zdecydowanym działaniem wroga wobec maszerującej armii MAC. Nie mógł zostać zignorowany.

Główne siły Bractwa nadal znajdowały się na terenie Anfalasu. Wedle wszelakich relacji zwiadowców trzon armii wroga nie oddalał się od Minas Trith, co sprawiało, że oddział wroga potrzebować będzie dużo czasu na powrót do bezpiecznej strefy. Tyle przynajmniej Costly wiedział z raportów. Teraz miał się dowiedzieć co nieco na temat działań MACu od Najwyższego Kapłana.

- Jestem. - Zwrócił się Molina do Altruisty zaraz po wejściu do Lustrzanej Komnaty.

- Popatrz proszę tutaj. - Powiedział bladolicy Kapłan wskazując jedno z luster.

Costly ujrzał w nim twarz wściekłego Norrca. Szybko jednak obraz oddalił się pokazując szerszą perspektywę. Widać na nim było gryfią eskadrę Jeźdźca Apokalipsy krążącą nad celem. Co jakiś czas z grupy ptaków wyrywał się jeden, błyskawicznie nurkował i wracał ociekając czarną posoką z szponów.

- Norrc zatem wykorzystał niestrudzone powietrzne oddziały i dogonił agresora. - Domyślił się Costly.

- Tak. - Potwierdził Altruista. - Jednak dowodzący orkami okazał się sprytnym graczem. Trzymają się lasów, gryfy mają problem z przedostaniem się przez korony drzew. Dodatkowo nie możemy sobie pozwolić na zbytnie ich oddalenie się od kościoła, wkrótce będą musiały zawrócić. Mimo to naszego wroga czeka ciągle kilka godzin nieustannych ataków i śmierci. Nim ten czas minie niewiele pozostanie z zuchwałego agresora, który pozwolił sobie na tak daleki wypad. Kto wie, przy odrobinie szczęścia może upolują dowódcę.

Molina chwilę oglądał z przeciętnym zainteresowaniem jak jeden z gryfów właśnie się podrywa trzymając w szponach wyjącą zieloną istotę.

- Czy to wszystko? - Spytał Costly.

- Nie. - Odpowiedział Najwyższy Kapłan odwracając się od lustra w stronę Moliny. - My także wykonamy ruch Kapłanie, to nie jest nasza jedyna odpowiedź. Słuchaj uważnie, co ci mam do powiedzenia...

Molina słuchał uważnie.

_________________
All in the golden afternoon
Full leisurely we glide...
Powrót do góry Zobacz profil autora
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość
Norrc Płeć:Mężczyzna


Dołączył: 22 Kwi 2008
Skąd: 西
Status: offline

Grupy:
Lisia Federacja
Melior Absque Chrisma
PostWysłany: 17-01-2009, 23:44   

Norrc spoglądał w dól na las, w którym ukrywały się oddziały wroga. Szybko przeanalizował sytuację i opracował plan. Zdążył już uspokoić nerwy. Przegrać z tak przytłaczającymi siłami to żadna hańba. Szczerze mówiąc, od dłuższego czasu wyczekiwał bitwy. Nie mógł znieść tej bezczynności, a tak można było się zająć czymś "konstruktywnym".

- Wszyscy jeźdźcy mają się wycofać za rzekę! - rzucił Norrc do jednego z oficerów. - Tam wydam nowe rozkazy.

Gdy siły powietrzne, z wyraźną niechęcią, wycofywały się na wyznaczone pozycje, Norrc przywołał oddziały saperów oraz kilku zaufanych magów. Objaśnił im swój plan i szybko zaczęli przygotowania do przyjęcia orków nad rzeką Blackroot. Po zachodniej stronie rzeki dominowały jałowe wrzosowiska, które sprzyjały zamierzeniom Bractwa.

Po kilku godzinach Ghulash i jego wojsko, mające jeszcze w ustach smak ostatniego zwycięstwa, przybyli na wschodni brzeg rzeki. Wysłali zwiadowców, mających sprawdzić sytuację po drugiej stronie rzeki. Gdy okazało się, iż wróg wycofał się na dalsze pozycje, orkowie ochoczo zaczęli przekraczać most. Po kilkudziesięciu minutach połowa orkowej armii była już po zachodniej stronie Blackrootu.

Nagle, ku przerażeniu zielonoskórych bestii, rozległ się potworny huk. Ghulash, który czekał na wschodniej stronie, aż wszystkie jego siły przekroczą rzekę, spostrzegł, że most, przez który jeszcze chwilę temu przeprawiał się jego doborowy oddział wargów wraz z ich jeźdźcami, przestał istnieć. W jednej chwili jego wojska zostały podzielone na dwie części. Ghulash był doświadczonym wojownikiem i sprawnym dowódcą, ale z takim "manewrem" jeszcze nigdy nie miał do czynienia, więc nie sposób było go przewidzieć.
Wśród orków po zachodniej strony wybuchł chaos, gdy na niebie pojawiły się sylwetki gryfich jeźdźców. Oddział "wschodni" mógł skryć się w lesie, co też Ghulash nakazał pośpiesznie uczynić, lecz pozostali, pozostając na otwartym terenie, byli skazani na zagładę. Gdyby część "zachodnia" miała przy sobie dowódcę, pewnie zorganizowałby on silny opór, gdyż spora część orków była wyposażona w łuki i włócznie. Tak jednak spanikowani poszli w rozsypkę i stali się łatwym celem dla żądnych zemsty wojowników bractwa.

Całej tej rzezi, z leśnej gęstwiny przyglądał się Ghulash. Z jednej strony obiecywał sobie w duchu, iż zada zuchwałym ludziom bolesną śmierć, z drugiej jednak, myślał, jak taką porażkę przedstawić swoim przełożonym.

_________________
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość
 
Numer Gadu-Gadu
1498253
Zegarmistrz Płeć:Mężczyzna


Dołączył: 31 Lip 2002
Skąd: sanok
Status: offline

Grupy:
AntyWiP
PostWysłany: 18-01-2009, 01:03   

Dowodzący Norrc nie wziął pod uwagę jednej rzeczy: mobilności Jeźdźców Rohanu.
Korzystając z bitewnego zgiełku dwie setki ludzi i koni wspieranych przez dwa razy tyle konnych Haradrimów przeprawiło się niezauważenie przez rzekę dwa kilometry dalej i w chwili wysadzenia mostu znalazło się za plecami sił MACu. Eksplozje i wrzaski zagłuszyły odgłosy szarży. Nawet głośne okrzyki "Rohan" i "Harad" zginęły w zgiełku.

Oczywiście zostało to zauważone w Komnacie Luster. Natychmiast więc go o tym poinformowano. Norrc obrócił się by wydać odpowiednie rozkazy, lecz - czy to za sprawą oporu, jaki moc Śródziemia stawiała ich mocy, czy też zwykłego pecha - wiadomość ta dotarła doń o sekundę za późno.

***

Jedną z podstawowych zasad każdego kawalerzysty jest oszczędzanie sił swego wierzchowca. Szczególnie ważna jest ona podczas bitew. Korzystając więc z chwilowej przerwy w walce jeźdźcy gryfów wylądowali w za rzeką i zsiedli z wierzchowców. Nie był to błąd. Świadczyło to wyłącznie o ich profesjonalizmie i trosce o wierzchowce. Jednak Jeźdźcy Rohanu też byli mistrzami swych wierzchowców. Dzięki temu doskonale wiedzieli gdzie uderzać.

Pierwszy, zaskakujący cios spadł właśnie na tyły gryfiej kawalerii. Posypały się strzały, konni wpadli między stwory siekąc mieczami i kując włóczniami. Szlachetne zwierzęta zareagowały instynktownie: zaskoczone zerwały się do lotu i uciekły, pozostawiając na placu boju swych jeźdźców i obsługę naziemną. Szarża ogarnęła wojowników. Tylko nieliczni zdołali sięgnąć po broń. Szans obrony nie miał nikt.

Dokonawszy dzieła zniszczenia kawalerzyści rzucili się do ucieczki. Mieli tylko ułamki sekund na oddalenie się, nim dziwni, złowieszczy czarownicy wroga zdążą wyzwolić swą moc.

_________________
Czas Waśni darmowy system RPG dla fanów Fantasy. Prosta, rozbudowana mechanika, duży świat, walka społeczna.
Powrót do góry Zobacz profil autora
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość Wyślij email Odwiedź stronę autora Odwiedź blog autora Odwiedź listę obejrzanych anime / przeczytanych mang
 
Numer Gadu-Gadu
1271088
Wyświetl posty z ostatnich:   
Strona 4 z 13 Idź do strony Poprzedni  1, 2, 3, 4, 5 ... 11, 12, 13  Następny
Ten temat jest zablokowany bez możliwości zmiany postów lub pisania odpowiedzi
Nie możesz pisać nowych tematów
Możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików
Nie możesz ściągać załączników
Dodaj temat do Ulubionych


Skocz do:  

Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group