FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy
RejestracjaRejestracja  Galeria AvatarówGaleria Avatarów  ZalogujZaloguj

Poprzedni temat :: Następny temat
Idź do strony Poprzedni  1, 2, 3 ... 25, 26, 27 ... 40, 41, 42  Następny
  Krwawa Jatka
Wersja do druku
Altruista
-Usunięty-
Gość
PostWysłany: 15-05-2010, 19:48   

Altruista zatrzymał jedną z kelnerek i odebrał od niej kieliszek z winem. Nie zanosiło się na to, że czempion MAC-u Caladan znajdzie szybko swojego przeciwnika, więc można się było zrelaksować. Altruista wypił łyk wina i spojrzał na cześć trybuny gdzie siedzieli niewierni.
- Jak ci ludzie nic nie rozumieją - westchnął na głos - żyją sobie w nieświadomosci tego, że mogło by ich spotkac cos lepszego.
Gdyby nie dziwna moc chroniąca wszystkich na arenie, Altruista dawno by już wprowadził wojsko z rozkazem zaopiekowania się niewiernymi.

- Ale wkrótce się to może zmienić - tu Altruista z wielkim podziwem w oczach spojrzał na swojego pana Kica, który w tym momencie wstał z miejsca i ruszył w stronę wychodka. Najwyższy Kapłan dal znać dłonią dwóm gwardzistom by ruszyli za Patriarchą.

Kica bolał żołądek, ale mimo tego postanowił się jeszcze wstrzymać i zadbać o swoje bezpieczeństwo.
- Ty - zwrócił się do jednego z gwardzistów - sprawdź tamtą ubikacje - gdy strażnik ruszył w jej kierunku, kic użył swojej magii i sprawił, że strażnik przybrał jego wygląd.

- Ciekawe czy mnie nadal sława wyprzedza - zdążył jeszcze pomyśleć Patriarcha nim strażnik wszedł do wychodka.
Przejdź na dół
Koranona Płeć:Kobieta
Morning Glory


Dołączyła: 03 Sty 2010
Skąd: Z północy
Status: offline

Grupy:
Syndykat
WOM
PostWysłany: 15-05-2010, 20:54   

Koranona nieco zdziwiona szybkością z jaką Lis zaczął walkę natychmiastowo zareagowała kucnięciem, które ledwie uchroniło ja przed gigantyczną, dwumetrową klingą Dao. Wykorzystując impet skoczyła gdy broń przeciwnika znalazła się w bezpiecznej odległości i sama zaatakowała. Lis pięknie się odsłonił biorąc szeroki zamach z całymi ramionami, siła go nieco przekręciła co dało wiedźmie wspaniałe miejsce do cięcia. Ostrze szabli wysunięte do przodu już przy krokach cięło prosto na lewe ramie Lisa. Kora szczerze zdziwiona przekonała się, że cięcie wymierzyła za słabo, czego efektem było tylko przecięcie grubego materiału żakietu przeciwnika.

Lis odkręcił głowę i spojrzał z zasmuconą miną na rozcięcie.
- To drogie było - powiedział ze smutkiem po czym zdjął jedną dłoń z rękojeści i wymierzył wiedźmie liścia. (W tej chwili coś tknęło kręcącego się po trybunach Liścia).

Nona zrobiła poważną minę, bo bardziej zdziwionej miny już zrobić nie mogła. Uskoczyła od Lisa i zaczęła masować zaczerwieniony policzek.
- O szczwana jego mać, nie cackasz się, nie ma co - powiedziała wiedźma szczerząc się paskudnie - No to teraz się już nie będę bawiła.

Po tych słowach naprężyła się do ataku jak kot do skoku. Zaatakowała.

_________________
"I like my men like I like my tea - weak and green."
Powrót do góry Zobacz profil autora
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość Wyślij email Odwiedź stronę autora Odwiedź blog autora Odwiedź galerię autora Odwiedź listę obejrzanych anime / przeczytanych mang
 
Numer Gadu-Gadu
408121
Sm00k
-Usunięty-
Gość
PostWysłany: 15-05-2010, 22:16   

Gdy wiedźma odskoczyła, rudy podniósł sie z półprzysiadu. Z niesmakiem spojrzał na ramię - jedwab źle znosił cerowanie.
-Czy zd...- zaczął gdy uśmięchnięta dziko furia skoczyła w jego kierunku. Nie skończył, drobna dziewczyna niczym sprężyna pomknęła w jego stronę z uniesioną do szerokiego cięcia bronią niemal przy uchu.

Normalny człowiek z formalnym wykształceniem zasłoniłby się. Rudy jednak nie był szermierzem - był barowym zabijaką, który nigdy nie trenował w żadnej szkole. Oglądał za to wiele filmów.

Koranoma cięła precyzyjnie pod pachę Caia - smukła klinga szabli ponownie dziabnęła materiał, gdy rudy wykręcał się w uniku,cofając lewą nogę i nieco uginając prawą. Kontynuował ruch mieczem, trzymanym jedynie w lewej dłoni, w górę, skutecznie zasłaniając się szeroką klingą. Stal uderzyła w kryształ, zabrzmiał dźwięk niczym kryształowego dzwoneczka.
Cai uderzył pięścią mniej więcej w połowie swojego miecza, nadając mu impet, lewą ciągnąc rękojeść dalej w górę. Koranoma była jednak sprytniejsza - szabla ponownie skrzyżowała się z efekciarskim mieczem lisa i dziewcznyna zręcznie odskoczyła od przeciwnika, odbijając się i odskakując dzięki impetowi uderzenia.

Prawie.

Koranoma błyskawicznie zaatakowała ponownie. Rudy z mieczem odsuniętym daleko od ciała stanowił łatwy łup dla szabli, sztych której zmierzał w kierunku policzka lisa..
Płaszcz wiedźmy potrzebował chwili by podążyć za właścicielką. Caibre mając wolną prawą rękę wykorzystał okazję i złapał powiewające poły materiału. Gdy wiedźma lądowała, szarpnął.
Dziewczyna na chwilę straciła równowagę.
Caibre skrzywił się z bólu, gdy szabla ciachnęła go przez całą twarz, niemalże odcinając czubek nosa na dwoje. Poczym z impetem nastąpił Korze na prawą stopę. Rozległo się donośne chrup.

I ten moment wybrał zaminowany wychodek by wybuchnąć rozrzucając swą zawartość po okolicy, z Kicem włącznie.

Walczący spojrzeli na siebie z zaskoczeniem. I zgodnie wzruszyli ramionami. I..


-Auu- jęknęli w pełnej zgodzie.
Powrót do góry
kic Płeć:Mężczyzna
Nieporozumienie.


Dołączył: 13 Gru 2007
Skąd: Otchłań Nicości
Status: offline

Grupy:
Melior Absque Chrisma
PostWysłany: 15-05-2010, 23:40   

Wchodząc do paskudnej, niegodnego miejsca dla tak znakomitych postaci jak MACant, pomieszczenia zwanym latryną, gwardzista westchnął ciężko.
- Dlaczego ja? To przecie pewna pułapka. No ale chyba mi nic nie będzie. Co za idiota planowałby atakować Patriarchę, nie przygotowując się na atrapę. No a skoro tu już jestem... - Strażnik skorzystał z nadarzającej się okazji - uff... jaka ulga. Od rana musiałem trzymać! No dobra idziemy...

Nagły dźwięk dobiegł spad nogi. Kopnięta puszka wskazywać mogła na jedno.
- O KUR...!!! - zabrzmiał niepełny i ostatni okrzyk gwardzisty, gdy wszystko wyleciało w powietrze, wraz z postacią przebranego gwardzisty.

Natomiast na uboczu stała kolejna postać upaprana po głowę.
- Dobrze się spisaliście moi gwardziści. - głuchy głos dobiegł tuż zza pleców postaci.

Chwilę potem postać upadła przed siebie, a zza jej pleców wyłonił się prawdziwy Patriarcha. Uśmiechnął się ironicznie, po czym ostentacyjnie otrzepał płaszcz. Rozejrzał się dookoła, co pozwoliło mu znaleźć podejrzanych. Wystarczył jeden gest i kilka sekund telekinetycznej podróży dwojga z parkingu, aby znaleźli się przed obliczem Jedynego. Przy kolejnym geście obaj, Marian i Mariusz znikli.

Naglę po chwili odezwał się ból żołądka. Trzeba było coś z tym zrobić. Kic pstryknął palcami, a tuż pod nim czarna plama się pojawiła i wessała natychmiast całego.

Po kilku minutach Patriarcha zjawił się z powrotem w loży honorowej. Altruista pełen obaw z zaniepokojeniem spojrzał na kica. Ten uśmiechnął się do niego. Położył rękę na jego ramieniu i w tej samej chwili zza plecami Altruisty spadło dwoje podejrzanych.

- Zabierz ich i przesłuchaj. Niech wyśpiewają wszystko co widzą. - rozkazał stanowczo Patriarcha - Ah, i powieś tutejszego kucharza. Nie umie gotować.

Zapał rysujący się na twarzy Altruisty był jednoznaczną odpowiedzią. Zaraz wziął się za robotę. Nie minęła chwila, gdy naglę jeden z urzędników areny zaczął hałasować na wejściu do loży. Żądał wypuszczenia ludzi i unieważnienia wyroku. Kic zwrócił się z gorącą prośbą do znużonego Moliny, aby lakonicznie i zdecydowanie przedstawił urzędnikowi prawa panujące w MACu. Przy okazji mijały kolejne minuty. Kic w końcu miał okazję dokładnie wybadać to, co zmieniło się na planszy podczas jego nieobecności. Nie chciał niczego przeoczyć. Przecież tak wspaniały pojedynek zapewne być musi zapisany w annałach historii.

- Szach! - powiedział kic, przesuwając figurę.
- No, no. Dość niezwykle agresywnie grasz dziś kic. - odrzekł Fei.
- Wybacz, że tak długo się ruszałem. Nie mogłem jednak podjąć pochopnej decyzji.

Chwila nie minęła a Altruista wrócił już ze wstępnym raportem.
- Nie widzisz, że gram?
- Ależ Najjaśniejszy. Mam parę ciekawych informacji. - Altruista nachylił się nad tronem i rzekł szeptem. - Okazuję się, że jest ktoś trzeci odpowiedzialny za atak. Parę osób widziało podejrzanego osobnika kręcącego się po całej arenie, jakby szukał, a raczej badał sytuację. Ostatnio widziano go właśnie przy wychodkach. Dwaj podejrzani mówią, że widzieli go jak wychodził z miejsca zbrodni.
- Doskonale. Tchórzy chowających się za ścianami dalej nie brak na tym świecie również. Sława wyprzedza moje ruchy. Ale coś mi tu jeszcze nie pasuję. Pułapka była zbyt prosta. Zbadaj to... dokładniej.
- Już powziąłem odpowiednie działania. - Altruista uśmiechnął się złowrogo.
- Nie bez powodu jesteś moją prawą ręką. Dobrze, możesz już odejść.

- Kic, a może zrobimy sobie przerwę i popatrzymy na sparing? - zaproponował Fei.
- Ha. Bez żartów. Nie przyszedłem oglądać tu lisów z wykałaczkami.
- Nie niedoceniaj przeciwnika kic.
- Raczej niech oni się nie przeceniają. - odrzekł kic śmiejąc się przy tym. - Nie trafili po prostu nigdy na kogoś tak znakomitego jak Ja.
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość Odwiedź stronę autora Odwiedź galerię autora
Loko Płeć:Mężczyzna
Aspect of Insanity


Dołączył: 28 Gru 2008
Status: offline

Grupy:
Syndykat
WOM
PostWysłany: 16-05-2010, 02:46   

- Szach mat.

Kic spojrzał zdziwiony na szachownicę, faktycznie przegrał. Fei nigdy nie wygrywał ze swoim władcą, zawsze pozwalał mu nasycić jego boską dumę. Sęk tkwił w tym, że po drugiej stronie nie siedział Fei.

- Liść mówił, że podąża za nim banda niedoszłych szpiegów. Ich inteligencja świeci słabiej niż latarnie za dnia, nawet nie zdjęli emblematów waszego kościoła - powiedział spokojnie Mr Moreau

- Hmm.... tak, a kto ma zaszczyt ze mną rozmawiać?

- Ta informacja nie jest niezbędna by dalej prowadzić konwersację.

- A mogę wiedzieć gdzie jest mój człowiek?

- Stoi tam. Był na tyle miły by nie przeszkadzać w rozmowie.

Patriarcha spojrzał w miejsce wskazane przez szkieleta. Fei faktycznie nie wyglądał na kogoś kto zamierza przeszkadzać. Stał zupełnie nieruchomo, jak wszystko i wszyscy wokół.

- Co mu zrobiłeś.

- Spokojnie, nic mu nie będzie. Myślę że nasz przekaz jest prosty do zrozumienia, mam nadzieję że się z tym zgadzasz. Liść, chciałbyś coś dodać?

Loko powolnym krokiem wyszedł zza pleców Patriarchy.

- Pozdrówcie cały MAC ode mnie i od Karela. Do zobaczenia.

W następnej sekundzie cała ta szopka ustała. Wszystko działo się jak gdyby nigdy nic. Szkielet i były MACant zniknęli, Fei spokojnie podszedł do stołu i usiadł.

- Fei, wiesz może co przed chwilą tu zaszło?

- Nie mam pojęcia. Mam za to przeczucie, które mówi mi żeby nie wypuszczać następnego pościgu.

_________________
That is all in your head.

I am and I are all we.
Powrót do góry Zobacz profil autora
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość Wyślij email Odwiedź listę obejrzanych anime / przeczytanych mang
kic Płeć:Mężczyzna
Nieporozumienie.


Dołączył: 13 Gru 2007
Skąd: Otchłań Nicości
Status: offline

Grupy:
Melior Absque Chrisma
PostWysłany: 16-05-2010, 23:41   

- No i przegrałeś tę partię kic. - zasiadając na swoim miejscu, Fei uśmiechnął się podejrzenia.
- Oczywiście, że przegrałem, - odparł kic przelatując ręką nad szachownicą. - kiedy zamieniło się pozycjami figury. - okazało się, że czarny hetman zamienił się miejscem z jednym z pionów. - Widać cichociemni potrafią odnosić tylko w ten sposób zwycięstwo, złudne, ale jak dla nich rzeczywistsze od jawy.
- No, teraz plansza wygląda jak wcześniej. - skwitował Fei.
- Nie całkiem. Powiedz mi, dlaczego do jasnej cholery dałeś sobą tak dyrygować?
- Zrozum kic, nie mogłem się powstrzymać. Ten kościany obiecał mi parę kości do doświadczeń, a wiesz jak bardzo zależało mi na dokończeniu mych badań heh...
- Faktycznie. - kic podrapał się po potylicy - A ty Molina co masz na swoje usprawiedliwienie?

Jeden rzut oka na pijanego jegomość był wymowniejszy niż przesłanie obcy i jeszcze bardziej niejasne jak cień nocy - trunki nie były wzięte z MACu.

- Czasami Fei wydaje mi się, że lepiej byłoby gdybyś stał się moim podwładnym, a ja Twoim władcą. Może wtedy zacząłbyś bardziej o mnie dbać.
- Daj spokój kic. Przecież wiesz, że nasza obecna współpraca jest jak najbardziej pełna obopólnej korzyści heh...
- Fakt... ah no i okazuję się, że jednak to Liść był winien ostatniemu incydentowi. Hah... nie ważne, teraz zapewne jest na środku mroźnych szczytów, bezsilny przez półgodziny.
- Chodzi ci o...
- Nie bez kozery jest to loża honorowa. Odpowiednie magiczne bariery są na miejscu.

Tymczasem gdzieś w odległej galaktyce wesoła gromadka Liścia trafiła na zimowe szczyty jednego ze światów. Na nic były próby wznowienia podróży. Czar paraliżujący działał dalej. Zajęci swoimi problemami wojacy zostali bez problemów otoczenie przez dziwne stworzenia, i tylko głuchy krzyk "nie~ to wielkie skunksy~" dudnił między mroźnymi szczytami.

Dumnie dwa kieliszki wpadły w rezonans po uderzeniu o siebie. Kic i Fei wzięli po głębokim łyku własnego wina i delektowali się odtąd własnymi potrawami. W interesie Altruisty było zadbać o to. Tymczasem walka dalej toczyła się w bardzo lekkiej atmosferze. Widownia oczekiwała pewnie czegoś brutalniejszego. Kic rzekł wreszcie.

- Koranoma, może zechcesz do nas dołączyć i miło spędzić nieco czas, oglądając przy tym resztę pokazów? Na pewno panowie będący na arenie znajdą jakieś wspólne hobby do zabawy!
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość Odwiedź stronę autora Odwiedź galerię autora
Loko Płeć:Mężczyzna
Aspect of Insanity


Dołączył: 28 Gru 2008
Status: offline

Grupy:
Syndykat
WOM
PostWysłany: 17-05-2010, 04:57   

Co wydarzyło się wcześniej.


- MACanci zawsze słynęli z beznadziejnego wywiadu - powiedział Liść zajmując swoje miejsce obok pana Moreau - wysłali za mną grupkę swoich ludzi.

- Interesujące. Mieli jakiś powód czy tak dla zasady...?

- Mam pewne podejrzenia. Jednak ja nie miałem z tym nic wspólnego, oni zawsze mieli problemy, jak nie z czytaniem to z umiejętnością łączenia faktów. Chyba trzeba będzie tam iść i sprostować co nie co.

W odpowiedzi Mr Moreau stuknął laską dwukrotnie o podłoże.

- Masz gdzieś tych szpiegów? - powiedział szkielet wstając

- Można ich pozbierać - odparł Liść również podnosząc się - a co?

- Na loże nałożono magiczne bariery. Mogę wprawdzie tłuc w nie czymś dopóki nie padną, ale wydaje mi się że mając emblematy Kościoła wejdziemy tam bez problemu.

- Za mną.

Dwaj towarzysze przeszli przez całkowicie nieruchomą widownię i zniknęli za drzwiami.

Kilkaset metrów za zabudowaniami areny leżeli szpiedzy MAC. Jedyne do czego teraz się nadawali to puzzle dla nekromanty. Jako że Mr Moreau nie kwapił się do grzebania w zwłokach, Loko w kilka chwil odnalazł dwa emblematy z logiem MAC.

- To głowa? - spytał Moreau z zainteresowaniem przyglądając się czemuś po jego lewej stronie

- Ręka... chociaż... - Liść popatrzył krzywo na kawałek ścierwa - nieważne. Masz, idziemy.


Pół godziny później mężczyźni lawirowali między stolikami w loży "honorowej". Odnalezienie Kica siedzącego na swoim cudownym tronie nie zajęło im długo.

- Mam po prostu odblokować czas dla tego tutaj?

- Tak chyba będzie najprościej.

- Cóż, a może pozwolisz mi wygrać z nim tę partyjkę?

- Ech, a co z jego przeciwnikiem?

Mr Moreau stuknął laską w odpowiedzi. Fei Wang Reed kontynuował rozmowę z Kicem, dopiero po chwili zorientował się że coś jest nie tak.

- Em, panowie mają do mnie jakąś sprawę?

- Tak - szepnął Liść - odejdź kawałek, chcemy porozmawiać z Kicem.

- Zabawne. Może macie coś co mnie przekona?

- A masz coś co nas powstrzyma?

W odpowiedzi Fei zawołał do jednego ze strażników, stojących nieopodal. Ten ani drgnął. Mężczyzna nie dając po sobie poznać, że jest zakłopotany spojrzał na pana Moreau. Szkielet stuknął laską w podłoże. Strażnik przez chwilę również rozglądał się zaniepokojony. Gdy zauważył szkielet, stojący przed dostojnikiem bractwa, natychmiast ruszył ku niemu.
Fei z zadowoleniem przyglądał się jak Mr Moreau zostaje przebity halabardą. Jego uśmiech zniknął gdy zobaczył ze kościotrup stoi obok w stanie nienaruszonym, za to przed niczego nie spodziewającym się gwardzistą pojawia się Liść i stworzonym przez siebie zakrzywionym ostrzem przecina go od kroku aż po szyję. W następnej chwili wszystko to zniknęło, Fei znowu widział tylko Pana Moreau. Nagle na jego kolanach pojawiły się zwłoki rozprutego przed chwilą żołnierza. Mężczyzna zaniemówił na widok wnętrzności, które przeleciał mu między kolanami i z plaskiem uderzyły w podłogę. Po chwili zwłoki zniknęły, a stojący przed nim Mr Moreau, powtórzył pytanie

- Zostawisz nas na chwilę samych, czy jesteśmy niewystarczająco przekonujący?

- Cóż, ciekawi mnie tylko, dlaczego to mnie postawiliście w takiej sytuacji? - powiedział Fei wstając

- Bo akurat ty z nim grałeś - odparł Moreau i stuknął laską.

Znowu dla całego Multiświata, poza dwoma mężczyznami, czas przestał płynąć. Szkielet usiadł na miejscu Feia. Po chwili Kic został wyłączony spod działania jego mocy.

Znowu teraz


Loko i Mr Moreau siedzieli obok siebie na widowni. Liść z zainteresowaniem słuchał tego o czym mówił Kic

- Naprawdę przestawiłeś mu figury?

- Figury przestawiam jedynie przyjaciołom. On szuka tylko wytłumaczenia dla swojej przegranej. Ciekawy sposób, nie powiem.

- Mówił coś o jakimś zaklęciu, które właśnie mnie zabija... zaczynam wyglądać tak jak ty?

- Bardzo śmieszne.

PS


Zaklęcie rzucone przez magów MAC nie zauważyło nigdzie swojego celu. Jak zwykle MACanci nie dostarczyli odpowiedniej liczby szczegółów. Nie posiadało też na tyle rozwiniętej inteligencji, by odnaleźć cel samemu. Ech, gdyby ją miało zapewne założyłoby "Związek Zawodowy Zaklęć", sprzeciwiający się durnemu wykorzystywaniu. Choć ono należało do grupy czarnej magii, więc i tak nic by z tego nie wyszło. Nikt nie lubi czarnych. Ale trudno, na coś trzeba zadziałać, pomyślało. Cel miał na pewno związek z liśćmi i chłodem. No to szukamy...

PPS


Brandon Brandson od dziecka chciał być bohaterem i dokonać rzeczy wielkich. Zwany był "Liściem", od czasu gdy jedna z dziewek w gospodzie dała mu w twarz tak mocno, że rozcięła mu policzek zostawiając trwała bliznę. Ale te czasy były już za nim. Teraz, ze swoją wspaniałą kompanią (Światłą Kompanią, bądź Kompanią Niosącą Światło) przemierzał Lodowe Szczyty. Miał znajdować się tutaj artefakt, którego odnalezienie przyniosłoby jego kompanii pożądaną sławę, pieniądze, kobiety. A kobietom z kompanii mężczyzn, rzecz jasna. Oko Iluminatora miało znajdować się za ogromnymi metalowymi drzwiami, które otwierały się jedynie siódmego dnia każdego miesiąca, o wchodzie Kłębu (tamtejszy odpowiednik Słońca). Niestety przez własną pychę oraz zdradę jednego z członków, Kompania zgubiła się i któryś już dzień z rzędu błądziła po mroźnych górach. Pewnego poranka Kompania została obudzona przez ich wartowniczkę, Nadję. Kobieta krzyczała coś o niebezpieczeństwie które przybyło z góry. Walka była nierówna, czterech przeciwników na jednego członka Kompanii. Brandon Brandson nie umarł z honorem. Został zagryziony przez skunksy sygnowane znakiem MAC. Podobno jeden z nich miał nawet twarz Altruisty.

_________________
That is all in your head.

I am and I are all we.
Powrót do góry Zobacz profil autora
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość Wyślij email Odwiedź listę obejrzanych anime / przeczytanych mang
Caladan Płeć:Mężczyzna
Chaos is Behind you


Dołączył: 04 Lut 2007
Skąd: Gdynia Smocza Góra
Status: offline

Grupy:
Melior Absque Chrisma
Omertà
Syndykat
WOM
PostWysłany: 17-05-2010, 14:09   

Caladan po posprzątaniu areny do cna z różnych dziwnych rzeczy, które lepiej nie wymieniać. W końcu dał sobie spokój i poszedł do Macantówi obok siedziących gości, jeden z nich rzucił coś na podobieństwo Zatrzymania czasu. Coś tam się działo. Caladan trimiga przystosował się do nowych warunków i szedł dalej. Po jakimś czasie wszystko wróciło do normy. Po dojściu do Kica wziął krzesło i zaczął oglądać szachowy pojedynek. A co tydzień siedzenia na tyłku i gapienie się w niebo, oraz sprzątania areny nie należy do najciekawszych zajęć. Lepsze jest oglądania partyjki szachów.

_________________
It gets so lonely being evil

What I'd do to see a smile

Even for a little while

And no one loves you when you're evil

I'm lying through my teeth!

Your tears are all the company I need
Powrót do góry Zobacz profil autora
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość Odwiedź stronę autora Odwiedź listę obejrzanych anime / przeczytanych mang
 
Numer Gadu-Gadu
4934952
Koranona Płeć:Kobieta
Morning Glory


Dołączyła: 03 Sty 2010
Skąd: Z północy
Status: offline

Grupy:
Syndykat
WOM
PostWysłany: 17-05-2010, 14:45   

Wiedźma dalej stała na arenie z obolała nogą i jęczącym obok Lisem, który, nie wiedzieć czemu, cały czas się uśmiechał. Nagle usłyszała wołanie z trybun:

- Koranona, może zechcesz do nas dołączyć i miło spędzić nieco czas, oglądając przy tym resztę pokazów? Na pewno panowie będący na arenie znajdą jakieś wspólne hobby do zabawy!

- O ... kic - powiedziała nazbyt głośno Nona, po czym przetworzyła wiedzę zgromadzoną podczas pobytu w kościele i poprawiła się z ironicznym wyrazem twarzy - to znaczy, patriarcha. Miło Cię znowu zobaczyć - mówiła wszystko teatralnie, i nie była pewna, czy to nie było spowodowane uporczywym bólem stopy - No cóż, propozycja jest całkiem kusząca.

Wiedźma nieco kuśtykając wspięła się na trybuny idąc w kierunku loży MACu. Dygnęła całkiem bez gracji stojącym tam jegomościom, wytarła klingę szabli z krwi o naderwany płaszcz i uśmiechneła się.

- Oh, szachy. Co za szlachetna rozrywka. Co powiesz, szanowny patriarcho, na jedną partie? - Tu wiedźma uśmiechnęła się tak, że każdemu kto akurat miał okazje widzieć ten grymas przebiegł dreszcz po plecach.

_________________
"I like my men like I like my tea - weak and green."
Powrót do góry Zobacz profil autora
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość Wyślij email Odwiedź stronę autora Odwiedź blog autora Odwiedź galerię autora Odwiedź listę obejrzanych anime / przeczytanych mang
 
Numer Gadu-Gadu
408121
kic Płeć:Mężczyzna
Nieporozumienie.


Dołączył: 13 Gru 2007
Skąd: Otchłań Nicości
Status: offline

Grupy:
Melior Absque Chrisma
PostWysłany: 17-05-2010, 15:55   

- Tak, oczywiście - rzekł niepewnie kic. - Proszę usiądź tuż koło mnie. - na okrężny ruch palcem Patriarchy, fotel wraz z Fei'em odsuwał się powoli, a za nim telepatyczna wiadomość kica dopadła FWR "to za sprzedanie mnie za garść kości".

Nieco szukająca się w nowej sytuacji Koranona postanowiła przyjąć propozycję kica i zasiadła we wskazanym miejscu. Wtedy kic jednym ruchem dłoni zamienił całą szachownicę.

- Te stare śmierdziały coś padliną. Och wybacz moja droga. - zreflektował się kic. - Avalio, kochana, mogłabyś pomóc naszej koleżance z kostką. Któż lepiej mógłby zająć się tą raną. - Z początku nieprzekorna Avalia uległa w końcu naleganiom kica i pomogła Koranorze uleczyć jej ranę. Po prostu królowa nie potrafiła znieść widoku cierpienia innych.

- Dziękuję królowo. - Nona próbowała zachować pełen takt i powagę.
- Nie musisz być tak spięta. - szepnęła łagodnie Avalia, uspokajając gościa.

-No, jak miło, że znalazłyście wspólny język. To co może zechcesz czegoś się napić, albo przekąsić, albo od razu jakąś partyjkę rozegrać ze mną, bądź kimś z tu obecnych?

- No więc, może skorzystałabym z twojej gościnności Patriarcho i napiłabym się czegoś dobrego.

- Haha, nie ma sprawy. Altruisto, przynieś nam coś dobrego!

- Hej a co ze mną!? - Lis dołączył do reszty, żądając swego.

- Costly jest tam z tyłu, na pewno cię ugości. - kic wskazał miejsce. Cainowi było to w niesmak, ale widząc, że Nona już się rozgościła, nie zamierzał oponować. Szybko jednak znalazł wspólny język z Costlym oraz Fei'em, z którym miał już przyjemność się pobawić.

Tak oto zakończyła się ta wyprawa na arenie. Miały być walki, miała być krew i waleczność, a skończyło się na sielankowej imprezie. Znów Patriarcha i po raz kolejny MAC uratował dzień!

_________________
"Zaczynałem jako zwykły zegarmistrz, ale zawsze pragnąłem osiągnąć coś więcej." - Lin Thorvald


Melior Absque Chrisma
Pierwszy Epizod MACu
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość Odwiedź stronę autora Odwiedź galerię autora
Ren Płeć:Mężczyzna
蓮 <-- To moje imię.


Dołączył: 25 Cze 2010
Skąd: Manticore
Status: offline

Grupy:
Omertà
Syndykat
WOM
PostWysłany: 05-07-2010, 00:41   

Przepiękny złocisty piasek Areny mienił się kolorami tęczy w pełnym słońcu. Jedynie niewielki czarny cień otwartego portalu przysłaniał nieco widok z trybun dla Vipów. Cichutko, bezszelestnie z portalu wyłoniła się postać młodej zakrwawionej dziewczyny, jej ciało niczym płatek róży delikatnie opadało na mieniący się złotem piasek Areny. Widać było , że nie jest to krew dziewczyny, co się stało? Portal zamknął się tak samo szybko i niespodziewanie jak się otworzył. Dziewczyna spała, regenerowała siły z jej ust spływała słodka czerwona krew. Krótka spódniczka odsłaniała przepiękne nogi a czarne gęste włosy zakrywały jej czoło lekko opadając na zamknięte oczy. Jedynie krew na jej długich palcach zdradzała, że dziewczyna przeżyła walkę na śmierć i życie.
- Gdzie jestem? Co to za świat? Jak bardzo chcę mi się spać. Nie chcę umierać. Nie umrę prawda?

- Nie umrzesz, jestem przy tobie. Pij po to jestem.

Saya wgryzła się w szyję swojego ukochanego po czym usnęła.

Nie wiedziała tego, że jest na sławnej Arenie, że portal do którego weszła prowadził właśnie tutaj, tu gdzie giną najlepsi, gdzie nie ma zasad, gdzie śmierć siedzi, patrzy i zbiera swoje żniwo. Mężczyzna który jej towarzyszył rozejrzał się w około.

- Przepraszam, czy ktokolwiek może nam pomóc? Nie wiemy gdzie jesteśmy... ani w ogóle nic nie wiemy.

- Ho ho, no to kiepsko trafiliście - do uszu mężczyzny dotarł wredny głos z publiczności

- Co masz na myśli zacny e... - mężczyzna zamilkł widząc okropny pysk, przyglądający mu się z areny.

- Ma na myśli to, że pojawiliście się na samym środku areny. Miejsca pojedynków. Zazwyczaj jest to jednoznaczne z rzuceniem komuś wyzwania.

Słowa te wypowiedział wysoki (za wysoki) mężczyzna odziany w głęboką czerń. Chrno (bo tak nazywał się nowoprzybyły wojownik) odwrócił się twarzą do Liścia.

- Naszym zamysłem nie była walka... naprawdę nie chcieliśmy... tylko Saya... właśnie, Saya! - Chrno dopiero teraz zreflektował się że jego ukochana nie leży już na ziemi.

- Chrno, kochanie - dziewczyna stała za plecami Liścia z wyciągniętym mieczem - skoro chcą pojedynku, to może im go damy?

- Nie radzę - odparł chłodno Liść - nie mam specjalnej ochoty na dawanie komuś forów. A zabić Cię...? Na razie się powstrzymam, jednak uważaj gdzie kierujesz to ostrze.

W następnej sekundzie skrytobójca siedział już na swoim miejscu na trybunach. Lekko zdziwiona jego nagłym zniknięciem dziewczyna spojrzała na pozostałych widzów.

- W takim razie może ktoś inny się ze mną spróbuje?

Chrno widząc że nie zdziała nic przeciw działaniom swej kochanki, zrezygnowany wyjął miecz z pochwy.

_________________
Yoake umare kuru mono yo,
Keshite miushinawa naide,
You are you shoujyo yo ima koso!
Furi hodoki tachi agare!
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość
 
Numer Gadu-Gadu
1146958
Tohunga Płeć:Mężczyzna
siedem


Dołączył: 07 Mar 2010
Skąd: Ghost-town
Status: offline

Grupy:
Syndykat
Tajna Loża Knujów
PostWysłany: 05-07-2010, 10:43   

Ja... - Odezwał się słodkim szeptem głos zza pleców Ren.
Zdenerwowana Saya szybko odwróciła się w stronę głosu, prawię przecinając mieczem Amrasta.

-Spokojnie panienko, nie ma czym się denerwować. Arena jest stosunkowo bezpiecznym miejscem. Też nigdy nie brałem udziału w walkach więc może być to dość ciekawy pojedynek.

Postać Amrasta oddaliła się od nowo przybyłej zawodniczki, nisko skłoniła i z lekkim uśmiechem na twarzy, dała znać, że jest gotowa do pojedynku


-Twój ruch...
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość Wyślij email Odwiedź listę obejrzanych anime / przeczytanych mang
 
Numer Gadu-Gadu
4502358
Ren Płeć:Mężczyzna
蓮 <-- To moje imię.


Dołączył: 25 Cze 2010
Skąd: Manticore
Status: offline

Grupy:
Omertà
Syndykat
WOM
PostWysłany: 05-07-2010, 13:46   

Amrast vs. Saya

W tem wiatr zerwał się nad sławną Areną. Słońce powoli zaczynało gasnąć ale nie był to zachód, blask słońca zdawał się zamieniać w blask czerni. Powietrze zrobiło się ciężkie można by w nim z powodzeniem siekierę zawiesić. Wokoło Sayi zaczął roztaczać się ciemny krąg jej włosy targał mocny wiatr falbanki spódniczki latały jak oszalałe . Energia stała się tak wielka że wydało się iż cała arena zaraz się rozpadnie.
Chrno gdzieś znikł.

Amrast stojąc w pełnym szoku zaskoczony potęgą czarnej energii emanującej od dziewczyny nie zauważył że ona stoi już przy nim samym i zadaje cios mieczem prosto w serce.
Tylko niesamowity spryt uratował go od całkowitego przecięcia.

- Psia krew! - syknął do siebie i spojrzał w miejsce gdzie stała dziewczyna lecz już jej nie było stała daleko przy drugim końcu areny.
Nie uśmiechała się, zdawało mu się że widzi jak dziewczyna płacze.
- Dla czego ona do cholery płacze ? - pomyślał.
Dostrzegł jak mieczem sama rozcina swoją dłoń i zakrwawia cały miecz, doskonale wie że krew dziewczyna jest śmiertelnie trująca. A walka dopiero się zaczyna.

Z trybun nie dobiegał żaden głos w sumie to nic nie było słychać nawet tak silnie wiejącego wiatru. Jedynie dało się wyczuć niesamowicie przygniatającą aurę dziewczyny.
Słońca już nie było widać wcale.

_________________
Yoake umare kuru mono yo,
Keshite miushinawa naide,
You are you shoujyo yo ima koso!
Furi hodoki tachi agare!
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość
 
Numer Gadu-Gadu
1146958
Tohunga Płeć:Mężczyzna
siedem


Dołączył: 07 Mar 2010
Skąd: Ghost-town
Status: offline

Grupy:
Syndykat
Tajna Loża Knujów
PostWysłany: 06-07-2010, 11:45   

- Noooo, chyba jednak cie nie doceniłem dziewczynko. Nie uważasz jednak, że nasza walka jest trochę niesprawiedliwa? Zaatakowałaś mnie, a nawet nie miałem broni w ręku. Nie ładnie tak...

Złote ziarenka piasku wokół Amrasta zaczęły się unosić. Już po chwili w swoich rękach mag dzierżył półtora ręczny miecz, stworzony z piasku. Choć wyglądał on jak by miał się rozpaść po pierwszym uderzeniu, był on w rzeczywistości o wiele twardszy

-Zaraz... ty przecież jesteś magiem... przynajmniej tak wyglądasz... Masz zamiar walczyć ze mną mieczem? - Rzekła lekko zdziwiona Saya - To będzie prostsze niż myślałam.

Nie tracąc więcej czasu, Ren rzuciła się na Amrasta, przebijając go na wylot swoją bronią. Elf ani drgnął. Kropelki krwi z miecza zaczęły skapywać na ziemie przenikając Amrasta.

- Czemu nic ci się nie dzieje! - Prawie wykrzyczała Ren z szeroko otwartymi oczami.
-Widzisz... walczysz ze mną, jak bym był żywy. A to nie jest do końca prawda.

Ciało Amrasta całkowicie się rozpłynęło pozostawiając po sobie jedynie wiszący w powietrzy piaskowy miecz. Nie spoczywał on bez ruchu długo. Już po chwili próbował on odciąć Ren głowę, a później zaczął obracać się we wszystkie strony próbując poharatać nowa przybyłą zawodniczkę. Saya bardzo dobrze się broniła. Miecz był trudnym i bardzo szybkim przeciwnikiem, ale łatwo było parować jego uderzenia.

- Ał... co do... - Powiedziała Ren czując lekkie ukucie w plecach.
- Dla gwoli ścisłości, jestem duchem - wyszeptał jej do ucha Amrast wyjmując w pleców małą igiełkę stworzoną z piasku.

Po plecach Ren spływała mała stróżka krwi.
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość Wyślij email Odwiedź listę obejrzanych anime / przeczytanych mang
 
Numer Gadu-Gadu
4502358
Ren Płeć:Mężczyzna
蓮 <-- To moje imię.


Dołączył: 25 Cze 2010
Skąd: Manticore
Status: offline

Grupy:
Omertà
Syndykat
WOM
PostWysłany: 06-07-2010, 12:18   

Saya & Amrast

Myśli kłębiły się w głowie nie dawały chwili spokoju ... On jest duchem ... ma swoja aurę i ciało teoretycznie ciało.
- Piekielny Wicher - wypłynęło z ust Sayi tak cicho że wydawało sie tylko szmerem.

Wtem niesamowita wiatr targną areną z masywnych ogromnych kolumn Areny zaczęły odrywać sie kawałki starego betonu cały piasek areny wzbił się w powietrze i zaczął przecinać wszystko co mu stanęło na drodze. W cząsteczkach latającego piasku Amrast stał się minimalnie widoczny...
Jego reakcja była natychmiastowa - jak najszybciej przemieszczać się by nie zostać zauważonym.

- TAK to jest to !, Przeklęta Cisza Zniszczenia ! - teraz Saya krzyknęła wbijając miecz w ziemię.
Ziemia zadrżała i pękła ze szczeliny wylewa się lawa strzelając wysoko w górę przesłaniając całą arenę fala uderzenia zaczęła niszczyć i palić wszystko co znajdowało się na jej drodze.
- Amrast nie jest tak odporny na magię jak się wszystkim wydaje, zniszczę cię! -
Siła uderzenia rzuciła Amrasta jak szmacianą lalkę o kolumnę areny a drobinki piasku i betonu zaczęły przecinać jego ciało, miecz z piasku dosłownie rozpłyną się jak zabawka rzucona w ogień.

Saya uklękła oparła się o miecz wiatr szalał targał Amrastem na lewo i prawo
- Teraz widać go idealnie - pomyślała

Zaklęcie blokady było wysłane idealnie by unieruchomić Amrasta przynajmniej na jakiś czas.

Wiatr ucichł piasek opadł tylko dziura w ziemi zdradzała użycie potężnego zaklęcia "Przeklętej Ciszy Zniszczenia"

- Udało się Arena stoi.

Saya podeszła do półprzytomnego i związanego zaklęciem Amrasta.
- Co tu się dzieje ? gdzie ja jestem? ODPOWIEDZ !! - krzyczała.

_________________
Yoake umare kuru mono yo,
Keshite miushinawa naide,
You are you shoujyo yo ima koso!
Furi hodoki tachi agare!
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość
 
Numer Gadu-Gadu
1146958
Wyświetl posty z ostatnich:   
Strona 26 z 42 Idź do strony Poprzedni  1, 2, 3 ... 25, 26, 27 ... 40, 41, 42  Następny
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików
Możesz ściągać załączniki
Dodaj temat do Ulubionych


Skocz do:  

Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group