FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy
RejestracjaRejestracja  Galeria AvatarówGaleria Avatarów  ZalogujZaloguj

Poprzedni temat :: Następny temat
Idź do strony Poprzedni  1, 2, 3 ... 44, 45, 46 ... 53, 54, 55  Następny
  Mroczny Bóg (quest)
Wersja do druku
xellas Płeć:Kobieta
Kolekcjonerka Wampirzyca


Dołączyła: 09 Lut 2004
Skąd: Gdańsk-tu smoki chodzą koło Fontanny Neptuna
Status: offline
PostWysłany: 06-02-2005, 22:17   

Rządza mordu świeciła w jej w oczach. Nie, wcale nie był to wpływ Xopy, Xellas się nudziło, a to było doskonałą rozrywką.
Wampir zaatakował, Xellas sparowała cios mieczem. Wampir zaatakoał ją lewą kończyną zakończoną czymś w rodzaju haka. Był niezwykle szybki i o mały włos a wbiłby się w jej głowe, na szczęście przejechał tylko po policzku
-Sssss...-wampirzyca nie była dłużna w jej dłoni pojawiły się wachlarze i zanim wampir cofnął dłoń poczuł, że została ona odcieta.
Oboje odskoczyli od siebie.
-Mieszaniec!
-Sługus!
Znowu natarli. Wampir zauwarzył, że im dłużej walczą tym bardziej aura kobiety zmieniała się. Z fioletowej na czerwoną, karminową, a powoli kolory zaczęły gwałtownie falować.
Do tego czasu oboje przeciwników zdążyło się "pociąć". Wampir miał paski na twarzy, pocięte ucho, mnóstwo ran na kończynach, których nie zdążył cofnąć przed ostrzami wachlarzy. Z jego oczu biła nienawiść i to nie tylko dlatego, że walczył, ale głównie dlatego, że jego rany nie goiły sie.
Wampirzyca natomiast (głównie dzięki wachlarzom, które ją zasłaniały) miała rany jedynie w okolicach ramion i jakby przystrzyżone włosy.
Wampir ze swojej kończyny uformował kolejną broń- korbacz.
-Niezłe, ale mam cię już...-przeszła w formę mgły, korbacz przeleciął przez nią-...dość...
Podskoczyła złapała się gałęzi wiszacej nad nią i chciała kopnąć wampira, ale ten złapał jej nogę, nie pozostało jej nic innego jak wykonanie śruby-szarbnęła się w lewo wykonując obrót i drugą nogą kopnęła wampira w twarz, jej obcas złamał mu nos. Nie sprawiałoby to problemu gdyby w między czasie, upadając Xellas nie przywołała Kosy i nie wbiła w niego.
Wampir splunął czarną krwią i mimo bólu uśmiechnął się
-Co chcesz zrobić mi tą wykałaczką?
-To...ANIMATIO!- Z kosy wyleciał oślepiajacy biały błysk wampir poczuł, że staje się śmiertelny, a przy takich ranach był to wyrok. Wampir był dość stary ponieważ zaczął się gwałtownie starzeć, aż w końcu rozsypał się w pył.
Cały pojedynek nie trwał dłużej niz kilka minut. Xellas postanowiła sprawdzić co z pozostałymi i kierowała się odgłosami walki. Spostrzegła elfa i Akacjum i atakujące ich wampiry, nadal miała w ręku miecz więc chwyciła go niczym oszczep i rzuciła z całej siły. Trafił idealnie w głowę jednego z potworów.
W tym czasie wampirów przybyło i ciągle przybywało...

_________________
Wampiry stworzenia nocy, przeklęte przez Boga za grzechy ojca, wyklęte przez ludzi za grzechy własne. Jam jedną z nich, z cienia zrodzona, na rękach mych krew, na ustach śmierć, w spojrzeniu zagłada.
Przejdź na dół
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość
Ysengrinn Płeć:Mężczyzna
Alan Tudyk Droid


Dołączył: 11 Maj 2003
Skąd: дикая охота
Status: offline

Grupy:
AntyWiP
Tajna Loża Knujów
WOM
PostWysłany: 06-02-2005, 22:32   

Ysengrinnowi udało się jakoś wykaraskać spod buta wampira i wstać. Natychmiast zaatakował, ale szybko zauważył, że te wampiry nie padną na sam jego widok. Już po pierwszym ciosie zarówno on jak i jego przeciwnik zeszli z linii ataku*, by natychmiast się odwrócić i ponownie zderzyć mieczami. Gdy zupełnie wyhamowali wampir skoczył do przodu, rycerz zrobił trawers** i ciął, lecz krwiopijca bez trudu sparował. To nie zapowiadało łatwego pojedynku. Zaczęli iść po okręgu, nie spuszczając się z oczu.

_________________
I can survive in the vacuum of Space
Powrót do góry Zobacz profil autora
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość Odwiedź galerię autora
Chimeria Płeć:Kobieta
Wiedźma co nie wygląda


Dołączyła: 12 Lut 2004
Skąd: z grzbietu smoka
Status: offline
PostWysłany: 07-02-2005, 07:41   

Wampiry mnożyły się w zastraszającym tempie.Chimeria po przywołaniu łuku musiała wybrać do którego celować. Sytuacja była coraz cięższa. Każdy atakowany był zgrają przeciwników, którzy co raz podnosili się po ciosach i ponownie atakowali. Nie było co liczyć na pomoc towarzyszy. Chimeria wypuściła kilka strzał, które przygwoździły wampiry do drzew. Przed sięgnięciem po każdą kolejną strzałę musiała bronić się innymi sposobami przed pobocznymi atakami. Po chwili wampirów było za dużo by odeprzeć jakikolwiek atak. Wilkołak zdecydował się na taktyczny odwrót, co chwila osłaniając się w miarę możliwości strzałami i parowaniem ataków jednym mieczem. Wampiry wydawały się rosnąć w siłę z każdym odpartym atakiem. Przeciwnicy osaczyli ją. Już czuła chłód ostrza na gardle, gdy sporych rozmiarów czar wyrzucił przeciwników na odległosć kilku centymetrów.
-Co za dranie.-odetchnęła z trudem.
Ciężko było opędzić się od krwiopijców, którzy dosłowinie zalewali walczących. W momencie gdy przyciskali Akcjum do ziemi nie chcieli mordować, lecz bezlitośnie się bawić. Niespodziewanie przed grupą walczących z Chimerią, pojawił się mały chłopiec o czarnych włosach i oczach pozbawionych źrenic. 'Spojrzał' na Chimerię i zaczął poruszać ustami, lecz żadne słowo nie przedarło się przez powietrze. Wampiry odskoczyły jak oparzone zostawiając wolną drogę chłopcu. Rozbiegły się na boki dopadając innych towarzyszy. Na ich twarzy nie gościł bynajmniej strach czy respekt. Ich oczy śmiały się jakby wiedziały, że ich przeciwniczce stanie się coś złego. Chimeria przyjrzała się chłopcu, po czym zaczęła się gwałtownie cofać. Słyszała stare legendy o istnieniu tego demona, ale tu? Teraz? Po chwili przyległa plecami do pnia drzewa i tak została wpatrując się w białe oczy, od których nie dało się oderwać wzroku. Nie wiedziała co dokładnie może zrobić jej ten chłopczyk, ten demon. Wymieniony flegmatycznie sięgnął do kieszeni po fiolkę wypełnioną srebrnym płynem.Nim demon cisnął zdążył cisnąć jadem ku Chimerii, ta rozstawiła tarczę. O dziwo krople przeżarły ją niczym metal i padły na pelerynę, którą się zasłonił. Nie na wiele się zdało, gdyż w materiale pojawiły się dziury. Następna seria była błyskawiczna i dostała się do zamierzonego celu. Płyn zetknął się z oczami Chimi. Gdy tylko dotarł do gałek dziewczyna poczuła potworny ból. Po lesie poniósł się krzyk rozpaczy i cierpnienia.
x:Chimi...-sykneła Xellas gwałtownie posyłając wampira na drzewo, a dwóm innym rozdając kopniaki i tnąc wachlarzami.Po chwili pojawiła się w pobliżu siostry i ujrzała chłopca beznamiętnie patrzącego na szał wilkołaka. Chimeria przyciskała dłonie do oczu. Po chwili, miotana szałem padła na kolana i skuliła się w drgawkach. Po policzkach płynęły jej karminowe łzy. Xellas przeklnęła pod nosem i zaatakowała chłopca. Ten nie zmieniając stoickiego wyrazu twarzy dał musnąć obok siebie pazurami. Niczym mistrz uczący młodego ucznia -amatora, perfekcyjnie wykonywał uniki nie dając się zadrasnąć. Sam jednak nie zaatakował. Nim wampirzyca się spostrzegła demon wyprowadził ją w głąb lasu, po czym perfidnie zniknął.

Chimeria tymczasem zwijała się na ziemi z bólu, już nie krzycząc, bo gardło miała zupełnie zdarte. Chrypiała więc, przeklinając demona. Czuła, że zaraz coś wypali jej oczy.
Ch:Gdybym...tylko...miała...-syczała cicho. Przeklęła onsen, w którym zostawiła cały swój ekwipunek. Po kilkunastu minutach, podczas których nie została przez nikogo zaatakowana, ból zelżał na tyle że przestała drżeć.Ledwo utrzymywała świadomość i trzeźwość umysłu. Przestała kontrolować magię i zaklęcie rzucone na Vhriza przestało działać. Drow będący pod opieką Teanaha, zaczął się budzić. Xellas udało się w końcu wrócić do siostry. Klęknęła przy niej i pomogła usiąść.
X:Chimi?-potrząsnęła siostrą. Wilkołak pokręcił znieznacznie głową. Nadal cisnęła dłonie do oczu.
X:Co się stało?!-wyglądała na przerażoną.
Ch:Xellas...oczy...-wychrypiała jak starowinka z rozpaczą w głosie.
X:Otwórz...
Chimeria powoli odjęła dłonie i otworzyła szeroko ślepia. Xellas wzdrygnęła się, a twarz wykrzywił jej grymas. Oczy dziewczyny nie miały białek, wyglądały jak zalane krwią. Jedyne co wyróżniało się na karminowym tle były poziome, poszarpanekreski lśniące złotą barwą. Po sekundzie Chimeria zacisnęła ponownie oczy tuląc do nich pięści. Nie miała już siły krzyczeć.
Ch:Do jasnej cholery...Xellas, nic nie widzę...-krzyknęła jeszcze bardziej zdzierając struny głosowe -Nie mogę ich otworzyć...
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość Wyślij email Odwiedź stronę autora
 
Numer Gadu-Gadu
5342274
Sm00k
-Usunięty-
Gość
PostWysłany: 07-02-2005, 10:26   

Okrzyk Chimerii podzialal trzezwiaco na drowa.
Chwilowo nikt sie nim nie interesowal. Lezal w niewielkiej oazie spokoju, nie niepokojony przez zadna ze walczacych stron. Co chwilowo mu odpowiadalo.
Stan ten nie trwal dlugo. Vhriz wlasnie sprawdzal ubytki w uzbrojeniu, gdy jeden z nieumarlych krwiopijcow wyladowal za nim. Bezszelestnie zblizal sie z zamiarem zatopienia klow w nie spodziewajacego sie drowa...i gdy juz mial sie wgryzc, lodowe ostrze gladko odcielo mu glowe.
Drow skinal glowa w podziekowaniu i kontynuowal dozbrajanie sie.

Pierwsza ofiara Vhriza byl kolejny wampir, probujacy dobrac sie drowiej skory. Srebrny belt skutecznie ostudzil jego zapal do walki. Podobny los spotkal kilka nastepnych potworow. Gdy skonczyly sie belty, w ruch poszedl srebrny miecz. Drow nie bawil sie jednak w walke jeden na jeden. Po prostu biegl, uderzajac kazdego wampira, jaki sie znalazl na jego drodze, lawirujac miedzy drzewami z typowo elfia zrecznoscia. Wkrotce mial na karku calkiem spora grupke bardzo zlych i bardzo zirytowanych wampirow. Co bardzo mu pasowalo.
Przed Vhrizem las sie skonczyl. Moze dwa metry dalej konczyla sie tez ziemia, gwaltownie opadajaca stromym urwiskiem jakies piec metrow. Drow nie zatrzymal sie i w pelnym biegu odbil sie od krawedzi.
Po czym zawisl nieruchomo.
Mial trzy sekundowa przewage. Zaklecie wypowiadal w dwie.
- Duchy ognia, tanczcie.
Scigajace go wampiry wybiegly na otwarta przestrzen z okrzykiem triumfu. Ich cel wisial nieruchomo, zapraszajaco..
Tak myslaly, do momentu w ktorym ogniste inferno nie otoczylo ich martwych cial.
Vhriz zdeaktywowal lewitacje i wyladowal na skarpie ponizej. Iscie tygrysi skok wyniosl go z powrotem na gore. I omal nie pozbawil zycia, gdy nie calkiem martwy wampir chlasnal go przez piers, rozrywajac ubranie i pozostawiajac piec glebokich bruzd.
Vhriz cofnal sie i spojrzal na rany.
-Teraz..to sie naprawde wkurzylem- rzekl tonem urazonej nastolatki.
To bylo pierwsze spotkanie tego wampira ze zmiennoksztaltnym. Dodac nalezy, iz bylo to tez jego ostatnie spotkanie z czymkolwiek.
Kotopodobna bestia spojrzala na stosik teraz bardzo martwych cial. Wampiry byly wyjatkowo zywotnymi przeciwnikami. By ich wyeliminowac, musial ich, sposobem wookiech, rozczlonkowac. Jednak dopiero urwanie glowy pomagalo.
Wrocil do normalnej postaci i zatoczyl sie. Nie byl calkiem zdrowy, bark bolal jak diabli. A i pazury, ktore go kilka razy dosiegly, pewnie tez zawieraly jakas trucizne czy inny jad trupi.
Zataczajac sie, choc z szyderczym usmieszkiem, drow wrocil do centrum walk.
Ysengrinn wciaz tanczyl z jednym przeciwnikiem. To dobre okreslenie, pomyslal Vhriz. Mimo ciezkiej zbroi i niemniej ciezkiego miecza, rycerz poruszal sie z gracja i pewnoscia doswiadczonego wojownika, poki co z latwoscia unikajacego rownie plynnych atakow nieumarlego. Zaden nie mial przewagi w tej walce, obaj o tym wiedzieli. Wiedzial o tym rowniez Vhriz. I bardzo go korcilo, by rzucic walczacym jakis paskudny czar.
Pohamowal sie jednak, gdy ujrzal kleczaca Chimerie. I zbierajace sie nad nia i Xellas wampiry.
-Wilku, ktorys pozarl ksiezyc, zstap z niebios, ukaz swym gniewem wrogow mych- jeszcze nigdy nie rzucal tego zaklecia tak szybko.
Dziewczyny stanowily latwy lup. Chimeria nie byla w stanie walczyc, Xellas nie mogla obronic jej przed taka liczba przeciwnikow.
Wampiry to wiedzialy, wiec nie spieszyly sie.
Sprawe skomplikowalo nieco zaklecie drowa.
Na szczescie, ksiezyc byl jeszcze widoczny, mimo karminowej linii na horyzoncie.
Setki ostrzy pojawilo sie wokol wyciagnietej dloni o hebanowej skorze. Wirujac, z przeszywajacym jazgotem, ostre odlamki pomknely naprzod, rozdzielajac sie na kilka strumieni. Nie zwalniajac, dopadly wampiry, tnac i wbijajac sie ich ciala. Bestie zawyly, zirytowane. Atak ten byl dla nich irytujacy, lecz napewno nie smiertelny.
Lecz zaklete klingi nie tylko ciely. Potezna moc zaklecia uaktywnila sie, gdy zelazne odlamki utkwily gleboko w ciala krwiopijcow. Przez chwile nic sie nie dzialo.
A pozniej ciala wampirow polaczyly oslepiajace blyskawice.

Swad palonego ciala rozniosl sie po okolicy, lecz wampiry wciaz nie mialy dosc. Kilka owszem padlo, lecz za malo, by drow moglby byc z siebie zadowolonym.
Przeklinajac brak czasu na medytacje, zastawil sie mieczem przed pierwszym uderzeniem.
Miecz, srebrna klinga nie przystosowana do takiej walki, zlamal sie.
-O.o
Szpony wampira kontynuowaly atak, wbijajac sie w bark drowa. W wciaz potwornie bolacy bark drowa.

Xellas, gdy juz wrocil jej wzrok, miala szczescie spogladac prosto na wampiry, gdy zaklecie Vhriza uwolnilo swa sile, z fascynacja patrzyla na pokrytego wampirami tygrysa w szale bojowym. Widok byl o tyle ciekawy, iz wampirow nie tyle ubywalo, co robily sie mniejsze i liczniejsze.
Rozdarte kawalki ciala drzaly na ziemi, strumienie krwi tryskaly z kikutow, jak rowniez z coraz liczniejszych ran zmiennoksztaltnego.
Pytanie- zastanowila sie, kto pierwszy sie podda.
W koncu wampiry ustapily pola, by sie przegrupowac. A raczej pozbierac.
Takze tygrys nie wygladal kwitnaco. Do rany barku nalezalo teraz dodac niezliczona wrecz liczbe zadrapan, pozostawionych przez szpony, sporo ugryzien, polamane zebra.
Mag ponownie przybral normalna postac. Jako elf wcale nie wygladal lepiej, lecz przynajmniej pewien szczegolny pierscien mogl dzialac.
- Nic wam nie jest?
- Mi nic, ale ona- Xellas nie zwrocila uwagi na glos drowa- jej oczy.
Drow ukleknal, czemu towarzyl maly deszcz krwi. Z uwaga obejrzal Chimerie.
-Ona nie moze tu zostac. Potrzebuje fachowej opieki, zaraz.
-Mi to mowisz.Jestesmy na pustkowiu, tu nic nie ma, zadnego lekarza, maga..
-Mylisz sie. Srebrna sciezka, onsen- szyderczy usmiech wypelz na pysk drowa, gdy objal obie dziewczyny.
Cala trojka zniknela w blysku srebrnego swiatla, pojawiajac sie w sali kominkowej prywatnego wymiaru drowa.

-Ale..mogles sie tu przeniesc w kazdej chwili, draniu!- Xellas wrzasnela
- Nie moglem- drow ulozyl Chimi na fotelu- moge to robic raz dziennie. A wlasnie wzeszlo slonce- z troska spojrzal na ranna. Na wlasne szczescie stracila przytomnosc- Kto to zrobil? Kto?


Ostatnio zmieniony przez Chimeria dnia 07-02-2005, 13:31, w całości zmieniany 2 razy
Powrót do góry
Ysengrinn Płeć:Mężczyzna
Alan Tudyk Droid


Dołączył: 11 Maj 2003
Skąd: дикая охота
Status: offline

Grupy:
AntyWiP
Tajna Loża Knujów
WOM
PostWysłany: 07-02-2005, 11:41   

Nim Xellas otworzyła usta jakiś cień przebiegł między nią, a drowem. Zamrugali oczami. Niby nic się nie zmieniło, ale...

- CHIMI!!!

Hybryda wyparowała, jakby nigdy jej tam nie było.

* * *

W sercu lasu, którym wędrowała drużyna, jest wielka góra. Na owej górze rośnie olbrzymi dąb o trzech wierzchołkach, który już na pierwszy rzut oka nie jest normalnym drzewem. By poznać prawdę o tej istocie, potrzebne są jednak umiejętności niedostępne dla ludzi, a i nie wszystkie demony znają jego sekrety. Na najwyższym wierzchołku drzewa swe gniazdo założył potężny, biały orzeł, a w jego korzeniach zamieszkuje wielki, czarny wąż. Jeden i drugi nienawidzą się, ale obaj strzegą Drzewa przed niepowołanymi.

Ze stóp Drzewa wypływają dwa wartkie, równolegle płynące strumienie i spływają po wzgórzu, tworząc u podnóża wodospady. To również nie są zwyczajne strumienie. Jeden to Woda Martwa, lecząca wszelkie rany. Drugi to Woda Żywa, która potrafi przywrócić życie w martwej tkance.

W to właśnie miejsce Żelazny Wilk przyniósł Chimerię, by obmyć jej oczy i przywrócić wzrok. Gdy jednak przybrał ludzką postać i skropił jej oczidoły, zauważył, że nie nie odzyskała wzroku, a tylko jej rany się zasklepiły. Wściekłość błysnęła mu w oczach, zaczął warczeć jeszcze będąc w ludzkiej postaci, a gdy zmienił się w wilka dał koncert najbardziej wściekłego wycia, jakiego świadkiem był świat Darkstara. Dawał sygnał. Sygnał, że łowy rozpoczęte.

* * *

Wiele mil dalej Ysengrinn dalej walczył ze swym przeciwnikiem, a w pobliżu stało kilka innych wampirów, obserwujących rozwój wydarzeń. Nagle Wszyscy byli świadkami dziwnego fenomenu. Powietrze rozdarło wycie, podobne do wycia setki wilków, nie buył to jednak zwyczajne wycie. Dał się w nim odczuć niesamowitą pasję. Smutek. I żądzę krwi.

Wampiry znały aż nadto dobrze źródło tego hałasu, nie przypuszczały jednak, by oznaczał to coś złego dla nich. Myliły się. Rycerz odebrał przesłanie Wilka znacznie lepiej niż one, zrozumiał całą istotę tego skowytu. I poczuł ten sam zew krwi.

Jego przeciwnik nawet nie zauważył, gdy potężne cięcie z dołu przecięło go na pół.
Nim połówki zdołały się do końca rozczepić święty ogień spalił je na popiół. Pozostałe wampiry ocknęły się z szoku i skoczyły do ataku, faktycznie jednak bitwa była już przegrana. Ysen z nadludzką szybkością schodził z linii ciosu, zadawał pozornie słaby, ale zabójczy cios i natychamiast atakował kolejnego krwiopijcę. mistrzowskie cięcia zabiłyby każdego człowieka, rozpruwając tętnice czy niszcząc ważne narządy, wampirom jednak normalnie nie zrobiłyby wielkiej krzywdy, poza osłabiającym wykrwawieniem. Teraz jednak miecz, zsynchronizowany z dusza rycerza, płonął niemalże białym płomieniem i osiągał szczyty swej efektywności. Płytową zbroję przeciąłby jak kostkę masła.

Całe starcie zajęło nie więcej niż kilka uderzeń serca. Ysen stał ciężko dysząc, wciąż w bojowej pozycji, otoczony przez chmurę opadającego, dopalającego się popiołu.

_________________
I can survive in the vacuum of Space
Powrót do góry Zobacz profil autora
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość Odwiedź galerię autora
Kai Płeć:Mężczyzna
the abominable one


Dołączył: 02 Paź 2004
Skąd: Z najgłębszych zakamarków podświadomości
Status: offline
PostWysłany: 07-02-2005, 15:00   

Tymczasem...
Dwie identyczne postaci walczyły na jakiejś skalistej pustyni. Właściwie trudno tu mówić o jakiejkolwiek walce, gdyż jedna z postaci zabawiała się w rozbijanie kamieni drugą, co najwyraźniej sprawiało jej wielką przyjemność. Słońce, wychylając się zza choryzontu, skąpało walczących w czerwonym świetle, dodatkowo wzmożonym podobnym kolorem piaskowaca. .
Zawsze lubił się znęcać nad ofiarą. I to była jego słabość. Mimo, że ciało Kaia coraz bardziej chciało poprostu się rozpaść, był w tym czasie w stanie zgromadzić trochę energii. Wystarczająco by przywołać broń. Po chwili w jego ręce zmaterializowała się czarna rękojeść, po następnej sekundzie przyozdobiona białym świetlistym ostrzem. Broń Darkstara jest na tyle potężna, by przechylić szalę...
Zamachnął się, jak tylko ostrze się zjawiło, z nadzieją, że przeciwnik tego się nie spodziewa. Ale spodziewał się.
Świetliste ostrze spotkało się ze srebrny mieczem, stworzonym przez brata. Mieczem o bardzo długim ostrzu, równie długiej rękojeści, wyglądającym na dwuręczny, jeżeli wogóle człowiek byłby w stanie go unieść. Co nie zmieniało faktu, że dzierżyła go bez trudu jedna ręka. Bardzo szerokie ostrze było przecięt wzdłóż osi na całej długości, sprawiając wrażenie, jakby z jednej rękojeści wyrastały w istocie dwa ostrza.
Bronie jeszcze parokrotnie się spotykały, po czym przeciwnik odskoczył parę metrów w tył, przygotowując się do następnego ataku. Bez słowa ruszył, wykonując potężne cięcie. Kai zdołał je zablokować własną bronią - ledwo utrzymując ją w rękach - lecz skutecznie. Ponownie się zwarli. Skała o którą się oparł odpierając atak rozpadła się na kawałki, sam zaś poczuł bół w ramieniu, w miejscu w którym ukazała się dosyć głęboka rana. Czuł, że podobna zjawiła się także na jego astralnej formie.
- Podobają ci się? Dostałem je od Pani, gdy jeszcze jej służyłem, zanim ty się obudziłeś.
-... "je"?
W drugiej ręce brata ukazał się identyczny srebrny miecz, którym natychmiast zaatakował.

_________________

Zetrzyj uśmiech z twarzy...
Poddaj się uczuciu bezsilności...
Przestań walczyć...
Zrezygnuj...
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość Wyślij email
 
Numer Gadu-Gadu
5826822
Ysengrinn Płeć:Mężczyzna
Alan Tudyk Droid


Dołączył: 11 Maj 2003
Skąd: дикая охота
Status: offline

Grupy:
AntyWiP
Tajna Loża Knujów
WOM
PostWysłany: 07-02-2005, 16:44   

Ysen wreszcie opuścił broń. Nie wiedział co dalej zrobić, ale nie przeszkadzało mu to. Ruszył przed siebie, nie znając swego celu, ale z postanowieniem, iż zabije każdego kto stanie mu na drodze.

* * *

Wilk tymczasem się uspokoił. Powąchał dziewczynę, by sprawdzić, czy wszystko w porządku. Uspokojony, położył się koło niej i zamknął oczy. Czekał aż się obudzi. Był czujny, mimo iż wiedział, że w pobliżu Drzewa trudno o coś, co mogło by zagrozić jego podopiecznej

_________________
I can survive in the vacuum of Space
Powrót do góry Zobacz profil autora
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość Odwiedź galerię autora
Chimeria Płeć:Kobieta
Wiedźma co nie wygląda


Dołączyła: 12 Lut 2004
Skąd: z grzbietu smoka
Status: offline
PostWysłany: 07-02-2005, 17:58   

Minęło sporo czasu. W końcu dziewczyna ruszyła się lekko i podniosła. W głowie coś dynamicznie jej pulsowało.
-Aghr...-warknęła masując się po czole.
-Witaj, moja droga. Obudziłaś się?- usłyszała znajomy głos. Głos, który śnił się jej podczas koszmarów.
-Ojciec?-wysyczała i zaczęła się szybko cofać.
-Nie jestem twoim ojcem. Przodkiem...
Chimeria nie miała wyboru. Była bezbronna i na dodatek ślepa. Musiała zostać i porozmawiać z nim. Ucieczka mogła pogorszyć sprawę kimkolwiek był ten osobnik. Nie wierzyła mu do końca. Wilk uspokajająco przemawiał, opowiadając o wojnie, w której uczestniczył ojciec dziewczyny. Dowiedziała się o leczniczych właściwościach źródła i o tym co stało się w momencie gdy utraciła wzrok.

Tymczasem Ysen szedł przed siebie tnąc wampiry jak popadło. Po chwili za jego plecami pojawili się Akcjum, opierająca się na Teanachu. Ruszyli za rycerzem.
-Zimny jesteś...><
-^^
-Przymarzłam.><****
-^^

Mrukneła pod nosem coś w rodzaju podziękowań. Chimeria nawet nie zauważyła, że była w stanie mrugać powiekami.
-Potrzebna ci opaska. -powiedział spokojnie- Woda za jakiś czas przestanie działać i znów będziesz czuła ból.
-Muszę wrócić...muszę znaleźć moje płaszcze >< Mam tam wszystko.
-Aktualnie znajduje się tam twoja pseudo siostra i drow.
-Zabierz mnie tam.-zaskomlała.

Znów przed oczami Xellas i Vhriza przeleciał cień, pozostawiając Chimerię na fotelu. Tym razem bardziej wypoczętą i żywszą. Zerwała się z fotela i wpadła na osłupiałą Xellas.
Ch:XELLAS!-krzyknęła ponownie zdzierając gardło.-Płaszcze!
-Ale...Chimi...-wampirzyca stała zdziwiona.
-Szybciej!-odepchnęła ją wpadając zaraz na Vhriza. Gdy rozmoznała, że to drow potrząsnęła nim w miarę możliwośc i zarządała zwrotu cennych ubrań.
Ch:Proszę T_T
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość Wyślij email Odwiedź stronę autora
 
Numer Gadu-Gadu
5342274
Sm00k
-Usunięty-
Gość
PostWysłany: 07-02-2005, 18:07   

Bogowie...twoje oczy..siad!- drow zlapal szamoczaca sie Chimi za ramiona, szamoczaca sie uniosl i posadzil na fotelu- poczekaj chwile, zaraz je przyniose. Xell, przypilnuj, by ja nie nosilo po okolicy ><
Co mowiac, drow pobiegl do biblioteki.
Gdy wrocil, Chimi o dziwo wciaz siedziala spokojnie. Vhriz przekazal plaszcze Xellas.
-Skocze zaparzyc herbaty.
Powrót do góry
Kai Płeć:Mężczyzna
the abominable one


Dołączył: 02 Paź 2004
Skąd: Z najgłębszych zakamarków podświadomości
Status: offline
PostWysłany: 07-02-2005, 18:26   

Na pustyni...
Jedna z postaci pochylała się nad drugą - obaj byli w dosyć ciężkim stanie, z wieloma ranami, zwłaszcza leżący.
- No, więc jednak cię pokonałem, braciszku. Spodziewałeś się tego? A teraz odzyskać to co moje - energię. Pora spowrotem stać sięjednością.
Leżąca postać z wyraźnym wysiłkiem się uśmiechnęła, a w każdym razie próbowała, bo efekt był dosyć mizerny, po czym zaczęła się rozpadać.
- Hej, nie możesz teraz tak umrzeć!
Stojący próbował jeszcze chwycić drugiego, coś zrobić, lecz bez powodzenia - tamten zniknął.
- Cóż... to trochę skomplikuje sprawę... ale cóż, przynajmniej nie będziesz nam już więcej przeszkadzał braciszku. Chyba czas już wrócić.
Po chwili i on zniknął, by pojawić się tuż przed rycerzem.
- Witajcie przyja...
I z ledwością uniknąć cięcia mieczem. Właściwie nie wykonać unik, co poprostu paść na ziemię.

_________________

Zetrzyj uśmiech z twarzy...
Poddaj się uczuciu bezsilności...
Przestań walczyć...
Zrezygnuj...
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość Wyślij email
 
Numer Gadu-Gadu
5826822
Chimeria Płeć:Kobieta
Wiedźma co nie wygląda


Dołączyła: 12 Lut 2004
Skąd: z grzbietu smoka
Status: offline
PostWysłany: 07-02-2005, 20:58   

Xellas i Vhriz z mieszanymi uczuciami patrzyli na krwiste oczy Chimerii, które nic nie widziały. Co chwila wymieniali się krótkimi, kontrolnymi spojrzeniami. Wilkołak zaczął po omacku przeszukiwać kieszenie płaszcza. Po chwili wyciągnęła długą opaskę zrobioną z bandaża. Położyła ją na oparciu fotela i zaczekała aż materiał zniknie porwany przez cień, będący Żelaznym Wilkiem. Drow dostrzegł go, lecz nie reagował.
Zapadło milczenie. Chimeria usłyszała jak Xellas szybkimi ruchami ostrzy swoje wachlarze. Gdy skończyła machnęła tnąc ostrzem powietrze. Potem wertowała jakąś księgę. Wilkołak słyszał jak papierowe strony szeleszczą nad jej uchem. Jednak nijak nie mogła usłyszeć co takiego może robić drow. Po chwili przestało ją to interesować. Wilk spóźniał się, a woda z rzeki przestawała działać.
Ch:Xellas...
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość Wyślij email Odwiedź stronę autora
 
Numer Gadu-Gadu
5342274
Ysengrinn Płeć:Mężczyzna
Alan Tudyk Droid


Dołączył: 11 Maj 2003
Skąd: дикая охота
Status: offline

Grupy:
AntyWiP
Tajna Loża Knujów
WOM
PostWysłany: 08-02-2005, 11:49   

Chimi nagle poczuła, że jest jakby gdzie indziej. Dalej w onsenie, ale innym pokoju. Czyjeś dłonie zawiązały jej wokół głowy mokrą opaskę, a chłód momentalnie zdusił ból oczu.

- Wybacz, że to tyle trwało, ale tam nie da się szybko dotrzeć. Teraz zaniosę cię do twojej przyjaciółki.
- JESTEŚ!!! Przed chwilą cie nie było! - wrzasnęła Xellas. - Co ty wyprawiasz, chcesz żebym zawału dostała>.<!
-Długa historia==. Gdzie ta herbatka, którą Wgryz obiecał?

* * *

Ysen szedł dalej, jakby czuł zapach swego celu. Kai zostawił go w spokoju, widząc, że rozmowa z nim mija sie z celem i est raczej niebezpieczna. W normalnym świecie pogoń za demonem, który potrafił sie teleportować nie miała sensu i wydawało sie, że w tym też. Ale rycerz nie musiał polegać na tym, co mu się wydawało, szedł kierowany instynktami Żelaznego Wilka. A owe instynkty wiedziały, że ten las rządzi się własnymi, dośc dziwnymi prawami. Nie namyślając się przekroczył wąski strumyk.

- Zniknął o.O...
- Jakim cudem? Niemożliwe, to zwykła konserwa><!
- Ale wyparował O_o...

* * *

Chimeria wreszcie się uspokoiła i miała czas przemyśleć parę spraw. Dowiedziała się paru rzeczy o swoim ojcu: wojna w której brał udział okazał się być walką o istnienie całej wilkołaczej rasy, a Zakon Ysena raz był ich sojusznikiem, raz zaś nieprzyjacielem. Było to dość szokujące odkrycie, zwłaszcza że ledwie od około roku wiedziała o jego istnieniu. Dowiedziała się też, że Neuri, wilkołaczy naród, są niemal na wymarciu i żyją w nielicznych wioskach porozrzucanych w Multiświecie. Nigdy się nie interesowała historią swoich przodków, ale teraz była nawet zaciekawiona.

_________________
I can survive in the vacuum of Space


Ostatnio zmieniony przez Ysengrinn dnia 10-02-2005, 10:27, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry Zobacz profil autora
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość Odwiedź galerię autora
Daerian Płeć:Mężczyzna
Wędrowiec Astralny


Dołączył: 25 Lut 2004
Skąd: Przestrzeń Astralna (Warszawa)
Status: offline

Grupy:
Tajna Loża Knujów
PostWysłany: 08-02-2005, 17:06   

(post cofnięty w czasie... przynajmniej na początku)
Strumienie ognia i mroku raz za razem przecinaly niebo... dwie olbrzymie bestie raz za razem zblizaly sie do siebie i oddalaly... wokol nich krazyly drakolicze, probujace kasac Daeriana... ktory umykal ich ciosiom dzieki mocy Bram...

Daleko stamtąd poza lasem, odglosy walki budzily dzieci, ktore zafascynowane spogladaly w niebo na pokaz sztucznych ogni... a ich przerarzeni rodzice ukrywali się w piwnicy, próbując ukryć swe dzieci... tym razem jednak, po raz pierwszy od tak dawna nie mieli się czego obawiać...(post cofnięty w czasie... przynajmniej na początku)
„Nikt kto nie widział nigdy walki smoków, nie jest w stanie oddać jej przebiegu, jej rozmachu... słowa wydają się zbyt miałkie, porównania zbyt prymitywne... bowiem jakże oddać dwie bestie większe niż niejeden okręt powietrzny, potężniejsze niźli góry i miotające w siebie zaklęcia potężniejsze niż jakikolwiek mag mógłby sobie wyobrazić? A ich oddechy, zdolne stopić skały i zamienić je w rzekę płynącej lawy... mówię, wam, przyjaciele, nikt i nic nie odda ogromu takiego starcia, takiej bitwy... opisujcie je, jak możecie, niech prowadzi was wyobraźnia... ale pamiętajcie, że nawet najśmielsze marzenia nie dorównają rzeczywistości...”
Wycinek z „Nauk prawdziwego Poety” autorstwa Emelkiana, Pierwszego Barda i Towarzysza Muz

Stosując się do nauk mistrza, postanowiłem nie opisywać walki zbyt porządnie :-P, wiedząc, że mój opis i tak nie odda jej rozmachu i potęgi :-P

Strumienie ognia i mroku raz za razem przecinały niebo... Z każdym strumieniem ognia niebo stawało się jasne jak w dzień, a gdy pociski mrocznej magii je przeszywały – gasło niczym podczas zacmienia... dwie olbrzymie bestie raz za razem zbliżały się do siebie i oddalały... wokół nich krążyły drakolicze, próbujące kąsać Daeriana... który umykał ich ciosom dzięki mocy Bram...

Daleko stamtąd poza lasem, odgłosy walki budziły dzieci, które zafascynowane spoglądały w niebo na pokaz sztucznych ogni... a ich przerażeni rodzice ukrywali się w piwnicy, próbując ukryć swe dzieci... tym razem jednak, po raz pierwszy od tak dawna nie mieli się czego obawiać...

Walka trwała już wiele godzin... ale po obu smokach nie było widać zmęczenia... kołowały wokół siebie, raz za razem atakując się na wszelkie możliwe sposoby... Daerian miał kilka ran, Holophagus także... żadna z nich jednak nie była na tyle poważna, aby wyeliminować przeciwnika lub dostatecznie go osłabić... Walka przeciągała się więc...

W okolicy nie pozostało nic co mogłoby się poruszać... wszystkie żywe stworzenia nie odważyły się pozostać w miejscu walki dwóch smoków... poza rykami potworów i odgłosami zaklęć i inkantacji nic nie zakłócało ciszy...

Wydawało się, że walka nigdy nie dobiegnie końca... gdy Daerian spojrzał na widnokrąg... uśmiechnął się i na ułamek sekundy się zatrzymał... Drakolicze natychmiast skorzystały z okazji, aby go pochwycić i unieruchomić...
Holaphagus zawisł nad nim i rozkoszował się zwycięstwem... Teraz wszystko skończone... jesteś w mojej mocy! Zaraz zginiesz, bękarcie!
Mógłbyś się bardziej wysilić :-) poza tym, zapomniałeś o czymś...
Holophagus spojrzał w bok... i wtedy zrozumiał, że popełnił błąd... natychmiast odwrócił się z powrotem, ale było już za późno... wstające słońce zrobiło swoje... o świecie kończyły się wszelkie czary nekromantyczne...
Daerian unosił się nad nim... w idealnej pozycji do ataku... a Holophagus nie mógł nic poradzić...
Black Obsidian Fire! – strumień czerwonego gazu wystrzelił z ręki Daeriana... przeszył ciało Holophagusa niczym włócznia... a następnie w sekundę skamieniał, zamieniając się w obsydianowy kolec tkwiący w ciele smoka...
Daerian uśmiechnął się... tak więc, mamy smoka na szpilce...
Daerian teleportował się razem z konającym Holophagusem... i trafił prosto na grupę Tzimisce, którzy właśnie stracili swój cel... a on był akurat pod ręką. Co gorsza, w okolicy był Draakul...
Głowę Daeriana przeszył straszliwy ból... znał to zaklęcie... Młot na Umysł... atakujący cały system nerwowy... powoli zaczął się osuwać na ziemię...
Nie mógł sobie jednak pozwolić na słabość... potężny strumień ognia z jego dłoni przeciął powietrze... przypiekając znaczną cześć sług Draakula... wampir ponowił atak...
Jego uderzenia były bardzo silne... Daerian nie miał czasu... potężna eksplozja przecięła okolicę... w kuli ognia zniknęło wiele wampirów, wiele też zginęło od promieni słonecznych gdy ich osłony pękły i zostały wydane na światło słoneczne... wiele jednak pozostało przy życiu. A Daerian zniknął.
Draakul – Holophagus wydyszał – pomóż mi...
Pomogę – uśmiechnął się wampir, a jego ręka zaczęła zmieniać kształć przybierając formę dziesiątków macek zakończonych ssawkami, dziwnymi ostrzami i jeszcze wieloma przyrządami... – Tylko będę musiał operować bez znieczulenia... nie mam tu nic co uśpiłoby smoka...
AAAArgh... – krzyk poniósł się lasem... Holaphagus miał jednak szczęście... obsydian rozpadł się i zniknął gdy tylko Draakul go dotknął... tym samym smok uniknął ran od wyciąganego kolca...
Tymczasem drużyna w onsenie usłyszała donośne PLUUUSK....

_________________
Powrót do góry Zobacz profil autora
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość
 
Numer Gadu-Gadu
3291361
Ysengrinn Płeć:Mężczyzna
Alan Tudyk Droid


Dołączył: 11 Maj 2003
Skąd: дикая охота
Status: offline

Grupy:
AntyWiP
Tajna Loża Knujów
WOM
PostWysłany: 09-02-2005, 19:50   

Gdzieś, w jakimś dziwnym wymiarze, rozlegała się piosenka.

Ja cię kocham, ja cię lubię,
Ja ci z miłości oczka wydłubię,
Wydłubię jedno, wydłubię drugie,
Bo ja cię kocham , bo ja cię lubię.


Mały demonek był z siebie najwyraźniej zadowolony, gdy huśtał się w wielkim bujanym fotelu i nucił. Byłby mniej zadowolony, gdyby wiedział, że został ogłoszony na niego sezon polowań. Każdy, kto był związany z Żelaznym Wilkiem jakimiś więzami znajdował się w lesie Czernoboga usłyszał wilczy zew i ruszył na łowy. W zwyczajnym świecie nie stanowiłoby tu zagrożenia, ale ten las nie był normalny; wymiary materialny i astralny przenikały się i działały inaczej niż gdzie indziej. Nawet zwykły człowiek był w stanie przekroczyc granice tych światów, jeśli wprowadził się w trans. A dla rycerza Zakonu takie wejście w trans było kwestią sekund.

* * *

Ysengrinn w normalnych warunkach czułby się w czasie tej wędrówki nieswojo i niechybnie by zabłądził, rozpraszając uwagę. Ale był w transie i takie rzeczy nie zaśmiecały mu głowy. Żadne inne zresztą też nie, był w stanie całkowicie czystego umysłu. Na ludzki język: był zombie. I jako taki właśnie zombie przemierzał wymiar astralny, szukając najmniejszego śladu po demonie, o którym nie wiedział praktycznie nic, oprócz tego co usłyszał w wilczym wyciu. Jakimś cudem jednak wystarczyło mu to by trafić do prywatnego wymiaru demonka.

* * *

- O_o... - demonek był zdziwiony. Niecodziennie odwiedzały go ubrane na czarno wielkoludy z żądzą krwi w oczach. Szybko jednak odzyskał spokój ducha i szyderczo się uśmiechnął. - Myślisz, że mnie pokonasz, śmiertelniku? Masz tupet, przyznaję, ale...

Zamilkł, gdy przyjrzał się mieczowi, który rycerz skierował w jego serce, stając w pozycji bojowej. Niedobrze, bardzo niedobrze... Wyskoczył jak z procy, sekundę przed tym jak miecz wbił się w fotel. Nim wylądował rzucił w rycerza flaszkę ze srebrnym płynem, ten jednak rozbił ją mieczem. Płyn wybuchł, zapalając liczne sprzęty w mieszkaniu. Pożar w mig rozszerzył się na całe pomieszczenie.

- Co ty robisz ciemniaku><!? Chcesz wszystko zniszczyć??

Ysen nie odpowiadał, szykował sie do następnego ciosu. Nim go jednak zadał do akcji wszedł ktoś trzeci: Żelazny Wilk. Wpadł na rycerza i ledwie unikając jego ostrza wyrzucił go z wymiaru na równiny astralne.

"TY GŁUPCZE!!!" ryknął telepatycznie. "Niszcząc ten świat zniszczysz... zresztą po co ja to mówię, w tym stanie jesteś głuchy jak pień==. Zjeżdżaj stąd."

Ponownie uderzył rycerza, nie robiąc mu krzywdy, ale odpychając go daleko. Ysen nie rezygnował jednak i wciąż wracał, Wilk otworzył więc przejście do pierwszego miejsca, jakie mu przyszło do głowy. Czyli onsenu. Rycerz nawet nie próbował wyhamować i wpadł do środka. Wilk odetchnął i chciał wrócić do wymiaru demona, zauważył jednak, że ten zmienił położenie. Warknął wściekle i zaczął ponowne poszukiwania. Demonek miał zaś czas by ugasić płomienie. Uznał jednak, że póki co niebezpiecznie jest przebywać w jednym miejscu, przed typami jak Żelazny Wilk trzeba wiać. Skompresował
swój wymiarowy domek i ruszył w siną dal.

* * *

Ysengrinn ciężko dyszał. Czuł, że jakimś cudem wrócił do onsenu i leżał plecami na czymś miękkim, nie wiedział jednak, jak się tu znalazł. Czuł pustkę w głowie i piekielną migrenę. Początki "kaca", któego miał zawsze po wyjściu z transu. A żeby było ciekawiej, po głowie krążyła mu dziwna piosenka. "Nieświadomie zaczął nucić

Ja cię kocham, ja cię lubię,
Ja ci z miłości oczka wydłubię,
Wydłubię jedno, wydłubię drugie,
Bo ja cię kocham , bo ja cię lubię.


- Śliczne - mruknęło miękkie coś pod nim. Miało dziwnie znajomy głos. - Ale weźże zwlecz ze mnie swoje pancerne dupsko, co konserwo><!?
- Wgryz, skąd ty się tu wziąłeś?
- To raczej ja powinienem zadać to pytanie - warczał drow, bezskutecznie próbując się wygramolić. Coś zaczęło gwizdać. - To herbata dla Chimi, zwłaź!

Wgryz powiedział magiczne słowo, nie zdając sobie z tego sprawy. Ysen natychmiast zerwał się na nogi i skoczył do czajnika. Vhriz warknął coś o kodeksie rycerskim i o dziwo odniósł skutek - Ysen pomógł mu wstać. I nawet przeprosił. Niechętnie, ale jednak. Zaraz po tym jednak pognał do pokoju, gdzie wyczuł aurę dziewczyny. Hałas jaki wywołała jego zbroja poderwał Chimi i Xellas na nogi, o dziwo zdołał jednak wyhamować i nawet nic nie rozwalić. Przez chwilę patrzył na Chimerię, wreszcie padł przed nią z rozmachem na kolano.

- Pani! Klnę się, że ten co ci to zrobił zapłaci za to. Będzie cierpiał wieczne męki, stokroć gorsze od tych, jakie ty teraz przeżywasz! Przysięgam na Peruna i Swaroga, że strącę go na dno piekieł i...
- Nie zapominaj, że ja jestem z piekła==. Więc ześlesz mi go do domu.
- To chyba dobrze, nieprawdaż>]?
- Racja>).
- A zatem niech taAAAAARRRGHHHH!!!!!!
- Ups! Wybacz, nie chciałem>] - powiedział Vhriz, w dalszym ciągu trzymając czajnik z którego pół wody poleciało na rycerza.

_________________
I can survive in the vacuum of Space
Powrót do góry Zobacz profil autora
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość Odwiedź galerię autora
xellas Płeć:Kobieta
Kolekcjonerka Wampirzyca


Dołączyła: 09 Lut 2004
Skąd: Gdańsk-tu smoki chodzą koło Fontanny Neptuna
Status: offline
PostWysłany: 09-02-2005, 21:53   

X: >]
V: >D
Ch: ???...Co co się stało?
Y: ...
X&V: Niiiic >]
Xellas odebrała czajnik od drowa.
Y: Jak cię zaraz...
V: >D
I rozpoczęła się ponowna gonitwa.
Ch: Co się dzieje? Xellas co oni robią?
X: Emm...Nic ciekawego^^

_________________
Wampiry stworzenia nocy, przeklęte przez Boga za grzechy ojca, wyklęte przez ludzi za grzechy własne. Jam jedną z nich, z cienia zrodzona, na rękach mych krew, na ustach śmierć, w spojrzeniu zagłada.
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość
Wyświetl posty z ostatnich:   
Strona 45 z 55 Idź do strony Poprzedni  1, 2, 3 ... 44, 45, 46 ... 53, 54, 55  Następny
Ten temat jest zablokowany bez możliwości zmiany postów lub pisania odpowiedzi
Nie możesz pisać nowych tematów
Możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików
Nie możesz ściągać załączników
Dodaj temat do Ulubionych


Skocz do:  

Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group