FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy
RejestracjaRejestracja  Galeria AvatarówGaleria Avatarów  ZalogujZaloguj

Poprzedni temat :: Następny temat
Idź do strony Poprzedni  1, 2, 3 ... 21, 22, 23 ... 34, 35, 36  Następny
  Forgotten Realms
Wersja do druku
Bezimienny Płeć:Mężczyzna
Najmniejszy pomiot chaosu


Dołączył: 05 Sty 2005
Skąd: Z otchłani wieków dawno zapomnianych.
Status: offline
PostWysłany: 12-11-2009, 12:00   

Ktoś patrzący na powierzchnię Morza Mieczy podczas pięknego, słonecznego dnia (a takich ostatnio było sporo) mógł odnieść wrażenie panującego na tym obszarze spokoju. Nic bardziej mylnego. W głębinach wód wrzał konflikt, a jego efekty po raz pierwszy zaczęły być widoczne równierz na powierzchni. Armie sahuaginów, merrow, morskich trolli i koalinthów atakowały osadę po osadzie morskich elfów, merludzi i trytonów. Wzrastającą w siłę koalicję wspomagały osady diablich płaszczek i morkothów, krakeny, oraz masy innych stworzeń z Głębin. Nabrzeżne miasta skutków tej wojny bezpośrednio jeszcze nie odczuły, ale powierzchnie wód stały się dla podróżników znacznie mniej gościnne. Żegluga na obszarze na północ od Waterdeep stała się bardziej ryzykowna - statki podróżujące pojedynczo coraz częściej po prostu znikały bez wieści - ale na akwenach położonych bardziej na południe sytuacja była jeszcze gorsza. Tu ofiarami podmorskich łupieżców i sprzymierzonych z nimi piratów padały nawet silne konwoje, i tylko od czasu do czasu pojedynczemu statkowi udawało się jakoś przemknąć niepostrzeżenie. Wszelki ruch morski na Morzu Mieczy (jak również na trasie morskiej do odległej Maztiki) zamarł... a właściwie zamarłby, gdyby nie to, że jakimś trafem statki których kapitanowie cieszyli się poparciem Rycerzy Tarczy docierały do celu właściwie bez problemów. Wpływy Rycerzy, już i tak silne w państwach południa, jeszcze wzrosły, a ich bogactwo, w wyniku uzyskania praktycznego monopolu na handel morski w regionie, pomnożyło się wielokrotnie.

Zniszczenie Athkatli oznaczało koniec Amnu. Południowe regiony szybko poszły za przykładem Riatavinu, deklarując swoje przyłączenie do Tethyru, większość pozostałych miast również była bliska podjęcia tej decyzji. Tylko w Velen władze miejskie, w połaczeniu z przedstawicielami ważniejszych rodów kupieckich, pod wrażeniem ostatniego wzrostu przychodów z handlu, zdecydowały się na pójście drogą niezależności.

Uważnego obserwatora mógłby zainteresować fakt, że umacnianie się wpływów Rycerzy w Calimshanie nie spotkało się z przeciwdziałaniem Pogiętej Runy - raczej wręcz przeciwnie - mogłoby się wydawać, że obie organizacje działają ręka w rękę. Były ku temu dwa powody. Po pierwsze, magowie Runy już dawno temu zauważyli wzrost znaczenia Tarczy w świecie, i odpowiednio wcześnie zadbali o to by posiadać wpływ na decyzje podejmowane na najwyższych szczeblach tej organizacji, tak by w przyszłości uniknąć poważniejszego konfliktu interesów. Po drugie, kabała starożytnych magów była w tej chwili zajęta ważniejszymi sprawami - takimi jak np. uczestniczenie w odbywających się na terenie (zabezpieczonego magicznymi osłonami i chowającego się w głębinach Morza Mieczy) Thulthantar trójstronnych negocjacjach, w których ważną rolę odgrywały Zwoje Nether, stara magia Netherilu, oraz zestaw dotyczących Wysokiej Magii ksiąg wykradzionych z Evermeetu.

_________________
We are rock stars in a freak show
loaded with steel.
We are riders, the fighters,
the renegades on wheels.

The difference between fiction and reality? Fiction has to make sense.
Przejdź na dół Zobacz profil autora
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość
Velg Płeć:Mężczyzna


Dołączył: 05 Paź 2008
Status: offline

Grupy:
Tajna Loża Knujów
PostWysłany: 12-11-2009, 20:17   

Cytat:
Arienn Moonflower miał ostatnio więcej powodów do zmartwień – gdyż wprawdzie Halruańczycy caladańscy zostali zniszczeni przez resztki systemów obronnych Evermeet, lecz ich statki pozostały. A ostatnimi czasy zostały zaadaptowane przez gnomich rzemieślników – i niebo nad Evermeet zasnute było dziwnymi statkami z „połatanymi” kadłubami i obsadą gnomów proMACanckich. Różnica w skuteczności była praktycznie żadna, ponieważ dziwnym trafem wyspy nie dysponowały już flotą powietrzną, a zgromadzone siły lotnicze wciąż wystarczały na zbombardowanie stolicy...

Król miał także osobistą rozmowę z Velgiem, który wizytował wyspę z ramienia Kościoła. Miał to nieszczęście, że Pierwszy Sekretarz przeżył wszystkie trzy zamachy, które władca wyspy postanowił przeprowadzić. Szybka demonstracja pozabijanych skrytobójców (a także przerzucenie części poparcia na inne rody) nieco utemperowały królewskie ambicje. Wciąż jednak nie wiadomo było, na jak długo...

***


Lantańska flota kosmiczna przeniosła się z Evermeet do swej bazy. Tam przygotowywać się miała do inwazji na ciała niebieskie nieopodal Faerunu. Już kilka dni później, po okresie wzmożonych negocjacji z piratami (od których aż roiło się nieopodal Łez Selune), była gotowa do inwazji na pomniejsze planetoidy.

Przygotowania nie były bezkrwawe – podczas negocjacji jeden z przywódców piratów znieważył godność MACu, nazywając organizację wybitnie kolokwialne. Miał pecha, gdyż brat Eoghan z Zakonu Nieba, nadzorujący gnomią flotę, wszelakiego poczucia humoru był pozbawiony i zwyczajnie zabił pirata. Potem nastała szybka bitwa (choć słowo „masakra byłoby bardziej odpowiednie”), w której gnomy przetestowały ogień gnomi w warunkach kosmicznych. A ponieważ pirat zaopatrzył się w dobry okręt z kadłubem z dziwnego metalu, Bractwo wzbogaciło się o kolejny statek.

Jakkolwiek mord mógł zrazić wielu do Bractwa, to na piratów podziałał piorunująco. Kilka grup zgodziło się pełnić zaszczytną funkcję flot kaperskich, a resztki armady denata zostały szybko zmarginalizowane przez własne spory wewnętrzne.

Już następnego dnia rozegrała się bitwa pomiędzy dziesięcioma statkami swoistej „milicji” Łez Selune, a siłami Bractwa. Bitwa nierozstrzygnięta – bowiem jakkolwiek gnomy zdołały zestrzelić jeden statek, przeciwnicy zdołali wycofać się. Dopiero później dopadli ich i rozbili piraci...

Po tej bitwie, cały Spelljamner stanął otworem przed Bractwem – które nagle okazało się posiadać największe siły powietrzne. I, co więcej, świetne oddziały naziemne – oprócz gnomiej załogi, na statkach można było spotkać niemałe oddziały abordażowe. Tworzyła je pięćdziesiątka jeźdźców Zakonu Nieba (importowanych aż z Turmishu), cztery setki ciężkiej piechoty Bractwa, a nierzadko spotkać można były czarty służące Malkizidowi (którego kult ostatnio został z inicjatywy Pierwszego Sekretarza włączony do kultu MACanckich świętych, w czym bies upatrywał szans na powtórną asccendencję). Wszystko to, wcześniej ukryte w czeluściach gnomiej bazy orbitalnej, nagle okazało się siłą zdolną do sukcesywnego podboju Spelljamnera. A zwłaszcza Łez Selune, które nagle zostały pozbawione zorganizowanej siły...

***

Ze względu na zedytowanie posta Caladana powyższa część posta zostaje usunięta z questa i nigdy się nie wydarzyła. Zedytowane na prośbę Velga.

Archibald Trayen, „sługa Lathandera”, patrzył na hipodrom. Tam zaś „książę” (jak dzikusa, acz z rodu władającego, nazywali paladyni) zdobywał najwyższe laury, kierując swoim koniem lepiej od wszystkich przeciwników. Widać było, że tłum go ubóstwia. Nie dziwota, w końcu Sempharczycy zawsze byli nacją jeździecką, a od czasu wybudowania hipodromu wyścigi okazały się być ulubioną rozrywką plebsu.

Młody „książę”-woźnica zaś był kochany potrójnie. Raz jako piękny młodzieniec, dwa – jako zwycięzca, a trzy – jako przyszłego władcę (jeśli bogowie mieli poświęcić, gdyż satrapa Sempharu był stary i bezdzietny).

W tym momencie Archibald już zadecydował – Cyric, jego prawdziwy pan, wymagał dużych ofiar. Wymogi konspiracji (utrzymane dotychczas tylko dzięki przedmiotom chroniącym przed wykryciem myśli – a więc i charakteru) musiały ustąpić wobec przemożonej woli Czarnego Słońca. Zwłaszcza, że niedługo miało być święto lokalnego wcielenia jego bożyszcza...

***


Młody Horesep, czempion wyścigów rydwanów, do swego pałacu wrócić miał powozem. Nie ujechał jednak ani stu metrów poza miasto, gdy powóz zatrzymał człowiek w stroju kapłana Lathandera. Furman uniósł dłoń w geście pozdrowienia, gdy mężczyzna wymamrotał coś i dotknął ramienia powożącego. Woźnica zwalił się martwy, a napastnik szybko przeskoczył na jego miejsce.

Chwilę później, zamordował dwóch gwardzistów i począł wieźć księcia do nieznanego celu. Książę, sparaliżowany jakimś dziwnym strachem, nie miał nawet siły krzyczeć...

***


... mały kłopoty. Brakuje Horesepa... – stwierdzono w komórce wywiadu MACanckiego w stolicy Sempharu.

Wnet też rozpoczęto poszukiwania brakującego. Dopiero po trzech godzinach przypadkiem znaleziono zwłoki młodzieńca – wraz z kultystą odprawiającym plugawe rytuały ponad jego ciałem.

Choć z pewnością było błędem winić Daeriana za ową sytuację, ród zabitego nie popisał się wyrozumiałością. Nakazał paladynom (nagle znienawidzonym) opuszczenie ich włości – a gdy ci się sprzeciwili, wojska miejscowe poczęły rozbijać ich oddziały. Nikogo nie brano do niewoli, a argumenty ignorowano - choć zawinił tylko jeden, w dodatku pomniejszy, „wojownik o wiarę”, cały sojusz drowa zyskał łatkę plugawych morderców.

_________________
Powrót do góry Zobacz profil autora
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość Wyślij email Odwiedź listę obejrzanych anime / przeczytanych mang
Loko Płeć:Mężczyzna
Aspect of Insanity


Dołączył: 28 Gru 2008
Status: offline

Grupy:
Syndykat
WOM
PostWysłany: 12-11-2009, 23:52   

Hashimi i Loko stali przed ponuro wyglądającą fortecą. Zaczynało się już robić ciemno, a na niebie pojawiły się gwiazdy.

- A więc to stąd je teleportują - powiedział Hashimi.

- Wszystko na to wskazuje - odparł Loko.

- Naprawdę uważasz że ten jaszczur mówił prawdę?

- Jeśli nie to wrócimy po niego.

- Fakt, masz słuszność. Nie stójmy tu jak słupy i wchodźmy.

Hashimi pchnął ciężkie, nadgryzione zębem czasu drewniane drzwi. Zardzewiałe zawiasy nie wytrzymały i ułamały się z okropnym trzaskiem. Gdy echo uderzenia metalowych części o podłoże ucichło, towarzysze weszli do środka. Rozciągał się przed nimi długi, nieoświetlony korytarz. Jako że dla obydwu mężczyzn ciemność nie była żadnym problemem ruszyli przed siebie.

- Dziwne, nie zauważyłem do tej pory żadnej pułapki czy też bariery - stwierdził Hashimi.

- Tak, czuć jedynie odór teleportu.

Korytarz urwał się, ukazując im oczom ogromną salę. Była zbudowana z milionów kamieni wielkości pięści, oświetlały ją wystające gdzieniegdzie ze ścian zielone kryształy. Na środku pomieszczenia wyrysowany był okrąg znacznie ułatwiający rzucenie zaklęcia teleportacji. Był to duży okrąg, na tyle duży że mógł bez problemu pomieścić dwie setki porwanych przez jaszczury kobiet i wysłać je prosto do Saula. Usłyszeli jakiś odległy szum i po chwili dotarła do nich aura zaklęcia. Spokojnym krokiem, mężczyźni podeszli do - niewątpliwie początkującego - czarodzieja, odzianego w czarną szatę.

- Witam - po tych słowach Hashimi wyjął z pochwy sztylet - chcielibyśmy ci zadać kilka pytań.

- Tak? Myślałem że od razu go zabijemy. Chociaż patrząc na niego... nawet nie warto się wysilać - odparł Liść.

- Kim jesteście? Czego tu chcecie? - mag wyraźnie wystraszył się nowoprzybyłych. Zaczął nerwowo pocierać sygnet który miał na dłoni.

- Twój, jak mniemam pan, Saul, nagrabił sobie - Loko zmaterializował lodowy sztylet w dłoni - już jakiś czas temu.

- Na brodę Talosa, to ty - mag pobladł ze strachu, spojrzał spanikowany na swój sygnet - Panie! Panie! Tu Ramirez, pomocy on tu przybył...Aaa!!

Ramirez spojrzał zszokowany na swój oddalający się palec z sygnetem, po czym poniósł wzrok i natrafił na maskę Rysia, milimetry od swojej twarzy. Hashimi pchnął, jednak ku swojemu zaskoczeniu chybił, ledwo rozdzierając magowi szatę. Ramirez odskoczył kilka kroków w tył i równie zwinnie uniknął mknących ku niemu sopli lodu. Hashimi znów rzucił się do ataku, jednak Ramirez uskakiwał niczym, akrobata. Nagle potknął się o rąbek szaty i zatoczył, Ryś natychmiast wykorzystał sytuację i uderzył go z całej siły w twarz, mag ku jego zaskoczeniu oddał mu w podobnym stylu. Hashimi odskoczył, i zobaczył że mag - wciąż przerażony - cofa się aż pod samą ścianę. Nagle powietrze wokół zawirowało, dało się wyczuć niesamowicie silną aurę magiczną. Hashimi spostrzegł portal otwirający się przed magiem, był wielkości kubka. Z przejścia wysunęła się rękojeść sztyletu, za którą chwycił Ramirez, wydobył z portalu długi sztylet, wyglądający jakby był zrobiony z ciemnoczerwonego szkła. Nim Ryś zdążył się otrząsnąć, Loko przemknął obok niego, skacząc na maga. Ramirez wykonał szybki obrót, zamachując się czerwonym sztyletem. Loko poczuł jak ostrze rozcina mu policzek, zszokowany czekał aż z rozcięcia spłynie strużka krwi, która odbierze mu jego moce. Jednak krew nie wypłynęła, za to rana dziwnie ciągnęła. Liść nie tracąc czasu uderzył w rękę osłupiałego Ramirez, łamiąc ją z trzaskiem. Szybkim ruchem przechwycił spadający sztylet i wbił go w pierś maga. Ramirez zaczął drzeć się w niebogłosy, gdy nagle Loko - ku zaskoczeniu i Hashimiego - wyszarpnął z nicości ogromny złoty miecz. Jednym ruchem odciął Ramirezowi głowę, która poszybowała kilka metrów w górze i z plaśnięciem wylądowała na magicznym kręgu. Liść wyszarpnął sztylet z bezwładnego ciała i zaczął przyglądać mu się z ciekawością.

- Chyba wypija krew - stwierdził.

- Co to miało być?! - Hashimi stał wryty, gapiąc się na miecz w ręku Loka - skąd to masz?

- Ach, to. Należał do "Lorda" Shuruppaka. Po naszym spotkaniu zmienił właściciela - Liść odwrócił się w stronę towarzysza i zdziwiony spostrzegł że go nie ma.

- Myślałam że znajdę nowego sługę, ale nie chcę się z tobą równać. Twoja krew dziwnie smakuje.

Liść spostrzegł że nie ma w dłoni czerwonego ostrza. Słowa które usłyszał, były wypowiedziane przez bardzo młodą dziewczynę, ubraną w prześwitującą czerwoną suknię.

- Czym jesteś, sukkubem? Czy wyjątkowo niemoralnym demonem, ukazującym mi wdzięki nastolatki?

- Nic z tych rzeczy, jestem częścią ducha Maski, który swojego czasu egzystował pod postacią miecza. Cyric połamał ten miecz, rozbijając Maskę na kawałki. Jak zapewne wiesz Maska jest teraz ledwie półbogiem, zapewne dlatego że nie jestem z nim.

- Nie pojmuję o co ci chodzi.

- Z fragmentu miecza zrobiono sztylet, mnie. Żeby żył muszę pić krew, ten czarodziej, który mnie znalazł, nie karmił mnie zbyt dobrze.

- Saul?

- Właśnie on. Ale teraz jestem twoim sługą, to jak, nakarmisz mnie - w oczach dziewczyny pojawił się lubieżny blask, oblizała nerwowo wargi - ten twój towarzysz... wygląda smacznie.

- Nie waż się ruszyć Hashimiego

- Co mnie? - Hashimi pojawił się nie wiadomo skąd.

- Pogubiłem się - szepnął Loko patrząc na czerwony sztylet, który miał w dłoni.

- I możesz mi powiedzieć co ty robiłeś? Gadałeś do sztyletu, nie reagowałeś na nic.

- Hm. No cóż, nieważne - Liść zdematerializował miecz Shuruppaka, czerwony sztylet przymocował przy lewym boku.

- No to jak będzie... - usłyszał w swojej głowie głos dziewczyny.

- Cicho - Loko zagłuszył głosy w swojej głowie.

- Nic nie mówię - odparł Hashimi.

- Nie ty... Ech, potem ci wytłumaczę. W każdym razie nie zwracaj teraz dużej uwagi na to co mówię.

Hashimi już otwierał usta żeby coś odpowiedzieć, gdy sala znowu wypełniła się aurą magii. Ta była o wiele potężniejsza od poprzedniej, wielki okrąg wyrysowany węglem na posadzce rozświetlił się na niebiesko. Światło nasilało się, wirowały wokół niego błyskawice, po chwili nastąpił huk i wszystko ustało. Na środku okręgu stał ubrany w wypłowiałe szare szaty czarodziej, podpierający się długą, sękatą laską. Maurice omiótł wzrokiem salę, jego oczy zatrzymały się na Hashimim i Liściu.

_________________
That is all in your head.

I am and I are all we.
Powrót do góry Zobacz profil autora
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość Wyślij email Odwiedź listę obejrzanych anime / przeczytanych mang
Sylar Płeć:Mężczyzna
Poszukujący Prawdy


Dołączył: 11 Lis 2009
Status: offline
PostWysłany: 14-11-2009, 14:57   

Hardcastel można byłoby porównać do oazy na pustyni, czy do przystani na niebezpiecznej drodze. Jednak ostatnie wydarzenia dotknęły również i to miejsce. Z ponad tysiąca osób zamieszkująca te nieprzyjemne tereny przetrwała zaledwie garstka. Kilka setek, ale nie więcej niż pięć i nie mniej niż trzy, pozostało na straży, dbając dalej o względne bezpieczeństwo tutejszych dróg. Jednak z każdym kolejnym dniem stawało się to coraz trudniejsze. Znacząco wzrosła działalność bandytów, zachęconych panującym chaosem i jednocześnie zdesperowanych brakiem ofiar. Bowiem inną bolączką słabnącego Hardcastel były ciągle kurczące się zapasy. Kupieckie karawany nie były już tak stałymi gośćmi jak niegdyś, a bez ich towarów obóz skazany był na zagładę. Na domiar złego ostatnimi czasy stwory zamieszkujące pobliskie lasy zaczęły migrować, niebezpiecznie zbliżając się w okolice Hardcastle. Ostatnio na drodze napotkać można było już gromady gnoli, a nawet i samotne trolle. Do takiego miejsca przyszło przywędrować Sylarowi w poszukiwaniu wygodniejszego niż dotychczas łoża. Odziany w ciemny płaszcz z kapturem, dyskretnie przykrywał resztę ekwipunku bohatera. Przemierzał obóz w poszukiwaniu czegoś na wzór gospody, gdy naglę do uszu dosięgły go odgłosy rozmowy dwóch strażników przy północnym wyjściu.


- Przeklęci obcy! By ich Cyric pochłonął!
- Nie tak głośno głupcze! Bo napawasz sobie biedy.
- Daj spokój. Mają inne rzeczy do roboty, niż przejmować się naszym domem... ta na pewno zapychają się jak świnie naszymi towarami.
- Fakt, już od dawna nie widziałem żywej duszy z północy, nie wspominając o dostawach żywności i kupcach.
Sylar ze średnim zainteresowaniem słuchał żalów zbrojnych. Już od dawna wiedział, że przybycie tak zwanych obcych, a MAC się zwących, będzie jak dolanie oliwy do ognia w tych niebezpiecznych czasa Farunu. Srebrny blask księżyca w końcu przebił się przez chmury wyłaniając Sylara z łona ciemności. Jednak dopiero po mocnym wytężeniu wzroku jeden ze strażników dostrzegł jego obecność.
- Co tu szukasz?!
- Co, kto? - Rozejrzał się drugi strażnika ledwo zauważając bohatera.
- Szukam tylko jakiegoś miejsca gdzie mógłbym położyć głowę. - wzruszył niewidoczno ramionami.
- Nie tędy droga. Ta tutaj prowadzi do piekła. - odpowiedział bardziej rozgarnięty strażnik.
- Raczej do świń. - prychnął drugi.
- To gdzie mogę znaleźć jakąś gospodę?
- Gospodę? Ha. W południowo zachodniej części obozu znajdują się tawerna. Tam szukaj miejsca.
Nie mówiąc już nic więcej, Sylar oddalił się od strażników w stronę wskazaną przez jednego z nich. Przez cały czas dalej słysząc coraz to cichsze obelgi adresowane pod siły MACu.


Natrafić na tawernę nie było wcale tak trudno. Mimo późnej pory już z dala słychać było jak pozostali mieszkańcy Hardcastel utapiali swoje nieszczęścia w kolejnych kuflach chmielowego nektaru. Jednak tam gdzie piwo leje się litrami, tam nie trudno o spięcie. Tuż przed tawerną zebrało się kilku podpitych bojowników. Sylar jednak zignorował pewne zagrożenie. Zdawał sobie sprawę z tego co się stanie i dobrze wiedział, że sobie poradzi. Stało się jak przewidział.

Przed tawerną otoczyło go pół tuzina najemników. Po kilku groźbach herszta bandy i ignorancji bohatera, doszło do starcia. Pierwsza trójka za plecami rzuciło się do walki wręcz tylko po to, aby paść chwilę później obezwładnieni niewidzialną siłą. Reszta pod wpływem strachu dobyła mieczy i z furią cięli stojącego jak posąg Sylara. Trójka napastników nie mogło dać wiary swoim oczom, gdy okryty w lekkim mroku bohater dalej stał niewzruszony, a co najważniejsze bez jakiejkolwiek rany. Intuicyjnie bandyci zbierali się do kolejnego cięcia, gdy nagle broń stała się nadzwyczaj lekka. Szybkie spojrzenie na uzbrojenie potwierdziło najgorsze. Okazało się, że z uzbrojenia pozostało jedynie rękojeść. Sylar stał dalej niewzruszony a wokół niego naglę zaczęły wirować jakieś małe obiekty ledwo widoczne w mroku nocy. Nim napastnicy w ogóle zorientowali się co lewituję wokół bohatera, zostali już tymi żelaznymi kulami podziurawieni. Ignorując cichnący lament napastników Sylar beznamiętnie i jak gdyby nigdy nic wszedł do tawerny, wynajął pokój i ułożył się do snu, oczekując już przyszłych problemów...
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość
Bezimienny Płeć:Mężczyzna
Najmniejszy pomiot chaosu


Dołączył: 05 Sty 2005
Skąd: Z otchłani wieków dawno zapomnianych.
Status: offline
PostWysłany: 14-11-2009, 22:58   

Poprzez rozpadające się ruiny położonego w głębi lasu Wealdath miasta, leciało... coś. Obiekt latający na pierwszy rzut oka przypominał czaszkę i dwie kościste dłonie unoszące się w środku obłoku utkanego z cienia i brudnofioletowego światła. Bardziej doświadczony obserwator rozpoznałby w nim licha w jednym z późniejszych stadiów ewolucji.
Mallin, władca ruin, sporego regionu lasu otaczającego miasto, oraz hord umarłych przebywających w tej okolicy zastanawiał się nad kryształową kulą, jaką otrzymał, i nad wiadomością do której kula była dołączona. Choć propozycja współpracy oferowała dużo, wymagając w zamian stosunkowo niewiele, Mallin najchętniej by ją odrzucił, albo przynajmniej opóźniał rozmowy wystarczająco długo, by dowiedzieć się więcej o sytuacji. Przed takim działaniem powstrzymało go jednak to, czego w liście nie było. W całym tekście nie padło ani jedno słowo, które można by interpretować jako groźbę - a jednak było w nim wystarczająco dużo informacji, by lich mógł sam sobie dopisać potencjalne konsekwencje konfliktu z autorem listu. W obecnej chwili wyrażenie zgody wydawało się być najbezpieczniejszym rozwiązaniem - Mallin był zresztą cierpliwy. Sytuacja w przyszłości może przecież ulec zmianie, a wtedy będzie można kwestię umowy ponownie przemyśleć.

********

Daleko na wschód, w środku spoczywającego kilkaset metrów pod powierzchnią wody obiektu wrzały prace. Shadovarskim magom udało się wyizolować część pomieszczeń i wypełnić je powietrzem, oraz ustawić tymczasowy portal pozwalający na transport materiałów i ludzi. Obecnie prace odbywały się głównie w jednej z centralnych sal, koncentrując się zwłaszcza na znajdującej się tam olbrzymiej sferze wykonanej z kryształopodobnego materiału. Ostatni (i najważniejszy) krok rytuału naprawczego dla mythallaru mial potrwać przynajmniej kilka dni, ale w oczach przygotowujących się do procesu magów widać było iskry ożywienia i nadziei - jeśli eksperyment się uda, będzie to znaczący krok w kierunku przywrócenia dawnej chwały, o której wielu z nich tylko słyszało (oraz, co w tej chwili wydawało się nawet bardziej istotne - znacznie zwiększy ich szanse na przeżycie).

_________________
We are rock stars in a freak show
loaded with steel.
We are riders, the fighters,
the renegades on wheels.

The difference between fiction and reality? Fiction has to make sense.
Powrót do góry Zobacz profil autora
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość
Sasayaki Płeć:Kobieta
Dżabbersmok


Dołączyła: 22 Maj 2009
Status: offline

Grupy:
Melior Absque Chrisma
WOM
PostWysłany: 15-11-2009, 19:51   

Mag obrzucił apatycznym spojrzeniem odciętą głowę Ramireza. Z jego twarzy nie dało się wyczytać żadnych emocji. Powoli przeniósł wzrok na Rysia i Loko, niemal całkiem ignorując pierwszego.

-Sprawiasz naprawdę dużo kłopotów. Czas to zmienić.- mówiąc to stuknął laską o podłogę. Ziemia zatrzęsła się, tak że mężczyźni z trudem złapali równowagę. Czasoprzestrzeń rozerwała się tam gdzie uderzył kostur, tworząc wielką wyrwę. Pierwszym co z niej się wydobyło był ryk- okropny, basowy, drapieżny ryk głodnej bestii. Następny był octowy odór. Tak silny że Liść zasłonil sobie nos i usta, a Hashimi złapał za żołądek zemdlony. W końcu ze szczeliny wypełzła potężna pokraka, sterta mięśni owinięta w skórę, demon hezrou.

-Zaxis głodny panie- zwróciła się do maga paskuda- Zaxis chce mięsa.

-Oczywiście Zaxis, proszę. Tam są dwa apetyczne kąski.- Maurice wskazał na Loka i Rysia.- Nie ma po nich zostać nawet okruszyna...- dodał ze złośliwym uśmiechem.

Demon wyszczerzył trzy rzędy ostrych kłów i rzucił się na mężczyzn. Odskoczyli, lecz wielkie łapska Zaxisa zamachnęły się na nich, zanim zdążyli złapać równowagę. Hashimi padł na ziemię i przeturlał się pod ścianę. Następnie podniósł się i wyjął łuk. Tymczasem Liść skakał niczym w jakimś dzikim tańcu, unikając ciosów potwora, który skupił na nim całą uwagę, z racji tego że był wyższy, przez to większy i bardziej apetyczny. Zmieniło się to jednak gdy pierwsza strzała Rysia ugodziła go w kark. Demon nie lubił wielu rzeczy, ale najbardziej nie lubił przerywania mu w zabawie z jedzeniem. Wściekły zaczął szarżować w stronę łucznika. Ten zaczął uciekać, w biegu celując w malutkie oczka Zaxisa. To dało Liściowi czas by przywołać miecz. W drugiej dłoni dzierżył krwawy sztylet. Podbiegł i ugodził potwora w nogę. Bestia przypomniała sobie wtedy o nim. Uderzyła skrytobójce szponami, lecz ten sparował cios. Zaxis spróbował więc od drugiej strony, lecz nadział się na sztylet.

-Odmawiasz mi nieskalanej genami przodków krwi twojego towarzysza, karmiąc mnie zamiast tego posoką hezrou?- prychnęła dziewczyna.- Za nisko cenisz sobie moje usługi panie...

Wtem demon cofnął gwałtownie rękę. Rana bardzo go bolała, podniósł ją więc do ust i oblizał. Wtedy uderzyła go seria strzał. Na pięciu z nich wypisano magiczne słowa, co sprawiło że gdy trafiły w cel- wybuchały, rozpryskując parzącą substancję. Obolały Zaxis opadł na kolana, próbując swoją mniej ranną łapą pozbyć się z pleców żaru. Wtedy Liść ugodził go w łeb, rozłupując czaszkę demona. Gdy ten padł martwy, skrytobójca rozejrzał się po komnacie. Ujrzał przed sobą Maurica, a pomiędzy nim a sobą Hashimiego, któremu skończyły się strzały więc trzymał w dłoniach dwa noże.

_________________
Gdy w czarsmutśleniu cichym stał,
Płomiennooki Dżabbersmok
Zagrzmudnił pośród srożnych skał,
Sapgulcząc poprzez mrok!

Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość Odwiedź blog autora Odwiedź listę obejrzanych anime / przeczytanych mang
 
Numer Gadu-Gadu
9349483
Zegarmistrz Płeć:Mężczyzna


Dołączył: 31 Lip 2002
Skąd: sanok
Status: offline

Grupy:
AntyWiP
PostWysłany: 15-11-2009, 23:36   

Halruańskie statki powietrzne sprawnie utworzyły most powietrzny nad Czarną Dżunglą i Dżunglą Mhair. Okręty wiozły wojsko. Dużo wojska, choć jego liczebność nie wyczerpywała jeszcze pełnych możliwości rodzącej się, Halruańskiej potęgi militarnej. Pierwsze transporty wylądowały w Tashalarze, a kolejne w Thindol. Mimo początkowowego oporu władcy tych krain zgodzili się je przyjąć. Widok uzbrojonych po zęby, latających okrętów, broni, której do tej pory nie znali zniechęcił ich do jakichkolwiek obiekcji. Ponadto Halruańczycy twierdzili, że nie przybywają na wojnę:

- Wiemy, że boicie się jaszczuroludzi i yuan-ti - twierdziła dowodząca nimi kobieta zwana Soundvawe. - Przybyliśmy wam pomoc.

Żołnierze wzbudzili kontrowersje, lecz wielu z nich było magami. Swą mocą rozwiązali wiele lokalnych problemów, szybko więc zostali zaakceptowani. Nikt nie miał nic przeciwko temu, by w kraju rozmieszczono halruańskie garnizony i bazy wojskowe. Ich mieszkańcy nazwali taki stan rzeczy "delikatną protekcją". Dzięki obecności pilnujących porządku w miastach Haruańczyków więcej żołnierzy można było posłać do walki w dżungli przeciwko jaszczuroludziom, a dzięki ich czarom wróżebnych wojsko wreszcie wiedziało, gdzie należy atakować...

Gdy sytuacja w tych dwóch państwach została unormowana okręty powietrzne skierowały się dalej na zachód. Wiozły oddziały przysłane wcześniej przez MAC pod dowództwem Kitkary. Legiony te przyłączyły się do oddziałów Sasayaki. Towarzyszyły im całe gromady wyszkolonych, goblińskich tropicieli. Byli oni doskonale przygotowani do służby w gorącym klimacie. Zdawało się, że w obliczu połączonych sił MAC i Halruy jaszczuroludzie nie mają szans.

_________________
Czas Waśni darmowy system RPG dla fanów Fantasy. Prosta, rozbudowana mechanika, duży świat, walka społeczna.
Powrót do góry Zobacz profil autora
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość Wyślij email Odwiedź stronę autora Odwiedź blog autora Odwiedź listę obejrzanych anime / przeczytanych mang
 
Numer Gadu-Gadu
1271088
Loko Płeć:Mężczyzna
Aspect of Insanity


Dołączył: 28 Gru 2008
Status: offline

Grupy:
Syndykat
WOM
PostWysłany: 16-11-2009, 01:08   

Nim towarzysze zdążyli się zorientować, Maurice wskazał swym sękaty kijem na Hashimiego. W mężczyznę uderzyła niebieskawa, iskrząca się łuna o dość dużej średnicy. Liść stał nieruchomo oczekując efektów zaklęcia, mag uśmiechał się złośliwie. Hashimi stał wciąż dzierżąc w dłoniach sztylety, przyglądając się z zaciekawieniem łunie.

- Nie wiem co chcesz tym osiągnąć, bo jest mi po prostu trochę zimniej. Ale biorąc pod uwagę kto za mną stoi, wątpię czy to przez twoje zaklęcie...

- Jak to?! - Maurice wyraźnie się wystraszył - czym ty jesteś?

- Za długo by opowiadać - odparł Hashimi i wyszedł poza zasięg działania zaklęcia.

Promień wylądował na skrytobójcy.

- Czy to żałosna próba wessania mojej duszy do twojej laski? Nie zadziała, Shar już sobie ją przywłaszczyła.

- Skoro tak... - czarodziej zamachnął się laską i zniknął w błękitnym płomieniu.

- Teleportacja na krótkie odległości, dość irytujące - powiedział Loko

- Rozwalmy mu ten kij - odparł Ryś.

Skrytobójca poczuł za sobą ruch, cudem uniknął uderzenia w głowę laską. Zdążył jedynie zobaczyć następny rozbłysk płomienia. Loko szybko wskoczył w magiczny okrąg, Hashimi podążył za jego przykładem. Maurice pojawił się poza zasięgiem wzroku towarzyszy. Nie mógł teraz pojawić się bezpośrednio za nimi, gdyż aktywowałby teleport do wieży Saula, a pojawienie się tam skrytobójcy mogłoby spowodować pewne opóźnienie w realizowaniu planu jego mistrza. Chyba czas już skorzystać z nowego zaklęcia, pomyślał, po czym wyrecytował formułę i wyskoczył zza kamienia, pomarańczowa smuga wystrzeliła z jego dłoni w stronę towarzyszy. Hashimi stał na drodze jej lotu, więc czym prędzej odskoczył, spostrzegł jednak że zaklęcie samo zmieniło tor lotu, wyraźnie kierując się na Liścia. Loko który usłyszał w swojej głowie znany tylko jemu głos Pani Nocy, stał beznamiętnie patrząc jak zaklęcie godzi w jego pierś. Jego naszyjnik poczerniał, zielony pył przestał się przesypywać. Maurice wyglądał na zadowolonego z siebie.

- Twój wspaniały wisior właśnie utracił swoją moc, zawsze ciekawiło mnie jak przebiegałaby szybkie starzenie się kogoś. Dla twojej informacji, zaraz obrócisz się w pył... - gadanina maga została przerwana przez radosny, kobiecy śmiech który wypełnił salę.

- Marny człowiecze, twierdzisz że jesteś zdolny zniszczyć przedmiot, który sama wytworzyłam.

Maurice pobladł ze strachu, nigdy nie domyśliłby się że klepsydra jest wytworem boga. Co gorsza, znał ten głos. Uświadomił sobie właśnie czemu ten chłopaczek był w stanie dopaść ich w miejscu, które powinno być dla niego końcem świata. Shar była wyraźnie po jego stronie. Maurice uświadomił sobie że na nic mu teraz modlitwy do jego pani, bowiem właśnie przestała nią być. Medalion Liścia powrócił do normalności, przestrzeń przeciął znów ten sam kobiecy głos, jednak teraz był wściekle syczący.

- Zabij go.

Liść od razu rzucił się na maga, ten wyraźnie zirytowany nagłą zmianą jaka zaszła w jego życiu zamachnął się laską. Wyleciało z niej pół tuzina magicznych pocisków różnej maści. Loko uskoczył przed falą kul, Maurice wykorzystując sytuację zamachnął się laską chcąc znów się zteleportować, jednak strzała która świsnęła mu koło ucha rozproszyła jego koncentrację. Mag spojrzał z nienawiścią na Hashimiego, który leciał po następną strzałę leżącą na ziemi.

- Po co ty się w ogóle w to mieszasz?! - wrzasnął mag szarpnął ręką, zamierzając wycelować kijem w Rysia, jednak Loko zdążył już złapać za laskę.

Zaczęli się siłować, Maurice wyraźnie wspomagał się jakąś magią, jednak nie dało to zbyt wiele przeciw skrytobójcy. Loko wyrwał magowi jego cenny kij, i kopnięciem odrzucił go w tył. Następna strzała przebiła na wylot jego przedramię, mag wrzasnął z bólu, spojrzał nad siebie, spanikowany spostrzegł Liścia, który wyskoczył na kilka metrów w górę i wyraźnie zamierzał rzucić w niego laską. Gdy kij trafił w kamienne podłoże pod nogami maga, łamiąc się tym samym, stało się to czego wszyscy się spodziewali. Wybuch objął większą część pomieszczenia, Loko który znajdował się w powietrzu uderzył z impetem w sufit. Hashimi poleciał kilkanaście metrów w tył, szczęśliwie lądując pod ścianą, a nie rozbryzgując się na niej. Gdy echo wybuchu już ucichło, Liść wstał i zaczął powoli zbliżać się ku miejscu w którym leżał Maurice. Po magu nie pozostał żaden ślad. Loko rozejrzał się po sali, Ryś trzymając się za żebra powoli wstawał. Namalowany węglem okrąg magiczny rozbłysnął niebieską poświatą. Liść dopiero teraz dostrzegł Maurica, wpół leżącego na kręgu, szepcącego inkantację. Jego stroju wstydziłby się w tej chwili największy biedak Torilu, zaś sam mag był okropnie poparzony. W dodatku jego prawa noga urwana była na wysokości kolana, druga zaś był dziwnie wykręcona. Liść zdawał sobie sprawę że nie dobiegnie do okręgu zanim mag zdąży uciec, jednak Hashimi był wystarczająco blisko, Liść najszybciej jak potrafił cisnął w niego lodowym młotem, drugą ręką rzucił swój krwawy sztylet w maga. Mag znów wrzasnął, jednak krzyk ten brzmiał o wiele inaczej niż poprzedni. Ryś złapał młot rzucony mu przez Loka i wykonując obrót uderzył w krawędź okręgu, rozbijając posadzkę na kawałki. W powietrzu dało się wyczuć wyraźnie zakłócenia magiczne, Liść szybko wytworzył przed sobą lodową ścianę, Hashimi rzucił się na ziemię. Niebieski okrąg uniósł się w górę, po czym zaczął owijać się w okół Maurica. Po chwili świetlisty obłok którym stał się mag uniósł się w górę i zassał do środka. Ciemność znów spowiła salę. Hashimi podniósł się i chwiejnym krokiem podszedł do miejsca w którym zginął Maurice. Na ziemi leżała mała czarna kulka, pozostałość po wyczynach spaczonego zaklęcia. Ryś kopnął ją w stronę kroczącemu ku niemu Liścia.

- Nie sądziłem że zabawa z magią może tyle kosztować - rzekł Ryś, patrząc jak Loko podnosi kulkę i przygląda się jej z bliska.

- Wiedziałem że zepsute zaklęcia mogą namieszać. Tego się jednak nie spodziewałem.

- Chyba nieprędko go zobaczymy z powrotem.

- Śmiem twierdzić że nigdy go nie zobaczymy - Liść schował kulkę w odmętach szaty. - Szkoda mi tylko mojego sztyletu.

- Nie tak łatwo się mnie pozbyć kochanie - usłyszał Loko w swojej głowie, sztylet miał przypięty u pasa - krew tego maga też nie była najlepsza. Niemniej zemsta za tyle lat niekarmienia była słodka. To jak będzie z twoim kolegą...

- Uspokój się, później cię nakarmię. Tak w ogóle chyba muszę się jakoś o ciebie zwracać... Angelique.

- Nie pasuje.

- Cicho Angelique.

Loko dopiero teraz spostrzegł Hashimiego, który gapił się na niego od dłuższego czasu.

- Jesteś pewny że nic ci nie jest?

- Ech... opowiem ci po drodze.

Loko podparł Hashimiego na swoim ramieniu, po czym zaczęli kierować się ku wyjściu.

_________________
That is all in your head.

I am and I are all we.
Powrót do góry Zobacz profil autora
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość Wyślij email Odwiedź listę obejrzanych anime / przeczytanych mang
Velg Płeć:Mężczyzna


Dołączył: 05 Paź 2008
Status: offline

Grupy:
Tajna Loża Knujów
PostWysłany: 16-11-2009, 01:52   

Kompleks pałacowy w Unthalass, niegdyś siedzibę Gilgeama, renowowano.  Magowie, którzy pozostali w stolicy, i tak zbyt dużo do roboty nie mieli - a pałac udało odnowić się szybko. Znaczenie miała tutaj trwałość zabudowań - wzniesione za Gilgeama, nie miały ulec zniszczeniu przez czternaście lat. Zapewne, oprócz czarów konserwujących obecne były też czary nastawione na eliminację obcych... Lecz póki co nikt ih nie szukał. Velgowi wystarczała świadomość, że od śmierci boga-tyrana nikt nie zapuścił się zbyt głęboko wgłąb pałacu. Mulhorandczycy, którzy zajęli miasto, znaleźli zastosowanie jedynie dla części kompleksu - a Pierwszy Sekretarz chwilowo również nie miał większych potrzeb. Tak więc, pomny na zaginięcia zdarzające się w pałacu, zdecydował się powstrzymać eksplorację pałacu aż do nastania spokojniejszych czasów. 

Tak więc, odrestaurowano część głównego gmachu i przeniesiono tutaj siedzibę administracji wojskowej najwyższego rzędu w Faerunie. Budowla ta miała pełnić również inną funkcję jednej z rezydencji Velga. Przywódca sił zbrojnych miał bowiem zwyczaj częstej bytności na obieżach imperium, gdzie załatwiać miał bieżące sprawy Bractwa. W Unthalassie zaś miał świetny ogląd na sprawy całego Faerunu i dogodną siedzibę

Przemiany zachodzące w mieście były zresztą dużo większe. Świadectwem tego była odnowa fortyfikacji miejskich - za którą z wielką werwą zabrali się sprowadzeni z zagranicy rzemieślnicy, jak i mieszkańcy. Doszło również do kuriozjów - choćby część kosztów pokryli... Kapłani obcych religii - pomni na wzmiankę o enklawach zawartą w traktacie. Aby więc zyskać prawo do jak największej świątyni, kapłani Torma (niepomiernie wzbogaceni po sukcesie Purpurowej Krucjaty, która własnie zajmowała Vast) sfinansowali sporą część umocnień i dostarczyli rzemieślników. Ci zaś reparowalk stare fortyfikacje i wznosili nowe, korzystając z faktu, że po tsunami znaczna część zabudowań przestała być potrzebna.

Magowie, rzemieślnicy i pracujący z przymusu mieszkańcy szybko mogli zabrać się do pracy nad potrójnymi murami. Z kolei tuż za murami miasta wznoszono eksterytorialną enklawę, a w niej - wielki kościół Torma. Smaczku temu dodawać mógł fakt, że jednocześnie w mieście wznoszono świątynię kica. Zaprojektowaną w taki sposób, aby była tylko trochę większa od budowli sakralnej poświęconej Tormowi.

Zabrano się też za miasto pod Unthalass - drakolicze Kultu Smoka, sprowadzone prędko do stolicy, szybko wyparły najgorsze potworności do głębi Pomroku. Umożliwiło to wprowadzenie jako takich zabezpieczeń przeciw atakowi z Pomroku.

Nie zaniedbywano też innych środków ostrożności. Wykonywano wielkie łańcuchy, umacniane magią, które miały chronić flotę przed atakami z morza. Oczywiście, możliwe były jeszcze ataki z powietrza, na nie jednakże potrzeba było innyh metod. Jak choćby dział antysmoczych, które poczęli montować gnomi inżynierowie.

Miasto miało chronić posiadłości MACu przed inwazją lądową od zachodu - ze względu na jego strategiczne położenie było wątpliwe, aby nieprzyjaciel mógł je zignorować. Tak więc, miasto miało być zabezpieczeniem na wypadek, gdyby MACanci utracili Chessentię i stanęli wobec groźby inwazji na wschodnie posiadłości Bractwa we Faerunie.

Póki co prace były dalekie od ukończenia, lecz miasto już nadawało się do obrony. Jedna linia murów i tak całkiem dobrze broniła byłej stolicy Untheru, więc najprawdopodobniej oblegający musieliby zużyć dużo wysiłku na sforsowanie murów, a potem zdobycie samego miasta.

***


Z kolei z Turmish poczęły wycofywać się wojska Bractwa - pozostawiając tylko garnizony w górach Ashrunn. Garnizony, które według wykładni miały chronić Bractwo przed atakiem morskim na terytorium Chessentii. Rząd turmishki był przeciwny takiemu rozwiązaniu, lecz musiał je zaakceptować podczas niedawnej „burzy” nad krajem.

Oprócz tego, wypieranie sił innych państw z gór byłoby istną drogą przez mękę. Zdołały one zdobyć akceptację miejscowej ludności i stały się niejako „milicją” tych terenów, pilnującą porządku tam, gdzie władza nie sięgała. W takim zaś wypadku walki górskie zaowocowałyny wieloma ofiarami - a poza tym mogłyby się ciągnąć latami.     

_________________
Powrót do góry Zobacz profil autora
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość Wyślij email Odwiedź listę obejrzanych anime / przeczytanych mang
Karel Płeć:Mężczyzna
Latveria Ruler


Dołączył: 16 Kwi 2009
Skąd: Who cares?
Status: offline

Grupy:
Syndykat
WOM
PostWysłany: 16-11-2009, 14:28   

Na dziobie jednego okrętu powietrznego sił Halruy stał pułkownik Karel. Przełożeni przydzielili go do pomocy magom z owego państwa. Wynikało to po części z tego ze nikt inny nie chciał się tym zająć a po części z tego że sam jeden Karel był wart więcej niż cała dywizja żołnierzy. Oczywiście magowie z Halruy myśleli o tym sceptycznie i by z pewnością uznali to za kpinę Bractwa z sojusznika gdyby nie jeden szczegół który potwierdzał wartość pułkownika.
Karel stał się bardzo sławny. Na tyle sławny że pomimo że nie pełnił żadnej nominalnej funkcji to jego imię rozchodziło się daleko i szeroko. Walka za Waterdeep i zgładzenie Balagosa zwanego czasem ,,Zgubą Smoków",przyniosło szermierzowi sławę i uznanie. On sam z kolei wolał raczej święty spokój ale cóż służba nie drużba. Nie znał zdania halruyczyków o nim i szczerze mówiąc guzik go to obchodziło. Znał za to swoje zdanie o ich przywódcy. Wiedział że jest tyranem który używa prawa dla własnych korzyści. Szermierz szczerze by się cieszył gdyby go szlag trafił ale widać los miał dla Lazurusa miał inne plany o chodziły pogłoski że cieszy się ostatnio świetnym zdrowiem. Karel bardzo by chciał by zabił go meteor ze złota....
- Blah co za nuda - stwierdził już na głos zapalając papierosa. Następnie odwrócił się do sternika.
-Długo jeszcze? - ten w odpowiedzi przytaknął a szermierz zaklął pod nosem. Chciał iśc z Kitkarą ale widać Velg miał inne plany. ,,Dżungla jest wspaniała! Sam w jednej byłem, poza tym wesprzemy naszych sojuszników. Na pewno ci się ta wyprawa spodoba."
I tu był właśnie był pies pogrzebany. Lecieli na średniej wysokości a widocznie Velg zapomniał wspomnieć o jednym.....dlaczego tu jest tyle moskitów?!

_________________
"So come forth, Avenger. It is time to put our lingering dispute... to an end!"
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość
Altruista
-Usunięty-
Gość
PostWysłany: 16-11-2009, 21:08   

Altruista przemierzał wieczorem ulice Skuldu, kierując się do biedniejszej części miasta. Dwa dni temu ogłosił kampanię na rzecz ludzi potrzebujących. Nazwał ją "MAC Pomagający to MAC Troskliwy". Dlatego też zamierzał dać najlepszy przykład swoim podopiecznym, osobiście odwiedzając domy najuboższych mieszkańców.

- To tutaj, o Najwyższy - zatrzymał Altruistę gwardzista MAC służący kapłanowi za przewodnika.

- Dobrze - Kapłan stanął przed drzwiami, po czym odwrócił się w stronę gwardzisty - Powiedz mi jeszcze tylko kto tutaj mieszka.

Mężczyzna zamyślił się na chwilę. - Jeśli dobrze pamiętam, to mieszka tutaj wdowa Mery z dwójką dzieci.

- Wdowa, tak? A więc trzeba dodać otuchy samotnej kobiecie - Mówiąc to, Altruista uderzył trzy razy mocno pięścią w drzwi.

- Wdowo Mery! - krzyknął - Jadą goście, jadą!

Po tym eleganckim zapukaniu, Altruista musiał odczekać jeszcze dłuższa chwilę zanim usłyszał dźwięk przekręcanego klucza w drzwiach. W końcu drzwi się otworzyły i stanęła w nich niska, otyła kobieta. Obdarzyła nieufnym spojrzeniem Altruistę i towarzyszącego mu gwardzistę.

- Coście za jedni? I czego chcecie? - Warknęła w ich stronę.

- Bądź pozdrowiona, Mery. Pragnę ci oznajmić, że spotkał cię wielki zaszczyt, bowiem ja, Altruista, postanowiłem osobiście cię odwiedzić i wręczyć ci ten o to prezent - mówiąc to wręczył kobiecie święty obrazek kica.

Kobieta spojrzała na obrazek, a potem przyjrzała się jeszcze uważnie Altruiście. Chyba go rozpoznała, bo po chwili na jej twarzy zagościł uśmiech.

- Ależ dziękuje ci, o Szlachetny Panie i zapraszam w moje skromne progi. Bo jak mówią: Gość w dom, Kic w dom - po tych słowach wycofała się do izby, a Altruista wraz z gwardzistą weszli do środka.

W pomieszczeniu było ciepło i przytulnie. Altruista rozejrzał się uważnie. Wszędzie walały się jakieś stare, brudne rzeczy.

- Biednie tu, strasznie - pomyślał.

- A więc - Mery zwróciła się do kapłana - czym sobie zasłużyłam na ten Wspaniały Zaszczyt?

- Jak to czym? - Na twarzy kapłana pojawił się uśmiech. - Przecież modlisz się codziennie do Kica? Prawda?

- Ależ tak! - kobieta aż tupnęła nogą - Dzień i w noc! Zapewniam!

- He-he, wiem, wiem, dlatego też tu jestem - Altruista stanął przed kobietą i położył dłoń na jej czole. Ta się lekko wzdrygnęła i zrobiła krok do tyłu.

- Spokojnie, nie bój się - powiedział, a jego głos brzmiał teraz tak miło.

- O Kicu, błogosławię tę kobietę w Twoim Imieniu, obdarz ją wiecznym zdrowiem i spraw żeby ona i jej najbliżsi nie cierpieli już więcej w ubóstwie - po ostatnim zdaniu zabrał dłoń z jej czoła.

- Och, o Boski! - kobieta padła na kolana i z wdzięczności poczęła całować Altruistę po rękach.
- Dziękuje ci o panie, dziękuje!.

- Już dobrze - Kapłan pogłaskał ją po głowie. - Zaprowadź mnie teraz do swoich dzieci, je także zamierzam pobłogosławić.

- Jak sobie życzysz - Mery wstała z klęczek i zaprowadziła Altruistę do niedużego pokoju. Dzieci akurat leżały w łóżku i prowadziły rozmowę, którą szybko przerwały na widok matki i towarzyszącemu jej Obcemu Mężczyźnie.

Mery stanęła przy łóżku i wskazała dłonią dziewczynkę. - To jest Małgosia, a to Jaś. Są bliźniakami. Choć nie wyglądają.

- Dobry wieczór, Jasiu i Małgosiu - Altruista ukłonił się lekko.

- No, łobuzy, co powinniście odpowiedzieć panu? Czego was zawsze uczę? - Mery spojrzała uważnie na Jasia i Małgosie.

- Bry-wieczór pa-nu! - powiedziały razem.

- No, tak lepiej. Słuchaj...

- Mery - wszedł jej w słowo Altruista - Czy możesz nas teraz zostawić samych?

- Tak, ale po co? - w jej głosie dało się wyczuć Niepokój.

- Nie bój się, porozmawiam z nimi i je Pobłogosławię.

- Ach, rozumiem. Dobrze już - Mery dość niechętnie opuściła pomieszczenie. Gdy wyszła, Altruista podszedł do niedużego krzesła, obrócił je w stronę dzieci i usiadł na nim.

- Jak się czujecie, smyki? - zapytał

- Bardzo dobrze pszę-pana - odpowiedziały razem lekko przestraszonym głosikiem

- W sumie jest już dość późna pora, czemu więc jeszcze nie śpicie?

- Bo my zasypiamy tylko po bajce mamy.

- To może ja wam opowiem jakaś bajeczkę? Co wy na to?

- Taaak! - Jaś aż podskoczył.

- No więc… ten tego… - Altruista zamknął oczy, dając się ponieść wyobraźni - za siedmioma górami i siedmioma rzekami było sobie królestwo Haploidalne. Rządy w nim sprawował dobry i sprawiedliwy król Sapieha. Miał on trzech synów. Cordka Najstarszego, Christopha Młodszego i Raducioiu Najmłodszego. Wszystkich ich kochał tak samo równo i żadnego z nich nigdy nie wywyższał.
Sapieha zawsze dbał o potrzeby swoich poddanych. Pilnował żeby im niczego nie brakowało. Rządził dobrze i rozważnie, lecz niestety żadne rządy nie trwają wiecznie. Pewnego dnia Sapieha zasnął i już się nie obudził.... Korona miała teraz przypaść Najstarszemu synowi, Cordkowi. Lecz on, nauczony tego, by się nigdy nie wywyższać i nie chełpić władzą, podzielił królestwo Haploidalne na trzy części. Christoph dostał ploidie, Raducioiu diploid,a sobie Cordek pozostawił haplodiploid.

- Rządzili tak w zgodzie trzy lata, lecz po trzecim roku coś się zmieniło w sercu Najmłodszego z nich. Raducioiu zaczął klnąc, wyzywać, bić służbę i znęcać się nad poddanymi. Nakładał coraz wyższe podatki. W końcu doszło do tego, że wprowadził w królestwie Publiczne Egzekucje. Pozostali bracia nie reagowali, licząc na to, że to jakiś chwilowy kaprys Raducioiu. Jednak brak reakcji okazał się błędem. Raducioiu, zazdrosny o królestwo Christopha, najechał je swoją zbrojną armią. Całą ziemie zagarnął dla siebie, a brata Christopha własnoręcznie ukatrupił.
Cordek, gdy się o tym złym czynie Raducioiu dowiedział, popadł w czarną rozpacz. Wsiadł na konia i pognał do jego królestwa. Tam zaczął błagać o audiencje u brata, a gdy ją uzyskał i stanął przed jego obliczem to padł przed nim na kolana i począł go błagać o zmianie, o to by wyrzekł się zła.
- Raducioiu ani myślał słuchać brata, wyśmiał go, karząc mu iść precz. Wtedy Cordek się wkurzył i odgryzł bratu łeb. Następnie zadusił wszystkich jego poddanych, którzy wyrzekli się wspaniałej wizji Zjednoczenia Królestwa zapoczątkowanej jeszcze przez samego Sapiehę. Następnie władzę oddał ludowi i dopiero wtedy zapanował pokój.


- No i jak? Podobała wam się bajka? - Altruista otworzył oczy i spojrzał na łóżko Dzieci w nim nie było.

- Ej, nie wygłupiajcie się - Kapłan zajrzał pod łóżko - Wyłazić mi stamtąd, ale już!

Nieco później.

- Dziękuje jeszcze raz za odwiedziny, był to dla nas Prawdziwy Zaszczyt - Mery ucałowała pierścień Altruisty.

- No, już dobrze, pozostańcie z Kicemc kobieto. Ty i twoje dzieci. - Po tych słowach Altruista wraz z gwardzistą opuścili dom Mery.

Będąc już na zewnątrz, Altruista zagadał do swojego towarzysza.

- Widzisz no, bracie, jak to dobrze, że w tych cynicznych czasach są tacy ludzie jak ja, Nieocenieni.

- Tak, panie. Nieocenieni...
Powrót do góry
Sasayaki Płeć:Kobieta
Dżabbersmok


Dołączyła: 22 Maj 2009
Status: offline

Grupy:
Melior Absque Chrisma
WOM
PostWysłany: 17-11-2009, 14:41   

Wielki Strateg wszedł do zbrojowni po oliwę do konserwacji jego ulubionej maczugi z kości smoka. Spodziewał się tam zastać wiele dziwnych rzeczy, jak chociażby lantańską obieraczkę wielosieczną, bumerangowe pociski do procy, stalową lokówkę do kości, lub morderczy, wieloostrzowy rashemeński szpadel berserkera. Ale nie spodziewał się tam zobaczyć Wielkiej Fantazmagini, próbującej unieść młot o wyglądzie kamiennej beczki zatkniętej na kij.

-Ehmm... pani?- zagadnął.

Dziewczyna odwróciła się szybko, zaskoczona jego obecnością. Widząc lekkie rozbawienie na jego twarzy spuściła wzrok i spłonęła rumieńcem.

-To... no... Kitkara i gobliny Lazarusa przybędą tu lada dzień, a moja halabarda trochę pordzewiała...- mamrotała- Pomyślałam że czas rozejrzeć się za czymś nowym...

Darnak podszedł i popatrzył na młot. Po chwili kopną go i machną ręką.

-To świetny pomysł pani! Ale to?- wskazał na młot- To nie jest broń godna władczyni Samarachu. Proszę za mną.

Podszedł do ściany, na której wisiały tarcze. Zdjął jedną, z wymalowanym nań bazyliszkiem i wcisnął najciemniejszą cegłę z tych, które skrywała. Wtem coś stuknęło, zaterkotało i ściana w niewielkiej niszy po przeciwnej stronie pomieszczenia zapadła się w podłogę. Krasnolud ruszył tajnym korytarzem, nakazując gestem by Sasayaki poszła za nim. Nie był to długi spacer, lecz przez liczne zakręty światło nie dochodziło do pokoju, leżącego na końcu korytarza. Czarodziejka przywołała więc niewielką świecącą kulę, by zobaczyć gdzie są. Trafili do skarbca. Było tu mnóstwo skrzyń i kufrów. Nic nie leżało na wierzchu. Darnak wyjął zza koszuli wielki pęk kluczy, wiszący na skórzanym rzemieniu. Następnie otworzył małą, zieloną skrzyneczkę, po czym podniósł ją i zaprezentował dziewczynie jej zawartość.

-TO, to jest odpowiednia broń!- powiedział z dumą.

W skrzynce, na atłasowym posłaniu, spoczywał krótki, jednosieczny miecz o ozdobnie wygiętej, półprzezroczystej klindze o miodowym zabarwieniu i złocistej rękojeści. Dziewczyna wzięła go do ręki by mu się przyjrzeć. W ostrzu lśniły maleńkie iskierki. Od broni czuć bylo magię.

- Jest piękny...- szepnęła.

-Ten miecz nazywa się Eiron, lecz nosi też miano Sześciu Widm.- odrzekł Strateg- Pewien mag wykuł go z bursztynu, znalezionego na dnie jeziora Luo. Ma ciekawą właściwość. Otóż może uderzyć przeciwnika ogniem, lodem, kwasem, dźwiękiem, piorunem lub wyssać z niego energię i sam dobiera, który będzie najlepszy. Będzie dla ciebie w sam raz.


Tymczasem Loko i Hashimi wrócili do Samargolu. Wcześniej jednak wysadzili w powietrze wierzą, do której jaszczury zabierały porwane kobiety. Teraz szli główną ulicą miasta w stronę zamku, by poinformować Fantazmaginię o tym co zaszło.

- Więc... -zwrócił się do Liścia Hashimi.- Nazwałeś dziewczynę ze sztyletu Angelique?

-Yhm...- odmruknął skrytobójca.

- Ładna jest chodziarz?

- Młoda, nawet bardzo.

- Dobrze wiedzieć że nie masz kompleksu Lolity.

Gdy mijali karczmę Ryś nagle stanął. Spojrzał na zamek i zamyślił się.

- Hej, wszystko w porządku?- Liść potrząsnął jego ramieniem.

- Tak, tak...- odparł łowca.- Wiesz, idź do niej sam. Wolę jej na razie unikać. Pewnie zacznie ode mnie wyciągać tę kartkę od Luciana. Z resztą dano się nie widzieliście, powspominacie stare czasy i te de... -powiedział. Zanim jednak Loko zdążył odpowiedzieć, Ryś zniknął za drzwiami oberży.


Z braku innego wyboru Loko udał się do zamku sam. Poniekąd uśmiechnęło się do niego szczęście, bo spotkał Sasayaki niemal przy samym wejściu, co zaoszczędziło czasu na szukanie jej. W zamku panowała straszna krzątanina, w związku z przygotowaniem do wytępienia, lub chodziarz znacznego uszczuplenia, gadziej populacji z dżungli.

- Och, Loko!- uśmiechnęła się do niego.- Właśnie szłam do ogrody, chcesz mi towarzyszyć?- w tym momencie któryś z żołnierzy upuścił niesione do kowala sztaby żelaza. Upadły z głośnym hukiem. Sasayaki skrzywiła się i dodała- Bo tu nie da się rozmawiać.

_________________
Gdy w czarsmutśleniu cichym stał,
Płomiennooki Dżabbersmok
Zagrzmudnił pośród srożnych skał,
Sapgulcząc poprzez mrok!

Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość Odwiedź blog autora Odwiedź listę obejrzanych anime / przeczytanych mang
 
Numer Gadu-Gadu
9349483
Bezimienny Płeć:Mężczyzna
Najmniejszy pomiot chaosu


Dołączył: 05 Sty 2005
Skąd: Z otchłani wieków dawno zapomnianych.
Status: offline
PostWysłany: 17-11-2009, 22:59   

W głębi Wysokiego lasu, nawet po tysiącach lat od upadku królestw elfich z tego regionu, można było znaleźć ruiny budowli z tamtego okresu. Większość z nich już dawno została zniszczona i ograbiona, ale gdy się wiedziało, czego szukać, nadal można było natrafić na budowle zachowane w nieco lepszym stopniu.
W jednym z ukrytych pomieszczeń pod zrujnowaną siedzibą jednego z dawno wymarłych rodów Siluvanede, otoczona kręgiem symboli magicznych siedziała drobna, ubrana w ciemne szaty postać. Tak jak młodzieńczy wygląd skrywał prawdziwy wiek elfki, tak i jej spokojne, oszczędne gesty i nieruchoma, pozbawiona wyrazu twarz ukrywały zdenerwowanie czające się w jej wnętrzu.
Ponad dwa ostatnie lata Sarya poświęciła na gromadzenie armii, a mimo to ciągle była ona zbyt mała. Wszystko wskazywało na to, że zanim będzie w pełni gotowa, upłynie przynajmniej jeszcze jeden rok, być może więcej. I nagle, bez uprzedzenia doszły do niej wiadomości o wojnie domowej w Evermeet. Wiadomość ta ucieszyła ją bardzo, ale, oczywiście, zanim zdołała z niej skorzystać, Kryształ Strażnika opuścił Błogosławione Wyspy. Wszystkie wcześniejsze przygotowania okazały się bezużyteczne - tak długo, jak długo Kryształ przebywał w nowym miejscu, gdzieś pod powierzchnią Morza Mieczy, znajdował się poza jej zasięgiem. Dlatego właśnie elfka siedziała teraz za wielokrotnymi barierami magicznymi, czekając z niecierpliwością, aż druga strona zdecyduje się pojawić.
Paranie się czarną magią oraz kontakty z demonami były oczywiście niemile widziane w społeczeństwie elfim, ale dom Saryi wyzbył się prymitywnych przesądów już za czasów Imperium Vyshantar. To nie przesądy spowodowały, że dwukrotnie wzmacniała ona krąg obronny, upewniając się, że jest on wyrysowany poprawnie i będzie w stanie wytrzymać wystarczająco długo by dac jej szansę bezpiecznego wyteleportowania się. Układy z potężniejszymi demonami zawsze były niebezpieczne - a co dopiero z Lordami. Szczególnie podejrzane było to, że układ wydawał się dość korzystny - prosta wymiana, bez żadnych ukrytych haczyków (a przynajmniej takich, które mogła zauważyć). Oczywiście zdobycie przedmiotu na wymianę nie było proste, ale należało się tego spodziewać. Nawet gdyby miała przy użyciu już gromadzonych sił napaść na Zhentil Keep, puścić je z dymem i dopiero później w ruinach szukać żądanego artefaktu, byłoby to nadal o wiele łatwiejsze niż najazd na Evermeet. Okazało się to też zupełnie niepotrzebne. Ostatni konflikt jaki wybuchł w mieście (z tego co się orientowała chodziło o wykrycie wśród Zhentarimów wyznawców jakiejś nowej wiary, co, przewidywalnie, skończyło się kolejną krwawą jatką pomiędzy wyznawcami Bane'a i Cyrica) zmniejszył czasowo kontrolę jaką władcy twierdzy Zhentil sprawowali nad jej zruinowanymi, północnymi regionami. Umożliwiło to głównemu agentowi Sharyi - Nurthelowi Floshinowi - na przeniknięcie do miasta i znalezienie obiektu. Cała akcja przebiegła szybko i sprawnie - można by nawet powiedzieć, że niesamowicie (czy wręcz cudownie) szybko i sprawnie.
Czarodziejka spojrzała na lezący obok niej worek z cenną zawartością i ponownie sprawdziła krąg ochronny. Zawsze, gdy wszystko szło zbyt łatwo, lepiej było przygotować się na kłopoty.

_________________
We are rock stars in a freak show
loaded with steel.
We are riders, the fighters,
the renegades on wheels.

The difference between fiction and reality? Fiction has to make sense.
Powrót do góry Zobacz profil autora
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość
Loko Płeć:Mężczyzna
Aspect of Insanity


Dołączył: 28 Gru 2008
Status: offline

Grupy:
Syndykat
WOM
PostWysłany: 17-11-2009, 23:40   

Liść i Sasayaki przechadzali się po ogrodzie, jakimś dziwnym przypadkiem wszystkie tematy do rozmowy uleciały z wiatrem wiejącym wokół. Wykładana barwionymi kamieniami dróżka zakręciła ostro w lewo, zwężając się jednocześnie. Gdy powolnym krokiem para weszła w zakręt, Loko trącił delikatnie ramię czarodziejki. Ta odskoczyła jak oparzona, i czerwona niczym piwonia zaczęła coś dukać patrząc na swoje buty. Nie mogąc wykrztusić nic sensownego spojrzała z lekkim strachem na Liścia. Skrytobójca z wyrazem dziwnego zakłopotania na twarzy zainteresował się nagle zdobieniem na swoim bucie. Atmosfera gęstniała z sekundy na sekundę, obydwoje zaczynali czuć się coraz bardziej nieswojo, wtem z oddali dobiegł ich głos głównego stratega:

- Pani! Pani! - sapiący lekko krasnolud dotarł truchtem do czarodziejki i skrytobójcy - chciałem tylko przypomnieć... uch... o kolacji.

- Dziękuję, zaraz przyjdę do sali...

- Pani wybaczy, ale kimże jest ten człowiek? - oczy stratega rozbłysły, chwycił za maczugę dyndającą mu przy boku - to pani znajomy, czy przypałętał się jakiś...

- To..to... - wzięła się w garść - Darnaku, Loko jest jednym z dostojników Kościoła. To... to chyba oczywiste że go znam...

- A więc to tak - krasnolud wyraźnie się rozchmurzył, z uśmiechem rzekł - wszyscy są tacy chudzi? Może da się zaprosić na kolację?

Towarzysze spojrzeli na siebie, gdy tylko ich oczy się spotkali, natychmiast odwrócili głowy zakłopotani, w końcu Loko zwrócił się do stratega:

- Widzisz, mości Darnaku, mam to do siebie że nie mogę...

- Ależ o czym ty mówisz - strateg machnął ręką lekceważąco - nie samą wiarą żyje człowiek! Chodź, u nas zawsze znajdzie się miejsce dla jeszcze jednego.

To mówiąc krasnolud pchnął obydwoje w stronę zamku.

***


Słońce zdążyło schować się już dawno za drzewami. Przed Lokiem stała nietknięta pieczeń z cielęcia i pełen kieliszek wina z Evereski. Sasayaki też nie była specjalnie zainteresowana jedzeniem, dziabała tylko nerwowo nożem swoją przyrządzoną po Nimbralsku rybę. Darnak raczył ich co chwilę jakimiś (wcale zabawnymi) dowcipami, sypał nimi niczym z rękawa. Niestety piwo i wino, które pił na przemian robiły swoje i ostatnie żarty krasnoluda były już niestety niezrozumiałym bełkotem. W końcu strateg śmiejąc się szaleńczo ze zrozumiałego tylko dla niego kawału, usnął z głową w talerzu. Sasayaki odetchnęła:

- Lubię go, ale jak się czasem rozpędzi... - rzekła już całkiem swobodnie.

- Cóż, ciekawa postać, a swoją drogą kawał o orle był nawet, nawet.

- Heh... - czarodziejka uśmiechnęła się lekko, znów spoglądając na talerz - chyba pójdę się trochę przewietrzyć. Nie znoszę odoru piwa.

To mówiąc Sasayaki wstała i odeszła od stołu, po chwili drzwi od balkonu lekko stuknęły o futrynę. Czarodziejka złapała się kamiennej barierki balkonu "udało mi się jakoś wywinąć... ale będę musiała tam wrócić" pomyślała. Nim zaczęła się zastanawiać nad tematem rozmowy mogącym zainteresować Liścia, drzwi od balkonu zaskrzypiały. Skrytobójca stanął obok czarodziejki, również chwytając się barierki.

- Nie mogłem znieść odoru wosku ze świec - wytłumaczył się - przypomina mi dzieciństwo.

Sasayaki spojrzała na mężczyznę, który wyraźnie unikał jej spojrzenia.

_________________
That is all in your head.

I am and I are all we.
Powrót do góry Zobacz profil autora
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość Wyślij email Odwiedź listę obejrzanych anime / przeczytanych mang
Sylar Płeć:Mężczyzna
Poszukujący Prawdy


Dołączył: 11 Lis 2009
Status: offline
PostWysłany: 17-11-2009, 23:59   

Nastał poranek i nowy dzień wraz z nim. Po spożyciu śniadania i skompletowaniu zapasów, Sylar niezwłocznie chciał ruszyć w dalszą drogę. Atmosfera w obozie naglę stała się niezwykle uciążliwa. Nie byłoby to aż tak widoczne, gdyby nie to, że już wcześniej dawało się wyczuć napięcie wśród obozowiczów. Bohater przywdział swoją charakterystyczną ciemną szatę, dosiadł myszatą klacz i ruszył kłusem przez obóz w stronę zachodniej bramy.
W obozowisku panowała nerwowa atmosfera - strażnicy rozglądali się na lewo i prawo, przyglądając się każdemu z osoba. Kilku z nich miało nawet czelność bezczelnie wpatrywać się w Sylara. Bohater jednak to ignorował, choć nie sposób było nie zauważyć jak kilku z nich szeptało coś pod uchem, ukradkiem wskazując na wędrowca. Przy zachodniej bramie zebrał się już nie mały oddział straży. Niecała połowa kopy, na oko wyliczył Sylar.

- Stać! - krzyknął jeden z nich, wyróżniający się innym uzbrojeniem i insygniami obozu na pawężu.
- W czym problem? - odpowiedział Sylar, niewzruszony przyszywającym spojrzeniem dowódcy i reszty żołnierzy.
- Mamy świadków. Wczorajszej nocy zaatakowałeś nieuzbrojonych ludzi w pobliżu tawerny.
- "Nieuzbrojonych" - pomyślał sobie Sylar, ukradkiem prychając - A... no przypominam coś sobie. Naszła mnie chęć na małą zabawę, a i oni nie mieli nic przeciwko.
- Idziesz z nami! Musimy sobie porozmawiać na osobności.
- A nigdy w życiu! - wycedził Sylar z nutką ironii w głosie.
- Więc chcesz wypróbować zdolności moich ludzi? Świetnie! Ale ostrzegam cię, straż Hardcastel słynie ze swej siły.
- Doskonale. Przyda mi się mała rozgrzewka po sutym śniadaniu.
- Zobaczymy jak będziesz śpiewał po spotkaniu z wojownikami Hardcastel. Brać go!

Krzyk dowodzącego był jak sygnał do uderzenia. Zza pobliskich budynków wyszło jeszcze sześcioro lekko uzbrojonych wojowników. Byli to ci sami strażnicy, którzy śledzili Sylara od rana. Głównodowodzący nie był głupi. Doskonale zdawał sobie sprawę z siły przeciwnika. Bohater jednak już dawno wiedział o zasadzce. Zsiadł z konia i klepiąc ją, pogonił w bezpieczniejsze miejsce. Ściągnął kaptur, rozchylił lekko wyprostowane ręce i cicho rzekł.
- No to zaczynajmy.

Pierwsza fala najbardziej entuzjastycznych wojowników składała się z 9 strażników z przodu i 2 wojowników z tyłu. Jedenastu napastników dobyło swoich broni. W większości były to krótkie miecze. Tylko dwóch z nich miało włócznie, a jeden miecz dwuręczny. Strażnicy w ciągu kilku chwil otoczyli Sylara. Nie atakowali jednak, widząc niezmienną pozę bohatera. Stali tak sekund parę, nie widząc co zrobić. Wyrwał się najbardziej nerwowy strażnik, ciął horyzontalnie na wysokość biodra. Trzask, błysnęły iskry, a miecz odskoczył w przeciwną stronę, wypadając opadającemu wojownikowi z ręki. Na widok wirującego ostrza, kilku wojowników odskoczyło w tył. Broń jednak wirowała nadal, tyle że teraz koło dłoni Sylara. Dopiero wtedy zdziwieni sytuacją strażnicy dostrzegli głaz lewitujący przy prawej ręce bohatera. Sylar przyjął w końcu bojową pozę. Wyciągnął lekko zgiętą prawą dłoń na przeciw strażników, a lewo cofnął z tyłu. Do głazu dołączyła cała masa mniejszych kamieni tworząc przeźroczystą kamienną tarczę. Natomiast miecz w pozycji pionowej lewitował oddalony kilka centymetrów od lewej dłoni bohatera. Pierwszy szok już minął. Strażnicy zebrali się do ataku. Kilka cięć były kolejno blokowane przez nietypową tarczę, parę kontr i błyskawicznych ataków latającego miecza zakończyło się krwawą jatką. Z jedenastu wojowników na nogach stało już tylko czterech.

- Na co się gapicie! Idzie im pomóc! - wrzasnął dowódca na resztę strażników. - Już!

Do czwórki walecznych dołączyła reszta. Sylara otoczyło ponad dwudziestu wojowników. Strażnicy atakowali falami, na raz po pięciu i więcej. Jednak taniec ostrzy bohatera był efektywniejszy niż myśleli. Tarcza cały czas zmieniała swój kształt, blokując nawet trzech wojowników na raz. Do lewitującej broni dołączyły kolejne trzy, odciągając uwagę kolejnych wojowników. Znalazł się jednak na tyle zdolny wojownik, który w wirze walki znalazł lukę w obronię i dostał się w pobliże bohatera. Ciął błyskawicznie i brutalnie pionowo w dół przez skroń Sylara. Ból i krzyk. Wojownik złapał się za prawy łokieć wrzeszcząc niesamowicie. Nim cios dosiągł bohatera, miecz jego zawisnął w powietrzu, a ręka przebita została przez siłę impetu błyskawicznie poruszającego się kamienia. Kilka sekund później ziemia wyścielona była ciałami strażników wrzeszczących w agonii. Sylar nie dostrzegając już żadnego zagrożenia, udał się wolnym krokiem ku swojemu rumakowi. Zauważył przy nim jakiegoś rzezimieszka szukającego łatwego łupu.

- Co to za obrzydlistwo? - Skrzywił się bandyta, odrzucając na bok dziwnie pachnącą sakwę. Nim ona jednak upadła, dostała się we władze telekinetycznej mocy Sylara. Bohater podszedł do złodzieja i cisnął nim o ścianę swoją nadzwyczajną mocą. Następnie przytroczył sakwę do siodła, dosiadł znów rumaka i ruszył przez zachodnią bramę. Sfrustrowany dowódca wezwał resztę wojsk i kazał im ustrzelić Sylara z broni dystansowej. Trzynaście strzał wycelowanych w bohatera, opadły bezsilnie tuż przed dosięgnięciem celu.

- Co wy robicie głupcy! Zabijcie go! - wrzeszczał dowódca. Zgodnie z rozkazem przełożonego wojsk, łucznicy posłali jeszcze kilka salw w stronę Sylara, żadna jednak strzała nie dosięgła bohatera. Na tym zaprzestano, obawiając się kontrataku ze strony przybysza.

Podróż starą drogą dłużyła się niemiłosiernie. Doszło jednak do kilku starć m.in. z grupą gnoli i watahą wilków. Na szczęście im bliżej Torsh, tym mniej dzikiej zwierzyny kręciło się dookoła. Pięć kilometrów od Torsh, Sylar przyciągnął lejce do siebie, zwalniając rumaka z żwawego galopu do kłusa. Przemieszczał się w ten sposób przez kolejne pół kilometra, aż w końcu nie wytrzymał...
- Długo jeszcze masz zamiar obserwować mnie z pośród drzew?
- A więc jednak mnie dostrzegłeś. - zza zarośli wyłoniła się postać w ciemnych szatach i skórzanej zbroi. Na plecach zapiętą miał broń, przy pasie kolejną, a jego bransolety mogły skrywać następne ostrza.
- Już od pół kilometra depczesz mi po piętach.
- Musiałem się upewnić, czy jesteś wart naszej współpracy.
Sylar zsiadł z wierzchowca i odwiązał sakwę.
- Masz tu ten wasz znak. - mówiąc tu podał śmierdzący wór zabójcy.
- Oh, trolla głowa. Czyli jednak panoszył się tam jeden z tych lodowych potworów.
- Nie sprawił wiele trudności, a jego zdolności... nie były mi potrzebne.
- Nie ważne. Zdałeś egzamin. Teraz dołączmy do reszty i ruszajmy dalej. Mamy jeszcze kilka misji do wykonania po drodze do Wesgate. Ah, gdzie moje maniery? Jestem Ognisty Nóż Cerno.
- Sylar. Już nie mogę doczekać się zabawy.

Sylar, wraz ze swoim nowym kompanem Cerno, ruszyli razem w pobliże Torsh. Tam gdzie znajdowała się ukryta kryjówka zabójców.
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość
Wyświetl posty z ostatnich:   
Strona 22 z 36 Idź do strony Poprzedni  1, 2, 3 ... 21, 22, 23 ... 34, 35, 36  Następny
Ten temat jest zablokowany bez możliwości zmiany postów lub pisania odpowiedzi
Nie możesz pisać nowych tematów
Możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików
Nie możesz ściągać załączników
Dodaj temat do Ulubionych


Skocz do:  

Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group