FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy
RejestracjaRejestracja  Galeria AvatarówGaleria Avatarów  ZalogujZaloguj

Poprzedni temat :: Następny temat
Idź do strony Poprzedni  1, 2, 3 ... 26, 27, 28 ... 34, 35, 36  Następny
  Forgotten Realms
Wersja do druku
Sasayaki Płeć:Kobieta
Dżabbersmok


Dołączyła: 22 Maj 2009
Status: offline

Grupy:
Melior Absque Chrisma
WOM
PostWysłany: 08-12-2009, 22:27   

-Tak, moja...- odpowiedziała oszołomiona Sas. Nie widziała siostry od lat a tu nagle ona się pojawia na balu, ubrana jak abażur i rozwala stół. Oczywiście gdy tylko się otrząsnęła zareagowała tak jak każda odpowiedzialna, starsza siostra na wysokim stanowisku. Czyli rzuciła się Ichi na szyję i zaczęła przez łzy mamrotać pół-zdania w stylu: "Ichi ja cię... a ty... tak dawno... i ja się tak tego...". Wojowniczka po krutkim namyśle zrobiła to samo. Po jakiś dziesięciu minutach przyszedł też Hashimi. Wziął obie dziewczyny za kołnierze i kazał im wziąć się w garść. Gdy obie wytarły twarze zaczęli rozmowę o tym co się z nimi dotąd działo.

- Wiec... pozostał już tylko Suzume.- stwierdził Ryś.

- Nie martwiłabym się, jest zaradny.- rzuciła Kunoichi przekąszając ciastem. Apetyt miała iście krasnoludzi.

Sasayaki milczała, niepokoiło ją to co powiedział Lucian. Jednak ostatni z rodzeństwa może być dosłownie wszędzie. Z całą jednak pewnością nie ma go w Samarachu.

Rozmyślania przerwał jej brat, rozciągając jej policzki palcami tak by kąciki jej ust maksymalnie się podniosły.

- Rozchmurz się! To twój bal!

Wtem usłyszeli trzask. To opasły baron wylądował na stole. Cała trójka wybuchnęła śmiechem, choć Fantazmagini odwróciła się próbując to ukryć. Ten człowiek był wyjątkowo nieprzyjemnym typem. W dodatku sprezentował jej jej z piętnaście orłów w klatkach i nalegał na ich przyrządzenie. Niestety gospodyni nie mogła odmówić. Sasayaki nakazała służącym by zajęli się baronem.

- Ichi, chodźmy spróbować tych specjałów, które tak przykuły uwagę Najwyższego Kapłana.- powiedziała czarodziejka biorąc siostrę pod ramię i wskazując Altruistę stojącego przy suto zastawionym stole, patrzącego na coś wzrokiem szkraba w fabryce czekolady.

- Mmmm... brzmi pysznie. -Ichi ruszyła dziarskim krokiem. Nagle stanęła.

- Hej Sas...- powiedziała- Widziałam orła cień!

_________________
Gdy w czarsmutśleniu cichym stał,
Płomiennooki Dżabbersmok
Zagrzmudnił pośród srożnych skał,
Sapgulcząc poprzez mrok!

Przejdź na dół
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość Odwiedź blog autora Odwiedź listę obejrzanych anime / przeczytanych mang
 
Numer Gadu-Gadu
9349483
Caladan Płeć:Mężczyzna
Chaos is Behind you


Dołączył: 04 Lut 2007
Skąd: Gdynia Smocza Góra
Status: offline

Grupy:
Melior Absque Chrisma
Omertà
Syndykat
WOM
PostWysłany: 09-12-2009, 15:07   

Po balu Gaelan rozmówił się z dalszymi gośćmi i poinformował elfów , Kicaniści opuszczają Evermeet zgodnie z wcześniejszymi ustaleniami. Dowódca południowej armii zaproponował podróż w tamte strony, ponieważ nastąpiły jakieś zakłócenie i ich podróż za długo trwałaby, a czas dla nich był bardzo ceny. Gaelan wiedział, że Rada elfów będzie chciała niezwłocznie rozmówić się z władcą tej elfiej krainy. Dla eflów i ich żołądków podróż z Nezramem nie należała do najprzyjemniejszych, ale nie mieli innego wyjścia jak zgodzić się na to. Podróż nie należała do najdłuższych. Rada elfów nieoczekiwanie spotkała się z delegacją Daeriana. Shrinsee wcześniej miała za złe Alustriel i całej reszcie za brak wcześniejszej reakcji, ale musiała ugryźć się w język. Od tego zależały losy elfów. Rozmowy trwały długo, zakończyły się konsensusem. Król Evermeet zgodził się dołączyć do sojuszu elfów. Wyłącznie w jedności mogli razem przetrwać. Gaelan pokazał pismo od Altruisty zawierający deklarację, że Macanci zrzekają się z tej wyspy na rzecz prawowitych mieszkańców tej wyspy. Evermeet też wiedziano o tym od dłuższego czasu. Po spotkaniu delegacja wyruszył do granic Border Kingdooms, ponieważ Gaelan dostał wiadomość, że ma tam niezwłocznie się stawić. Na te ziemie napadli Harluaanie. Dowództwo resztek sił tego kraju, oraz niewielkie odziały Lappalayńczyków, które przeżyły wcześniejszy akt zbrodniczy czekały na wsparcię, które miało dołączyć do nich niebawem. Gaelan został w tym kraju i napisał pismo o wycofanie Harluaańskich wojsk z tej ziemi. Użył do tego pieczątki samego Altruisty , który zgubił ją podczas ostatniej imprezy. Gaelan nie znał tego wynalazku. Z zadowoleniem obserwował zwarte szeregi korpusu ekspedycyjnego, a także towarzyszących mu magów, znajdujących się pod jego dowodzeniem. Celem wyprawy Bractwa na południe nie była inwazja, a jedynie odparcie sił wysłanych przez Halrue i zatrzymanie ich dalszej ekspansji, przez wsparcie oporu Granicznych Królestw . Wojska MAC w szybkim tempie zbliżały się do tych ziem, czekając na konfrontacje.

Władca Granicznych królestw spotkał się przedstawicielami Sojuszu Daeriana i poprosił o wsparcie militarne w sprawie napaści na jego kraj przez Harluaańczyków.

Elfy przeteleportowano do najbliższego elfiego miasta, gdzie zaczęli zbierac swoje siły. Poinformowano ich tam, że Karel zabił przywódczynię Daemon Feye i pokonał ichną armię.

W Untherze i pozostałych krainach z smutkiem usłyszano wiadomość o zdradzie Velga. Był on symbolem zjednania, ale fakt, że planował sprowokowanie wojny mocno nadwerężało jego legende wśród arystokracji, rządzących i ludu Kica. Zaczęto modlić się do cudownego boga jakim jest Kic, aby miał go w swojej opiece. Znalezienie pustego grobu Ryalda wszystkich mocno zmartwiło. Zaczęto szukać winowajców.

Tchazzar przez długi okres czasu cierpiał z powodu obcego organizmu, ale w końcu zaczęli żyć ze sobą w zgodzie. Symbioza ich organizmów zaczęła powoli przynosić pozytywne skutki. Inne smoki chromatyczne patrzyły na to z dużym zaciekawieniem, bo tak naprawdę nie mieli nic innego do roboty. Nie wiedzieli, gdzie są. Glob nie był duży, a zarazem brakowało pożywienia dla nich. Musieli uciec, a jedynym ratunkiem był ich król Tchazzar. Stopniowo zaczął łamać rzeczywistość wokół siebie. Nauczył się zapamiętywać daną rzeczywistość globu i idealnie zaczął tam trafiać. Po pewnym czasie zaczął błyskawicznie przemieszczać się. Wiedział, że wolność jego braci czyha tuż za rogiem. Następnie uczył się tworzyć portale dla większej ilości smoków, aż stworzył dla 270. Smoki chromatycznej uciekły z swojego więzienia w nie znanym kierunku. Co ciekawe nie mogły wrócić do Faerunu. Wiele setek lat później Caladan spotkał go podczas swojej podróży, ale to inna historia.

Z powodu aktywności thayczyków wzmocniono wybrzeże i krainy sąsiadujące z tym krajem.


Ostatnio zmieniony przez Caladan dnia 09-12-2009, 23:25, w całości zmieniany 3 razy
Powrót do góry Zobacz profil autora
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość Odwiedź stronę autora Odwiedź listę obejrzanych anime / przeczytanych mang
 
Numer Gadu-Gadu
4934952
Karel Płeć:Mężczyzna
Latveria Ruler


Dołączył: 16 Kwi 2009
Skąd: Who cares?
Status: offline

Grupy:
Syndykat
WOM
PostWysłany: 09-12-2009, 19:39   

- To nie było takie trudne - stwierdził szermierz stojąc na ciałem Saryi Dlardrageth - byłaś niezła ale do Kiti masz lata świetlne zaległości.- dodał do trupa. Trup jak to martwe ciał nie odpowiedział w zamian za to drakolich przelatując rzucił cień na oboje gdy przelatywał nad nimi. Po chwili słychać było jak nieumarły smok ląduje i wdaje się w walkę z którymś daemonfey. Gdzieś słychać było huk eksplozji magicznej. Karel westchnął, gdy kazali mu zabrać wsparcie to nie kłócił się. Mimo to uważał że to zbyteczne i że dałby radę sobie sam. Powody dla których wysłano go na odsiecz Everesce go nie obchodziły. Zainteresowało go za to to że sam bastion elfów był atakowany przez siły demoniczne...no właśnie...był.
- Dobra zbieramy się - rzucił przez ramię, wcześniej rzucone na szermierza zaklęcie sprawiło że wszyscy którzy z nim przybyli zrozumieli ten rozkaz. Drakolicz wylądował przed szermierzem. Ten bez ociągania się wskoczył na jego grzbiet po czym ruszyli w przestworza. Z góry było widać jak pozostałe nieumarłe smoki wzbijają się w niebo....

W połowie drogi z Evereski do Chesseti coś przykuło uwagę szermierza. Wyprostował się i obejrzał za siebie. przeczucie go nie myliło. Ktoś lub coś goniło go w przestworzach.

_________________
"So come forth, Avenger. It is time to put our lingering dispute... to an end!"
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość
Daerian Płeć:Mężczyzna
Wędrowiec Astralny


Dołączył: 25 Lut 2004
Skąd: Przestrzeń Astralna (Warszawa)
Status: offline

Grupy:
Tajna Loża Knujów
PostWysłany: 09-12-2009, 19:45   

W Thay trwała nieoficjalna uroczystość. Nowy Zulkir zajął miejsce Nevrona, który (prawdopodobnie) z zadowoleniem spędzał swój czas na innym planie jako wysoko położony w hierarchii Baatezu.
Nowym Zulkirem Przywołań został niegdyś wyśmiewany Edwin Odesseiron, którego powrotu prawie nikt się nie spodziewał... a już na pewno nie na takim stanowisku. Oczywiście, nie było nic za darmo...
W zamian za przywrócenie mocy, płci i tak wspaniałe stanowisko Edwin był zmuszony popierać politykę nowych trendów w Thay. Nie żeby specjalnie mu to przeszkadzało, w końcu sam zdołał już odkryć, że na polityce się stanowczo nie zna. Większym problemem dla tego jakże potężnego maga okazała się druga część zobowiązania... czyli ślub. I to nie z byle kim, a z samą Mythrellan, która czuła dość dziwna mieszankę uczuć do powracającego maga... oraz, jak sama mówiła - czyż może być lepszy mąż od tak potężnego maga z tyloma możliwościami, nie znającego się przy tym zupełnie na magii Objawień? Do tego maga mające wyraźne problemy i nieśmiałego w o kontaktach z kobietami...
Pewne problemy wzbudziło oddanie przez Elminstera pudła z dawnymi gratami Edwina, na którym to pojemniku niezbyt wyraźnie zatarto słowa "Edwina, złośliwa baba", jednak ostatecznie wszystko zakończyło się pomyślnie, a nowo namaszczony Zulkir rozpoczął kompletowanie swojego kręgu.

Wkrótce potem zaś, w podziemiach Cytadeli Daerian, Wybrańcy i Zulkirowie, przy wsparciu najpotężniejszych drowich czarodziei i kilku władających Wysoką Magią elfów skorzystali z wiedzy uzyskanej od Bezimiennego. Przy wtórze potężnych wyładowań i zaklęć, osiem wielkich świetlistych kul zostało umieszczonych na postumentach, a energia Arkan wypełniała pomieszczenie, trzeszcząc niemalże w powietrzu.

_________________
Powrót do góry Zobacz profil autora
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość
 
Numer Gadu-Gadu
3291361
Velg Płeć:Mężczyzna


Dołączył: 05 Paź 2008
Status: offline

Grupy:
Tajna Loża Knujów
PostWysłany: 09-12-2009, 20:46   

Mythal Alaoru został skończony - i od tej pory mniejsza wysepka stała się prawie niemożliwa do zdobycia. Właściwości bariery nie dopuszczały transportu magicznego - a każdą zwyczajną flotę mythal mógł zablokować w kilkadziesiąt sekund..

***


Wysłannicy Królestw Granicznych trafili wybitnie nie w porę... Kilku zulkirów, w tym Wolfgang, miało wybitnie popsute humory, ukierunkowane na zabijemy tego #&$^@ z Halruy!. Odmówili przeto uczestnictwa w radzie sojuszu, wymawiając się własnymi kłopotami.

***


- Ty stary zgredzie, dawaj króla! - wydarli się zulkirzy, przekrzykując starego przedstawiciela wierchuszki prolazaruskiej.

Kilkanaście kolejnych minut trwało, nim dobili się do króla. Dalsze kilkanaście trwało wyjaśnianie całej sprawy. Halruańczycy nieco się zdziwiło - gniewu Thay nie budziła sprawa Królestw Granicznych (sławetna kwestia któregoś z zulkirów „... jakie królestwa?” rozwiała wątpliwości), lecz szlak do Kara-Tur, za który Lazarusowi grożono wojną. Niestety, tyran Halruy również miał swoje argumenty - choćby zagroził izolacją Nimbralu.

Wreszcie, przekrzykiwania się zostały zakończone zawarciem umowy handlowej, w której Thay i Halrua z konieczności zgadzały się na stan oligopolu w Kara-Tur. A także zawierały poważne porozumienie handlowe, dokonując podziałów części rynków. Zulkirów dodatkowo jeszcze ugłaskało pozwolenie na budowę thayskich enklaw - choćby w nowo powstałych miastach.  

***


Tymczasem, Thay modernizowało się. Rada zulkirów ogłosiła się oficjalnym rządem kraju i zwierzchnikiem tharchii. Zostało to przyjęte poprzez aklamację mieszkańców oraz przyjęte przez głosowanie tharchionów (acz przeszło tylko jednym głosem). Dalej poszły reformy następne - choćby Karta Praw, która zaczynać się miała słowami „Wszelka władza w Thay pochodzi od bogów, a jest sprawowana rękoma zulkirów“. Była to prawna podstawa absolutyzmu, który zaprowadzali zulkirzy.

Karta ustanowiła sposób wybierania zulkirów - trzech kandydatów na wakujące stanowisko miało proponować zgromadzenie ogólne Czerwonych Magów, a spośród nich wyboru dokonać miała rada. Kumed Hahpret, który został zulkirem wywołań na dzień przed ogłoszeniem Karty Praw, był ostatnim zulkirem ogłoszonym starą metodą. Dalej, proklamacja ta odbierała tharchionom wszelkie uprawnienia polityczne - zostawiając ich jedynie wojskowo-cywilnymi urzędnikami rady. Widać to zresztą było w ich obiorze - każdy zulkir miał proponować jednego kandydata, a przedstawiciele ludności mieli obierać jednego z nich. Ten miał później być zatwierdzany przez radę, jako jej przedstawiciel. Prócz tego, precyzowano jeszcze możliwość konstruktywnego wotum nieufności wobec zulkira w czasach pokoju (przez opinię trzech czwartych zgromadzenia ogólnego Czerwonych Magów, popartego głosem przynajmniej sześciu zulkirów), acz niemal niemożliwą do wykonania - a prócz tego możliwe było to tylko przez udowodnienie komuś zdrady stanu.

Oprócz tego, reform było całe mrowie - choć starano się zachować sens istnienia tharchów. Powołano też urząd dwóch konsulów Thay, który jednak obsadzany miał być jedynie na kilkanaście miesięcy w czasach kryzysowych. Mieli oni być zwierzchnikami thayskich (znaczy - państwowych, gdyż prywatne oficjalnie zniesiono) sił zbrojnych, decydować o całości polityki zagranicznej, mieć prawo weta oraz (w szczególnych przypadkach) prawo zawieszenia zulkira. Miało się rozumieć, że ze względu na trudne czasy, konsulami Thay mianowano Daeriana i Wolfganga.

Jednocześnie zaś w swojej laskawości, rada wydała obwieszczenie, którym zagwarantowała obywatelom nieznane wcześniej prawa. Prawo do życia (acz z obostrzeniami), wolność sumienia (póki przekonania nie burzą porządku publicznego) i inne. Były one świadectwem, że nowa rada była nie tylko „legalniejsza", ale i łaskawsza swoim ludziom.   

_________________
Powrót do góry Zobacz profil autora
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość Wyślij email Odwiedź listę obejrzanych anime / przeczytanych mang
Sylar Płeć:Mężczyzna
Poszukujący Prawdy


Dołączył: 11 Lis 2009
Status: offline
PostWysłany: 09-12-2009, 22:24   

Podróż dłużyła się. Na pokładzie dwóch łodzi znajdowało się łącznie 8 osób, tj. czterech członków drużyny ognistego sztyletu, Sylar oraz dwie osoby z załogi. Płynęli dwoma łodziami. W pierwszej z nich znajdowali się kolejno: Cerno, Sylar, Cassana oraz sternik. Drugą łodzią płynęli: Amavi, Itum, Vast oraz drugi sternik. Co czas jakiś z drugiej łodzi usłyszeć można było obleśne dowcipy Ituma, czy narzekania Amavi. Ogólnie atmosfera tam należała do jednych z bardziej sielankowych w tych okolicach. Pierwsza łódź nie była już tak radosna. Mimo małomówności, to właśnie Sylar najwięcej miał do powiedzenia. Powodów do dialogu było co niemiara. Przyszła strategia, którą musiał omówić Cernowi. Pytania dotyczące mocy i sposobu działania kostura. Wyjaśnienie sytuacji Cassannie. Czy też raport przekazywany sternikowi. Tak więc podróż się dłużyła, ale i do zrobienia było sporo. Kiedy już dotarli do brzegu okazało się, że docelowe miejsce podróży niczym nie różni się od terenów, które mijali dniami. Przyczyn tego było kilka. Najważniejszy był czas. W ten sposób dotrą do celu szybciej. Po drugie jest to idealne miejsce do przejścia niezauważonemu. Kolejnym powodem było po prostu zmęczenie drogą morską. Brnęli przez Złote Pola. Po drodze nie napotkali żywej duszy, poza paroma nagami. Te jednak nie stanowiły problemu dla dobrze wyszkolonej drużyny. W ciągu tygodnia dotarli w końcu do granic Ormpetarr. Zatrzymali się w tawernie "Pod Ognistym Oddechem". Czekali już tam na nich towarzysze.
- Cerno! W końcu jesteś! - przywitał ich na wejściu jeden z biesiadników.
- Nie tak głośno. - zganił go lider drużyny - wszystko gotowe?
- Związane po ostatni sznur. Chodź. Na górze już czekają.
- Dobra. - Cerno zwrócił się do reszty drużyny - Sylar, Cassano, chodzicie ze mną. Reszta ma wolny czas.
- Świetnie! - krzyknął Itum i pociągnął ze sobą Vasta, krzycząc do gospodarza - Dwa kufle piwa ino już!
- Jak to? - zdziwiła się Amavi - A ja? Nie zostawisz mnie tu chyba z tymi idiotami?
- Daj spokój. To nie czas na spory. Musimy wyjaśnić parę spraw. Dobra idziemy.

Cerno przetrzymał ostre jak sztylet spojrzenie Amavi i poszedł wraz z resztą na piętro wyżej. Jeden z zabójców otworzył im drzwi do pokoju, z którego wydobył się zimny i zachrypnięty głos.
- Wiitajcie... Ty również moja żywa Cassana.
- Zrie. Co tu robisz?
- Haha! Od chwili uwolnienia się od twojego przeklętego zaklęcia robie co chcę.
- Wy się znacie? - zdziwił sie Cerno
- Kochankowie dawnych lat. - wtrącił się Sylar - Nie czas jednak na to. Zrie, może i złamałeś zaklęcie Cassany, to jednak wiedz, że mogę je odnowić. - beznamiętnie wskazał na kostur mocy. - Tak więc uważaj co robisz.
- Tak, tak... tyś musisz być ten Sylar. Pomysłodawca tego szaleństwa.
- Wystarczy. - przerwał znów Sylar obarczając licza swym zimnym spojrzeniem. - Wszystko gotowe?
- Tak, gotowe...
- Co to ma znaczyć?! - nie wytrzymała Cassana - Dlaczego on tu jest i jeszcze współpracuje z nami?!
- Mówiłem ci o pewnym magów, który nam pomoże. To właśnie on.
- Ale czemu Zrie?

Przed dobre parę godziny Sylar wyjaśniał sytuację i przedstawiał swój punktu widzenia. Cerno również nadmieniał dodatkowe fakty i co jakiś czas poprawiał bohatera. Zrie przedstawiał sytuację od strony podziemia, a jeden z zabójców, opisywał stan w mieście. Cassana nie mówiła prawie nic, jednak nie odmówiła sobie poprawienia błędów swego byłego kochanka. Na wieczór, kiedy wszystko już było wyjaśnione, trzeba było działać. Wewnątrz miasta dostrzec można było niepokój po ostatnich wydarzeniach w Chodath oraz dziwnych ekspansjach Halruaa. Ludzie obawiali się ataku najeźdźców ze wschodu, czy ataku z południa. Nawet zachód przestał być dla nich zaufany. Obecnie poruszanie się po mieście było o wiele bardziej niebezpiecznie niż wcześniej, mimo ciągłych potyczek z Chondath z przed laty. Teraz jednak sytuacja była dużo groźniejsza, tak więc straż patrolowała ulicy w większych grupach i o wiele częściej. Na szczęście nie był to teren nieznany. Ponad setka członków Ognistych Noży rozproszonym po mieście zajęli swoje kluczowe pozycje. Przemknięcie drużyny do wewnętrznego dziedzińca udało się bez większych problemów. Stąd Sylar działał w pojedynkę. Dzięki swoich mocy, przelewitował do komnaty władcy Sespech. Król Aldorn był zbyt zadumany by zauważyć gościa.

- Witaj królu. - skłonił sie nisko Sylar, dzierżąc w swej dłoni magiczną broń.
- Co!? Kim jesteś! - rozłościł się król.
- Ciii... - intruz przyłożył palec do swoich ust, w międzyczasie gestykulując zaklęcie uciszenia - Będę musiał cię skrzywdzić jeśli będziesz niegrzeczny, a nie chcę tego robić uwierz mi. Tak więc będziesz cicho, czy może mam użyć innych środków perswazji? - tu pojawiła się ognista kula w dłoni gościa. Król ulegle przytaknął w ciszy. Sylar zdjął zaklęcie i zwrócił się do Thuragara.
- Królu Sespech. Przychodzę tutaj jako przyjaciel. Chcę zaproponować ci pakt i sojusz. Pochodzę z propozycją zjednoczenia sił.
- Zjednoczenia? Z kim? Innarlith? Czy może Ankhapur cię przysłał?
- Oj nie mój lordzie. - Sylar uśmiechnął się paskudnie - Przynoszę ci propozycje zjednoczenia się z Wybrzeżem Smoka, z Westgate.
- Westgate? Czemu? Co oni chcą mi zaoferować i od kiedy tak się prowadzi dyplomacje?
- No cóż. Nie możemy ujawnić się za dnia. Aby jednak potwierdzić swą prawdomówność mam tutaj ten list. - Sylar podał dokument królowi. Aldorn od razu zaczął przeglądać zwój. Autentyczność jego nie podlegała wątpliwości. Westgate wyszedł z tak śmiało propozycją do Sespech.
- Nie mogę. Wasz sojusz jest bezcelowy. Dzielą nas setki kilometrów i Zatoka Vilhon.
- Nie możemy więc liczyć na Twoja pomoc? - Sylar spojrzał beznamiętnie na króla - Nie dajesz więc nam wyboru - machnął ręką a za nim pojawił sie purpurowy portal z wnętrza którego wyszła postać. Był to władca Sespech, Aldorn Thuraga. A raczej jego klon.
- To są żar... - król zamilkł pod wpływem zaklęcia Sylara.
- Nie, to rzeczywistość. A twój czas przeminął

Sylar chwycił telekinetyczną mocą za szyję króla. Aldorn krztusił się bezdźwięcznie, do ostatniej chwili. Bohater przeciągnął ciało króla do portalu. Sam jednak został jeszcze chwilę w komnacie. Zamienił słów kilka z kopią króla. Choć kopia, to był on jak sam król. Z wyglądu, barwy głosu, charakteru, a nawet sposobu bycia. Sylar poinstruował raz jeszcze kopie, po czym przeszedł przez portal.

Po drugiej stronie czarodziejskich drzwi czekała już na niego drużyna. Sylar potwierdził wykonanie zadania. Okradł ciało króla z pożyteczniejszych przedmiotów oraz talentów. Następnego dnia rano wyruszył w towarzystwie Cassany na północ. Drużyna Ognistego Sztyletu została jednak, aby upewnić się, że wszystko idzie zgodnie z planem. W przeciągu tygodnia stali się nową, osobistą strażą króla Aldorna.

* * *


Tymczasem Wybrzeże Smoka połączyło się na nowo. Gildia Ognistych Noży oraz Nocnej Maski przejęła w całości władzę w Westgate dzięki pomocy oddziałom z całego wybrzeża. Inne miasta również zostały podporządkowane dzięki sprawnych skrytobójczych akcji. Największe rody podlegały od teraz przedstawicielom mroku. Część z nich podporządkowało się ze strachu, inni z chęci zysków, kolejni dzięki przekupstwu, a jeszcze inni wspierali gildie od dawna. Na czele całego przedsięwzięcia stali liderzy Gildii. Byli to lord Targeth Cormaeril i jego ludzie oraz kilku przedstawicieli Nocnej Maski. Niejasności było wiele. Dziur jeszcze więcej. Jednoczyło ich jednak wspólne kłopoty. Wiele nowych potęg szalało po Faerunie. Trzeba było działać i uniknąć widma śmierci wiszącej na horyzoncie. Dlatego też pozornie słabe więzy Wybrzeża Smoków, były mocne jak stal, połączone pod jedną banderą przeciwko wspólnemu wrogowi. Plan był krojony jednak na o wiele szerszą skalę. Oddział liczący tysiąc zbrojnych pod dowództwem jednego z bardziej charyzmatycznych przywódców ruszył na południe.
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość
Costly Płeć:Mężczyzna
Maleficus Maximus


Dołączył: 25 Lis 2008
Status: offline

Grupy:
Melior Absque Chrisma
PostWysłany: 09-12-2009, 23:45   

Costly na balu w Samarach nie zabawił długo. I tak oto zamiast spędzać czas na wystawnym balu, przy wystawnym jedzeniu, podanym na wystawnych stołach, pełnych wystawnych aranżacji kwiatów w towarzystwie Avalii przeklinając na czym świat stoi Molina przekraczał właśnie z małą świtą granicę Turmishu. Mroczny Kapłan odrobinę ryzykował zabierają z sobą Kou - co prawda zostało to usprawiedliwione w wiarygodny sposób, a Kapłanowi dawało to poczucie bezpieczeństwa, jednak na pewno nie było wskazane z punktu widzenia sekretu jego pozycji. Co prawda była to wizyta zapowiedziana, zgodna z protokołem, a Mroczny Kapłan jako wysłannik MAC jest nietykalny. Ale zwyczaje, zwyczajami, a o bezpieczeństwo lepiej zadbać.

Obronę zachodnich krańców włości Bractwa powierzono Norrcowi. Było to konieczne z wielu powodów. Chodziło nie tylko o zagrożenia dla ziem MAC, ale też o zagrożenia dla Turmishu, który był łakomym kąskiem, a dla Bractwa może być cennym sojusznikiem.

Aby tak właśnie się stało Molina udawał się na spotkanie z Radą rządzącą krajem, aby negocjować warunki porozumienia. Cóż, nie będą to na pewno ani łatwe, ani krótkie rozmowy. Dlatego Costly udaje się tam osobiście.

Przebywanie na północy jest zresztą teraz strategiczne. Jest tam bezpieczniej niż na południu. Korpus ekspedycyjny pod dowództwem Gaelana udał się tam zatrzymać dalszą ekspansję magicznego królestwa z południa. Zagrożenie jakie sprawia Halruea robi się coraz bardziej odczuwalne. Aby wzmocnić obronę Samarachu, któremu ona też zagraża, ewakuowany jest tam teraz garnizon z Evermeet. Mała strata, MAC i tak nie zamierzał utrzymywać kontroli nad tym terenem, za to bezpieczeństwo Samarachu, którego granice są wyjątkowo ciężkie do przekroczenia, będzie dzięki temu znacząco zwiększone.

_________________
All in the golden afternoon
Full leisurely we glide...
Powrót do góry Zobacz profil autora
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość
Ryuzaki Płeć:Mężczyzna
Smok Samurai


Dołączył: 12 Lis 2008
Skąd: nie wiem
Status: offline

Grupy:
Melior Absque Chrisma
PostWysłany: 09-12-2009, 23:59   

Podróż trwała długo... za długo. Ryuzaki aż nie mógł patrzeć na tych zarozumiałych magów którzy domagali sie podróżowania cały czas na kilka mil od linii brzegowej. Gdyby nie te ich wymogi dotarliby do Sultim przynajmniej kilka dni wcześniej. Teraz jednak nie było już czasu na wspominanie tego co było i trzeba się skupić na tym co przed nimi. Do miasta dotarli już po zachodzie słońca i dzięki temu zwiadowcy przeciwnika nie będą w stanie dokładnie ustalić ilości jednostek z którymi przybył Ryuzaki.

Po ustaleniu bieżącej sytuacji z dotychczasowym dowódcom miejskiego garnizonu Ryuzaki wezwał do siebie swoich zastępców i dowódcę oddziału magów.
- Tharq, nad brzegiem, w trzech miejscach przygotowano umocnienia dla twoich magów. Każdy z punktów dostanie dodatkową ochronę w posta... - przerwał mu jednak mag
- Damy sobie radę sami!

Ryuzaki jednak zignorował jego słowa
- W postaci oddziałów łuczników. Jeżeli zobaczycie na horyzoncie zbliżające się statki wroga zacznijcie działać
- Zorganizujemy im takie huragany i takie wiry wodne, że żaden nie zbliży się nawet na tyle do brzegu by wystrzelić choć jedną strzałę
- Miejscowi od trzech dni rozkopują drogi i pola. Przygotowaliśmy na wzgórzach, na północ od miasta stanowiska dla pozostałych łuczników. Jeżeli wróg spróbuje zaatakować lądem to nim ominie rozkopy i wilcze doły nasze strzały ich zdziesiatkują. Na tych, którym uda się przejść czekać będzie konnica. Piechurzy będą ubezpieczać ich stanowiska. Moje osobiste oddziały jazdy będą stacjonować w mieście i w zależności od rozwoju sytuacji poprowadzę ich w to miejsce w których będą najbardziej potrzebni. Jeżeli ktoś spróbuje przejść przez Sultim będzie to musiał zrobić po naszych trupach, a ja na pewno najpierw zorganizuje mu tutaj lepsze piekło niż to, które czeka go po smierci. - zaśmiał się


Wszyscy rozeszli się, aby przekazać polecenia ludziom i rozpocząć rozstawianie jednostek. Ryuzaki większość nocy spędził na sporządzaniu raportów i listów, które natychmiast wysłał pozostałym dowódcom MAC.
- Po ciężkim dniu pracy, czas się trochę rozprężyć - zaśmiał się podrzucając do góry grubą sakiewkę ze złotem - Gdzie w tym mieście najpiękniejsze kobiety podają najwspanialsze wino?

_________________
10 razy upaść, 11 razy wstać...
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość Odwiedź stronę autora
 
Numer Gadu-Gadu
7793866
Zegarmistrz Płeć:Mężczyzna


Dołączył: 31 Lip 2002
Skąd: sanok
Status: offline

Grupy:
AntyWiP
PostWysłany: 10-12-2009, 01:41   

Samarath:

Tym, co powitało mieszkańców Samarth pewnego pięknego poranka był widok dziesiątek okrętów zakotwiczonych u wybrzeży ich pięknego kraju. Gigantyczna flotylla, złożona z okrętów pod banderami Halruaa, Chtul, Damrathu, a nawet Lurien utworzyła morską blokadę wzdłuż wybrzeża kraju. Żaden okręt nie był wpuszczany do i z kraju. Zawracano nawet łodzie rybackie. Mieszkańcom wybrzeża zależnym od połowów głód zajrzał więc w oczy.

Nie był to koniec nieszczęść. Nagle ożywili się bowiem Yuan Ti oraz jaszczuroludzie. Ich napady, zdawałoby się powstrzymane przybrały na sile. Tym razem stwory były lepiej uzbrojone. Dysponowały wspaniałym orężem, na którym widać było znaki kowali z Wielkiej Rozpadliny i Snivberlinów z Podmroku. Nie było wątpliwości, że ktoś dostarczył im uzbrojenie. Nie było wątpliwości, że kolejne oddziały rekrutowane z podporządkowanych sobie przez Halruaa szczepów gromadzą się pod ziemią...

Armie Chtul, Thindolu oraz Thashalar zgromadziły się także na granicach kraju. Wspomagali je nieliczni, bo nieliczni, ale nadal potężni Halruaańscy magowie. Dodatkowo granicę patrolowały słynne, powietrzne okręty kraju. Dodatkowo armię wsparły liczne, powołane do istnienia przez Gravewispera martwiaki.

Królestwa Graniczne:

Zbliżanie się armii "oswobodzicieli" pod dowództwem Galeana było ostatnim gwoździem do trumny granicznych królestw. Poniżająca i upodalająca "pomoc" humanitarna z Halruaa nagle ustała. Zamiast tego kolejne statki i transporty przywoziły tylko nowe gnolle i kamienne olbrzymy, trolle i gobliny, hobgobliny i ogry, prowiant i rynsztunek dlań oraz dziesiątki golemów oraz innych konstruktów. Nie zabrakło też nieumarłych i bytów z podmroku, planów żywiołów i niższych sfer. Oraz złych ludzi z Legio Lazarus. Takie obciążenie oznaczało wielkie nieszczęście dla mieszkańców tej zrujnowanej przez kataklizm krainy.

Południowa Flota Thindolu, okręty Thashalar oraz zarekwirowane statki Lapallay i Tharsult wpłynęły na jezioro mgieł, by chronić jego wybrzeże przed atakiem z morza. Pozostałe okręty zgrupowały się w regionie Lantanu, by powstrzymać ewentualny atak floty płynącej z Evermet. Wkrótce w Granicznych Królestwach pojawiły się latające statki Halruaa.

Shar: do Legio Lazarus powoływano każdego: głównie bandytów, wyżutków i przestępców. Niektórych pod przymusem. W okolicach Wielkiej Rozpadliny zgromadzono dziesiątki wojowników. Krasnoludy w lśniących zbrojach, chcący wywalczyć przywrócenie na dawne pozycje wojownicy drowów, marzący o litości i azylu cathi, milicja Dambrathu, małe, lecz wytrzymałe niziołki - odważniaki na swych równie małych i równie dziarskich konikach, halruańskie okręty powietrzne i szturmowe oddziały złożone z hobgoblinów, podziemni snivberlinowie ze zmyślną choć okrutną bronią, a nawet Chytraki. Wszystko to stanęło na rozkaz Lazarusa. Nikt nie powiedział, że wojna będzie prowadzona na jednym froncie.

Thurnish, Sespeh, państwa miasta na północ od Jeziora Pary: władcy tych krajów otrzymali następujące listy:

Szanowni władcy. Wiedzcie, że pomysł wsparcia przez was, lub udzielenia prawa przemarszu przez wasze ziemie wojsk wrogich mojej osobie będzie bardzo źle widziany. Każda pomoc udzielona sekcie religijnej zwanej jako MAC wywoła mój gniew.

PS. Do listu dołączam odłamek bazaltu powstałego z zastygłej lawy wyrzuconej podczas ostatniej erupcji Arnrock. Prawda, że ładny?

podspisano:
Lazarus o Czarnym Sercu.

Calimshaan:

Szlachetna Istoto - pisał Lazarus. - Wiedz, że nieobce są mi losy tysięcy twoich poddanych, którzy umarli w męczarniach na skutek działań sekty zwanej jako MAC. Wiem, że w przeszłości wiele nas dzieliło, lecz wydaje mi się, że wspólnie moglibyśmy zdziałać wiele dobrego np. eliminując tą siłę z powierzchni Fearunu. Czy zechciałbyś o Chaotyczny połączyć swe siły: twe wojska lądowe z Calimshaan, twe floty i twych ocalałych, morskich poddanych z moimi? Wspólnie nasze armie mogą dotrzeć aż nad Morze Spadających Gwiazd, przychodząc z odsieczą twym chorującym i niszczonym sojusznikom.

Lazarus o Czarnym Sercu

_________________
Czas Waśni darmowy system RPG dla fanów Fantasy. Prosta, rozbudowana mechanika, duży świat, walka społeczna.
Powrót do góry Zobacz profil autora
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość Wyślij email Odwiedź stronę autora Odwiedź blog autora Odwiedź listę obejrzanych anime / przeczytanych mang
 
Numer Gadu-Gadu
1271088
Costly Płeć:Mężczyzna
Maleficus Maximus


Dołączył: 25 Lis 2008
Status: offline

Grupy:
Melior Absque Chrisma
PostWysłany: 10-12-2009, 10:40   

- Piękny kraj, nie sądzisz Panie?

Costly rzucił okiem na łagodnie uśmiechniętego Kou, który z zaciekawieniem rozglądał się w koło. Wyglądał jak artysta kontemplujący dzieło sztuki. Mroczny Kapłan oddałby dużo, aby umieć wyglądać do tego stopnia niepozornie jak jego najlepszy skrytobójca.

Kapłan spojrzał po reszcie swojej świty. Kilku ochroniarzy, nie obnoszących się jawnie z bronią, dwóch Kapłanów, kilku akolitów, a także trzech „urzędników” z Departamentu Cywilnego. W tym młody szpieg, który składał kilka dni temu Mrocznemu Kapłanowi raport z postępów na terenach referendum.

Wygląda na tak samo pewnego siebie jak wtedy – Pomyślał Molina. Tacy umierają młodo.

***

- Ten raport jest trochę zbyt pozytywny.

Mroczny Kapłan przewracał kartki z opisem przygotowań do referendum.

- Po prostu nie utrudniano nam zbytnio pracy. – Powiedział stojący przed biurkiem Moliny jegomość w szarym stroju wzruszając ramionami. – Naszym rywalom wyraźnie nie zależało na tych terenach. Podejrzewam, że planowali wkroczyć tam zbrojnie bez wzgl…

- Nie sądzę. – Przerwał spokojnie Costly.

- Na pewno w zapewnienia niepodległościowe nie wierzyli ludzie światli. – Kontynuował po chwili szpieg. – Choć zapewniano, że celem ich jest oswobodzenie tych krajów z wpływów zewnętrznych, to jednocześnie głosili to ludzie spoza tych krajów. Nie związano się z działaczami miejscowymi, to nie było gorące poparcie dla miejscowych przywódców, to był festiwal obcych. To naturalnie musiało wzbudzać nieufność i świadczyło o jednoznacznych intencjach, odległych od niezależności.

Kapłan nie skomentował, mierzył wzrokiem dalej szarego jegomościa.

- Jeszcze gorsze było ich podejście do ogółu. – Kontynuował szpieg z spokojnym wyrazem twarzy, choć Molina wiedział, że milczenie przełożonego go lekko speszyło. – Na naszą akcje z ulotkami odpowiedzieli dając podobne, z wizerunkiem Jeźdźca Apokalipsy Karela i jednej z Siedmiu Sióstr. Na tych terenach Karel nie działał, jego twarz nie była tam znana, a ze względu na poziom lokalnego wykształcenia to obraz trafiał do większości.

Powiedz mi jeszcze tonem odkrywcy, że nie ma tu telewizji – pomyślał z lekką irytacją Molina.

- Wizerunek damy większości kojarzył się z dobrą panienką Avalią. Nic dziwnego, opowieści o pięknej damie o dobrotliwym obliczu w zestawieniu z ich akcją były dla nas praktycznie pomocą.

- Ludzie głoszący poglądy na temat naszych Kapłanów mieli bardzo niską wiarygodność. Głosili, że nie ma mocy w naszych Kapłanach, tym czasem co druga osoba znała kogoś, kto zaczął widzieć, chodzić lub został uleczony z zarazy dzięki działaniom ludzi Avalii, a nie często jej osobiście. Wiarygodność tych, którzy głosili brak mocy w nich gdy dzięki wysiłkom Królowej tysiące ludzi zostało uzdrowionych była niemal zerowa.

- Wróg nie dbał też o przepływ informacji. I to było kluczowe, niwelowało jego zdolność do działania. Wysłał do kraju kapłanów, by leczyli, paladynów, by walczyli, czy bardów, by śpiewali po karczmach. O ile ten ostatni ruch był dobry, o tyle nie mógł pomóc wobec tego zupełnego braku przygotowania do prowadzenia kampanii informacyjnej, najzwyczajniej w świecie nie pomyśleli o tym kto ma głosić ich działania. Wysyłane konsekwentnie jednostki Departamentu Cywilnego podzielone były na komórki, odpowiedzialne za poszczególne rejony. Jako, że komunikacja nie była zakłócana, na plotki i próby dezinformowania reagowaliśmy działaniami adekwatnymi, a na miejscu nie było sił które miałyby na celu prowadzenie takiego działania. Były one zresztą niemrawe. Rozsiewali plotki o grasujących maruderach z naszej armii, choć ze względu na restrykcyjną politykę Pierwszego Sekretarza dezercje karane były szybko i skutecznie, dlatego było to zjawisko niszowe, równie łatwo było znaleźć maruderów z regularnych armii powiązanych z Daerianem. Zresztą, co drugi zbój na ziemi jest maruderem. Dobrym posunięciem wroga było zatrudnienie bardów. Zaczęliśmy sami stosować tą metodę, choć nie udało znaleźć się wielu dość łasych na pieniądze aby dla nas…

- Dość. – Przerwał Mroczny Kapłan. – Wiem o tym wszystkim, znajdowało się w twoim raporcie.

A i bez tego Mroczny Kapłan o tym wiedział.

Szpieg posłusznie zamilkł. - Wygrana jest formalnością. – Dodał jednak po chwili.

***

- Kou. – Zawołał Kapłan skrytobójcę. – Jako skryba pójdziesz ze mną, może być tak, że będzie trzeba sporządzić kilka pism.

Shouka skłonił się i stanął za Kapłanem. Reszta świty Mrocznego Kapłana rozgościła się w siedzibie Lorda Herengara, w wskazanej im Sali.

Alaghon imponował przepychem, tym bardziej siedziba Lorda.

Herengar zaskoczył Molinę. Kapłan był pewien, że na audiencje będzie musiał czekać. Przywódca Rady chciałby pewnie, aby Costly poczuł się jak jeden z wielu odwiedzających to miejsce dyplomatów, który nie jest traktowany specjalnie. Coś musiało się stać.

Po wymianie formalnych powitań i kilku niezobowiązujących uwag obaj mężczyźni weszli do elegancko urządzonego biura.

- Spocznij, Kapłanie. – Powiedział Lord patrząc jednocześnie na Shoukę.

- Mój skryba. – Powiedział Molina. – Niech zostanie.

W sali było sporo innych ludzi, Herengar nie był głupcem, także dbał o swoją ochronę. Życzenie Kapłana zostało skomentowane lekkim skinieniem głowy.

- To jest pismo, Kicanisto, które otrzymałem przed kilkoma chwilami. Powiedz mi proszę co o nim sądzisz. – Powiedział przywódca Turmish patrząc przenikliwie oczami na Molinę.

- Jesteśmy sławni. – Skomentował spokojnie Costly.

- Nie lubię, gdy ktoś mi grozi. – Powiedział Herengar marszcząc brwi. – Tym bardziej, jeżeli jest to państwo oddalone ode mnie o tysiące mil. I gdy państwo to próbuje mi wydawać rozkazy. Nie lubię też, gdy przyczyną tego są inni ludzie.

- Nikt tego nie lubi. – Powiedział Kapłan wytrzymując twarde spojrzenie Lorda. – Halruaa groziła też i nam. Działaniem, nie słowem. Dlatego Gaelan udał się na czele naszych sił, aby jego postępy zatrzymać.

- Pod względem agresji w ekspansywności to małe państewko staje na głowie, aby dorównać wam. – Dodał Herengar po chwili milczenia, a jego spojrzenie stało się jeszcze ostrzejsze.

- Schlebia nam to.

- Gaelan poradzi sobie zapewne z tą sytuacją, mam wiarę w niego. – Powiedział przywódca po chwili sięgając po kieliszek z winem i wyraźnie rozluźniając się. – Plotki o tobie były prawdziwe Mroczny Kapłanie, ciężko zbić cię z tropu. Przy okazji, to jest przedmiot, który dostarczono wraz z listem.

Molina uśmiechnął się na widok odłamka. Mam fajniejszy z Minas Trith, pomyślał z rozbawieniem.

- Jesteśmy wolnym i niezależnym krajem. Nie zamierzamy giąć się w ukłonach ani spełniać rozkazów innych. – Powiedział Herengar poważniejąc ponownie. – Jeżeli zamierzacie wykazać się taką samą arogancją wobec nas jak Halruaa, to porozumienie między nami nigdy nie nastanie. Jeżeli myślicie, że możecie podbić nasz kraj zbrojnie, to obiecuje ci na moich przodków, srodze się zawiedziecie. Jeżeli jednak prawdą jest, że szukacie porozumienia i sojuszu, który odbywać będzie się na równych warunkach, to wysłucham co macie do powiedzenia. Nie zapominaj jednak o słowach które ci posłałem Kapłanie.

- Nie zapomnę. – Powiedział poważnym tonem Costly.

- Przejdźmy więc do konkretów…

_________________
All in the golden afternoon
Full leisurely we glide...
Powrót do góry Zobacz profil autora
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość
Daerian Płeć:Mężczyzna
Wędrowiec Astralny


Dołączył: 25 Lut 2004
Skąd: Przestrzeń Astralna (Warszawa)
Status: offline

Grupy:
Tajna Loża Knujów
PostWysłany: 10-12-2009, 13:54   

Aglarond po wielu dyskusjach i rozmowach, przy wsparciu samej Simbul w świetle ostatnich wydarzeń oficjalnie dołączył do sojuszu Daeriana. Wcześniejsze wahania wynikały, jak można się było domyślić, z obecności w nim Thay... jednak ostatecznie wątpliwości zostały przezwyciężone.

Strumienie srebrnego ognia przecięły niebo, ściągając jednego nieumarłego smoka za drugim. Świetliste promienie wzywane przez kapłanów i magów w ciągu zaledwie sekund obracały w nicość drakolicze. Już po pierwszej salwie świętej magii oddziały towarzyszące Karelowi zostały zdziesiątkowane. Zaś kilka sekund później kolejne zaklęcia przecięły niebo.
Szermierz przez chwilę nie był w stanie zorientować się, co się dzieje, jednak po chwili zrozumiał - to oddziały z Silverymoon, wysłane na odsiecz Everesce... których nikt z MAC nie zawiadomił o podjętej na własną rękę i bez wiedzy samego zainteresowanego państwa odsieczy militarnej.
Składającej się z nieumarłych i demonów. Całkowicie i łatwo odróżnialnej od najeźdźców, z którymi elfie siły wyruszyły walczyć.

Siły Karela topniały w oczach, bezsilne wobec potężnej magii smoków, kapłanów Selune i magów, wszystkich specjalnie przygotowanych do walki z nieumarłymi i demonicznymi najeźdźcami, jakiś spodziewano się w Everesce.

Drakolicz Karela zawrócił, gdy ten podjął próbę zbliżenia się do wrogiej armii - by zaatakować? Wyjaśnić koszmarne nieporozumienie? Nie dane było się nam tego nigdy dowiedzieć...
Nieumarły smok pod szermierzem stanął w płomieniach. Jeździec uniósł się w powietrze, zmieniając formę... i ujrzał tuż przed sobą samą Storm Silverhand, dosiadającą srebrnego smoka - choć nie znając jej, nie wiedział przed kim stanął.
A więc odnalazłam przywódcę - dobiegły go słowa, nim jego ciało skąpało się w czystej energii Splotu. Silver Fire niemalże spopielił ciało szermierza, który stracił przytomność, a czekał go długi lot w dół...

Pozbawione dowódcy, zdziesiątkowane i nadal zaskoczone oddziały nieumarłych zostały szybko i skutecznie rozbite i obrócone w pył.


Tymczasem daleko na południu, pogodne niebo nad Mulhorandem zaczęły przecinać błyskawice, a czarne chmury nadbiegały zewsząd.

Zaczyna się - szepnął Daerian, stojąc na balkonie Cytadeli. Odwrócił się i zszedł szybkim krokiem do komnaty, w której niemalże każdy centymetr kwadratowy powierzchni ścian, podłogi i sufitu pokrywały runy i inne znaki mistyczne.
Nadszedł czas - powiedział, patrząc w stronę Zulkirów, Elminstera, Khelbena, Simbul, pozostałych obecnych sióstr, magów elfich i drowich - bądźmy gotowi.

_________________
Powrót do góry Zobacz profil autora
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość
 
Numer Gadu-Gadu
3291361
Sylar Płeć:Mężczyzna
Poszukujący Prawdy


Dołączył: 11 Lis 2009
Status: offline
PostWysłany: 10-12-2009, 21:15   

W trakcie wyprawy na północ do Sylara oraz Cassany dołączył Zrie. Początkowa kłótnia dwojga towarzyszy była nawet zabawna, jednak szybko zaczęła męczyć bohatera. Podczas jednego z postoi ujął w dość dobitny sposób sytuację w jakiej się znaleźli, przeanalizował ich podejście do siebie oraz przedstawił swoje zdanie. Uległa Cassana nie protestowała, bynajmniej nie tak bardzo jak zachłanny Zrie. Bądź co bądź, ale licz nie pozwoli sobie w kasze dmuchać. Jednak siła perswazji Sylara przezwyciężyła temperament zabójczego licza i już od tej pory względny pokój powrócił do drużyny. Tym lepiej, gdyż doszli do granicy Chondath, a następnie trafili do Arrabar i stamtąd niezauważeni (na gapę) popłynęli jednym ze statków do Hlondeth. Tutaj licz zadeklarował się zatrzymać, oczekując powrotu reszty drużyny. Na szczęście miasto to zamieszkiwały różne rasy, a i Ogniste Noże przygotowały już tu obozowisko. Tak więc Zrie kontynuował swoje działania na tej części lądu. Tymczasem Sylar oraz Cassana dotarli w końcu do Ormath. W samą porę. Właśnie oddział wysłany z Wybrzeża przybył i rozłożył obóz w okolicach miasta. Trzeba było przyznać, siatka wywiadowcza asasynów była imponująca. Jednak zaistniała sytuacja dla prostego ludu była co najmniej nieprzyjemna. Oddziały liczący tysiąc żołnierzy bezczelnie wędrujących po stepach. Wszystko jednak było uprzedzone. Sylar, Casanna oraz dowódca oddziałów razem wkroczyli do pałacu i spotkali się z lordem tych ziem.

- Lordzie Quwen , przybywamy tutaj w pokojowych zamiarach, przychodzę z odsieczą. - rozpoczął Sylar kłaniając się nisko władcy.
- Tak, wiem. Powstań. - lord machnął niedbale ręką. - Z wielką przyjemnością przyjmę waszą pomoc.
- Mój panie. Jednak jest jeszcze jedna sprawa, którą trzeba przedstawić nim zaczniemy działać.
- A cóż ważniejszego jest od zdrowia mojego ludu?
- Bezpieczeństwo naszych i twoich ziem milordzie. Przynoszę wraz z sobą propozycję zjednoczenia naszych sił. Stworzenia sojuszu. - mówiąc to Sylar wyciągnął zza pazuchy dokument i podał jednemu z giermków. - Na tym liście wyszczególnione są wszystkie zobowiązania i korzyści. - ukradkiem uśmiechnął się paskudnie - Proszę jednak... Nie podejmuj pochopnej decyzji. Zastanów się nad tym. Za dobę wrócę i z wielkim zainteresowaniem wysłucham twej odpowiedzi panie.

Sylar pokłonił się wtórnie i odszedł bez słowa. Dołączył do reszty oddziałów w obozowisku opodal, gdy naglę jeden ze szpiegów przybiegł z nowinami. Okazało się, że w swej pysze i zuchwałości Halruaa groziła atakiem i to nie tylko Sepsech, ale najprawdopodobniej i innym miastom rzeki pary.
- Doskonale... - pomyślał sobie Sylar - Ciekawe czy zrobisz to co ja mój drogi Cerno, Ognisty Sztylet.



* * * Sespech * * *


- Nie mogę w to uwierzyć. On naprawdę grozi wszystkim wkoło zostawiając bandę bestii, samemu nie stawiając się na pojedynek. - zmieszał sie Cerno - To musi być podstęp! Nikt nie byłby na tyle zuchwały i arogancki. Nawet zapatrzeni w siebie magowie z Halruaa.
- Ależ to najprawdziwsza prawda. - odpowiedział wywiadowca, który przyniósł nowiny.
- Tak, wiemy. Możesz odejść. - Aldorn ostentacyjnie machnął ręką na posłańca.
- Dobrze więc jesteśmy sami. Trzeba ustalić kolejne posunięcia. - rzekł do paru osób zebranych w jego komnacie.

Dyskusja była długa i do ostatniej chwili nie wiadomo było jaka będzie ostateczna decyzja. Nie mogli działać pochopnie, gdyż groziła im zagłada. Nie mogli też popaść w inercję, ponieważ skutkowałoby to spadkiem ich znaczenia w polityce międzynarodowej. Jednak ostatecznie to nota dyplomatyczna z Halruaa nadała tempa wydarzeniom. Rada rządzących postanowiła:


1. Wysłano noty dyplomatyczne do krajów wybrzeża północnego rzeki pary z propozycją sojuszy tj. Yhep, Ankhapur, Innarlith, Mintar oraz Saelmur. Każdemu z miast dostarczono jednak dokument z nieco inną treścią, zależną od władzy i sytuacji danej metropolii. Jednak ogólne założenia były podobne:
- propozycja schronienia w razie ataku natury wywołanym przez Halrue;
- zjednoczenie szlaków handlowych i utworzenie wspólnych gildii handlowych;
- powołanie wspólnej armii pod dowództwem całego sojuszu;
- zastrzeżenie o nietykalności granic każdego z miast;
- wspólna polityka zewnętrzna.
W wielu z propozycji pomiędzy wierszami można było wyczytać konsekwencje niepodjęcia sojuszu. Zrównanie wszystkiego do poziomu ziem przez wulkan nie należało do zbyt dobrych nowin, ale podzielenie losu Królestw Granicznych również nie było najprzyjemniejszą wizją. Ogólny odbiór dokumentu był więc jednoznaczny. Dołącz się do nas, albo sczeźnij w cieniu zawładniętego szałem Halruy.


2. Nota dyplomatyczna trafiła również do władców sąsiadów ze wschodu tj. sił MACu. Głosiła ona:

My - dumny lud Vilhon Reach oraz Ja - władca Sespech, chcemy podjąć z wami, przybyszami z zewnątrz, odpowiednie stosunki dyplomatyczne. Jesteśmy wstanie przymknąć oko na Wasze barbarzyńskie zachowanie oraz niezrozumiałe ataki na Mój kraj. Gotów jesteśmy również wznowić stosunki dyplomatyczne oraz wesprzeć wasze szlaki handlowe. Jako sojusznicy służyć możemy również wsparciem waszych zachodnich granic. W zamian żądamy jednak pomoc gospodarcze również z waszej strony. Odsiecz militarną w razie bezpośredniego zagrożenia oraz nietykalność Naszych granic.
Gotów jesteśmy również na inne ustępstwa aby pogłębić nasze więzi. Jest to nasz nowy pierwszy, ale i najważniejszy krok we wspólnej dyplomacji naszych krajów. Mam nadzieję, że i Waśćmoście będą wstanie odłożyć na bok wspólne waśnie i obrać nowy, lepszy i wspólny kierunek naszych państw. Oczekujemy pozytywnej odpowiedzi, gdyż jedynie taka służyć może naszemu wspólnemu dobru.
Aldorn Thuragar, Władca Sespech



3. Nota dyplomatyczna popłynęła w świat również do Halruaa:

Władcy... rządcy dalekiej Halruy. Wasze wrogie nakazy smucą nasz kraj. Sespech nigdy nie wykazywał żadnej wrogości mądrym magom południa. Nigdy nie wspierał wroga. Tylko żył własnym życiem. Wy jednak mimo waszej wiedzy obarczacie nas zdradą? Oskarżacie zjednoczeniem z wrogiem? Nie wątpię, że znacie prawdę. Pamiętacie los Sespech sprzed tygodni. Brutalny atak z Chondath wymierzony był w życie Sespech, w jego lud. Gdybyśmy mogli, nigdy nie pozwolilibyśmy bezcześcić nasze ziemie. Nie możemy jednak przeciwstawić się takiej potędze. Nie jesteśmy jak szalony alchemik, który przed swoim nosem widzi tylko siebie. Dlatego też zwracam się do Was, mędrców Południa. Postąpcie mądrze, bo tylko tak można uzyskać wspólny pokój.
Aldorn Thuragar, Władca Sespech



4. Sespech zaczął również organizować swoją własne siły wojskowe. Sześć tysięcy zbrojnych, to nie aż tak dużo jak na te czasy niepokoju i wystarczająco by pokazać innym, że nawet osłabiony Sespech ma swoją potęgę.

5. Piątym i nieoficjalnym zarazem ustaleniem była dywersja na północnym wybrzeżu rzeki pary. Miały tego dokonać grupki skrytobójców Ognistych Noży i inszych gildii, łącznie sześćset profesjonalnych zabójców, pod dowództwem kilku sław tego świata. Do zabawy przyłączyli się również Itum oraz Vast. Natomiast Amavi pozostała przy boku Cerno, aby pomóc mu w razie problemów.



* * * Ormath * * *


Tymczasem doba na namysł minęła. Tym razem Sylar, dowódca oddziałów oraz Cassana udali się razem z lordem Quwenem i kilkoma najbliższymi współpracownikami do jednej z komnat. Usiedli tam razem jak równi z równymi. Władca Ormath ostatecznie ugiął się pod wolą Sylara i podpisał pakt. Mimo iż nie robił tego z zadowoleniem, to jednak wiedział, że i tak nie ma jak na razie lepszej alternatywy. Po krótkim dialog Sylar wraz z towarzyszami opuścił króla, zapewniając go jednak, że dokonał najlepszego wyboru. Po opuszczeniu pałacu, Sylar posłał jednego z zabójców z raportem o powodzeniu misji, następnie nakazał dowódcy przejąć The Wetwoods. Tam bowiem czaiło się zło, które zagrażało ich nowemu sojusznikowi. Swoją droga była to najlepsza propaganda jaką mógł wykorzystać, by zaskarbić sobie przychylność ludzi. Sam zaś w towarzystwie Cassany wrócił do Hlondeth, odnalazł obóz Noży oraz Zrie. Po krótkim raporcie z tych okolic, Sylar ruszył z dwojgiem towarzyszy do Turmish.
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość
Velg Płeć:Mężczyzna


Dołączył: 05 Paź 2008
Status: offline

Grupy:
Tajna Loża Knujów
PostWysłany: 10-12-2009, 22:23   

- Jestem gotów, przyjacielu. - rzekł Woland zza biurka, na którym coś zawzięcie skrobał - Będziecie musieli mi jednak wybaczyć, obowiązki wzywają. - tu ukłonił się i zniknął, zabierając niezbędne papiery z niezbędnymi podpisami.

Chwilę później konsul Thay był już na Północy, niezbyt daleko od Evereski. Stamtąd wysłał kilka listów...

***


Do tych, którzy kiedyś byli naszymi braćmi.

Odrzucamy was - z chwilą, kiedy zgodziliście się przyjąć dokument, który  przyjmował jakiekolwiek prawa MACu do tej ziemii, utraciliście prawa do statusu naszych braci. Nie możemy w zgodzie z naszymi sercami iść zjednoczeni z tymi, którzy nie dość, że odrzucają Corellona, jeszcze godzą się na rolę nibypsów MACu. Żądamy przeto, żebyście odwołali swoją proklamację, która miałaby jakoby czynić was władzą elfów.


List sygnowali przywódcy elfich społeczności Evereski i Silverymoon.

***


JKM Król Evermeet

Niech Corellon zawsze strzeże korony, a królestwu da wytchnienie! Jakkolwiek raduje nas wieść o postępach władcy tak drogiego naszemu sercu, to nasze serce zmroziła wieść o bandzie infamusów, która zamieszkać miała na Evermeet i pretenduje do bycia nowym Elfim Dworem (co, jak rozumieć musisz, jest obrazą Corellona). Wierzymy, że tak światły władca poznał się na tych uzurpatorach i implikacjach ich przyjęcia. Domagamy się przeto wydania owych bandytów - zwłaszcza zaś tych podających się za Araevina Teshurra (jak powszechnie wiadomo, zginął podczas rebelii), Fflara Melrutha (od ponad sześciuset lat nie żyje), tudzież nieznanego nam bliżej przedstawiciela elfów gwiezdnych, który nieprzyjacielem stał się dla naszych przyjaciół. Domagamy się też odrzucenia wszystkich związków z uzurpatorami. Odrzucenia zwłaszcza obcej wiary i stosunków z obcymi.

Wierzymy, że to uczynisz. Inaczej domniemywać będziemy musieli, że ciężkie brzemię sprawiedliwej władzy przyćmiło ci umysł. Bowiem wówczas uznać będziemy musieli królestwo współwinnym, a tylko niedowładem umysłowym uzasadnić będziemy mogli współudział w uczynkach owych bandytów. 

Bracia z Evereski i Silverymoon


***


Do bandy obdartusów i bandytów, co spółem kupczą elfią dumą jako ta przekupka na targu.

Jakkolwiek już wcześniej winni byliście oszustwa (dwom trupom obradować się nie zdarza), teraz winni jesteście i podżegania przeciw porządkowi społecznemu. Czymże innym niż zdradą stanu jest obecność w zgromadzeniu przedstawiciela gwiezdnych elfów z Agralondu? Dlatego oskarżamy waszą radę o podżeganie poddanych naszych sojuszników do buntu i do zdrady stanu. Takoż samo,  nie możemy się zgodzić na jakiekolwiek pretensje do władzy nad elfami - gdyż jest to uzurpacja władzy nad elfimi mniejszościami w Silverymoon i Waterdeep. Jakkolwiek moglibyśmy uznać pewne uprawnienia starego Elfiego Dworu, to jednakże wy nie macie żadnej legitymizacji swej władzy - i przez to jesteście niby bandyci.

Przeto, postulujemy, abyście dobrowolnie odwołali wszelkie pretensje (zwłaszcza te najbardziej absurdalne - do bycia Elfim Dworem), po czym odwołali nazbyt wygórowane oświadczenia o własnych tożsamosciach, a wówczas będziemy skłonni wam wybaczyć. Inaczej będziemy musieli podjąć wszelkie działania militarno-dyplomatyczne, które umożliwią nam ukaranie was. 

Rada Sojuszu


***


JKM Król Tethyru

W wielką i bezgraniczną miłość, jaką darzymy wasze królestwo, wkradł się cień. Doniesiono nam bowiem, że na obszarze Waszego królestwa znajduje się oaza idei wywrotowych, pod zwierzchnictwem elfki o imieniu Ellesime. Jest to miasto niewielkie, ledwo pięć tysięcy elfów liczące - lecz zdaje się negować fakt Waszego zwierzchnictwa nad elfami Tethyru (jak też i waszego zwierzchnictwa nad samym lasem). Wynika to z osobistego członkowstwa królowej w dziwnym zgomadzeniu, uzurpującym sobie wspomnianą władzę. Na domiar złego roszczą sobie oni pretensje do zwierzchnictwa nie tylko nad elfami Tethyru, ale i innymi (w tym nad tysiącem obywateli Thay, jak i Elfami w sprzymierzonym z nami Agralondzie). Wymusza to na nas działanie. Acz uprzednio planowaliśmy jedynie poinformować Was o zaistniałej sytuacji i zaproponować wsparcie, musimy prosić Was o rozwiązanie tej sprawy lub udzielenia nam pozwolenia na jej rozwiązanie. Ze swej strony oferujemy wszelką potrzebną pomoc...

Jeśli mielibyście jakiekolwiek wątpliwości co do legalności owej samozwańczej rady, służę wyjaśnieniami. Na początek, truizm - w roku 1344 Rachuby Dolin, Elfi Dwór przeniósł się na Evermeet. Tam, jak wiemy z relacji kilku zbiegów, jego członkowie zostali wybici podczas toczonej w ostatnich miesiącach ubiegłego roku wojny domowej Evermeet. Jakkolwiek rozumiemy, że dziwić się musicie takim wielkim zmianom, lecz w dzisiejszym świecie nie ma już rady reprezentującej wszystkich elfów. Elfi Dwór miał dwie legitymizacje - powołanie z łaski Corellona na początku i tradycję dobierania sobie nowych członków w późniejszym okresie. Żadnej z tych legitymizacji nie ma obecna rada - gdyż nie wchodzi tu w grę ani ciągłość, ani powołanie z łaski Corellona. Co więcej, roszczą oni sobie prawa do kompetencji, których Elfi Dwór nigdy nie posiadał. Oprócz tego, o ich złych intencjach muszą świadczyć tożsamości, które przybrali. Czyż podawanie się za zmarłego w Evermeet Araevina Teshurra i zabitego przed kilkuset lat kapitana Fflara Melrutha może być czymś więcej aniżeli bezczelnym kłamstwem?      
Przez to, nie powinniście mieć złudzeń co do ich zamiarów.

Oby Tethyr rozkwitał


Pismo sygnowali zulkirzy Thay.

***


A tymczasem, drogą Moandera zmierzały dziwne siły - które mieszkańcy Dolin potraktowali zrazu z nieufności. Jednak skoro Rada Dolin wydała zgodę na tranzyt, mieszkańcy milkli. Dwa tysiące elfich łuczników, niegdyś dostarczonych z Evermeet, pod nominalnym dowództwem Wolanda zmierzał do Cormanthoru, aby wygnać z Myth Drannor ludzi „tak zwanej radę, czyli infamusów“, a potem  zabezpieczyć Elfi Dwór przed następnymi uzurpatorami. Misja była skomplikowana - Woland z powodów dyplomatycznych nie mógł użyć tysiąca jeźdżczyń czarnych jednorożców (które wziął z Thay, w ramach wsparcia w nadchodzącej wojnie), ani innych ludzkich wojsk. Musiał zaś wkroczyć w chwiejną równowagę drowów Cormanthoru i wypracować warunki do istnienia enklawy...

Historia zataczała dziwne koło - niegdyś tym samym szlakiem zmierzali Zhenci, którzy ostatnio jednak (dzięki światłemu przywództwu Narthasa) całkiem zniknęli z Dolin.

A to miał być dopiero początek kampanii przeciw elfim uzurpatorom, do której zaczynały się szykować kraje Północy... 

_________________
Powrót do góry Zobacz profil autora
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość Wyślij email Odwiedź listę obejrzanych anime / przeczytanych mang
Loko Płeć:Mężczyzna
Aspect of Insanity


Dołączył: 28 Gru 2008
Status: offline

Grupy:
Syndykat
WOM
PostWysłany: 11-12-2009, 00:03   

Strażnik niepewnie zajrzał do otwartych wrót skarbca. Był środek nocy, a ktoś miał czelność grzebać w skarbcu bractwa Melior Absque Chrisma. Musiał to być ktoś potężny, albo głupi, jako że strażnik nie wiedział czego się spodziewać, wolał być ostrożny. Z lekką irytacją ujrzał odzianą na czarno postać Liścia. Skrytobójca przeszukiwał skarbiec, mieląc w ustach przekleństwa.

- Nie miałeś panie o której godzinie się do tego zabrać - powiedział strażnik.

- Nie. Zamiast tak stać mógłbyś mi pomóc.

- Ech - westchnął strażnik, i tak nie miał nic do roboty - czego szukamy?

- Torby Przechowania, Przenośną Dziurę już mam.

Strażnik oparł halabardę o ścianę, gdy już podwinął rękawy usłyszał ciche przekleństwo z odległego kąta komnaty. Alusair odrzuciła na bok zwyczajną torbę, która wrednie udawała magiczny przedmiot.

- Czy nie można jej tu sprowadzić w inny sposób?

- Nic innego nie przychodzi mi do głowy, mam nadzieję że się uda.

- Eee... - zaczął strażnik.

- Nienawidzę grzebać się w śmieciach - warknęła Alusair - nawet jeśli są ze złota...

- Ekhem - strażnik ponownie spróbował zwrócić na siebie uwagę

- Ostatnio z Karelem też się tak grzebaliśmy... - powiedział Liść - zaczyna mnie to powoli denerwować.

- Przepraszam....cholera.

- Co? - jednocześnie spytali Alusair i Loko.

- Znalazłem - strażnik podniósł na wysokość oczu skórzaną torbę.
***

Liść znajdował się w świecie Angelique. Dziewczyna siedziała w czerwonej sukience na ziemi, słuchając słów skrytobójcy.

- ...biorąc pod uwagę to, że nie możesz rzucać zaklęć, jest to jedyny sposób abyś stąd wyszła.

- Skąd pewność że chcę stąd wyjść? - dziewczyna spojrzała w oczy Liścia.

Gdzieś, w głębi jego obojętnych, nieludzkich oczu dostrzegła coś, co chiała dostrzec. Wstała z ziemi, otrzepała lekko swoją (nieprześwitującą już) sukienkę. Liść upuścił trzymane w rękach torbę i dziurę, przedmioty straciły wyrazistość barw, dołączył do świata dziewczyny.

- Ty nie wchodzisz? - spytała wyraźnie zdumiona Angelique

- A mogę?

Już po chwili Liść został przeniesiony nie tylko duchowo, ale i cieleśnie do dziwnego świata.

- Hm... nie wiedziałem że to możliwe... może po prostu rzucę zaklęcie zamiast...

- Nie uda ci się. Jeśli sztuczka z torbą i dziurą nie zadziała, to zostaniesz tu uwięziony na zawsze.

- Ciekawe... cóż, próbujemy.

Liść kucnął przy leżących przedmiotach, tak samo jak Angelique. Skrytobójca otworzył torbę już miał wkładać do niej dziurę gdy usłyszał syczący głos

- Tyle krwi, teraz będzie tyyyle krwi

W oczach dziewczyny szaleństwo mieszało się z rozbawieniem, jej usta były rozciągnięte w uśmiechu. Nim Loko zdążył zareagować, dziewczyna rzuciła się w przód i złączyła swoje wargi z jego własnymi. Dziura wpadła do torby. Zakłócenie magiczne wciągnęło obydwoje w portal prowadzący do Planu Astralnego.


Było jasno, to nie budziło wątpliwości. Plan Astralny denerwował Liścia, nienawidził światła, a tu nie było ani uncji cienia.

- Dobra, teraz już z górki - powiedział bardziej do siebie niż do dziewczyny.

- Ale... już chcesz wracać? Ooo co to jest? - spytała radośnie dziewczyna wskazując palcem na dwie dziwne postacie przechadzające się nieopodal.

- Gitjanki...

Wyciągnięty palec dziewczyny zamienił się w dwa razy dłuższy szpon, zresztą całe jej dłonie uległy przemianie. Ręce wydłużyły się, stały się czerwone i szponiaste. Angelique skoczyła ku dwóm niczego niespodziewających się mężczyznom i po chwili dosłownie rozszarpała ich ciała.
Liść z lekkim uśmiechem kroczył ku spijającej krew dziewczynie.

- Choć, musimy już iść.

Dziewczyna w odpowiedzi jęknęła, patrząc na niego z wyrzutem, krew gitjanek ściekała jej z ust. Loko wyciągnął do dziewczyny dłoń, ta położyła na niej swoją (normalną już) rękę i po chwili obydwoje zostali wciągnięci w portal prowadzący do Kościoła Praworządności.
***

- Więc to o tobie tyle mówił Liść - Alusair uśmiechnęła się do dziewczyny - miło mi, jestem Alusair.

- Nie mogę jej zabić? - spytała Angelique

- Nie - odparł Liść, patrząc na śmiejącą się Alusair

- No to w takim razie musimy się zaprzyjaźnić, możesz mi mówić - tu dziewczyna spojrzała krzywo na Liścia - Angelique.

_________________
That is all in your head.

I am and I are all we.
Powrót do góry Zobacz profil autora
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość Wyślij email Odwiedź listę obejrzanych anime / przeczytanych mang
Bezimienny Płeć:Mężczyzna
Najmniejszy pomiot chaosu


Dołączył: 05 Sty 2005
Skąd: Z otchłani wieków dawno zapomnianych.
Status: offline
PostWysłany: 11-12-2009, 00:48   

Evermeet

Arienn Moonflower z nieruchomym, zastygłym uśmiechem na twarzy dziękował przedstawicielowi MACu za łaskawe zrzeczenie się przez nich praw do jego królestwa. Do tej pory niechętnie patrzył na stałą obecność wojsk dawnych sprzymierzeńców, ale była to raczej kwestia polityczna - ostatecznie żaden władca nie lubi, gdy nie kontroluje wszystkich sił wojskowych na swoim terytorium. Tym razem jednak aroganccy przybysze przekroczyli linię. To, że wydawali się nie zdawać sprawy z tego, jak bardzo ich krótka nota jest obraźliwa tylko dolewało oliwy do ognia.
Honor, duma i upór. Cechy te u elfów potrafią tworzyć bardzo niebezpieczna i wybuchową mieszankę, popychając ich do czynów, na jakie normalnie by się nie zdecydowały. I tak oto rozmowy pokojowe pomiędzy frakcjami Evermeetu nabrały gwałtownego przyspieszenia. Stronnictwo królewskie zgodziło się niespodziewanie na spore ustępstwa - w tym odtworzenie Rady zawierającej przedstawicieli wszystkich ważniejszych frakcji na wyspie. Opozycjoniści, po zapoznaniu się ze sławetną notą dyplomatyczną, uznali, że różnice wewnętrzne są mniej istotne w obliczu obrazy pochodzącej z zewnętrznego źródła, a ugoda w tej sytuacji zadowala ich osobiste poczucie honoru. Kapłani Seldarinu w obliczu szykującego się porozumienia udzielili mu warunkowego błogosławieństwa - mającego trwać tak długo, jak długo jego sygnatariusze będą się trzymali ścieżki Prawdziwej Wiary. Srinshee zaś zamknęła się w jednej z wież pałacu królewskiego, której nie opuszczała aż do momentu wypłynięcia floty MACu z portu i oddalenia się jej na odległość wzroku od wyspy. Wtedy użyła swojej wiedzy i magii do uaktywnienia systemów obronnych wyspy, całą furię których skierowała na odpływająca flotę.
Statki były teleportowane w losowych kierunkach, topione pojawiającymi się znikąd olbrzymimi falami, wciągane w odmęty przez wielkie wiry wodne oraz atakowane przez morskie stwory.
Gdyby magiczne systemy wyspy działały normalnie, los floty byłby przesądzony - tak jednak nie było. Ponad połowie statków udało się uciec, były jednak rozproszone na sporym obszarze, samotnie lub w małych grupkach próbując dostać się przez Lśniące Morze na Jezioro Pary.
Część ze statków skręciła w kierunku Samarachu, część przepłynęła zbyt blisko wysp Nelanther, padając ofiarą tamtejszych piratów, część została zatrzymana do wyjaśnienia przez siły morskie Calimshanu a część została zatopiona przez siły morskie Halruii. Tylko nielicznym okrętom udało się dotrzeć do zaplanowanego celu.

A co do "Elfiego Dworu"... ci, którzy (widząc co się święci) nie porzucili wcześniej proponowanego kursu jak tylko wojska obcych opuściły Wyspę zostali zatrzymani do wyjaśnienia. Wyjaśnienia, które, czego nikt nie ukrywał, miało skończyć się procesem i uwięzieniem lub egzekucją (w zależności od stopnia winy). Osobnik podający się za Araevina Teshurra po dokładniejszym zbadaniu okazał się być malaugrimem, ale nikt, nawet pozostali "elfiodworscy" spiskowcy, nie był w stanie wytłumaczyć skąd wziął się osobnik zwany Fflaerem Melruthem, i dlaczego nikt wcześniej nie powątpiewał w jego w oczywisty sposób fałszywą tożsamość.

Calimshan

List Lazarusa krążył przez jakiś czas z urzędu do urzędu, ale nikt z armii sekretarzy, doradców i niższych urzędników różnych paszów i wezyrów nie wiedział za bardzo, o co właściwie w nim chodzi i do jakiej Istoty był on skierowany. Treść zdawała się sugerować, że nastąpiła jakaś pomyłka w adresacji - wspominał o tysiącach umarłych w męczarniach oraz o jakichś morskich poddanych. Z drugiej strony mówił też o armiach Calimshanu - a te, jak wiadomo, podlegają wyłącznie Syl-Paszy. W efekcie list był konsekwentnie przesyłany coraz dalej i dalej, a jego kolejni odbiorcy byli coraz mniej chętni by podejmować w jego sprawie jakieś decyzje. Zanim trafił w ręce kogoś, kto kojarzył na tyle dużo faktów by skierować pismo na drogę po której trafił on wreszcie w ręce Iakhovasa, minęło wiele miesięcy.

_________________
We are rock stars in a freak show
loaded with steel.
We are riders, the fighters,
the renegades on wheels.

The difference between fiction and reality? Fiction has to make sense.
Powrót do góry Zobacz profil autora
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość
Wyświetl posty z ostatnich:   
Strona 27 z 36 Idź do strony Poprzedni  1, 2, 3 ... 26, 27, 28 ... 34, 35, 36  Następny
Ten temat jest zablokowany bez możliwości zmiany postów lub pisania odpowiedzi
Nie możesz pisać nowych tematów
Możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików
Nie możesz ściągać załączników
Dodaj temat do Ulubionych


Skocz do:  

Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group